Logo Gazety

www.gb.media.pl

Najbliższe wydanie
10 lutego 2012r.

Baligród - Cisna - Czarna - Komańcza - Lesko - Lutowiska - Olszanica - Sanok - Solina - Ustrzyki Dolne - Zagórz
 

 

 




Ministerstwo Sprawiedliwości zamierza
zlikwidować Sąd Rejonowy w Lesku
Samorządy są przeciw


Ministerstwo Sprawiedliwości przymierza się do likwidacji małych sądów rejonowych. Wśród sądów nią zagrożonych znalazł się także Sąd Rejonowy w Lesku. Zamiar ten został oprotestowany przez bieszczadzkich samorządowców.

Projekt rozporządzenia ministra sprawiedliwości przewiduje likwidację 115 sądów rejonowych. Kryterium wyznaczenia sądów do likwidacji jest liczba etatów sędziowskich. Zniesione zostaną te, w których pracuje mniej niż 14 sędziów.
Wprowadzenie tego zamysłu w czy ma w opinii ministerstwa "usunąć zatory i równomiernie obłożyć sędziów pracą". Jednak wydaje się, że niepoślednią rolę w tej zmianie sieci sądów odgrywa czynnik ekonomiczny. "Będą oszczędności dzięki ograniczeniu liczby etatów prezesów, ich zastępców, kierowników wydziałów czy dyrektorów sądów, a jednocześnie nie utrudni się obywatelom dostępu do sądu" - pisze A. Łukaszewicz w artykule "Zlikwidowane mają być kolejne małe sądy", zamieszczonym w "Rzeczpospolitej".
W miejsce zlikwidowanych sądów mają powstać wydziały zamiejscowe większych sądów rejonowych. Przewiduje się, że najczęściej będą to wydziały karny i cywilny. W niektórych wydziałach zamiejscowych maja także funkcjonować wydziały ds. rodziny i nieletnich. Nie będzie zaś wydziałów pracy, gospodarczych i ksiąg wieczystych.
Wśród sądów przewidzianych do likwidacji znalazł się Sąd Rejonowy w Lesku, który swoim zasięgiem obejmuje powiaty bieszczadzki i leski. Jeżeli rozporządzenie ministra sprawiedliwości wejdzie w życie, leski sąd stanie oddziałem zamiejscowym Sądu Rejonowego w Sanoku.
Zamiar ten spotkał się z protestem Rady Powiatu w Lesku. Lescy radni powiatowi w swoim stanowisku stwierdzają, że "zakładane oszczędności (…) wydają się być iluzoryczne, bo dotyczyć będą jedynie tzw. dodatku funkcyjnego prezesa". Zwracają uwagę na to, że "nikt nie liczy kosztów społecznych", gdyż w wyniku proponowanych zmian "będzie gorsza i droższa obsługa mieszkańców w powiatach" i w ostatecznym rozrachunku "to mieszkańcy poniosą koszty".
Sporym utrudnieniem dla zwykłych mieszkańców byłaby także likwidacja wydziałów ksiąg wieczystych w Lesku i Ustrzykach Dolnych i ich przeniesienie do Sanoka, "co spowoduje, że za każdym dokumentem z ksiąg wieczystych trzeba będzie jeździć wiele kilometrów".
Fot. Budynek, w którym mieści się Sąd Rejonowy w Lesku
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 1)



Centrum sportowo-rekreacyjne w Lesku
Kto za to zapłaci?


Budowa centrum sportowo-rekreacyjnego w Lesku była jednym ze sztandarowych haseł, które w swoim programie przed wyborami samorządowymi w 2006 r. umieściła Barbara Jankiewicz, ubiegająca się wówczas po raz pierwszy o fotel burmistrza. W ciągu 4 lat jej burmistrzowania, by ten koncept urzeczywistnić, zrobiono nie za dużo. Wydawało się, że się zeń wycofano. Po ostatnich wyborach, kiedy doszło do reelekcji burmistrzyni, sprawa nie tylko odżyła, ale nabrała tempa.

Nie można powiedzieć, że w kadencji 2006-2010 nic nie zrobiono. W 2008 r. ogłoszony został konkurs na koncepcję leskiego centrum sportowo-rekreacyjnego. Wygrało go Autorskie Studio Architektury ASA z Rzeszowa. Później Autorska Pracownia Architektury CAD z Warszawy przygotowała dokumentację techniczną kompleksu i studium wykonalności.
Rozpoczęło się też szukanie pieniędzy zewnętrznych na to przedsięwzięcie. Budowa krytej pływalni w Lesku znalazła się na liście projektów wybranych do dofinansowania przez Zarząd Województwa Podkarpackiego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013. Jej całkowity koszt został wyceniony wtedy na 31 mln 354 tys. złotych. Dotacja z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego miała wynosić 2 mln 998 tys. złotych.
Nie było to wybitnie korzystne dofinansowanie, stanowiło bowiem niespełna 10% całych kosztów. Pozostałe 90% (ponad 28 mln złotych) gmina Lesko musiałaby dołożyć do tego interesu ze swojego budżetu. Prawdopodobnie dlatego ogłoszony w listopadzie 2009 r. przetarg na budowę krytej pływalni został wygaszony, a gmina Lesko zrezygnowała z oferowanego jej na ten cel dofinansowania.
Kolejną próbę szukania pieniędzy zewnętrznych leski samorząd podjął w ogłoszonym przez Zarząd Województwa Podkarpackiego 31 grudnia 2009 r. naborze w ramach RPO WP wniosków dotyczących infrastruktury energetycznej, składając w nim projekt "Budowa systemu zasilania w energię cieplną kompleksu sportowo-rekreacyjnego w Lesku z wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii". Jego całkowity koszt wyceniono na 17 mln 961 tys. złotych. Pod koniec kwietnia 2010 r. wniosek ten znalazł się wśród zatwierdzonych do dofinansowania. Przewidywano zasilenie tego zadania kwotą 3 mln 262 tys. złotych (ok. 18% całości kosztów). Nie było wiadomo, czy z tym wsparciem, nie będzie podobnie jak z poprzednim.
Potem przez jakiś czas "w temacie krytej pływalni" nic nie działo. Jego reaktywacja nastąpiła w kilka miesięcy po reelekcji burmistrzyni Barbary Jankiewicz i to w zaskakującej formule. Rada Miejska w Lesku na sesji 1 czerwca 2011 r. podjęła uchwałę o utworzeniu nowego podmiotu: Sport Lesko Sp. z o.o. Jego celem ma być "zaspokajanie zbiorowych potrzeb wspólnoty gminnej w zakresie kultury fizycznej i turystyki, w tym terenów rekreacyjnych".
Pod koniec czerwca b.r. Sąd Rejonowy w Rzeszowie XII Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego wpisał Sport Lesko Sp. z o.o. do Krajowego Rejestru Sądowego. Spółka została wyposażona w kapitał zakładowy w wysokości 50 tys. złotych, podzielony na 50 udziałów po 1000 złotych. Właścicielką tych wszystkich udziałów jest gmina Lesko.
Ryc. ASA Rzeszów

(więcej ,,GB" 25)



Czekamy na deszcz

Od wielu tygodni w Bieszczadach nie padał deszcz. W październiku i listopadzie w ogóle nie było większych opadów. Wrzesień także był względnie suchy. Z tego powodu w wielu bieszczadzkich miejscowościach wody zaczęło brakować. Tak suchej jesieni nie było w naszym regionie od dziesiątków lat.

- Jest źle, a może być jeszcze gorzej - stwierdza wicewójt baligrodzki Jerzy Habowski. - W niektórych studniach jest całkiem sucho. Jak nie będzie deszczu, to będzie bieda.
Z wodociągu komunalnego korzystają mieszkańcy Jabłonek, Kołonic, Baligrodu i części Stężnicy. I tu na razie nie ma problemów. Ujęcie jest czynne i wody w sieci nie brakuje.
- Z resztą mamy kłopoty - informuje Jerzy Habowski. - Najgorzej jest z Mchawą i Zahoczewiem. Ludzie kupują wodę z hydrantu komunalnego w Baligrodzie i sami sobie wożą. Osobom, które nie mają takiej możliwości, OSP dowozi swoimi autami.
- U nas najgorzej jest w Skorodnem. Tam do mycia i do prania ludzie biorą wodę z rzeki, do celów spożywczych ze studni od sąsiadów, gdzie jest trochę wody - informuje wójt Lutowisk Krzysztof Mróz.
W wodociągu komunalnym w Lutowiskach na razie woda jest. Na wszelki wypadek jednak Zakład Gospodarki Komunalnej przygotował się do poboru wody ze studni głębinowej. - Gdy w ujęciu dla Lutowisk wody zabraknie, będzie się ją pompować ze studni do wodociągu - wyjaśnia wójt.
Na szczęście w Zatwarnicy, Stuposianach i Mucznem na czas udało się uporać z remontami zniszczonej przez powódź infrastruktury wodociągowej. - Dopóki tam jest woda w potokach, to i w wodociągach też powinna być - stwierdza K. Mróz.
Gmina Lutowiska jest także przygotowana do dowożenia w razie potrzeby wody pitnej. - Mamy atestowany zbiornik do tego celu i jak będzie taka konieczność, będziemy dostarczać - zapewnia wójt.
W gminie olszanickiej z wodą nie jest najgorzej. - Na razie jej brak to są przypadki incydentalne. OSP ma samochód do transportu wody i jak jest taka potrzeba, interweniujemy - informuje sekretarz gminy Robert Petka.
Gorzej sytuacja wygląda w gminie Ustrzyki Dolne. Niedostatek wody odczuwają mieszkańcy tych wiosek, którzy wodę czerpią ze studni albo niewielkich ujęć lokalnych. Wody brakuje m.in. w Hoszowie, Hoszowczyku, Wojtkowej, Jureczkowej i Kwaszeninie. - Ze studni bierzemy wodę tylko do celów spożywczych - mówi mieszkanka Hoszowczyka. - Jak nie będzie deszczu, to i na to zabraknie.
Na razie skutki jesiennej suszy nie dokuczają mieszkańcom Ustrzyk Dolnych i tych wiosek, które korzystają z ustrzyckiego wodociągu komunalnego. Wodę doń pobiera się z ujęcia w Zalewie Solińskim.
Ale sucha jesień nie pozostaje bez wpływu na ilość wody w bieszczadzkich zbiornikach retencyjnych. Z jednej strony mniej niż zwykle wody do nich wpływa, z drugiej zaś więcej trzeba wypuszczać. Chodzi bowiem o to, by utrzymać minimalny przepływ w Sanie poniżej zapór solińskiej i myczkowieckiej i umożliwić funkcjonowanie zależnych od niego ujęć wody. Taka dysproporcja pomiędzy "wpływami" a "wypływami" sprawia, że poziom wody w Zalewie Solińskim jest o ok. 8 m niższy niż normalnie.
- Jezioro nam zmalało - potwierdza wójt Czarnej Marcin Rogacki. - W Chrewcie wody nie ma wcale. W Olchowcu stan jest bardzo niski. Łodzie, które były przymocowane na bojkach, teraz stoją na ziemi kilkanaście metrów od wody.
Fot. Poziom wody w Zalewie Solińskim jest o 8 m niższy niż normalnie
Fot. M. Szewczyk

(więcej ,,GB" 24)



Można wejść i mieszkać

- Warunki są bardzo dobre. Nie spodziewałam się, że dostaniemy mieszkanie z panelami, ubikacją, zlewami, bateriami… Można było wejść i mieszkać - mówi pani Beata z parteru. - To jest malutkie mieszkanie, ale bardzo się z niego cieszymy.

Niektórzy lokatorzy już się wprowadzili. Inni są w trakcie. Jeszcze inni dopiero odbierają klucze.
Zakończyła się adaptacja biurowca b. Miejskiego Zakładu Remontowo-Budowlanego przy ul. Fabrycznej w Ustrzykach D. na mieszkania komunalne.

Rozpaczy nie było
Początkowo zanosiło się, że biurowiec po MZRB po rozbudowie i przebudowie stanie siedzibą sądu rejonowego i prokuratury, które miały wrócić do Ustrzyk D.
W 2005 r. pomysł ten uzyskał wsparcie prezesa Sądu Okręgowego i Prokuratora Okręgowego w Krośnie oraz prezesa Sądu Apelacyjnego i Prokuratora Apelacyjnego w Rzeszowie. Propozycja ta została także oceniona pozytywnie przez Departament Organizacyjny Ministerstwa Sprawiedliwości.
Zgodnie z przyjętymi założeniami prace związane z adaptacją budynku na potrzeby wymiaru sprawiedliwości miały się rozpocząć zaraz po uporządkowaniu spraw własnościowych, w których wyniku jego właścicielem stawała się gmina Ustrzyki Dolne. Sąd i prokuratura w miały być - jak ustalono - uruchomione w 2008 r.
Jednak w 2007 r. Ministerstwo Sprawiedliwości zmieniło plany, zanegowało potrzebę restytucji tych instytucji i wycofało się ze swoich wcześniejszych deklaracji.
- Po rezygnacji Ministerstwa Sprawiedliwości rozpaczy nie było. Mieliśmy zapasowe rozwiązanie, które - być może - z punktu widzenia mieszkańców było lepsze - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.

Trzy przetargi
Ustrzycki samorząd gminny postanowił, że biurowiec MZRB przebuduje się na mieszkania komunalne. Zaraz po tej decyzji przygotowano za pieniądze z budżetu gminy dokumentację i przeprowadzono wszystkie związane z adaptacją formalności.
Adaptacja na dobre rozpoczęła się w 2009 r. Wykonawcą pierwszego etapu prac był "Prohanbud" z Uherzec Mineralnych. Firma ta m.in. przebudowała stropodach na dach wielospadowy.
Przetarg na drugi etap robót, rozstrzygnięty w lutym b.r., wygrało Konsorcjum "Lider", tworzone przez Zakład Produkcji Kruszywa "Czarna" (A. i A. Pitakowie) S. c. z Równi i "Elbo" (J. Olejko i wspólnicy) z Sanoka. Obejmował on m.in. wewnętrzne roboty rozbiórkowe i remontowe, ścianki działowe, stolarkę okienną i drzwiową, instalacje wewnętrzne (wodociągowa, kanalizacyjna i elektryczna).
Kolejny przetarg, który rozstrzygnięto w czerwcu b.r., dotyczył m.in. schodów, zadaszenia, pochylni dla niepełnosprawnych, przyłączy wodociągowych i kanalizacji sanitarnej, posadzek, robót malarskich, kotłowni i instalacji centralnego ogrzewania. Za najkorzystniejszą uznana została oferta złożona przez Przedsiębiorstwo Wielobranżowe "Stan-Top" (S. Toporowski) z Ustrzyk Dolnych.
Fot. Łazienki wyposażono w ceramikę sanitarną
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 23)



Żerowanie na uczuciach

Nie od dziś wiadomo, że dziadków i wnuków łączy wyjątkowe uczucie. Miłość tę do swoich celów wykorzystują oszuści. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy w Ustrzykach Dolnych doszło do kilku prób wyłudzenia dużych sum pieniędzy "na wnuczka". Na szczęście, nie wszystkie zakończyły się sukcesem oszustów.

Na czym polega oszustwo "na wnuczka"?
Ten rodzaj przestępstwa opiera się głównie na relacjach osób starszych z rodziną. Złodzieje najczęściej wybierają mało współczesne imiona, widniejące w książce telefonicznej, które zwykle świadczą o tym, że są to osoby w podeszłym wieku. Prawdopodobnie przed rozpoczęciem akcji przeprowadzają rozpoznanie. Później oszuści podają się za wnuka, bratanka lub innego krewnego, po czym stosując "grę psychologiczną" kierują rozmową tak, aby ofiara była przekonana, że ma do czynienia z kimś bliskim.
Przestępcy wykorzystują różne argumenty, by tylko wyłudzić pieniądze od łatwowiernych osób. Najczęściej przedstawiają sytuacje, które wymagają natychmiastowego przelania na ich konto dużej kwoty: nagły wypadek, porwanie, choroba, niepowtarzalna okazja do zakupu mieszkania itp.
W każdym przypadku oszuści wywierają presję na swoje ofiary, żeby zmusić je do szybkiego podjęcia odpowiednich kroki, by pomóc rzekomej rodzinie w jak najkrótszym czasie. Zmanipulowane osoby, skupione na nieszczęściu "wnuczka" i chcące mu udzielić pomocy, przestają działać racjonalnie i… zostają okradzione.

Niespodzianka dla dziadków
W Ustrzykach Dolnych zanotowano jedną kradzież i dwie próby wyłudzenia pieniędzy "na wnuczka". W przypadku pierwszej rodziny złodziej próbował zdobyć 15 tys. zł od swoich rzekomych "dziadków". "Wnuczek" chciał im za te pieniądze zrobić niespodziankę.
Ponieważ nie dysponowali taką kwotą, zaproponowali co najwyżej 5 tys. zł. Fałszywy wnuczek łaskawie zgodził się na taką sumę i podał swój numer konta. Kiedy starszy mężczyzna jechał do banku przelać pieniądze dla "wnuczka", przestępca wciąż telefonicznie upewniał się, czy dziadkowie spełnią obietnicę.
Ofiara jednak nie przelała od razu pieniędzy na podane konto, lecz najpierw skontaktowała się z zięciem. Ten natychmiast zadzwonił do syna, który nic nie wiedział o zaistniałej sytuacji. Pieniądze trafiły z powrotem na konto ich właściciela. Ale złodzieje nie dawali za wygraną.
- Zadzwonili kolejny raz do mojej mamy z pytaniem, czy przelali już pieniądze - opowiada córka małżeństwa, które próbowano szukać. - Mama, wiedząc już, że ma do czynienia z oszustem, odpowiedziała: "Oczywiście, dziadek zaniósł je twojej mamie". Zapytała go również, dlaczego ma tak zmieniony głos, a on na to: "Bo rozmawiam przez Internet".
Sprawę natychmiast zgłoszono na policję. To nie był jednak koniec telefonów. Przestępcy zaczęli podszywać się pod policjantów, by zbadać, czy rodzina przelała daną kwotę, czy też może powiadomiono już odpowiednie służby. Obiecali nawet nagrodę w wysokości 45 tys. zł za pomoc w akcji, co tylko upewniło rodzinę, że znów rozmawia z oszustami.
Magdalena Tomków

(więcej ,,GB" 22)



Czy i kto zapłaci 155 milionów złotych?

Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy - Śródmieścia 16 grudnia b.r. dojdzie do rozprawy ugodowej. Wezwany jest na nią Skarb Państwa oraz zarządzający jego majątkiem - Bieszczadzki Park Narodowy i Nadleśnictwo Stuposiany. Ugoda ma dotyczyć rekompensaty za utracony majątek rodziny braci Zygfryda i Rafała Rubinsteinów. Kwota, jakiej żądają spadkobiercy, to blisko 155 mln zł.

Ziemie, będące przedmiotem sporu, zostały przejęte na własność państwa na podstawie dekretu z 5 września 1947 r. o przejęciu na własność państwa mienia pozostałego po osobach przesiedlonych do ZSRR oraz dekretu z 27 lipca 1949 r. o przejęciu na własność państwa nie pozostających w faktycznym władaniu właścicieli nieruchomości ziemskich, położonych w niektórych powiatach województw białostockiego, lubelskiego, rzeszowskiego i krakowskiego.
Skarżący to obywatelka Izraela Janina Melzer, wnuczka Zygfryda Rubinsteina, oraz obywatel Polski Iwo Cholewicki, wnuk Rafała Rubinsteina. Przedmiotem roszczeń jest majątek rodziny Rubinsteinów o powierzchni 3114 ha 79 m2, położony w miejscowościach Beniowa i Bukowiec, należących kiedyś do powiatu turczańskiego, a obecnie do powiatu bieszczadzkiego (gmina Lutowiska).
Tereny, które są przedmiotem roszczenia spadkobierców rodziny Rubinsteinów, stanowią składnik strategicznych zasobów naturalnych Polski i mają narodowy charakter, zatem nie podlegają zwrotowi. Dlatego spadkobiercy domagają się rekompensaty finansowej. Taką właśnie formę regulacji tych kwestii przewiduje ustawa z 6 lipca 2001 r. o zachowaniu narodowego charakteru strategicznych zasobów kraju.
* * *
Opisany przypadek to malutki fragment większego problemu, jakim są roszczenia środowisk żydowskich wobec Polski. Światowy Kongres Żydów i Światowa Organizacja Żydowska ds. Restytucji Mienia wyliczyła, że Polska jest winna obywatelom narodowości żydowskiej różnych państw 65 mld dolarów.
Polska zgodnie z żądaniami miałaby zapłacić odszkodowania bądź zwrócić nieruchomości odebrane Żydom w czasie II wojny przez Niemców, które potem - jako mienie poniemieckie lub pozbawione właściciela - przeszły na własność Polski. Wypłaty miałyby następować na podstawie "sprawiedliwej i wyczerpującej ustawy o restytucji", a cały proces zwracania majątków musi być "niebiurokratyczny, prosty, przejrzysty i owocujący realnymi korzyściami".
Fot. Przedmiotem roszczeń są m.in. tereny Beniowej
Fot. M. Szewczyk

(więcej ,,GB" 21)



Nocna masakra

Wilki zaatakowały stado owiec w Lutowiskach. Zadusiły jedenaście owiec. Zjadły pół. - W tym roku to jest już któryś z kolei atak wilków. Nie potrafię nawet powiedzieć który - mówi hodowczyni owiec Renata Kozdęba.

Renata Kozdęba z mężem i synem prowadzi w Lutowiskach duże gospodarstwo rolno-hodowlane, nastawione przede wszystkim na hodowlę owiec. Nie należy do rolników, którzy kaparzą na 2 czy 3 ha. Jej gospodarstwo należy do najlepszych na Podkarpaciu.

Stado to podstawa
W 2008 r. Renata Kozdęba była laureatką XIV Ogólnopolskiego Konkursu "Rolnik - Farmer Roku". Kapituła konkursu uznała prowadzone przez nią gospodarstwo za najlepsze w kategorii gospodarstw rodzinnych o powierzchni od 50 do 100 ha.
- Brałam udział w programie "Modernizacja rolnictwa". W związku z tym nasze gospodarstwo musi być utrzymywane na określonym poziomie i musimy spełniać ustalone kryteria, jeśli chodzi o uprawy, użytki zielone i zwierzęta hodowlane - mówi rolniczka. - Jego podstawę stanowi stado zarodowe owiec rasy czarnogłówka.
Użytki zielone wykorzystywane są do wypasu owiec i produkcji dla nich pasz na zimę. Na gruntach ornych uprawia się mieszanki strączkowo-zbożowe na kiszonkę. Aby bezpiecznie przetrwać do wiosny, trzeba przygotować ponad 200 balotów sianokiszonki.

Wilki wróciły
- Od maja nie przespaliśmy ani jednej całej nocy. Ale i tak nie ustrzegliśmy owiec przed wilczymi atakami - stwierdza hodowczyni.
Noc z 26 na 27 września też nie była dla Kozdębów spokojna. Czuwali, ale i tym razem wilki okazały się sprytniejsze…
- O godz. 2.30 usłyszeliśmy, że w koszarze coś się dzieje. Odpędziliśmy dwa wilki. Później położyliśmy się spać. Wilki wróciły i zrobiły to, co zrobiły - opowiada R. Kozdęba.
W wilczym ataku zagryzionych zostało 11 owiec, same młode, w tym 7 zostawionych na remont stada. - Tak naprawdę to zjadły pół owcy, a 10 "tylko" zadusiły - mówi z sarkazmem hodowczyni. - Zawsze przy ataku jest o wiele więcej zagryzionych niż zjedzonych. Całe stado musimy dokładnie obejrzeć, bo na pewno są tam jeszcze poranione owce. Rano się nie dało, bo były tak wystraszone, że nie dały się wpędzić do owczarni.
W nocnym ataku ucierpiał także owczarek podhalański Gawra, który dzielnie bronił owiec. Zwierzęta nocowały w ogrodzonej dwumetrową siatką koszarze, która znajduje się w obrębie gospodarstwa, ok. 40 m od domu mieszkalnego. Gospodarstwo zaś jest w środku wsi.
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 20)



Na pewno nie leczą

"Protestujemy przeciwko budowie i uruchomieniu nadajnika telefonii komórkowej na budynku przy ul. 29 Listopada 15 w Ustrzykach D. Lokalizacja masztów i urządzeń emitujących pole elektromagnetyczne znajduje się w bezpośredniej bliskości budynku liceum i naraża uczącą się młodzież na stałe i intensywne oddziaływanie pola elektromagnetycznego. Domagamy się bezwzględnego demontażu masztów i urządzeń narażających życie i zdrowie naszych dzieci, uczęszczających do szkoły publicznej".

Tej treści pismo rodzice uczniów Zespołu Szkół Licealnych w Ustrzykach D. trafiło pod koniec wakacji na biurka ustrzyckiego burmistrza i dyrektora ustrzyckiego liceum. Niepokój rodziców wywołało instalowanie na dachu sąsiadującego ze szkołą budynku - zwanego przez ustrzyczan - "Połoninami" stacji bazowej telefonii cyfrowej, której inwestorem jest Polkomtel SA z Warszawy. Na razie zamontowano maszty telekomunikacyjne. W najbliższym czasie mają być zainstalowane pozostałe urządzenia.
Rodzice licealistów obawiają się, że promieniowanie elektromagnetyczne będzie miało niekorzystny wpływ na ich pociechy i domagają się wstrzymania inwestycji. Ich stanowisko zostało poparte przez Komisję ds. Rodziny, Pomocy Społecznej i Spraw Mieszkaniowych Rady Miejskiej w Ustrzykach D., która "wnioskuje o podjęcie działań, by stacja telefonii komórkowej zlokalizowana w budynku prywatnym przy ul. 29 Listopada 15 została zlikwidowana albo by udowodnić, że jest ona nieszkodliwa. (…) Uważamy, że zdrowie, szczególnie dzieci i młodzieży, jest ważniejsze niż interes prywatny, zagrażający zdrowiu".
- W związku z tą sytuacją jako osoba, która odpowiada za zdrowie i bezpieczeństwo uczniów, zwróciłem się do starosty, żeby mi odpowiedział, czy ta inwestycja wpłynie negatywnie na zdrowie uczniów i pracowników szkoły - informuje dyrektor. Trochę dziwne jest to, że nie byliśmy o tej inwestycji w ogóle powiadomieni.
- O tych pracach gmina Ustrzyki D. nie ma żadnej informacji - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Sprawę tę przekazujemy do powiatowego nadzoru budowlanego w celu sprawdzenia, czy ta budowla powstaje zgodnie z obowiązującymi przepisami. Również będziemy zainteresowani ekspertyzą mówiącą o tym, że takie urządzenia nie oddziałują negatywnie na ludzi, bo nasz urząd jest także w bezpośrednim sąsiedztwie budynku, na którym te urządzenia są instalowane. W jego otoczeniu są również domy, w których żyją nasi mieszkańcy, zatem nie możemy tej sprawy zbagatelizować.
Z odpowiedzi starostwa (pismo z 15 września 2011 r.) wynika, że jeszcze w grudniu 2009 r. Polkomtel SA "zgłosił zamiar wykonania robót budowlanych polegających na zamontowaniu trzech masztów o wysokości 4,5 m na dachu istniejącego budynku, usytuowanego na działce nr ewid. 1054 w Ustrzykach Dolnych". Ponieważ dokumentacja było niekompletna "nałożono na zgłaszającego obowiązek uzupełnienia zgłoszenia o brakujące dokumenty".
Inwestor na początku 2010 r. "uzupełnił zgłoszenie o brakujące dokumenty i wyjaśnił, że przedmiotowe maszty stanowią integralną część anten telekomunikacyjnych". Inwestor przedstawił też ekspertyzę techniczną i możliwości na dachu istniejącego budynku masztów oraz braku zagrożenia dla ludzi i mienia (…), kwalifikację przedsięwzięcia, tj. montażu stacji bazowej telefonii komórkowej, wraz z dokumentami wskazującymi lokalizację inwestycji i graficznym przedstawieniem osi wiązek promieniowania anten sektorowych".
T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 19)



By jeleń był syty i rolnik cały

Bieszczadzkie jelenie coraz częściej robią sobie z lasów wypady na pola uprawne, do sadów i ogrodów. W szczególności gustują w kapuście, buraczkach, marchewce, ale nie gardzą też owocami. Przy okazji tych wizyt niszczą także inne uprawy.

W sierpniu często stołowały się w ogrodach i na polach mieszkańców Brzegów D., Łodyny, Dźwiniacza i okolic.
- Nie ma takiej rzeczy, której by się nie czepiły - mówi jedna z mieszkanek Brzegów D. - Jelenie podeszły pod same okna jej domu i wyjadły mi buraki i marchewkę z przydomowego ogródka.
Kobieta opowiada, że z sąsiadką prowadzą wspólny ogród. Miały w nim zasadzoną m.in. kapustę (ok. 70-80 główek), ziemniaki, marchewkę. Większość upraw została zniszczona. - Jednego dnia były wszystkie główki kapusty. Zadowolona wycięłam jedną na sałatkę. Drugiego zostały już tylko dwie i to nadgryzione. Na trzeci dzień nie było nic - opowiada sąsiadka.
- W tym roku pierwszy raz obrodziła mi młoda grusza - mówi mieszkanka Brzegów D. - Urosła jedna gruszka. Mówię sąsiadce, że muszę ją zerwać, żeby mi jelenie nie zjadły. Sąsiadka powiedziała: "Żebyś się nie zdziwiła". Poszły obie. Zdziwienie było, gruszki nie. Ostał się tylko ogonek.

Szkód jest dużo
Co rusz słychać, że jelenie z kolejnego ogrodu uczyniły sobie stołówkę. Zwierzęta zaczynają wypasać uprawy już wiosną. Wtedy najbardziej smakuje im młode, zielone jeszcze zboże. Jak na prawdziwych smakoszy przystało, jelenie mają swoje ulubione dania. Szczególnie popularne wśród jeleni są ziemniaki i zboże. Gustują również w kapuście, buraczkach, marchewce i jabłkach.
Niektórzy mieszkańcy próbują chronić swoje ogrody, pola i łąki, ale wydaje się to być walką z wiatrakami. Jedni grodzą działki biało-czerwonymi taśmami na dwóch wysokościach, czasem wzmacniając całą misterną konstrukcję elektrycznym pastuchem. Inni na sznurach czy drutach wieszają stare firanki i ubrania. Jeszcze inni stawiają ogrodzenia z siatki.
Gospodarze opowiadają, że jelenie albo przeskakują przez te zapory, albo przechodzą pod nimi. Zdarza się również, że… taranują je rogami.
- Uderzają w nią rogami dotąd, aż uda im się przejść. Jedyny sposób, to chodzić tam samemu i pilnować - mówi Jan Racibór z Łodyny.
Część rolników stosuje - wydawałoby się - najskuteczniejszą metodę walki z jeleniami. Po prostu zaprzestają upraw. - Tu rolnictwa nie będzie, bo jak coś się posadzi, to i tak to jelenie zjedzą - mówi Mieczysław Latocha, rolnik z Brzegów D.

Sprzeczne interesy
W świetle prawa istnieje możliwość uzyskania odszkodowań za zniszczenia poczynione w uprawach przez zwierzynę leśną. Sprawa jednak nie jest tak prosta, jakby się wydawało. Wymagania obu stron - rolników i myśliwych - są konkretne i stanowcze. Ale - jak to w sporach bywa - są one zazwyczaj sprzeczne i każda ze stron ma swoje racje.
Racja koła łowieckiego opiera się na zasadach "sprawiedliwego, profesjonalnego i uczciwego szacunku". Oceniając zniszczenie uprawy, bierze się pod uwagę dwa czynniki: wydajność i procent uszkodzenia na określonej powierzchni. - Wiadomo, że my chcemy, żeby procent uszkodzenia był jak najmniejszy, ale staramy się, by odpowiadał rzeczywistym szkodom - mówi łowczy KŁ "Jarząbek" Ludwik Puszczałowski.
- Chodzi nam o to, żeby rolnik był zadowolony i była uczciwe zapłacona szkoda - dodaje prezes tego koła Andrzej Piątek.
Z punku widzenia rolników sprawa wygląda inaczej. Odszkodowania - w ich ocenie - są za niskie. Wydatki na uprawę roślin (nasiona, sadzeniaki, nawóz, paliwo do ciągnika) przekraczają otrzymywane odszkodowanie.
Tu pojawiają się jednak głosy drugiej strony, że oczekiwania rolników są niekiedy zbyt wygórowane, a niektórzy celowo prowadzą droższe uprawy w miejscach szczególnie narażonych na odwiedziny zwierzyny leśnej.
Obie strony zgodnie podkreślają, że wyjadanie upraw przez jelenie jest sytuacją stosunkowo nową. Wpływ na to ma…
Fot. Po gruszce został tylko ogonek
Fot. M. Kuzar

(więcej ,,GB" 18)



Nie bądź jeleń!

Chcesz zareklamować zepsuty odkurzacz, wadliwy komputer czy buty, które po jednym wyjściu się rozkleiły? Nagle okazuje się, że bez paragonu w sklepie reklamacji nie uwzględnią, a dochodzenie swoich praw jest niemal niemożliwe. Łapiesz się za głowę i wtedy pojawiają się pretensje do wszystkich… Tylko nie do siebie. A przecież można było zachować paragon.

Chomikować paragony?!
Nie znosimy świstków, papierków, które tylko zaśmiecają portfel. Po co je chomikować? Na co to komu? Najczęściej po zakupach paragon ląduje w koszu na śmieci.
Okazuje się, że to jednak najprostszy i najłatwiejszy dowód zakupu. Na jego podstawie można ubiegać się o wymianę towaru bądź zwrot pieniędzy. Taki dowód określa, kiedy towar został zakupiony, gdzie dokonano transakcji, ile zapłaciliśmy za jego zakup. O konieczności zabrania paragonu przekonał się pan Andrzej z Ustrzyk D. - W jednym z ustrzyckich dyskontów robiłem duże zakupy spożywcze. Nazbierał mi się pełny wózek. Dzieciaki co chwilkę coś dokładały. Przy kasie do zapłaty wyszło 240 zł. Córka wzięła paragon i wyszliśmy ze sklepu. Całe szczęście, że go wzięła. Przyznam szczerze, rzadko mi się to zdarza. Co się okazało? W pozycji schab wędzony, którego kupiliśmy 20 dkg była suma 119 zł ! Przy kasie wyszło, że miał błędny kod kreskowy. W efekcie zapłaciłem za niego 4 zł. Gdybym nie wziął paragonu, nawet bym się nie zorientował i przyniósłbym do domu 20 dkg schabiku na kilka kanapek za… 119 zł. Nie wiadomo byłoby, czy go jeść, czy oprawić w ramkę.

Paragon ma być
Ministerstwo Finansów podczas wakacji kontroluje prawidłowe ewidencjonowanie sprzedaży w kasach fiskalnych. Przypomina o konieczności wystawiania i brania paragonów przy transakcji. Ogólnopolską akcję ,,Nie bądź jeleń, weź paragon" promuje satyryczny rysunek Andrzeja Mleczki, przedstawiający jelenia na zakupach.
Również w Bieszczadach w niektórych punktach sprzedaży nastąpił wysyp kontrolerów. - Do sklepu wszedł mężczyzna, długo stał przy stoisku z gazetami, kupił jedną, po czym wyszedł. Za chwilę wrócił, wyciągnął legitymację kontrolera Urzędu Skarbowego i poprosił o pokazanie, czy na kasę fiskalną została wbita gazeta - opowiada sprzedawczyni, u której taka kontrola przebiegła bez zarzutu.
Gdy nie otrzymaliśmy paragonu, powinniśmy ten fakt zgłosić Urzędowi Kontroli Skarbowej. Natomiast gdy mamy problem z zakupami czy odrzuconą reklamacją, możemy liczyć na bezpłatną pomoc miejskich lub powiatowych rzeczników konsumentów.
Fot. K. Pałka

(więcej ,,GB" 17)



Prostych recept nie ma

- To tutaj trzeba się z tym problemem uporać. Najłatwiej jest usiąść i narzekać. O wiele trudniej jest znaleźć dobre rozwiązanie i wcielić je w życie – mówił podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia Andrzej Włodarczyk. – Prostych recept nie ma. Wszystko zależy od konkretnych uwarunkowań i od woli.

A. Włodarczyk był jednym z uczestników konferencji „Przyszłość szpitali w powiatach sanockim, leskim i bieszczadzkim”, która 5 sierpnia odbyła się w sali konferencyjnej Urzędu Miejskiego w Ustrzykach D. Jej inicjatorami byli starostowie: bieszczadzki - Krzysztof Gąsior, leski – Marek Pańko i sanocki – Sebastian Niżnik. W konferencji wzięli udział także radni powiatów bieszczadzkiego, leskiego i sanockiego, członkowie rad społecznych i dyrektorzy SP ZOZ-ów w Lesku, Sanoku i Ustrzykach D. oraz reprezentanci działających w tych jednostkach związków zawodowych.
Ministerstwo Zdrowia - oprócz A. Włodarczyka – reprezentował dyrektor Departamentu Organizacji Ochrony Zdrowia Piotr Warczyński. Uczestnikami konferencji byli także m.in. wojewodzina podkarpacka Małgorzata Chomycz, wicemarszałek województwa podkarpackiego Sławomir Miklicz, kierujący komisją ochrony zdrowia w Sejmiku Województwa Podkarpackiego Maciej Lewicki i szefowa Podkarpackiego Oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia Grażyna Hejda.
Konferencja rozpoczęła się od przedstawienia wizytówek SP ZOZ-ów: w Ustrzykach D. - przez dyr. Mariusza Zenowicza, w Lesku - przez starostę leskiego Marka Pańkę i w Sanoku - przez dyr. Adama Siembaba.
- Oglądając te prezentacje, aż się prosi, żeby usiadło trzech starostów i doprowadziło do jakiegoś porozumienia – stwierdził A. Włodarczyk. – Są trzy powiaty i są trzy szpitale, które mają problemy finansowe, oddziały się dublują, spora część łóżek jest niewykorzystana… Nie namawiam do utworzenia jednego organizmu, ale jakiegoś holdingu, luźnego związku tych szpitali, który poprawiłby ich efektywność. Oddziały można by pomiędzy szpitale podzielić. Być może okazałoby się wówczas, że tych pieniędzy w systemie jest wystarczająca ilość.
- Mam wątpliwości co do tych rozwiązań. Ich przyjęcie spowoduje powstanie lokalnych monopoli w poszczególnych zakresach. Ograniczy to konkurencyjność – ripostował Robert Preisner ze Związku Zawodowego Lekarzy w leskim SP ZOZ. – Czy mają decydować zasady wolnorynkowe, czy będzie ręczne sterowanie?
- Jeżeli coś działa prawidłowo, to nie trzeba tego zmieniać – odpowiedział A. Włodarczyk. –Jeżeli są problemy, trzeba się zastanowić, co zrobić, żeby je rozwiązać. Jeżeli państwo nie będziecie podejmować żadnych działań, to prędzej czy później to upadnie. Państwo tu na miejscu znacie sytuację najlepiej i to państwo powinniście zdecydować, co, jak i kiedy zrobić. - Te trzy powiaty to jest ok. 140 tys. mieszkańców i trzy szpitale na ok. 620 łóżek. Kontrakty na te szpitale to ok. 100 ml zł – mówiła Grażyna Hejda. – Dobre rozłożenie akcentów pomiędzy szpitalami i jest możliwość zmieszczenia się w pieniądzach i zabezpieczenia potrzeb zdrowotnych mieszkańców.
- Demografia, ekonomia i epidemiologia są nieubłagane – stwierdził zast. dyr. ds. medycznych ustrzyckiego SP ZOZ Marek Kęska. – Technologie medyczne są coraz droższe, wymagania coraz wyższe. Osobno nie jesteśmy w stanie ich wszystkich spełnić. Dobrze, że się spotykamy i zastanawiamy, co możemy razem zrobić.
- Podsumowanie przyniesie życie - konkluduje Krzysztof Gąsior. - Spotykaliśmy się w sprawie ochrony zdrowia już wcześniej. Nadal będziemy rozmawiać. Może wreszcie coś z tego wyniknie.
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 16)



Wszyscy do pomp!

Sytuacja finansowa SP ZOZ-u w Lesku nie jest wesoła. Nożyce pomiędzy dochodami i kosztami rozwierają się coraz bardziej. Zobowiązania rosną coraz szybciej. "Rosnąca stopa zadłużenia - jak stwierdzono w "Ocenie działalności SP ZOZ w Lesku" - wskazuje na pogłębiające się koszty jednostki i stwarza poważne obawy co do jej przyszłości". Konieczne zatem jest podjęcie działań, które te niekorzystne trendy powstrzymają albo przynajmniej wyraźnie przyhamują.

Ocena funkcjonowania leskiego SP ZOZ-u wywołała bardzo ożywioną dyskusję podczas sesji Rady Powiatu Leskiego, która odbyła się 20 lipca. Oprócz radnych i zarządu powiatu uczestniczyli w niej przedstawiciele dyrekcji SP ZOZ-u i działających tam związków zawodowych.

Nie możemy być bezczynni
Z przedstawionych przez leski SP ZOZ dokumentów wynika, że jego zobowiązania na koniec 2010 r. wynosiły 7 mln 549 tys. zł, z czego ponad 2 mln 76 tys. zł to były zobowiązania wymagalne. Na koniec czerwca 2011 r. kwota zobowiązań wzrosła do 9 mln 581 tys. zł, a zobowiązania wymagalne stanowiły już ponad 3 mln 272 tys. zł.
Wynika z tego, że w ciągu zaledwie 6 miesięcy 2011 r. zadłużenie wzrosło o ponad 2 mln zł. Oznacza to zatem, że deficyt wynosił powyżej 300 tys. zł miesięcznie.
- W tej sytuacji nie możemy pozostać bezczynni - mówi leski starosta Marek Pańko. - Przygotowaliśmy uchwałę, w której Rada Powiatu dokonuje negatywnej oceny działalności SP ZOZ-u w Lesku za 2010 r. i pierwsze półrocze 2011 r. To jest krok, który umożliwi nam podjęcie dalszych działań.
- Sytuacja w SP ZOZ-ie jest dramatyczna. Żeby zobaczyć, jak dramatyczna, wystarczy popatrzeć w te dane - stwierdza radny Ryszard Wysata. - Bardzo dobrze, że dzisiaj ten problem podejmujemy. Ale to jest późno, bardzo późno, o wiele za późno.
- Ciekaw jestem, czy od tej uchwały przybędzie ZOZ-owi pieniędzy albo zmniejszą się jego zobowiązania. Co do tej pory robił organ założycielski? Co zrobiliśmy my, żeby zmienić te niepokojące trendy? - pyta radny Robert Petka. - Oprócz debat i kontroli niczego nie robimy. Bijemy się w nieswoje piersi, bo tak jest najłatwiej. Ale trzeba zapytać, co zrobiliśmy, żeby temu zapobiec. Gmina Lesko bez żadnych skrupułów łupi SP ZOZ z podatków, jak dobrze prosperującą fabrykę.
- Oskarża się, że zarząd powiatu nie trzymał ręki na pulsie, nie pilnował, nie reagował - ripostuje wicestarosta leski Stanisław Szelążek. - Zarząd nie ma takich możliwości. Może jedynie odwołać i powołać dyrektora. Do niedawna nie było ku temu powodów. Pani dyrektor w ciągu 10 lat kierowania wyprowadziła ten ZOZ na prostą. Jeszcze za 2009 r. bilans ZOZ-u wyszedł całkiem dobrze. Popsuło się w 2010 r.

Nie jest tak strasznie
- W 2010 r. kontrakt był niższy. Płace nie są wysokie, ale stanowią one ponad 80% pieniędzy z NFZ - wyjaśnia główna księgowa SP ZOZ Barbara Tutak. - Jest bardzo trudna sytuacja takich małych ZOZ-ów, które nie mają dodatkowych dochodów, a pewne inwestycje muszą być wykonane. Kontrakt to nie tylko wydatki bieżące, ale także inwestycje, zakupy sprzętu itd. Jeśli nie podejmie się jakichś konkretnych działań, to zobowiązania nadal będą rosły.
Zastępca dyrektora SP ZOZ ds. lecznictwa lek. med. Mariusz Łapiński tłumaczył, że comiesięczny przyrost długu wynika z kilku przyczyn. Główną - w jego ocenie - jest to, że od trzech lat ZOZ dostaje z NFZ tyle samo pieniędzy, a koszty są coraz większe. W poprzednich latach bilans zamykał się w pobliżu zera, bo NFZ przekazywał część pieniędzy za tzw. nadwykonania. Gdyby wpływało 100% za nadwykonania, to nie byłoby kłopotów finansowych. W tej chwili jednak NFZ za nadwykonania nie przekazuje żadnych pieniędzy i "to powoduje, że te słupki tak wyglądają, jak wyglądają".
- Uważam, że brak tych 200 tys. zł miesięcznie przy 22-milionowym budżecie to nie jest tak strasznie dużo - twierdzi M. Łapiński. - Można stosunkowo szybko pozyskać dodatkowe środki z NFZ i ograniczyć koszty. To nie jest jeszcze jakaś dramatyczna zapaść. Trzeba spotkać się z załogą, porozmawiać, uzyskać konsensus i powołać osobę, która będzie kierować ZOZ-em, podejmować decyzje dotyczące finansów i…
Fot. A. Bramberger

(więcej ,,GB" 15)



Hala jak ta lala

Ustrzycka hala sportowo-widowiskowa za półtora miesiąca ma być gotowa. Termin zakończenia jej budowy "pod klucz" z wyposażeniem wyznaczono na koniec sierpnia. - Nie ma większych zagrożeń, jeśli chodzi o ten termin - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Powinniśmy zdążyć na czas - potwierdza kierownik budowy hali Jan Ogorzałek.

- Było poważne zagrożenie. Jeżeli nie dałoby się przeforsować ciepłociągu z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na l. 2007-2013, musielibyśmy ten odcinek zbudować za nasze pieniądze. Tak się złożyło, że udało się dofinansowanie ciepłociągu w porę odblokować i zacząć tę inwestycję - mówi ustrzycki burmistrz.
Zaraz po "odblokowaniu dofinansowania" ogłoszono przetarg na wykonawstwo. Wygrała go firma "Watex" z Rzeszowa, która z rozmachem zabrała się do budowy. Nowa nitka ciepłociągu przeszła już przez plac przy hali. W tej chwili kolektor jest zasypywany. Gdyby na przełomie czerwca i lipca była lepsza pogoda, byłby skończony nieco wcześniej.
Z nowego odcinka ciepłociągu będzie dostarczana do hali ciepła woda użytkowa i będzie zasilane jej ogrzewanie. We wszystkich pomieszczeniach zainstalowano ogrzewanie podłogowe.

Jest co ogrzewać
Ustrzycka hala bowiem to kawał budowli. Budynek ma prawie 3 tysiące m2 powierzchni (71 m długość i 46 m szerokość), a jego kubatura wynosi niemal 31 tysięcy m3. Dach mierzy 2790 m2.
Budynek hali ma dwie kondygnacje i częściowe podpiwniczenie. W piwnicy znalazły się kotłownia i pomieszczenia gospodarcze. Najważniejsza część hali mieści się na parterze. Tutaj znajdują się arena główna i widownia, hol wejściowy ze schodami i windą, zaplecze sanitarne i szatnie dla widzów, zaplecze magazynowo-sanitarne i szatnie dla zawodników oraz gabinet lekarski, gabinet masażu i sauna.
Arena główna ma 44 m długości, 22 m szerokości i do 12,5 m wysokości. Zostaną w niej wyznaczone boiska do piłki ręcznej, koszykówki, siatkówki (główne i treningowe), boisko do halowej piłki nożnej, kort do tenisa ziemnego i boisko do badmintona. Na widowni stałej będą miejsca siedzące dla 450 widzów.
Na pierwszym piętrze - oprócz holu głównego i części gastronomicznej - są pomieszczenia administracyjne, zaplecze sanitarno-szatniowe dla zawodników, zaplecze sanitarne dla widzów, zespół salek gimnastycznych (fitness, aerobic, siłownia) i sala konferencyjno-szkoleniowa.
- Ostatnie opady deszczu wstrzymały nam montaż podłogi w hali. Była zbyt duża wilgotność i za niska temperatura. Ale ogrzewanie podłogowej jest już zainstalowane i po tych kilku cieplejszych dniach zaczęliśmy układanie podłogi - wyjaśnia J. Ogorzałek.
T. Szewczyk
Fot. W hali rozprowadzono instalację ogrzewania podłogowego i zaczyna się montaż podłogi
Fot. M. Szewczyk

(więcej ,,GB" 14)



"Delfin" otwarty

- Wszystkie urządzenia przeszły pomyślnie próby techniczne i technologiczne. Cały kompleks został skontrolowany przez WOPR, PIP, sanepid, straż pożarną i nadzór budowlany. Mamy pozytywne wyniki badań wody. Są też zatrudnieni ratownicy. Wszystko jest gotowe - mówi dyrektor Zespołu Basenów "Delfin" w Ustrzykach D. Kazimierz Matwiej.

Tuż przed rozpoczęciem wakacji - 21 czerwca - oddano do użytku Zespół Basenów "Delfin". Po przecięciu wstęgi przez wojewodzinę Małgorzatę Chomycz, wicemarszałka podkarpackiego Sławomira Miklicza, burmistrza ustrzyckiego Henryka Sułuję i dyrektora Kazimierza Matwieja nowy kompleks rekreacyjno-sportowy został poświęcony przez ks. Romana Szczupaka.
- Dzięki tej inwestycji poszerzyła się oferta turystyczno-wypoczynkowa Ustrzyk D. i Bieszczadów - stwierdziła wojewodzina podkarpacka Małgorzata Chomycz. - Samorządowcy ustrzyccy bardzo dobrze wykorzystują możliwości rozwoju i są dobrymi gospodarzami swojej małej ojczyzny.
- Są miejsca, gdzie dużo się mówi o potrzebie rozbudowy bazy sportowej, rekreacyjnej czy wypoczynkowej i niewiele robi. Są też miejsca, gdzie mówi się o tym mniej, a o wiele więcej się robi - powiedział wicemarszałek podkarpacki Sławomir Miklicz. - Ustrzyki D. należą do tej drugiej grupy, czego dowodem jest ten wspaniały zespół basenów.
- Cieszymy się, że Ustrzyki D. i Bieszczady wzbogaciły się o tak piękne obiekty. Gratulujemy całemu miastu i gminie. Wszystkim, którzy będą korzystać z tych basenów, życzymy wspaniałej i bezpiecznej zabawy - mówił w imieniu ZBGP wójt Soliny Zbigniew Sawiński. Leska burmistrzyni Barbara Jankiewicz na dobry początek podarowała kosz czepków pływackich. Wójt soliński Zbigniew Sawiński w imieniu ZBGP sprezentował ustrzyckiemu burmistrzowi… kąpielówki w rozmiarze XXL.
W części artystycznej, która została skrócona z powodu trudności technicznych, wystąpili uczniowie Zespołu Szkół Publicznych nr 1 i nr 2 w Ustrzykach D. Dzieci ze Szkoły Podstawowej w Hoszowie swoim śpiewem a capella zrobiły na uczestnikach otwarcia duże wrażenie.
Budowa całego kompleksu trwała dwa lata. Rozpoczęła się na wiosnę 2009 r. Firma "Prohanbud" z Uherzec Mineralnych, która wygrała przetargi na wykonawstwo, pobudowała w 2009 r. budynki zaplecza (szatnie, łazienki, sanitariaty, kawiarnię z dwupoziomowym tarasem) i pompownię, rozprowadziła zasilanie energetyczne, wykonała kanalizację sanitarną i deszczową, kanał technologiczny, łączący pompownię z "Delfinem", i brodzik dla dzieci. Najważniejsze prace przypadły na 2010 r. Wówczas wybudowano niecki basenów rekreacyjnego i sportowego, dwutorową zjeżdżalnię rodzinną o długości 13 m i 68-metrową zjeżdżalnię "Anakonda" oraz oświetlenie i ogrodzenia całego kompleksu, który mieści się na powierzchni 150 arów.
W 2011 r. uporządkowano i zagospodarowano najbliższe otoczenie basenów i pobudowano przy nich plaże. W basenie rekreacyjnym zainstalowano bicz wodny, gejzer i hydromasaże ścienne, a brodzik wyposażono w grzybek wodny. W bramie wejściowej zamontowane zostały sterowane elektronicznie rejestratory wejść i wyjść.
W pobliżu basenu znalazły się urządzenia plenerowej siłowni rehabilitacyjnej z dziewięcioma urządzeniami do ćwiczeń i piętnastoma stanowiskami. Pod gołym niebem można też pograć w tenisa stołowego i "hokey skate". Są również ławeczki, parasole i można wypożyczyć leżaki. W sześciotorowym basenie sportowym o wymiarach 25 m x 12,5 m woda ma od 1,2 m do 1,8 m głębokości. Basen rekreacyjny o wymiarach 15 m x 10 m jest płytszy - do 1,2 m. W brodziku o powierzchni 56 m2 średnia głębokość wody wynosi 0,4 m.
Równocześnie mogą się kąpać 144 osoby. Na terenie obiektu może zaś przebywać 1000 osób. Nad bezpieczeństwem kąpiących się przez cały czas czuwa trzech ratowników.
Cały kompleks wybudowany został bez barier architektonicznych, co umożliwia korzystanie z niego osobom niepełnosprawnym.
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 13)



XI Podkarpacka Nagroda Samorządowa
XI Podkarpacka Nagroda Samorządowa


Uroczysta gala, zorganizowana 28 maja w Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie, była kulminacyjnym punktem obchodów Dnia Samorządu Terytorialnego na Podkarpaciu. Uhonorowano na niej najlepszych wójtów, burmistrzów, prezydentów miast i starostów.

Już jedenasty raz tygodnik "Nowe Podkarpacie" we współpracy z Podkarpackim Stowarzyszeniem Samorządów Terytorialnych w Rzeszowie wyłaniał najlepszych samorządowców. Tegoroczna edycja Podkarpackiej Nagrody Samorządowej przebiegała pod hasłem "Nasza gmina/nasze miasto/nasz powiat na progu nowej kadencji".
Komisja kwalifikacyjna, którą stanowili przedstawiciele Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego, Wojewody Podkarpackiego, Podkarpackiego Stowarzyszenia Samorządów Terytorialnych i redakcji "Nowego Podkarpacia", po analizie nadesłanych przez samorządy ankiet nominowała po pięciu samorządowców w kategoriach: powiat, gmina, miasta małe do 35 tys. mieszkańców i miasta duże powyżej 35 tys. mieszkańców.
Przy ich wyborze uwzględniano m.in. inwestycje i remonty przeprowadzone w 2010 r. i zaplanowane na 2011 r., projekty złożone do Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego, pozyskane wsparcie zewnętrzne dla inwestycji, działania na rzecz ochrony środowiska i edukacji ekologicznej, udział w konkursach dla jednostek samorządu terytorialnego.
W kategorii powiatowej nominowani zostali: Władysław Bielawa - starosta dębicki, Robert Godek - starosta strzyżowski, Adam Kmiecik - starosta jasielski, Józef Michalik - starosta lubaczowski i Stanisław Ziemiński - starosta ropczycko-sędziszowski.
Spośród samorządowców z dużych miast (powyżej 35 tys. mieszkańców) wśród nominatów znaleźli się: Wojciech Blecharczyk - burmistrz Sanoka, Robert Choma - prezydent Przemyśla, Andrzej Czernecki - burmistrz Jasła, Tadeusz Ferenc - prezydent Rzeszowa i Piotr Przytocki - prezydent Krosna. W grupie małych miast (do 35 tys. mieszkańców) wyróżnienia uzyskali: Julian Ozimek - burmistrz Niska, Józef Rybiński - burmistrz Radomyśla Wielkiego, Zbigniew Sanocki - burmistrz Jedlicz, Henryk Sułuja - burmistrz Ustrzyk D. i Jan Zuba - burmistrz Kolbuszowej.
Piątkę nominowanych do Podkarpackiej Nagrody Samorządowej wójtów stanowili: Jacek Chmura - wójt Grodziska D., Marek Klara - wójt Miejsca Piastowego, Stanisław Rokosz - wójt gminy Dębica, Zbigniew Sawiński - wójt Soliny i Mariusz Szmyd - wójt gminy Sanok.
Kapituła Podkarpackiej Nagrody Samorządowej spośród 20 nominatów dokonała wyboru 4 laureatów Podkarpackiej Nagrody Samorządowej za 2010 r. W kategorii powiatów laureatem został powiat strzyżowski (starosta Robert Godek). Spośród dużych miast najwyżej oceniono Przemyśl (prezydent Robert Choma). Spośród małych miast największe uznanie w oczach członków kapituły uzyskały miasto i gmina Ustrzyki D. (burmistrz Henryk Sułuja). Wśród gmin wiejskich palmę pierwszeństwa przyznano gminie Solina (wójt Zbigniew Sawiński).
Kilka dni wcześniej Zbigniew Sawiński w sali kolumnowej Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego odebrał z rąk wojewodziny podkarpackiej Małgorzaty Chomycz Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Odznaczenie to Prezydent RP nadał solińskiemu wójtowi za wieloletnią działalność na rzecz rozwoju samorządności, efekty społeczno-gospodarcze i rozwój uzdrowiska w Polańczyku.
Laureaci tegorocznej Podkarpackiej Nagrody Samorządowej otrzymali pamiątkowe statuetki, dyplomy i wieczne pióra ze złotą stalówką, które zostały podarowane przez prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.
Kapituła Podkarpackiej Nagrody Samorządowej przyznała także dyplomy Podkarpackich Liderów Samorządności. Otrzymują je te samorządy, które przez trzy kolejne lata były nominowane do nagrody. W tym roku otrzymały je: gmina Dębica, miasto Sanok, miasto i gmina Ustrzyki D., powiat dębicki, powiat lubaczowski, powiat ropczycko-sędziszowski, miasto Krosno i miasto Rzeszów.
Od kilku lat podczas wojewódzkich obchodów Dni Samorządu Terytorialnego przyznawane są również nagrody dla najzdolniejszej młodzieży. Wyróżnia się po jednym uczniu z każdego powiatu i z miast grodzkich na prawach powiatu. Z powiatu bieszczadzkiego nagrodę te otrzymała Karolina Mehal z Gimnazjum w Czarnej. Spośród uczniów z powiatu leskiego wyróżniony został Marcin Kwaśny z Publicznego Gimnazjum w Lesku.
Fot. Marszałek podkarpacki M. Karapyta (z lewej) z bieszczadzkimi zdobywcami Podkarpackiej Nagrody Samorządowej Z. Sawińskim (w środku) i H. Sułują (z prawej)
Fot. A. Józefczyk (źródło: "Nowe Podkarpacie")

(więcej ,,GB" 12)



Nie daj się ukąsić!

Wczesnym popołudniem Ania wyszła z domu. Szukała kota, który uwielbia wygrzewać się na słońcu. Znalazła pupila, podniosła go i – ku swemu przerażeniu – zauważyła, że kot nie leniuchował samotnie. Pod zwierzakiem leżała… zwinięta żmija zygzakowata.

- Namnożyło się tego wyjątkowo dużo w tym roku. Strach po drewno do komórki pójść, dzieci na podwórko wypuścić. Ostatnio u sąsiada trzy takie wielkie na podwórku leżały. Aż się z rodziną w domu zamknął! – żali się mieszkaniec podustrzyckiej wsi. – A podobno to jeszcze chronione i zabić nie można, bo po sądach będą włóczyć.
Żmije w Bieszczadach nie są czymś nowym. Jednak stają się sporym problemem, głównie ze względu na coraz większą ich liczbę. Żmijowa populacja rozrasta się, poszukując nowych miejsc gniazdowania. Miejsca to znajdują się coraz bliżej ludzkich osiedli. Żmijom to nie przeszkadza. Ludziom owszem.

Co z tym robić?
A ludzie, jak się okazuje, nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony pozostają domowe sposoby radzenia sobie z gadami, z drugiej zaś żmije zygzakowate są gatunkiem chronionym, więc - wg prawa - są nie do ruszenia.
Jeśli chcemy samodzielnie „poradzić sobie” ze żmijami gniazdującymi w naszej okolicy, trzeba pamiętać, że za zabicie tego gada grozi odpowiedzialność karna: areszt lub grzywna. Zatem gdy chcemy pozbyć się żmii z podwórka, musimy albo liczyć się z konsekwencjami prawnymi, albo zwrócić do Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Warszawie, który - jako jedyny w kraju - może wydać zezwolenie na zabicie gada objętego ścisłą ochroną gatunkową.
Zezwolenie na niszczenie siedlisk i ostoi żmii wydaje zaś Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska. Wzór wniosku znajduje się na stronie internetowej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie w zakładce „wzory dokumentów”.

Jak trwoga, to do… straży
Gadów można uniknąć, przede wszystkim dbając o najbliższe otoczenie, m.in. poprzez usunięcie z podwórka składowanego drewna, blachy bądź kamieni, pod którymi żmije lubią gniazdować. Pomaga także regularne wykaszanie trawy rosnącej w pobliżu domostwa. Są to jednak środki, które tylko zmniejszają prawdopodobieństwo pojawienia się żmii w naszym otoczeniu.
Regionalny Konserwator Przyrody radzi, by w sytuacjach zagrożenia zwracać się do straży pożarnej, gdyż służba ta jest powołana do prowadzenia akcji ratowniczych w czasie pożarów, klęsk żywiołowych i innych zagrożeń. Niewątpliwie takim „innym zagrożeniem”, szczególnie dla dzieci, są żmije – jedyne żyjące w Polsce gady jadowite.
Ale czy straż jest przygotowana do akcji antyżmijowych?
Fot. M. Szewczyk

(więcej ,,GB" 11)



Baseny otwarte na Dzień Dziecka?

Niedługo powinna zakończyć się budowa basenów otwartych. Stanowią one zasadniczą część kompleksu sportowo-rekreacyjnego, który powstaje w Ustrzykach D. przy Międzyszkolnej Krytej Pływalni "Delfin". Ich otwarcie zaplanowane jest na Dzień Dziecka.

Budowa całego kompleksu trwa dwa lata. Rozpoczęła się na wiosnę 2009 r. Firma "Prohanbud" z Uherzec Mineralnych, która wygrała przetargi na wykonawstwo, pobudowała w 2009 r. budynki zaplecza (szatnie, łazienki, sanitariaty, kawiarnia z dwupoziomowym tarasem) i pompownię, rozprowadziła zasilanie energetyczne, wykonała kanalizację sanitarną i deszczową, kanał technologiczny, łączący pompownię z "Delfinem" i brodzik.
Najważniejsze prace w 2010 r. to budowa niecek basenu rekreacyjnego i sportowego, zjeżdżalni "rodzinnej" i "anakondy" oraz oświetlenia i ogrodzenia całego kompleksu.
Wykonane do tej pory prace związane z budową basenów odkrytych kosztowały niespełna 5 mln zł.
- Obecnie trwają prace związane z uporządkowaniem terenu i wykończeniem plaż wokół basenów. Niecki basenu sportowego i rekreacyjnego zostały wypełnione wodą. Prowadzone są próby pomp obiegowych, zjeżdżalni i atrakcji wodnych (bicz, gejzer, masaż). Uruchamiana jest stacja uzdatniania wody. Są już zainstalowane sterowane elektronicznie rejestratory wejść i wyjść. Oświetlenie działa. Kończą się prace przy ogrodzeniu. Ogłoszony został również przetarg na obsługę ratowniczą basenów odkrytych - informuje dyrektor MKP "Delfin" Kazimierz Matwiej.
Na razie przyjmuje się, że pozostałe elementy kompleksu sportowo-rekreacyjnego powstaną w wyniku realizacji projektu rewitalizacji tej miasta, złożonego wspólnie przez ustrzycką gminę i Lokatorsko-Własnościową Spółdzielnię Mieszkaniową "Drzewiarz" z Ustrzyk D. do Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013. W projekcie tym uwzględniono m.in. plac zabaw, boiska, parkingi i drogi.
- To duży projekt, jeden z największych, jakie zostały zgłoszone do tego programu. Jako gmina mamy w nim na inwestycje ok. 2 mln zł, a 10 mln zł to pieniądze, które wykorzysta SM "Drzewiarz" - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Jak to przejdzie, to będziemy mieć tę część miasta urządzoną. Pieniądze na wkład własny do tego projektu mamy w budżecie gminy zarezerwowane.
Otwarcie basenów otwartych planowane jest na Dzień Dziecka. Jednak nie wiadomo, czy do tego terminu uda się przeprowadzić rozruch technologiczny wszystkich urządzeń i uzyskać pozytywne wyniki wszystkich badań i kontroli.
- Trzeba się z oddaniem basenów do użytku spieszyć, bo już mamy pierwsze rezerwacje od grup zorganizowanych spoza Ustrzyk D. - dodaje K. Matwiej.
t. s.

(więcej ,,GB" 10)



Strat nie da się oszacować

20 kwietnia w ciągu 6-7 godzin spaleniu uległo ponad 20 ha połonin w okolicach Krzemienia i Bukowego Berda. Z ogniem walczyło kilkudziesięciu pracowników Bieszczadzkiego Parku Narodowego wspieranych przez jednostki OSP z Ustrzyk Górnych, Wetliny, Lutowisk, funkcjonariuszy Straży Granicznej, Nadleśnictwa Stuposiany oraz GOPR.

Straty dla przyrody bieszczadzkiej są nie do oszacowania. Zniszczeniu uległo wiele cennych zbiorowisk roślinnych i środowisko dla zwierząt bytujących w najwyższych partiach Bieszczadów. Najprawdopodobniej przyczyną pożaru było zaprószenie ognia przez turystów wędrujących w tym dniu szlakiem.
Ogień został zauważony ok. godz. 11.00 przez pracowników patrolujących teren parku. W ciągu kilkudziesięciu minut "na nogi" postawiono prawie całą załogę BdPN. Bezpośrednio do akcji gaszenia pożaru skierowano kilkudziesięciu pracowników. Inni donosili wodę do popicia dla biorących udział w akcji gaśniczej.
Trudno dostępny teren nie pozwalał na użycie sprzętu technicznego. Do gaszenia używano jedynie podręcznego sprzętu przeciwpożarowego, jak tłumice czy też gałęzie i łopaty. Silny wiatr, jaki był tego dnia, powodował podsycanie ognia i szybkie rozprzestrzenianie się pożaru. Niekiedy ściana ognia była tak duża, że gaszący musieli odstępować na odległość kilkunastu metrów, aby nie ulec poparzeniu.
Na szczęście po południu wiatr nieco osłabł i zmienił swój kierunek, co pozwoliło skutecznie opanować pożar i ok. godz. 18 ugasić go. Jeszcze przez kolejne kilkadziesiąt godzin, w tym również w nocy, pracownicy parku dyżurowali na pogorzelisku, obserwując, czy nie nastąpi ponowny zapłon, co przez specyficznej glebie i roślinności tam występującej mogło nastąpić w każdej chwili.
Skutki kwietniowego pożaru są - jak twierdzą botanicy - trudne do oszacowania. Straty w środowisku są ogromne. Pożarem zostały objęte bardzo cenne zbiorowiska roślinne. Wśród nich najwięcej spłonęło traworośli z trzcinnikiem leśnym oraz śmiałkiem darniowym. To właśnie te zbiorowiska płonęły najgwałtowniej ze względu na swoją dużą biomasę. Wśród traworośli w wilgotniejszych miejscach pożar nie ominął bardzo cennych ziołorośli z wschodniokarpackimi gatunkami, takimi jak: chaber Kotschego, chaber miękkowłosy, ostrożeń wschodniokarpacki i pełnik alpejski.
Jednak największe spustoszenia pożar…
W związku z utrzymującą się suszą na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego utrzymywany jest stan podwyższonej gotowości przeciwpożarowego. Dyrekcja BdPN przypomina, iż zgodnie z regulaminem BdPN na terenie parku zabronione jest palenie papierosów i używanie otwartego ognia.
Fot. M. Lisowski

(więcej ,,GB" 9)



V FORUM MIAST NARCIARSKICH
Wspólne problemy - wspólne stanowiska


Opodatkowanie wyciągów i stacji narciarskich, bezpieczeństwo na stokach, współpraca z parkami narodowymi i Lasami Państwowymi, skuteczna promocja - to podstawowe tematy V Forum Miast Narciarskich, którego gospodarzem były Ustrzyki Dolne. Forum obradowało 7-8 kwietnia w Arłamowie.

Organizacja ta powstała w 2009 r. w Szczyrku. Jej celem jest "stworzenie płaszczyzny wymiany doświadczeń, inicjatyw, wypracowania optymalnych rozwiązań i propozycji dotyczących rozwoju miejscowości o podobnym charakterze, co w konsekwencji przyczyni się do ich dalszego dynamicznego rozwoju". Skupia miejscowości, które na swoim terenie mają stacje narciarskie, są bardziej lub mniej znanymi ośrodkami sportów zimowych.
- Bardzo się cieszę, że takie stowarzyszenie powstało i jest coraz mocniejsze - mówił prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner. - Właściwie wszystkie miasta i wioski, które mają na swoim terenie góry, powinny do niego przystąpić. Wtedy ich głos byłby jeszcze donośniejszy.
Do czasu arłamowskiego spotkania członkami FMN były: Brenna, Bukowina Tatrzańska, Duszniki, Istebna, Iwonicz-Zdrój, Jeleśnia, Karpacz, Mszana Dolna, Piwniczna, Sękowa, Szczyrk, Szklarska Poręba, Tomaszów Lubelski, Ustrzyki Dolne, Wilkowice, Wisła, Zakopane i Żywiec. W Arłamowie do stowarzyszenia przystąpiły: Andrychów, Czarna, Dukla, Jedlicze, Krynica-Zdrój, Przemyśl, Wilkowice, Zawoja i Zagórz.
Oprócz przedstawicieli samorządów starych i nowych członków FMN w spotkaniu uczestniczyli m.in. wiceprzewodnicząca sejmowej komisji finansów Krystyna Skowrońska, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Maciej Grabowski, marszałek województwa podkarpackiego Mirosław Karapyta, prezes Podkarpackiego Okręgowego Związku Narciarskiego Stanisław Nahajowski, szefowa Podkarpackiego Inspektoratu Ochrony Środowiska Ewa Lipińska, zastępca dyrektora Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie Marek Marecki, naczelnik Grupy Bieszczadzkiej GOPR Grzegorz Chudzik, dyrektor Stowarzyszenia Polskich Stacji Narciarskich Turystycznych Jerzy Adamski.
- W grze zespołowej ważne jest to, żeby uczyć się na własnych błędach i uczyć się od lepszego - powiedziała wojewodzina podkarpacka Małgorzata Chomycz. - FMN jest znakomitą płaszczyzną do takiej nauki, do wymieniania doświadczeń, do poszukiwania wspólnych rozwiązań wspólnych problemów.
Podczas dwudniowych obrad samorządowcy i ich goście zajmowali się zmianami w przepisach podatkowych i w ochronie przyrody, które ułatwiałyby budowę i funkcjonowanie stacji narciarskich, a także bezpieczeństwem na stokach narciarskich i promocją jako wspólnym zadaniem samorządów i gestorów bazy sportowo-turystycznej.
Samorządom zależy na przyciąganiu turystów, lecz obowiązujące przepisy utrudniają rozwój ośrodków narciarskich i zniechęcają potencjalnych inwestorów. Polskie prawo bywa w tych dziedzinach bardziej restrykcyjne od europejskiego. Z tego powodu w Austrii formalności związane z budową wyciągu trwają kilka miesięcy, a w Polsce "same uzgodnienia środowiskowe zajmują nawet kilkanaście lat". U nas inwestor niekiedy musiałby wydać grube pieniądze tylko po to, by się dowiedzieć, że jego przedsięwzięcie nie ma szans na realizację.
- Forum w Arłamowie należy uznać za udane. Okazuje się, że mamy wspólne problemy i w wielu sprawach wspólne stanowiska - podsumowuje H. Sułuja. - Pierwszy raz od założenia FMN uczestniczyli w jego obradach tak wysocy przedstawiciele władz, jak wiceprzewodnicząca sejmowej komisji finansów czy podsekretarz Ministerstwa Finansów. Oczywiście, na takim spotkaniu nie można było tych skomplikowanych spraw związanych z podatkami czy ochroną środowiska sfinalizować. Ale ważne, że udało się je zasygnalizować. Będzie to mieć swój dalszy ciąg na kolejnym FMN, które początkiem jesieni odbędzie się w Wiśle.
T. S.
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 8)



Interna działa, problem zostaje

Pod koniec marca nad oddziałem chorób wewnętrznych szpitala w Ustrzykach D. zawisła groźba zamknięcia. Zostały już nawet wstrzymane przyjęcia pacjentów i wszczęto procedury związane z jego formalnym zamykaniem. Na szczęście, nim dobiegły końca, można je było odwołać.

- Ordynator tego oddziału dr Waldemar Góralczyk 21 marca niespodziewanie złożył wypowiedzenie, motywując je "przemęczeniem pracą oraz wypaleniem się psychicznym i fizycznym" - mówi zastępca dyrektora SP ZOZ w Ustrzykach D. lek. med. Marek Kęska. - Był zatrudniony w naszym szpitalu na kontrakcie i obowiązywał go miesięczny okres wypowiedzenia. Jednak chciał odejść z pracy u nas 31 marca. Przeprowadziłem z nim rozmowę. Podtrzymał w niej swoją decyzję, jeśli chodzi o odejście i jego termin. Stwierdził, że bez względu na to, jaka będzie odpowiedź dyrekcji, on swojego stanowiska nie zmieni i 1 kwietnia w pracy go nie będzie.
Od 1 kwietnia w oddziale chorób wewnętrznych zostałby zatem tylko jeden lekarz zatrudniony w pełnym wymiarze i nie byłoby ordynatora. W tej sytuacji M. Kęska nie miał właściwie żadnego pola manewru i wszczął procedurę zamykania oddziału. Powiadomił Narodowy Fundusz Zdrowia, Wojewodę Podkarpackiego, dyrektorów ościennych szpitali i lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, że ustrzycki szpital wstrzymuje przyjęcia pacjentów na oddział wewnętrzny do odwołania.
Przez dwa dni - 28 i 29 marca - na oddział nie przyjmowano nowych pacjentów. Tych, którzy byli zakwalifikowani do leczenia szpitalnego, odwożono do najbliższych szpitali. W sumie trzeba było przewieźć cztery osoby.
Po złożeniu wypowiedzenia przez W. Góralczyka rozpoczęto starania o pozyskanie lekarza, który podjąłby się kierowania oddziałem przynajmniej przez jakiś czas. Po kilku dniach dr Janusz Ejsmond, mieszkaniec Ustrzyk D., od lat związany z ustrzyckim szpitalem, który wcześniej był tutaj m.in. ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, wyraził zgodę na pokierowanie interną.
- Dzięki temu 30 marca można było wszcząć procedury związane z odwołaniem zamykania oddziału - mówi M. Kęska. - Ale problem pozostaje. Dr J. Ejsmond zgodził się prowadzenie oddziału przez najbliższe 3 miesiące. Poza tym nadal w oddziale wewnętrznym koniecznie potrzebny jest przynajmniej jeden lekarz, a przydałoby się dwóch.
T. S.
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 7)



Na czas remontu mostu na Sanie w Rajskiem będzie…
Przerwana pętla bieszczadzka


Małą pętlą bieszczadzką od późnej wiosny do później jesieni nie będzie można przejechać. Powodem tego będzie wyłączenie z ruchu jej odcinka, wynikające z remontu mostu przez San w Rajskiem.

W tej chwili trwają przymiarki do tego, żeby remont tego mostu ruszył. Podkarpacki Zarząd Dróg Wojewódzkich w Rzeszowie 7 marca ogłosił przetarg na to zadanie. Otwarcie ofert ma nastąpić 28 marca.
- Jest już gotowa pełna dokumentacja. Został ogłoszony przetarg na wykonawstwo robót. Czekamy na jego wyniki. Po rozstrzygnięciu przetargu będzie można zabierać się do roboty - potwierdza kierownik Rejonu Dróg Wojewódzkich w Ustrzykach D. Andrzej Bechta.
Obecnie na tym moście, który znajduje się w ciągu drogi wojewódzkiej Hoczew-Czarna, obowiązuje ograniczenie nośności całkowitej do 10 ton i prędkości do 30 km/godz. W ubiegłym roku w moście pojawiła się spora dziura. Została załatana, ale tylko prowizorycznie. Aby nie doszło do jakiegoś nieszczęścia, jedną stronę mostu wyłączono całkowicie z użytku i wprowadzono ruch wahadłowy.
Najprawdopodobniej remont mostu w Rajskiem będzie najdroższą inwestycją prowadzoną w tym roku na drogach wojewódzkich w Bieszczadach. Szacuje się, że trzeba będzie nań wydać nawet ok. 10 mln zł. Jednak ile będzie to rzeczywiście kosztować, okaże się dopiero po zakończeniu przetargu.
Koszty te byłyby jeszcze wyższe, gdyby okazało się, że wszystkie elementy tego - jak mówią drogowcy - obiektu mostowego są w złym stanie technicznym. Na szczęście ekspertyzy wykazały, że przyczółki i filary mostu nie wymagają wymiany i mogą być nadal wykorzystywane.
Natomiast trzeba będzie zrobić nowe oczepy. Wykonana zostanie również całkowicie nowa płyta mostu z nową nawierzchnią. Po remoncie most będzie szerszy, gdyż - oprócz jezdni - mają się na nim zmieścić tzw. kapy chodnikowe. Na całej długości mostu zostaną także zamontowane nowe barieroporęcze mostowe.
- W chwili wejścia wykonawcy na teren budowy most i dojazdy do mosty zostaną wyłączone z ruchu aż do zakończenia robót - dodaje A. Bechta. - Mała pętla bieszczadzka będzie w tym miejscu przez kawałek wiosny, całe lato i sporą część jesieni nieprzejezdna.
Remont ma być zakończony do 28 października b.r.
T. S.
Fot. Most w Rajskiem
Fot. M. R.

(więcej ,,GB" 5)



Nie ma za co szaleć

- Nie robimy nieprzemyślanych ruchów. Nie szalejemy, bo nie mamy za co. Robimy to, co gmina musi robić, i to na, co nas stać - mówi wójt Marcin Rogacki o planach i budżecie gminy Czarna na 2011 r.

Rada Gminy Czarna 24 lutego przyjęła budżet gminy na 2011 r. Zaplanowano w nim dochody w wysokości prawie 7 mln 247 tys. zł. Wydatki ogółem sięgną 8 mln 824 tys. zł. Przewidywany deficyt budżetowy ma wynieść 1 mln 576 tys. zł.
- Deficyt nie wynika z tego, że musimy dokładać do wydatków bieżących. Wydatki bieżące mają pokrycie w dochodach bieżących - wyjaśnia skarbnik gminy Czarna Teresa Karabanowska. - Nasze dochody są jednak dość niskie. Jeżeli chcemy zrobić jakieś większe inwestycje, musimy korzystać z kredytów.
Na dochody gminy Czarna złożą się - tak jak w innych gminach - dochody własne i majątkowe, subwencje i dotacje. Po stronie dochodowej najpoważniejszą sumę - 2 mln 777 tys. zł - stanowi przekazywana przez Ministerstwo Finansów subwencja ogólna. W tej kwocie 1 mln 962 tys. zł to subwencje: oświatowa, 774 tys. zł - subwencja wyrównawcza, a 40 tys. zł - subwencja równoważąca.
Dochody własne (m.in. udziały w podatkach dochodowych od osób fizycznych i prawnych, podatki rolny, leśny, od nieruchomości, od środków transportu, od spadków i darowizn, od czynności cywilnoprawnych oraz wpływy m.in. z eksploatacji złóż kopalnych, z opłaty skarbowej, z opłaty miejscowej, z pozwoleń na sprzedaż alkoholu) przyniosą 2 mln 308 tys. zł.
Niewiele mniej, bo 2 mln 162 tys. zł mają stanowić dotacje, m.in. dotacja na pomoc społeczną (827 tys. zł) oraz dotacje celowe w ramach programów finansowanych ze źródeł zewnętrznych (ok. 950 tys. zł).
- Na pewno rzeczywiste wykonanie dochodów będzie się różnić od zaplanowanego w budżecie, bo zawsze to się zmienia w ciągu roku - stwierdza T. Karabanowska. - Już mamy informację, że subwencja oświatowa będzie mniejsza od przyjętej w budżecie o 36 tys. zł. O tyle więcej trzeba będzie dopłacić do oświaty z dochodów własnych.
Pieniądze na oświatę to największa pozycja po stronie wydatkowej: 3 mln 107 tys. zł. Dla szkół podstawowych zarezerwowano 1 mln 626 tys. zł (wydatki bieżące 1 mln 583 tys. zł; remont pomieszczeń szkolnych - 43 tys. zł). Ponad 1 mln 15 tys. zł będą kosztować gimnazja (wydatki bieżące - 915 tys. zł; remont dachu hali sportowej - 100 tys. zł). Na dowożenie uczniów do szkół zaplanowano 58 tys. zł, a na prowadzenie stołówki szkolnej - 24 tys. zł. Oddziały zerowe będą kosztować prawie 99 tys. zł. Koszty funkcjonowania punktów przedszkolnych w Czarnej G. i Polanie (ponad 280 tys. zł) są pokrywane głównie z dotacji (276 tys. zł). Do kosztów związanych z oświatą można byłoby jeszcze doliczyć wydatki na edukacyjną opiekę wychowawczą - prawie 59 tys. zł.
- Oświata stanowi poważne obciążenie dla naszego budżetu - stwierdza M. Rogacki. - Subwencja oświatowa to niecałe 2 mln zł, a wydatki na oświatę i edukacyjną opiekę wychowawczą to ponad 3 mln 100 tys. zł. Różnica jest spora: prawie 1 mln 200 tys. zł. Ale u nas jakieś poważniejsze działania oszczędnościowe w oświacie są mało realne.
Fot. Sesja budżetowa Rady Gminy Czarna została przeprowadzona w oddanym niedawno do użytku po modernizacji Gminnym Ośrodku Kultury
Fot. UG Czarna

(więcej ,,GB" 5)



Długi marsz

Niemal wszystkie bieszczadzkie samorządy - gminne i powiatowe - zaciągają pożyczki lub kredyty. Najczęściej są one wykorzystywane na finansowanie inwestycji, bo samorządowe budżety nie pozwalają na pokrycie kosztów poważniejszych przedsięwzięć inwestycyjnych z dochodów własnych. O wiele gorzej jest, kiedy zadłużenie jest skutkiem finansowania ich wydatków bieżących.

Ostatnich kilka lat to - także w Bieszczadach - okres dynamicznego wzrostu inwestycji, głównie dzięki pozyskiwaniu pieniędzy z funduszy Unii Europejskiej. Jednak środki unijne pokrywają wartość inwestycji w średnio ok. 60% kosztów kwalifikowanych. Pozostałą część trzeba dołożyć z budżetu gminy czy powiatu. Jeżeli inwestycja jest kosztowna, to trudno wtedy wkłady własne sfinansować z dochodów własnych.

Brać, ale z umiarem
Samorządowcy dobrze wiedzą, że pieniądze unijne to rzeka okresowa. Jak się z niej na czas nie zaczerpnie, to później można na długo albo i na zawsze zostać z pustym wiaderkiem. Dlatego decydują się na zaciąganie zobowiązań.
"Zadłużenie przeznaczane na finansowanie inwestycji (a nie na "przejadanie" w formie dofinansowania wydatków bieżących) nie tylko nie stanowi przejawu kryzysu, ale jest wręcz pożądane - stwierdza Paweł Swianiewicz w artykule "Zadłużenie samorządów". - Oczywiście pod warunkiem, że jego wysokość jest trzymana w ryzach i nie zagraża wypłacalności jednostki samorządowej w przyszłości. Pozyskiwanie środków unijnych wymaga znacznego wkładu własnego, a zazwyczaj także prefinansowania wydatków, bo środki są zwracane dopiero po zakończeniu realizacji inwestycji. Wydaje się więc oczywiste, że często warto pożyczyć pieniądze, żeby móc skorzystać z programu unijnego".
"Trzymaniu zadłużenia w ryzach" służą tzw. limity zadłużenia, które określone są w "Ustawie o finansach publicznych" z 2005 r. Pierwszy z nich mówi, że wartość zadłużenia powiatu czy gminy na koniec roku budżetowego nie może wynieść więcej niż 60% wykonanych dochodów. Drugi zaś określa, że w ciągu roku łączna kwota spłat zaciągniętych przez samorząd rat kredytów i pożyczek, wykupu papierów wartościowych, spłat wynikających z udzielonych poręczeń i gwarancji nie może przekraczać 15% dochodów.

Więcej ze średnimi długami
W ciągu ostatnich 10 lat wskaźnik zadłużenia samorządów rósł. Potwierdzają to dane zebrane przez Maurycego Michalskiego w artykule "Granice zadłużania się jednostek samorządu terytorialnego". Wynika z nich, że systematycznie zmniejszała się liczba jednostek samorządu terytorialnego, których zadłużenie wynosiło poniżej 10% (w 2001 r. - 1243 samorządy; w 2009 r. - 660 samorządów). Wzrosła liczba samorządów ze wskaźnikiem zadłużenia od 10% do 30% (w 2001 r. - 1031 samorządów; w 2009 r. - 1316 samorządów). Podwoiła się zaś liczba samorządów, których zadłużenie stanowiło od 30% do 50% dochodów (w 2001 r. - 286 samorządów; w 2009 r. - 599 samorządów). Liczba samorządów, które miały zadłużenie od 50% do 60%, zmieniała się, ale bez wyraźnej tendencji (najmniej - 23 samorządy - w 2005 r.; najwięcej - 71 samorządów - w 2009 r.). Również bez uchwytnego trendu zmieniała się ilość samorządów, które przekroczyły limit 60% zadłużenia (najmniej - 2 samorządy - w 2008 r.; najwięcej - 21 samorządów - w 2001 r.).
Co ciekawe, prawie nie zmienia się liczba samorządów, które nie mają zobowiązań. Stanowią one przez cały ten okres ok. 5% wszystkich 2808 jednostek samorządu terytorialnego.
Jak na tym ogólnym tle wyglądają samorządy bieszczadzkie? Ano różnie. Mamy jeden samorząd bez długów. Cztery mieszczą się w przedziale z niewielkim zadłużeniem - pomiędzy 10% i 30%. Trzy są wśród tych, które mają zadłużenie powyżej 30% i poniżej 50%. Trzy samorządy znalazły się zaś w tej grupie, której do 60% brakuje niedużo.

(więcej ,,GB" 4)



NACIĄGANIE Z CIEPŁOCIĄGIEM

Gmina Ustrzyki Dolne chce rozbudować miejską sieć ciepłowniczą. Za ponad 3 mln zł w Ustrzykach D. powstałby ciepłociąg długości prawie 1200 m, który dostarczałby ciepłą wodę i energię cieplną do południowo-wschodniej części miasta. Inwestycja ta ma być współfinansowana z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013.

- Na dzisiaj mamy podpisaną umowę z Zarządem Województwa Podkarpackiego. Jest to umowa warunkowa - informuje ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Nasz wniosek trafił do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie. Ów urząd dopatrzył się, że efektem realizacji naszego wniosku mogłaby być pomoc publiczna dla Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Ustrzykach D. Przez to budowa wodociągu stoi na razie pod znakiem zapytania.

Od liceum do przedszkola i… dalej
Gmina Ustrzyki D. chce wybudować za pieniądze unijne i własne ciepłociąg, który dostarczałby energię cieplną do wschodniej części miasta. Projektowany ciepłociąg zaczynałby się od połączenia z istniejącą siecią cieplną w rejonie Zespołu Szkół Licealnych, a kończyłby się w oddanym niedawno do użytku Przedszkolu Samorządowym nr 2. Zaplanowany kolektor ciepłowniczy pozwalałby na zaopatrzenie w ciepło i ciepłą wodę m.in. powstającą halę widowiskowo-sportową, Pocztę Polską, Ustrzycki Dom Kultury, domy prywatne na os. Mickiewicza, Komendę Powiatową Policji, obiekty SHU "Halicz", zajezdnię Veolii, spółdzielczy blok mieszkalny przy ul. 29 Listopada, prywatne gabinety lekarskie w b. przychodni zdrowia, Przedszkole Samorządowe nr 2.
- Głównym celem budowy tego ciepłociągu jest ochrona środowiska naturalnego poprzez likwidację co najmniej kilkunastu kotłowni lokalnych - stwierdza prezes PEC Wiesław Jasiński. - Poza tym te instytucje i prywatni odbiorcy, którzy zostaną do niego wpięci, będą mniej płacić niż przy ogrzewaniu kotłowniami olejowymi.
c.d. na s. 8.
W dalszej perspektywie byłaby możliwość dalszej rozbudowy sieci ciepłowniczej w celu podłączenia do niej budynków znajdujących się przy ul. Fabrycznej i ul. Naftowej. W nieco odleglejszej przyszłości zaś można byłoby na tym odcinku zlokalizować w oparciu o czystą energię rezerwowe źródło ciepła dla miasta.

UOKiK: - To zaburza konkurencję!
Jak nowy ciepłociąg będzie gotów, gmina chce go przekazać w administrowanie PEC-owi. PEC jest spółką, w której ustrzycka gmina ma 96% udziałów. Po przejęciu ciepłociągu PEC wykorzystywałby go do prowadzenia działalności gospodarczej: dostarczania za opłatą ciepłej wody i energii cieplnej odbiorcom. I to właśnie jest powodem ingerencji UOKiK-u.
- UOKiK uważa, że przekazanie przez gminę PEC-owi ciepłociągu byłoby zaburzeniem konkurencyjności, gdyż przedsiębiorstwo otrzymałoby ten majątek od gminy za darmo - mówi ustrzycki burmistrz. - My się z taką oceną nie zgadzamy.
Samorząd argumentuje, że PEC jest jedyną firmą tego typu na terenie miasta i nie ma tutaj żadnego podmiotu, który świadczyłby podobne usługi, że nikt inny tutaj z zewnątrz nie wejdzie po to, by w części miasta zbudować kawałek ciepłociągu i prowadzić na nim działalność gospodarczą, bo to się nikomu nigdy nie będzie kalkulować. Jednak te - wydawałoby się - zdroworozsądkowe argumenty na razie do drugiej strony nie trafiają.
- Rozmowy z UOKiK trwają już ponad 3 miesiące. Ani ożywiona korespondencja w tej sprawie, ani moje wyjazdy do Warszawy nie przyniosły rezultatów - dodaje H. Sułuja. - Planowaliśmy, że na wiosnę roboty się zaczną, a przed następną zimą zakończą. Powinniśmy jak najszybciej ogłosić przetarg na wykonawstwo, ale na razie nic nie możemy zrobić, bo nie ma ostatecznego rozstrzygnięcia.
Fot. Tędy ma przebiegać nowa nitka ustrzyckiego ciepłociągu. Nad jej budową pojawił się duży znak zapytania
Fot. UM Ustrzyki D.

(więcej ,,GB" 3)



Przybyło, ale nie wszędzie

W Bieszczadach w 2010 r. przybyło mieszkańców. W obu powiatach - bieszczadzkim i leskim - w ub. r. zarejestrowano więcej urodzeń niż zgonów. W jednej gminie bieszczadzkiej liczba zgonów przewyższała liczbę urodzeń, a w jednej liczby te były jednakowe.

Z danych, uzyskanych w gminnych urzędach stanu cywilnego, wynika, że w Bieszczadach w 2010 r. zmarło 410 osób, zaś urodziło się 689 dzieci. Oznacza to, że w 2010 r. w wyniku przyrostu naturalnego Bieszczadom przybyło 279 mieszkańców.
Nie oznacza to, że o taką liczbę wzrosła ludność Bieszczadów. Aby ustalić, jak zmieniła się liczba mieszkańców, należałoby - oprócz ruchu naturalnego - uwzględnić ruchy migracyjne. Dopiero suma tych ruchów pozwoliłaby na ustalenie wielkości tzw. rzeczywistego ruchu naturalnego.

Lepsze od krajowych
Określając sytuację demograficzną jakiejś grupy społecznej, porównuje się także liczby zgonów i urodzeń do liczby stanowiących ją osób, a także określając charakter ruchu naturalnego w jej obrębie - przyrost czy ubytek. W ośmiu bieszczadzkich gminach w 2010 r. współczynnik śmiertelności wyniósł 8,2 zgonów/1000 mieszkańców (8,2 promila), zaś współczynnik urodzeń osiągnął 13,8 urodzeń/1000 mieszkańców (13,8 promila). Bieszczadzki współczynnik przyrostu naturalnego w 2010 r. wyniósł zatem 5,6 osób/1000 mieszkańców (5,6 promila).
Najprawdopodobniej te "bieszczadzkie" wskaźniki za 2010 r. są wyraźnie wyższe od "krajowych". Współczynnik przyrostu naturalnego w Polsce w ostatnich latach wprawdzie nieco rośnie, lecz nadal jest bardzo niski: w 2005 r. wynosił -0,1 promila (ubytek naturalny - prawie 4 tys. więcej zgonów niż urodzeń), +0,1 promila w 2006 r. (4,5 tys. więcej urodzeń niż zgonów), +0,3 promila w 2007 r. (przewaga urodzeń o 10,5 tys.); +0,9 promila w 2008 r. (przewaga urodzeń o 35,1 tys.) i +1,0 promil w 2009 r. (więcej o 38,0 tys. urodzeń niż zgonów).

Nieźle w powiatach
Wróćmy w Bieszczady… Zupełnie przyzwoicie podstawowe wskaźniki demograficzne za 2010 r. wyglądają na poziomie powiatów. W powiecie bieszczadzkim zarejestrowano w ciągu tego roku 321 urodzeń i 179 zgonów. Oznacza to przyrost naturalny, wynoszący 142 osoby. W ub. r. w powiecie leskim przyszło na świat 368 dzieci, zmarło zaś 231 mieszkańców. Przyrost naturalny wyniósł tu zatem 137 osób.
W powiecie bieszczadzkim współczynnik urodzeń w 2010 r. wynosił 14,1 osób/1000 mieszkańców (14,1 promili), zaś współczynnik śmiertelności 7,8 zgonów/1000 mieszkańców (7,8 promili). Współczynnik przyrostu naturalnego w powiecie bieszczadzkim to 6,3 osób/1000 mieszkańców (6,3 promili).
Współczynnik urodzeń w powiecie leskim wyniósł 13,5 urodzeń/1000 osób (13,5 promila), natomiast współczynnik śmiertelności 8,5 zgonów/1000 osób (8,5 promila). Oznacza to współczynnik przyrostu naturalnego na poziomie 5,0 osób/1000 mieszkańców (5,0 promili). Ludność obu powiatów w ub. r. wzrosłaby nieznacznie, gdyby rozstrzygał o tym jedynie przyrost naturalny. Czy rzeczywiście wzrosła i o ile? Nie wiadomo, bo o tym zadecydował bilans migracji, który należałoby ustalić.

Z ładnymi przyrostami
Połowa z ośmiu gmin bieszczadzkich w 2010 r. odnotowała dość wysoki przyrost naturalny (5 promili i więcej) i to właśnie dzięki nim wskaźniki przyrostu naturalnego w obu powiatach i całych Bieszczadach nie wyglądają źle.
Najwięcej dzieci - 268 - urodziło się w ub. r. w gminie…
Fot. A. Górski

(więcej ,,GB" 2)



Przejściowe po i przed

Mniej zajętych papierosów i alkoholu, więcej zatrzymanych samochodów oraz zbliżone ilości mandatów i spraw karnych - to podstawowe wnioski, wynikające z porównania wyników pracy celników z Oddziału Celnego i Granicznego Referatu Zwalczania Przestępczości Granicznej SC w Krościenku w 2009 r. i 2010 r.

Więcej małych i dużych, mniej średnich
Krościeńscy celnicy w 2010 r. ujawnili 4178 prób przemytu (2009 r. - 4451). Najczęściej ich przedmiotem były - podobnie jak w latach wcześniejszych - papierosy i alkohol bez polskich znaków akcyzy. W sumie zajęli ponad 260 tysięcy paczek papierosów (2009 r. - prawie 280 tysięcy) i 500 l alkoholu (2009 r. - 1164 l).
- Na pewno na tę statystykę miało wpływ najpierw ograniczenie a w listopadzie całkowite zawieszenie kursowania pociągu do Chyrowa. To był ważny kanał szmuglowania przede wszystkim papierosów - mówi jeden z krościeńskich celników. - Poza tym zaobserwowaliśmy pewne zmiany w przemycie papierosów.
Dawniej dominowały ujawnienia średniej wielkości (od kilkunastu do kilkudziesięciu kartonów papierosów). Obecnie jest ich znacznie mniej, natomiast częściej trafiają się ujawnienia niewielkiej ilości przemycanych papierosów (od kilku do kilkudziesięciu paczek) i duże ujawnienia (powyżej stu kartonów). - To jest tendencja, którą obserwujemy już od dłuższego czasu - stwierdza celnik.

Anaboliki i firanki
Rekwirowanie nadwyżek tytoniowych i alkoholowych to przejściowa codzienność. Oprócz artykułów akcyzowych celnicy zajmowali także inne towary, których wwożenie na terytorium Polski lub Wspólnoty Europejskiej jest ilościowo ograniczone lub całkowicie zabronione.
Funkcjonariusze z Granicznego Referatu Zwalczania Przestępczości w maj zatrzymali w rejonie przejścia dwa auta wiozące m.in. 3681 metrów bieżących firanek i ponad 45 kilometrów taśmy krawieckiej. We wrześniu zatrzymano kolejny transport firanek, tym razem 2350 metrów bieżących. - Towar został zajęty. Tym, którzy go przewozili, postawiono zarzuty paserstwa celnego - mówi celnik. Oprócz tego zakwestionowano przewóz przez granicę ok. 5800 sztuk odzieży, m.in. skarpety, bieliznę damską, stroje kąpielowe, koszulki, a także 70 par obuwia. Odzież i obuwie zostały zatrzymane głównie dlatego, że były to podróbki wyrobów znanych firm.
Ze względu na wartość zabytkową krościeńscy celnicy zatrzymali także przewożoną bez wymaganych dokumentów ikonę i 12 przedmiotów kolekcjonerskich. Nie przepuścili też wyrobu z koralowca i spreparowanego bielika, których próba przewiezienia narusza Konwencję Waszyngtońską CITES. Oprócz tego celnicy uniemożliwili wwiezienie do Polski ok. 4600 różnego rodzaju medykamentów. Były to zastrzyki i tabletki, zawierające sterydy anaboliczne
W celu pozostawienia za granicą zgłoszonych do odprawy celnej nadwyżek towarowych zawrócono ponad 6900 osób.

Więcej samochodów
W 2010 r. celnicy z Krościenka zatrzymali do dyspozycji sądu 53 samochody. Było tych aut znacznie więcej niż w latach wcześniejszych (2009 r. - 35 samochodów, 2008 r. - 24 samochody). Były to auta różnych marek i mające zróżnicowaną wartość rynkową. Pojazdy zostały zajęte głównie dlatego, iż stanowiły narzędzia popełnienia przestępstwa.
- Konsekwentnie zajmowaliśmy te auta, w których dokonane zostały przeróbki do celów przemytniczych. Im ostrzejsze są przepisy ograniczające ilość legalnie przewożonych paierosów i im wyższa jest przebitka, tym skrytki są wymyślniejsze. W celu przemytu papierosów przerabiane były podłogi i sufity aut, deski rozdzielcze, nagrzewnice, zbiorniki paliwa, butle gazowe, konstrukcję podwozia, drzwi, zderzaki - wyjaśnia celnik. - W takich przypadkach nie było zmiłuj się.
Nie wiadomo, jakie były dalsze losy tych pojazdów. O tym, co się z nimi dalej dzieje, decydują już bowiem organy wymiaru sprawiedliwości.
Fot. Wśród zarekwirowanych przez celników towarów były sterydy anaboliczne
Fot. OC Krościenko

(więcej ,,GB" 1)



Wiadukt w przebudowie

W Olszanicy trwa przebudowa wiaduktu nad linią kolejową Zagórz-Krościenko-Chyrów. Wiadukt jest częścią część drogi krajowej Sanok – Krościenko – granica państwa. Jego stan techniczny był tak zły, że dłużej nie można było czekać.

Największym problemem, z jakim wykonawca musi sobie poradzić w najbliższym czasie, jest wykonanie objazdu, który pozwoli wyłączyć stary wiadukt z ruchu. Wiąże się to z koniecznością budowy wiaduktu tymczasowego.
Inwestorem jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad Oddział w Rzeszowie. Gotowość podjęcia się tych prac zgłosiło pięć firm. Tyle ofert wpłynęło na ogłoszony w ostatnim dniu maja przetarg na wykonawstwo.
Po koniec lipca inwestor wybrał wykonawcę. Generalnym wykonawcą jest firma Mota-Engil Central Europe S.A. z Krakowa. Zadeklarowała ona wykonanie zaplanowanych robót za ok. 9 mln 360 tys. zł. Była to oferta najtańsza.
Wykonawca, stosując specjalną technologię, przygotowuje nasypy oraz konstrukcje pod tymczasowy wiadukt. Jego budowa jest konieczna z dwóch powodów: po pierwsze, ruch kolejowy nie będzie mógł być zamknięty przez cały okres trwania prac, a – po drugie – to jest droga o dużym natężeniu ruchu, która prowadzi do przejścia granicznego w Krościenku.
Mota-Engil stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Już w trakcie przygotowywania najazdów do wiaduktu tymczasowego w celu ich umocnienia konieczne było zastosowanie szczelnych ścianek stalowych, tzw. ścianek Larsena. Kiedy je instalowano przy użyciu wibromłotów, korpus istniejącej drogi okazał się mało stabilny. To dodatkowo dopinguje wykonawcę do jak najszybszego wykonania objazdu.
Nie wiadomo też było, jaka technologia zostanie zastosowana przy wyburzaniu starego wiaduktu. Aby przerwa w ruchu kolejowym była jak najkrótsza, rozważano nawet możliwość wysadzenia go ładunkami wybuchowymi. Ostatnio jednak wycofano się z tego pomysłu.
Przebudowany wiadukt ma być oddany do eksploatacji przed końcem 2011 r. – Jak nie pojawią się jakieś nieprzewidziane trudności, powinniśmy się zmieścić w przyjętym terminie – mówi jeden z pracowników, zajmujących się montażem wiaduktu tymczasowego.
T. S.
Fot. Obecnie trwa montaż wiaduktu tymczasowego
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 26)



BY DZIECKO ZNALAZŁO DOM

Większość z nas jest zdolna do empatii. Niektórzy byliby skłonni podjąć się opieki nad dziećmi znajdującymi się w trudnej sytuacji życiowej. Jednak jest pewna granica, którą niewielu decyduje się przekroczyć. Być może wynika to z braku informacji albo z nieświadomości, że także w naszym regionie problem pozbawionych domu i miłości dzieci istnieje i istnieje też potrzeba tworzenia rodzin zastępczych.

W powiecie bieszczadzkim aktualnie jest 28 rodzin zastępczych: 23 z nich tworzą osoby spokrewnione z podopiecznymi (najczęściej dziadkowie), a 5 rodzin zastępczych stanowią ludzie niespokrewnieni z dziećmi. W tej drugiej grupie znajduje się aż 15 wychowanków. W samych Ustrzykach D. jest 8 rodzin zastępczych.
- Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Ustrzykach D. zachęca rodziny do podjęcia trudu wychowania dzieci pozbawionych częściowo lub całkowicie opieki rodziców naturalnych. Obecnie na przyszłych rodziców zastępczych szkolimy kolejną parę - mówi szefowa ustrzyckiego PCPR Jowita Lach.
Szkolenia przygotowawcze dla kandydatów na rodziców zastępczych są obowiązkowe. Na te szkolenia, trwające ok. 3 miesięcy, rodziny z powiatu bieszczadzkiego mogą zgłaszać się bezpośrednio lub za pośrednictwem PCPR w Ustrzykach D. do Katolickiego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Krośnie (ul. Portiusa 5 - tel. 13-436-8251).
- Zanim zdecydujemy się zgłosić na kandydatów do pełnienia funkcji rodziny zastępczej, musimy zadać sobie pytanie, czy spełniamy warunki, by stać się rodzicem zastępczym - dodaje J. Lach.
Spełnianie tych warunków jest sprawdzane w toku szkoleń i podczas wywiadu środowiskowego, przeprowadzanego przez pracownika socjalnego w miejscu zamieszkania kandydatów na rodziców zastępczych.
- Jeśli chodzi o warunki mieszkaniowe czy materialne, to nie musi być luksusów - stwierdza Magdalena Wojtasik z PCPR w Ustrzykach D. - Chodzi tu o zachowanie pewnych norm, by dziecko funkcjonowało w warunkach godnych i przy zachowaniu podstawowych zasad higieny. Zwracamy uwagę na to, czy warunki mieszkaniowe mogą zapewnić dziecku warunki do prawidłowego rozwoju.
Predyspozycje psychofizyczne kandydatów na rodziców zastępczych bada się podczas szkoleń poprzez rozmowy z psychologami, pedagogami oraz poprzez testy psychologiczne. Oprócz tego na szkoleniach kandydaci zapoznają się z problemami, jakie mogą zaistnieć w opiece zastępczej i ze sposobami radzenia sobie z nimi. Swoiste warsztaty uczą też zasad funkcjonowania rodziny zastępczej. Ci, którzy na koniec uzyskają zaświadczenie kwalifikacyjne o ukończeniu szkolenia, mogą ubiegać się o zostanie rodzicem zastępczym. Przeszkolona rodzina czeka na wiadomość o dziecku, które pozostało bez właściwej opieki rodziców biologicznych. Umieszczenie dziecka w rodzinie zastępczej następuje na podstawie orzeczenia sądu lub w szczególnych przypadkach na podstawie umowy cywilnoprawnej. - Oczywiście, to przyszli rodzice podejmują ostateczną decyzję o przyjęciu przez nich dziecka - wyjaśnia M. Wojtasik - Gdyby jednak rodzina kilkakrotnie rezygnowała z umieszczenia u niej dziecka, dla nas byłby to sygnał, że decyzja o pozostaniu rodzicami zastępczymi nie do końca była przemyślana. U nas tak się jeszcze nie zdarzyło.
Ewa Gyurkovich

(więcej ,,GB" 25)



Złota setka podkarpackich gmin
Solina i Cisna na podium


Wszystkie bieszczadzkie gminy znalazły się w "Złotej setce gmin podkarpackich". Dwie z nich - Solina i Cisna - zostały sklasyfikowane w pierwszej trójce. Nie zabrakło Bieszczadów także Bieszczadów w "Złotych dziesiątkach gmin", przodujących w turystyce, inwestycjach i pozyskiwaniu pieniędzy unijnych.

W sali kolumnowej Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego 16 listopada ogłoszono wyniki rankingu gmin Podkarpacia, przygotowanego przez Wyższą Szkołę Zarządzania w Rzeszowie i gazetę "Nowiny". - To już trzecia edycja rankingu "Aktywna gmina Podkarpacia" - stwierdza rektor Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie dr Krzysztof Kaszuba. - Celem tej inicjatywy jest poszukiwanie i promowanie najciekawszych pomysłów, rozwiązań oraz przykładów działań, służących rozwojowi gospodarczemu i społecznemu podkarpackich gmin.
Tym razem oprócz rankingu głównego wyłaniano także - podobnie jak przed rokiem - "Złote dziesiątki gmin Podkarpacia", czyli gminy szczególnie wyróżniające się w pięciu kategoriach (turystyczna gmina Podkarpacia, inwestor roku, skuteczny beneficjent środków unijnych, kreator kapitału społecznego i lider globalizacji).
Tegoroczne zestawienie przygotowano głównie na podstawie sprawozdań finansowych gmin za 2009 r. Pod uwagę wzięto 11 kryteriów: dochody ogółem i dochody własne na 1 mieszkańca, wydatki ogółem i wydatki inwestycyjne na 1 mieszkańca, udziały dochodów własnych w dochodach ogółem, wydatków inwestycyjnych w wydatkach ogółem i w dochodach ogółem, stosunek liczby pracujących do liczby mieszkańców i liczby prowadzących działalność gospodarczą do liczby mieszkańców oraz liczbę podmiotów gospodarczych na 100 mieszkańców.
Miejsce w rankingu - podobnie jak poprzednio - wyznaczała suma punktów, otrzymana po przeliczeniu na miejsce wśród 159 podkarpackich gmin każdego z 11 wskaźników. Gmina, która przy danym kryterium, plasowała się najwyżej w województwie, otrzymywała 1 pkt, zaś ta, która była najniżej - 159 pkt. Im niższa suma punktów za miejsca we wszystkich 11 wskaźnikach, tym wyższa lokata w rankingu głównym.
Najwyżej w tegorocznym rankingu uplasowała się gmina wiejska Jasło - 85 pkt.. Druga lokata przypadła Solinie - 96 pkt. O tak wysokiej pozycji Soliny zadecydowały głównie najwyższe w województwie dochody własne na 1 mieszkańca i udziały dochodów własnych w dochodach ogółem, drugie miejsce pod względem dochodów ogółem na 1 mieszkańca oraz czwarte lokaty w wydatkach ogółem i wydatkach inwestycyjnych na 1 mieszkańca. Tylko pod względem udziału liczby pracujących do ogólnej liczby mieszkańców Solina znalazła się dość daleko. Solińska gmina jest też jedną z dziesięciu wyróżnionych za turystykę.
- Ranking odzwierciedla całokształt funkcjonowania gminy - mówi wójt soliński Zbigniew Sawiński:. - Myślę, że Solina kolejny raz udowodniła, że jest w czołówce najaktywniejszych na Podkarpaciu. W 2008 r. mieliśmy w tym rankingu trzecie miejsce, w 2009 r. - szóste, teraz - drugie. Rok temu byliśmy też liderem w kategorii "inwestor roku". Te wyniki to nie jest to zasługa wójta, ale rady gminy, przedsiębiorców, firm i aktywności wszystkich mieszkańców gminy.
Na trzecim miejscu została sklasyfikowana Cisna - 133 pkt. O pozycji ciśniańskiej gminy zadecydowały bardzo wysokie wskaźniki dochodów ogółem, dochodów własnych, wydatków ogółem i wydatków inwestycyjnych na 1 mieszkańca oraz odsetek liczby osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą w ogólnej liczbie mieszkańców i liczba podmiotów gospodarczych na 100 mieszkańców. Cisna znalazła się też w dziesiątce turystycznych gmin Podkarpacia. Przed dwoma laty w rankingu głównym Cisna była piąta, a przed rokiem - druga. Zatem jej wysokie miejsce to nie jakiś jednorazowy wyczyn.
- Gmina Cisna jest pod wieloma względami specyficzna, ale to trzecie miejsce mamy zasłużenie - twierdzi ciśniańska wójcina Renata Szczepańska. - Można by powiedzieć, że te gminy, które mają mniej mieszkańców, lepiej w rankingu wypadają. Jednak oczekiwania mieszkańców bez względu na ich liczbę w gminie są podobne. Dla nas bardzo ważny jest wskaźnik, którego nie ma w rankingu: w ostatnich latach o 30% spadła u nas liczba osób korzystających z opieki społecznej. Nie prowadzimy jakichś gigantycznych inwestycji, lecz ciągle coś robimy, starając się, żeby nasza gmina nie odstawała od innych.
W pierwszej dziesiątce "Złotej setki" zmieściła się jeszcze gmina Baligród. Dwa lata temu Baligród był dwudziesty pierwszy, rek temu - trzynasty, a teraz przypadło mu ósme miejsce - 260 pkt. Taki awans jest efektem głównie wysokich udziałów wydatków inwestycyjnych w dochodach i wydatkach ogółem oraz wydatków inwestycyjnych na 1 mieszkańca. Gmina Baligród w ub. r. oddała do użytku kanalizację i oczyszczalnię ścieków. Duże nakłady na te inwestycje wpłynęły na jej miejsce w rankingu.
- Pozyskaliśmy trochę pieniędzy zewnętrznych na kanalizację i oczyszczalnię, drogi, świetlice wiejskie i gminny ośrodek kultury - informuje wójt baligrodzki Robert Stępień. - Nie robiliśmy tego dla pozycji w rankingu, lecz dla ludzi. Ale cieszymy się z tego, że w rankingu wypadliśmy tak dobrze.
Lutowiska, które dwa lata temu były siódme, a przed rokiem piąte, teraz zostały sklasyfikowane na…

(więcej ,,GB" 22)



Kolej na koniec?

Najprawdopodobniej od 10 listopada na trasie Zagórz-Chyrów przestaną kursować pociągi. Zagrożenie to pojawiało się cyklicznie od ponad 10 lat. Do tej pory udawało się mu przeciwdziałać. Wiele wskazuje na to, że tym razem może się nie udać.

"Podkarpacki Zakład Przewozów Regionalnych w Rzeszowie informuje, że w związku z wyrażoną zgodą przez Ministerstwo Infrastruktury od dnia 10 listopada 2010 r. Przewozy Regionalne sp. z o.o. na stałe zawiesza kursowanie następujących pociągów na kolejowym przejściu granicznym Krościenko - Starżawa: nr poc. 7921 rel. Jasło odj. 4.40 - Chyrów przyj. 10.51, nr poc. 7923 rel. Ustrzyki Dolne odj. 13.43 - Chyrów przyj. 15.47, nr poc. 7930 rel. Chyrów odj. 11.06 - Ustrzyki Dolne przyj. 13.12, nr poc. 7932 rel. Chyrów odj. 16.12 - Jasło przyj. 22.19". Takie lakoniczne i jednoznaczne w swej wymowie pismo od Podkarpackiego Zakładu Przewozów Regionalnych w Rzeszowie wpłynęło do zainteresowanych funkcjonowaniem tego połączenia.

Sprzeciw samorządowców
Z decyzją Ministerstwa Infrastruktury nie zgadzają się kolejarze węzła zagórskiego, którzy obawiają się utraty pracy. Oprotestowały ją także samorządy gmin i powiatów, które uważają, że "zawieszenie przewozów pasażerskich na tym odcinku doprowadzi do likwidacji transportu kolejowego we wschodniej części województwa podkarpackiego i do zamknięcia kolejowego przejścia granicznego Krościenko - Chyrów". Taką niewesołą prognozę zawiera pismo starosty bieszczadzkiego Krzysztofa Gąsiora i burmistrza ustrzyckiego Henryka Sułui do ministra infrastruktury Czesława Grabarczyka.
- Wystarczy tę linię zawiesić na jakiś czas i nie będzie czego odwieszać - stwierdza ustrzycki burmistrz. - Nie rozumiem, jak ktoś jednym pismem może zamknąć kolejowe przejście graniczne. Wg mnie wymaga to uzgodnień pomiędzy dwoma państwami.

Dlaczego chcą zawiesić?
Nieoficjalnie mówi się o tym, że decyzja Ministerstwa Infrastruktury motywowana jest względami ekonomicznymi. Linia ta jest przez cały czas nierentowna. Na trasie Jasło-Zagórz w 2009 r. koszt przejechania przez pociąg 1 km wynosił 20,75 zł, a przychód 3,10 zł. Do każdego kilometra przejechanego przez pociąg trzeba było dopłacać 17,65 zł.
Drugim argumentem, który - też nieoficjalnie - zaważył na postanowieniu Ministerstwa Infrastruktury, jest dewastacja składów pociągów, kursujących przez przejście kolejowe w Krościenku. Trudno z tym polemizować, bo to - niestety - fakt.
Każdy, komu tym pociągiem zdarzyło się jechać, doskonale wie, co się dzieje podczas postoju w Chyrowie, do czego dochodzi podczas odprawy celnej w Krościenku i po jej zakończeniu…

Totalna demolka
W czerwcu b.r. kolej zdecydowała się wycofać pociąg, który był już zupełną ruiną. Wprowadzono nowiutkie wagony z przedziałami. Jeździły przez tydzień. Po tygodniu zostały przez kolej wycofane, bo "następowała bardzo szybka dewastacja składu".
Pod koniec czerwca kolej "sprowadziła gdzieś z Polski nowiuteńki wagon bezprzedziałowy". Już po pierwszym kursie został przystosowany do przemytu: wszystkie śruby były odkręcane, a w poduszkach i oparciach siedzeń poukrywano papierosy. Dzisiaj ten wagon już jest "ruiną"…
- Mamy po informacji o zawieszeniu kursowania tego pociągu mieszane uczucia - mówi jeden z krościeńskiech celników. - Ten temat próbowaliśmy już wcześniej jakoś rozwiązać i ze strony Urzędu Celnego były wysuwane różne propozycje, ale nie zostały one przyjęte.
* * *.
- Nie możemy zaaprobować zamknięcia tej linii dlatego, że pociąg jest dewastowany. To oznacza słabość naszego państwa - mówi starosta bieszczadzki. - Jeżeli pociąg jest demolowany, należy zatrzymać i ukarać winnych, a nie zamykać linię.
T. S.
Fot. Tak wygląda wagon pociągu Jasło-Ustrzyki D.-Chyrów po niespełna 4 miesiącach eksploatacji
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 22)



Ruszyła budowa nowego "Arłamowa"

W mosiężnej tubie umieszczono będące obecnie w obiegu monety i banknoty, aktualne gazety i akt erekcyjny. Przewodniczący Rady Nadzorczej OW "Arłamów" Antoni Kubicki dołożył pendrive'a "jako symbol naszych czasów". Prezydent Lecha Wałęsa, chcąc coś dać od siebie, zdjął z palca złoty sygnet z orłem, który otrzymał w darze na 30-lecie "Solidarności". Burmistrz Henryk Sułuja dodał ustrzyckie monety i banknoty.

Od uroczystego wmurowania 9 października kamienia węgielnego i aktu erekcyjnego zaczęła się oficjalnie budowa "nowego" Arłamowa - Wschodnioeuropejskiego Centrum Kongresowo-Sportowego "Arłamów".
Gościem honorowym był b. prezydent RP Lech Wałęsa, którego związki z Arłamowem są powszechnie znane. To właśnie tu przywódca "Solidarności" w 1982 r. spędził pół roku jako internowany. - Jest pan chyba pierwszym więźniem na świecie, który wmurowuje kamień węgielny pod rozbudowę swojego więzienia - powiedział do b. prezydenta RP A. Kubicki. Akt erekcyjny - oprócz Lecha Wałęsy i Antoniego Kubickiego - podpisali główny projektant Wacława Matłoka z MWM Architekci i Zbigniew Serwański - prezes firmy "Resbex", która jest głównym wykonawcą.
W uroczystości uczestniczyli także przedstawiciele parlamentu, władz państwowych i samorządowych z Polski i Ukrainy, służb mundurowych, różnych instytucji, a także projektantów i wykonawców.
Pod namiotem zebrani wysłuchali krótkiego wystąpienia prezesa OW "Arłamów" Piotra Korczaka, który omówił cele i zakres nowej inwestycji. Co zaś powstanie, wszyscy mogli zobaczyć na filmie z wizualizacją budowanych obiektów.
- Pomysł rozbudowy "Arłamowa" zrodził się ponad 5 lat temu - mówi P. Korczak. - Na początku to nie była taka skala, jaka jest teraz proponowana. Zakres z czasem się zmieniał. Kształt zbliżony do obecnie zaplanowanego zrodził się w okresie uchwalania miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego w październiku 2006 r.
Na koncepcję rozbudowy "Arłamowa" ogłoszony został otwarty konkurs. Jednak wbrew oczekiwaniom organizatorów wpłynęły nań tylko dwie propozycje. - Komisja odrzuciła obie oferty konkursowe, bo nie spełniały wytycznych planu zagospodarowania - stwierdza prezes OW "Arłamów". - W związku z tym zaprosiliśmy do współpracy kilka pracowni architektonicznych. Spośród nich wybraliśmy MWM Architekci sp. z o.o. z Rzeszowa.
MWM Architekci to jedno z największych biur architektonicznych w regionie. Ma na swoim koncie m.in. projekty przebudowy rzeszowskiego rynku i zabytkowej kamienicy w Tarnowie, budowy osiedla "Wisłok" w Rzeszowie, elektrociepłowni "Rzeszów", siedziby WORD w Tarnobrzegu, "Galerii Rzeszów" i centrum handlowego "Sanowa" w Przemyślu. Teraz będzie się mogło szczycić także tym, że wg jego pomysłu powstaje nowy "Arłamów"
- Pozwolenie na budowę hotelu i elektrociepłowni uzyskaliśmy w 2009 r. Mamy niemal pełną dokumentację. Pozostał jeszcze do opracowania jedynie projekt wykonawczy hali sportowej - informuje P. Korczak. - Jeśli chodzi o wykonawstwo, zgłosiło się kilka poważnych firm, spośród których w marcu 2010 r. wyłoniony został generalny wykonawca.
Generalnym wykonawcą jest Przedsiębiorstwo Budowlane "Resbex" Sp. z o.o. z Przeworska. Elektrociepłownię na biomasę będzie budować firma "Polytechnik-Polska" Sp. z o.o.
Nowy "Arłamów" dobrze wpisywał się w "Euro 2012". Przyjęte założenia w pełni odpowiadają wymogom stawianym przez UEFA dla "ośrodków pobytowych" - miejsc, w których będą kwaterować reprezentacje biorące udział w organizowanych w Polsce i na Ukrainie piłkarskich mistrzostwach Europy.
- Zgłosiliśmy w 2008 r. do Ministerstwa Sportu i Polskiego Związku Piłki Nożnej gotowość przyjęcia którejś reprezentacji - mówi P. Korczak. - Komisja złożona z przedstawicieli PZPN i Spółki "Euro-2012" po wizycie u nas stwierdziła, że odległość od lotniska jest za duża i dlatego nie zakwalifikowała nas do następnego etapu. Ale to nie wyklucza goszczenia zawodników, oficjeli czy kibiców "Euro-2012". Warunek jest jeden: ukończenie nowego ośrodka zanim zaczną się mistrzostwa.
T. Szewczyk
Fot. Wewnętrzny dziedziniec nowego "Arłamowa"
Fot. MWM Architekci

(więcej ,,GB" 22)



Trójca sprzedana!

W ostatnim dniu września odbył się trzeci przetarg na sprzedaż b. Ośrodka Recepcyjno-Wypoczynkowego Urzędu Rady Ministrów "Trójca" w Trójcy. W dwu poprzednich przetargach nikt nie wykazał zainteresowania kupnem ośrodka. Tym razem "Trójca" została sprzedana.

- Dla mnie to spory sukces - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Od lat koło tego, żeby ów ośrodek przejąć, chodziłem i próbowałem to załatwić. Trwało to szmat czasu, a wyjazdów do Warszawy i Rzeszowa w tej sprawie było bez liku.

Była wielka radość
Przejęciem ORW URM "Trójca" w Trójcy - oprócz gminy Ustrzyki D. - była również zainteresowana Agencja Nieruchomości Rolnych. Wydawało się, że gmina może obejść się smakiem.
- Moja interwencja w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi sprawiła, że min. Marek Sawicki przyznał pierwszeństwo samorządowi. Dużo w tej sprawie pomogli mi Wojewoda Podkarpacki i Elżbieta Łukacijewska, która była wtedy posłanką na Sejm.
W wyniku pozytywnego dla ustrzyckiego samorządu stanowiska Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi Urząd Rady Ministrów przekazał "Trójcę" gminie Ustrzyki D. Formalnie nastąpiło to 19 grudnia 2008 r.
Po przejęciu przez gminę ośrodek został przekształcony w Międzyszkolny Ośrodek Edukacji i Wypoczynku w Trójcy. Miał być wykorzystywany "jako zielona szkoła, jako baza turystyczna dla udających się w pobliskie góry, czy też ośrodek pobytowy dla sportowców wyczynowych różnych dyscyplin" i miał stanowić "cenne uzupełnienie systemu usług turystycznych".
- Kiedy przejęliśmy ośrodek, to była wielka radość - przypomina H. Sułuja. - Przekształciliśmy go w MOEiW z nadzieją, że będzie dobrze funkcjonował i nie będzie deficytowy.

Nauka nie poszła w las
Przekazany gminie majątek to cztery domki w stylu góralskim wraz z wyposażeniem. Nieruchomości gmina otrzymała nieodpłatnie. Za majątek ruchomy musiała zapłacić ze swojego budżetu.
Nadzieje związane z nową formułą funkcjonowania "Trójcy" szybko okazały się płonne. Ośrodek generował straty. Powtórzył się zatem casus "Arłamowa". Gmina Ustrzyki D. na początku lat 90. ub. w. przejęła od URM-u ośrodek wypoczynkowy w Arłamowie. Zmieniali się jego zarządcy, zmieniały się pomysły na działanie ośrodka, ale jedno zostawało bez zmian: ośrodek był ciągle na deficycie i - zamiast zysków - przynosił coraz większe straty.
- Z "lekcji arłamowskiej" wyciągnęliśmy wnioski - dodaje burmistrz. - Po kilku miesiącach zdecydowaliśmy się na zamknięcie "Trójcy". "Trójca" miała swoje lata i żeby mogła konkurować z innymi ośrodkami tego typu, trzeba byłoby ją zmodernizować i doposażyć. Gmina, gdyby chciała ją nadal prowadzić, musiałaby wyłożyć duże pieniądze. Chłodna kalkulacja nakazywała szybką sprzedaż. Na mój wniosek Rada Miejska podjęła decyzję o wystawieniu jej na sprzedaż.

Do trzech razy sztuka
Ośrodek w Trójcy składa się z czterech odrębnych działek o powierzchni łącznej ok. 4 ha. Te działki są rozdzielone i otoczone gruntami, którymi w imieniu Skarbu Państwa zawiaduje Agencja Nieruchomości Rolnych Oddział w Rzeszowie. Chcąc zwiększyć wartość rynkową ośrodka, podjęto próbę wystawienia na sprzedaż wraz z gruntami i ich zabudową, będącymi w gestii ANR.
Jednak ogłoszony wspólnie przez ustrzycką gminę i ANR Oddział w Rzeszowie przetarg ne doszedł do skutku ani za pierwszym, ani za drugim razem. W międzyczasie zmieniły się przepisy, dotyczące funkcjonowania ANR. W myśl nowych rozwiązań uczestnictwo ANR we wspólnym przetargu z gminą było już niemożliwe.
- Kiedy nikt się do tych przetargów nie zgłosił i ANR wycofała z przetargu swój majątek, Rada Miejska przyjęła uchwałę, że samodzielnie ogłaszamy trzeci przetarg - mówi ustrzycki burmistrz. - Wystawiliśmy na sprzedaż te nieruchomości, które jako gmina przejęliśmy od URM-u.
Przedmiotem sprzedaży w trzecim przetargu były więc cztery działki o łącznej powierzchni 3,97 ha ze znajdującymi się na nich czterema góralskimi domkami wypoczynkowymi i budynkiem gospodarczym oraz stawami.

Pływalnia za "Arłamów", hala za "Trójcę"
Cena wywoławcza brutto tych nieruchomości wraz z wyposażeniem wynosiła 4 miliony 312 tys. zł. Składała się na nią wartość gruntów (ponad 988 tys. zł), budynków i budowli (2 mln 966 tys. zł), wyposażenia ośrodka (ponad 351 tys. zł) i koszt operatu szacunkowego (ponad 6 tys. zł).
Do wyznaczonego na 30 września b.r. przetargu zgłosił się jeden oferent, który w wyznaczonym terminie wpłacił na konto Urzędu Miejskiego wadium w wysokości 432 tys. zł. Podczas przetargu ów oferent wykonał jedno postąpienie i tym samym za 4 miliony 356 tys. zł stał się nowym właścicielem "Trójcy". Nabywcą "Trójcy" jest Ośrodek Wypoczynkowy "Arłamów" SA.
- Pieniądze za "Trójcę" to spory zastrzyk finansowy dla naszej gminy. Pieniądze te są nam potrzebne. Prowadzimy w tym roku w gminie inwestycje za ponad 20 mln zł. Pieniądze za "Trójcę" zostały uwzględnione w montażu finansowym hali sportowej - stwierdza H. Sułuja. - Kiedyś sprzedaliśmy "Arłamów" i zbudowaliśmy dzięki temu krytą pływalnię. Teraz zaś w jakimś sensie dzięki sprzedaży "Trójcy" będziemy mieć piękną halę sportowo-widowiskową.
T. Szewczyk
Fot. "Trójca" została sprzedana
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 21)



Żeby znaleźć, trzeba szukać

W Bieszczadach prowadzone są przez spółkę Geofizyka Kraków badania sejsmiczne, których celem jest rozpoznanie budowy geologicznej oraz poszukiwanie i rozpoznawanie złóż ropy naftowej i gazu ziemnego. Oceniając jakość uzyskanych surowych danych, jeden ze specjalistów stwierdził, że "są one obiecujące, a nawet bardzo obiecujące".

Geofizyka Kraków Sp. z o.o. na zlecenie PGNiG prowadzi w Bieszczadach badawcze prace sejsmiczne. Obszar tych prac obejmuje miasto i gminę Ustrzyki D., miasto i gminę Lesko oraz gminy Bircza, Czarna, Olszanica, Solina, Tyrawa Wołoska, Sanok i Zagórz.

To pierwszy etap
- Badania sejsmiczne stanowią pierwszy etap w procesie poszukiwania węglowodorów. Ich celem jest szczegółowe określenie budowy geologicznej w badanym rejonie. Badania zostały zaprojektowane tak, aby na ich podstawie określić strukturę geologiczną nawet do kilku kilometrów głębokości - wyjaśnia kierownik grupy sejsmicznej Marek Łowicki. - Obecnie prowadzi je grupa sejsmiczna, licząca kilkaset osób. Wyposażona jest w specjalistyczny sprzęt geofizyczny, umieszczony na kilkudziesięciu samochodach.
Zdjęcie sejsmiczne jest wykonywane metodą dwuwymiarową (2D). Polega ona na wzbudzanie i rejestracja fali sejsmicznej wzdłuż wyznaczonych w terenie linii (profili sejsmicznych), które powinny być w miarę możliwości równoległe do siebie. W naszym rejonie badania są prowadzone wzdłuż profili sejsmicznych o łącznej długości 431 km.
- Podstawowym elementem wykonywania prac metodą sejsmiki polowej jest wzbudzanie fali sejsmicznej, która po odbiciu od granic strukturalnych badanego ośrodka powraca na powierzchnię, gdzie jest rejestrowana przez aparaturę pomiarową - mówi M. Łowicki. -

Badania z wybuchami
Aktualnie w badaniach sejsmicznych wykorzystuje się dwie techniki generowania fali sejsmicznej: wibratorową (użycie urządzeń mechanicznych) i dynamitową (użycie materiałów wybuchowych).
Podczas badań prowadzonych obecnie w Bieszczadach stosowana jest metodyka dynamitowa. Polega na wzbudzeniu fali sejsmicznej poprzez detonację ładunku wybuchowego w otworze wiertniczym. Średnica takiego otworu wynosi kilkanaście centymetrów, a głębokość ok. 15 m. W takim otworze detonowany jest ładunek od 0,1 kg do 8 kg dynamitu.
Z uwagi na specyficzną budowę terenu, dostępność dla urządzeń wiertniczych, warunki ochrony środowiska i inne sytuacje, uniemożliwiające wykonanie tradycyjnych otworów strzałowych, stosuje się grupy płytkich otworów o głębokości ok. 2 m. Grupowanie otworów pozwala zmniejszyć wagę ładunku materiału wybuchowego do maksymalnie 4 kg. Otwory płytkie wierci się zazwyczaj ręcznymi urządzeniami wiertniczymi, tzw. penetrometrami.
Wiercenie otworów głębszych odbywa się przy pomocy samojezdnych wiertnic z użyciem płuczki. Płuczkę, która odprowadza materiał z odwiertu i chłodzi koronkę wiertła, stanowi woda z domieszką iłu. Ił ma stabilizować ścianki otworu wiertniczego.
W trudnych warunkach górskich lub miejscach niedostępnych dla pojazdów stosuje się mniejsze przenośne urządzenia wiertnicze, które umożliwiają wiercenie do 15 m pod poziomem terenu. Są one dowożone w pobliże miejsca wiercenia, a następnie przenoszone w częściach przez brygadę wiertaczy i składane na punkcie strzałowym.

Dokładnie w pionie i poziomie
Powierzchnia zajęta każdorazowo przy wierceniu pojedynczego otworu przeciętnie wynosi ok. 40 m2. Punkty wzbudzania (otwory strzałowe) rozmieszczone są co 40 metrów, natomiast punkty odbioru (geofony) co 20 metrów.
Profile sejsmiczne, punkty wzbudzania i pozycje odbiorników wyznaczane są w terenie metodami geodezyjnymi zgodnie z projektem badań sejsmicznych. Dokładność tych prac powinna wynosić: 0,1 m w pionie oraz 0,5 m w poziomie.
Geofony wzdłuż profili sejsmicznych zakładane są przez brygady piesze. Kabel sejsmiczny rozwijany jest z plecakowych nosideł. Natomiast sprzęt rozwożony jest środkami transportu kołowego.
- Rejestracji fali sejsmicznej dokonują geofony rozmieszczone wzdłuż linii odbioru. Geofon transformuje energię fali sejsmicznej (szczególnie jej składową pionową, związaną z prędkością) na impulsy elektryczne, przekazywane kablami do aparatury rejestrującej - tłumaczy M. Łowicki. - Cykl pomiarowy na jednym punkcie strzałowym trwa ok. 1 godziny.
Fot. Urządzenie wiertnicze wierci otwór strzałowy
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 20)



Rozbija się o VAT

Pod koniec czerwca gmina Cisna rozstrzygnęła przetarg na "dostawę fabrycznie nowego samochodu-ratowniczo gaśniczego". W połowie września wóz powinien być już na miejscu. A tu ani widu, ani słychu…

Na wiosnę b.r. Zarząd Województwa Podkarpackiego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013 wybrał do dofinansowania 62 projekty związane z poprawą poziomu bezpieczeństwa. Na ich dofinansowanie przeznaczono ponad 70 milionów zł.
Pieniądze te mają trafić głównie do Ochotniczej Straży Pożarnej. Wybrane do dofinansowania projekty przewidują bowiem przede wszystkim zakup samochodów strażackich dla jednostek OSP. W sumie w całym województwie podkarpackim zostanie kupionych 111 wozów. Trzy gminy bieszczadzkie - Lesko, Cisna i Solina - złożyły do RPO WP wspólny projekt, ubiegając się o pieniądze na "modernizację systemu zapobiegania i zwalczania zagrożeń poprzez wzmocnienie zasobów sprzętowych w powiecie leskim". Chodziło głównie o zakupy średnich samochodów ratowniczo-gaśniczych dla wybranych jednostek OSP na ich terenie.
Projekt tych gmin był oszacowany na ponad 2 mln 120 tys. zł. Został zakwalifikowany do dofinansowania. Wsparcie z RPO WP powinno wynieść ok. 1 mln 800 tys. zł.
Po pozytywnej decyzji Zarządu Województwa Podkarpackiego gmina Cisna ogłosiła przetarg na "dostawę fabrycznie nowego samochodu ratowniczo - gaśniczego". Pod koniec czerwca wybrano ofertę złożoną przez Przedsiębiorstwo Specjalistyczne "Bocar" Sp. z o.o. z Korwinowa.
Firma ta miała do połowy września dostarczyć gminie Cisna za 598 tys. zł fabrycznie nowy samochód strażacki GBA 2,5/24 Mercedes Benz Atego 1329/Bocar.
- Auto to spełnia wszystkie wymagania techniczno-użytkowe, obowiązujące tego typu pojazdy nie tylko w Polsce, ale i na terenie całej Unii Europejskiej - informuje Grzegorz Biłas z Urzędu Gminy w Cisnej. - Jest w nim to wszystko, co chcieliśmy.
Cisna zamówiła samochód z silnikiem, podwoziem i kabiną Mercedes Benz. Firma z Korwinowa miała go wyposażyć m.in. w układ jezdny 4x4, sześcioosobową kabinę, zbiornik wody o pojemności 2500 litrów, zbiornik środka pianotwórczego, agregat prądotwórczy, autopompę z układem wodno-pianowym, działko wodno-pianowe o regulowanej wydajności, wysokociśnieniową linię szybkiego natarcia z wężem długości minimum 60 m, układ zraszaczy, wysuwany pneumatycznie obrotowy maszt oświetleniowy, reflektor pogorzeliskowy, szperacz, radiotelefon, elektrycznie podnoszone i opuszczane szyby boczne, podgrzewane i elektrycznie sterowane lusterka, wyciągarkę linową.
- Niestety, tego auta we wrześniu nie będziemy mieć - stwierdza wójcina Cisnej Renata Szczepańska. - Wszystko rozbija się o VAT. Są rozbieżne interpretacje izb skarbowych. Jedne twierdzą, że VAT powinien wynosi 7%, bo taką stawkę mają OSP, natomiast inne, że 22%, bo beneficjentem jest gmina. Wg nas powinno być 7%, bo samochód trafi do OSP. Wystąpiliśmy o rozstrzygnięcie tej kwestii do Biura Krajowego Informacji Podatkowej w Bielsku-Białej. Czekamy na decyzję. Chodzi o niemałe pieniądze, bo przy 22% VAT musielibyśmy wydać z budżetu gminy o 90 tys. złotych więcej.
T. S.
Fot. Taki samochód ma trafić do strażaków ochotników w gminie Cisna
Fot. www.czerwonesamochody.com.pl

(więcej ,,GB" 19)



Ranking "Wspólnoty": wydatki bieżące na administrację
Bieszczadzka administracja samorządowa:
droga czy tania?


Na ustrzyckim ,,starym pogotowiu" postawiono krzyżyk. Kiedyś Bieszczadzka Agencja Rozwoju Regionalnego przymierzała się do jego ratowania. Po obejrzeniu obiektu fachowiec stwierdził: ,,Totalna ruina! O wiele taniej będzie wyburzyć i postawić od nowa".

Tygodnik samorządowy "Wspólnota" co roku publikuje ranking, który porządkuje województwa, powiaty i gminy wg wydatków bieżących na administrację. Jego autorem jest prof. Paweł Swianiewicz, kierownik Zakładu Rozwoju i Polityki Lokalnej Uniwersytetu Warszawskiego.

Budzi emocje
"Od 2002 r., kiedy zestawienie opublikowaliśmy po raz pierwszy, jest to ranking, który budzi sporo emocji - stwierdza P. Swianiewicz. - Dość powszechne, a populistyczne w swej istocie przekonanie o marnowaniu pieniędzy podatników przez administrację zostało w ostatnich latach wzmocnione skrajnie uproszczoną wersją dyskursu na temat "taniego państwa". Zgodnie z tym rozumowaniem, niemal każda złotówka wydana na administrację to złotówka zmarnowana: im mniej nas kosztują "ci okropni biurokraci", tym lepiej. W takim ujęciu wyniki rankingu bywają traktowane jako postawienie władzy lokalnej pod pręgierzem (kiedy wydatki są wyższe niż przeciętne w danej grupie jednostek) albo jednoznaczna laurka pochwalna (kiedy wydatki należą do najniższych). A przecież jest to rozumowanie skrajnie uproszczone…"
Podstawowym kryterium przy opracowywaniu tego rankingu są wydatki bieżące na administrację odniesione do liczby mieszkańców. W najnowszym rankingu o miejscu poszczególnych samorządów decydowały nakłady na administrację poniesione w 2009 r.
W ekonomii znane jest prawo ,,korzyści skali". W jakimś sensie obowiązuje ono także w wydatkach na administrację samorządową. Można je sprowadzić do zasady, że im mniej ludna jest dana gmina czy powiat, tym wydatki na administrację w przeliczeniu na jednego mieszkańca są wyższe. Dlatego też autorzy rankingu podzielili jednostki samorządowe w zależności od ich wielkości na kilka kategorii.

Powiaty leski i bieszczadzki
Powiaty leski i bieszczadzki znalazły się w gronie 168 powiatów liczących do 75 tys. mieszkańców. Najtańszą administrację w tej kategorii ma powiat hrubieszowski - 64 zł na 1 mieszkańca. Dwa kolejne miejsca wśród najtańszych zajmują powiaty z Podkarpacia: tarnobrzeski i niżański - po ok. 65 zł na 1 mieszkańca.
Oba powiaty z naszego regionu należą do najmniej ludnych powiatów w Polsce: leski - niespełna 28 tys. mieszkańców, a bieszczadzki - niecałe 23 tys. mieszkańców. Zatem zgodnie z przytoczonym wcześniej prawem "korzyści skali" koszty ich administracji w przeliczeniu na 1 mieszkańca nie mogą być niskie. I nie są.
Powiat bieszczadzki z wydatkami na administrację 112 zł na 1 mieszkańca zajmuje w rankingu 154 miejsce. Powiat leski z wydatkami na administrację w wysokości 114 zł na 1 mieszkańca znalazł się na 157 pozycji.

Gminy Lesko i Ustrzyki D.
Obydwa bieszczadzkie miasta - Lesko i Ustrzyki D. - zakwalifikowane zostały do miast liczących do 20 tys. mieszkańców. W kategorii tej znalazło się 80 gmin miejsko-wiejskich. Najtańszą administrację samorządową spośród nich ma Złotów - 148 zł na 1 mieszkańca. Drugą lokatę zajmuje Krasnystaw - 157 zł na 1 mieszkańca. Sklasyfikowany na trzecim miejscu Rypin wydawał na gminną administrację prawie 175 zł w przeliczeniu na 1 mieszkańca.
Pojedynczego mieszkańca ustrzyckiej gminy (ok. 18 tys. mieszkańców) administracja gminna kosztowała 204 zł, co dawało gminie Ustrzyki D. 17 miejsce wśród gmin o najniższych wydatkach bieżących na administrację.
- Taki poziom wydatków na administrację świadczy o tym, że prowadzimy racjonalną politykę finansową. Jak najmniej pieniędzy chcemy przejadać, a jak najwięcej inwestować - komentuje ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Ale kij zawsze ma dwa końce. Mniejsze nakłady na administrację to niższe płace i w związku z tym trudności ze znalezieniem w niektórych branżach dobrych fachowców, którzy gdzie indziej mogą zarobić zdecydowanie więcej.
Statystyczny mieszkaniec leskiej gminy (prawie 12 tys. mieszkańców) w ub. r. wydawał na gminną administrację 243 zł. Gmina Lesko z takimi wydatkami bieżącymi na administrację uplasowała się 44 pozycji.

(więcej ,,GB" 18)



Jak postanowili, tak zrobili
Pensjonat z ruiny !


Na ustrzyckim ,,starym pogotowiu" postawiono krzyżyk. Kiedyś Bieszczadzka Agencja Rozwoju Regionalnego przymierzała się do jego ratowania. Po obejrzeniu obiektu fachowiec stwierdził: ,,Totalna ruina! O wiele taniej będzie wyburzyć i postawić od nowa".

Po przenosinach pogotowia ratunkowego budynek przy ul. Fabrycznej szybko zaczął popadać w ruinę. Nikt się nim nie opiekował. Przechodzenie w jego pobliżu stanowiło - jak głosiła przybita na frontonie tablica ostrzegawcza - ,,zagrożenie dla życia lub zdrowia".
Obiekt stanowił własność marszałka województwa podkarpackiego. Lecz nie było ani pomysłu na zagospodarowanie, ani forsy na remont. Przetargi kończyły się fiaskiem. Dopiero pod koniec 2004 r. ,,stare pogotowie" znalazło nabywcę. Kupiło je Przedsiębiorstwo Handlowo-Usługowe ,,Skole" z Krakowa. Nowi właściciele postanowili, że z ruiny zrobią... pensjonat.
- To była tragedia. Strach było chodzić - opowiada kierownik budowy Czesław Darocha. - Balkony pospadały. Dach dziurawy. Konstrukcja dachu przegnita. Ganek frontowy się walił. Piwnice kompletnie zniszczone. Z wnętrza wywieźliśmy 126 samochodów ciężarowych śmieci i gruzu.
Budynek formalnie nie był zabytkiem. Jednak - zgodnie z zaleceniem Wydziału Ochrony Zabytków w Krośnie - przy remoncie należało zachować zewnętrzną formę, sposób krycia dachu oraz podział okien. Niewiele osób wierzyło, że w ogóle uda się to uratować.
"Stare pogotowie" przed wojną było kamienicą Niedziochów. Wybudowano ją w latach 20. ub. w. "Kamienica była na owe czasy prawie wykwintna, z licznymi balkonami i wykuszami - pisała we "Wspominkach ustrzyckich" Maria Dziurzyńska. - Niedziocha był kominiarzem. Pani Niedziochowa była krawczynią, która obszywała wszystkie panie ustrzyckie. Pracowała 24 godziny na dobę i to dzięki jej pracy powstał ten budynek".*
Dzisiaj znów jest to kamienica "prawie wykwintna, z licznymi balkonami i wykuszami". W starannie odrestaurowanej "zewnętrznej formie" znalazła się zupełnie nowa zawartość: pensjonat wypoczynkowy o wysokim standardzie. Dwanaście komfortowo urządzonych pokoi i apartament, recepcja, jadalnia, przeszklony bar z kominkiem i efektowny taras, a w dawnych garażach… w pełni oprzyrządowane sale konferencyjne.
"Aranżacja wnętrz pozostała w gestii właścicieli. Na każdym kroku widać wielką dbałość o szczegóły wyposażenia. Cechę wspólną stanowią ciemne, drewniane meble i olejowane parkiety, jednak każde pomieszczenie ma indywidualny charakter i styl. Pokoje różnią się kolorystyką ścian przyozdobionych ornamentami lub nastrojowymi obrazami. Całość dopełniają barwne narzuty i zasłony. Pensjonat spełnia również potrzeby wymagających - każdy pokój wyposażony jest w telewizor i łącze internetowe."**
"Pozazdrościć samozaparcia! Uważam, że to, co zrobili właściciele z tą "secesującą" kamieniczką, jest godne pochwały… Nie dość, że renowacja jest zgodna z wszelkimi kierunkami w sztuce konserwacji zabytków, to jeszcze widać, że prowadzone są dalsze inwestycje… A sala konferencyjna - cymes! Chapeau baux!" - to opinia, którą zamieścił "Jako".***
Nic dodać, nic ująć.
T. Szewczyk

* "Bieszczad" nr 4, Ustrzyki D. 1997
** www.funduszeeuropejskie.gov.pl
*** www.polska-pieknieje.eu
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 17)



Są powody do satysfakcji

Niedawno szkoła w Baligrodzie obchodziła 100-lecie. Wszyscy cieszyli się z tej okrągłej rocznicy. Ale najczęściej powtarzano przy tej okazji życzenie, by kolejne jubileusze można było świętować w nowej siedzibie.

Nową szkołę baligrodzką buduje się od 1999 r. Do tej pory na jej stawianie wyłożono 5,1 mln zł. Takie pieniądze pozwoliły na osiągnięcie stanu surowego zamkniętego. Zostało jeszcze wybudowanie kotłowni, wykonanie instalacji wodno-kanalizacyjnej, centralnego ogrzewanie i elektrycznej oraz roboty wykończeniowe.
- Gdybyśmy mieli 2,2 mln zł, moglibyśmy wreszcie tę inwestycję skończyć - mówi baligrodzki wójt Robert Stępień. - Dzieci mogłyby rozpocząć naukę w nowej szkole w 2011 r.
W kwietniu wójt Baligrodu wystąpił za pośrednictwem Wojewody Podkarpackiego do Ministerstwa Finansów o przyznanie z rezerwy celowej 1,1 mln zł. Później trzeba było tej sprawy pilnować, bo chętnych na te pieniądze jest zawsze wielu. Wielokrotne wyjazdy do Rzeszowa i uzyskanie w staraniach mocnego wsparcia od wicewojewody Małgorzaty Chomycz przyniosło efekt. W maju Minister Finansów wydał decyzję o przyznaniu tej dotacji.
- Te pieniądze, niestety, nie pozwolą nam na wykończenie całej szkoły - stwierdza R. Stępień. - Ale dzięki tej dotacji w 2011 r. nasi uczniowie przeniosą się do nowej siedziby.
Budowa szkoły to nie jedyna inwestycja w gminie Baligród. Sukcesywnie prowadzony jest remont Gminnego Ośrodka Zdrowia. Z budżetu gminy wymieniono okna, zmodernizowano łazienkę, przystosowując ją dla osób niepełnosprawnych, wyremontowano rejestrację i archiwum.
W planie jest remont poczekalni i modernizacja gabinetu lekarskiego z przystosowaniem dla specjalistów. - W tej sprawie prowadzimy rozmowy z Narodowym Funduszem Zdrowia - informuje baligrodzki wójt.
Właściwie zakończył się remont świetlicy w Gminnym Ośrodku Zdrowia. Dla potrzeb GOK-u zakpiono sprzęt audiowizualny i nagłaśniający oraz mobilną scenę. - Na ten cel wydaliśmy 182 tys. zł, ale z tego 110 tys. zł to pieniądze pozyskane z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich - wyjaśnia R. Stępień.
W najbliższym czasie zmieni się wygląd i poprawi wyposażenie od świetlicy wiejskiej w Zahoczewiu. - W czerwcu podpisaliśmy umowę z Urzędem Marszałkowskim Województwa Podkarpackiego - informuje wójt Baligrodu. - Wydamy na to przedsięwzięcie 142 tys. zł, przy czym 85 tys. zł dostaniemy w ramach Lokalnej Grupy Działania. Kuchnia w zahoczewskiej świetlicy musi być dobrze wyposażona, gdyż będzie pełnić funkcję Gminnego Centrum Tradycji Kulinarnych.
Z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji gmina Baligród pozyskała 284 tys. zł na usuwanie skutków klęsk żywiołowych (tzw. powodziówka). Po dołożeniu do tej kwoty wkładu własnego na remonty zniszczonych w wyniku powodzi dróg gminnych będzie 356 tys. zł. Za te pieniądze wyremontowane zostaną trzy odcinki dróg: dwa w Baligrodzie i jeden w Mchawie.
Ponadto za ok. 40 tys. zł z budżetu gminy przeprowadzony zostanie remont drogi gminnej w Jabłonkach (PGR).
- Każda inwestycja w gminie sprawia satysfakcję i trochę tych powodów do satysfakcji mamy - konkluduje R. Stępień. - Ale najbardziej będę zadowolony, kiedy nasi uczniowie przeniosą się do nowej szkoły.
T. S.
Fot. Centrum Baligrodu wyładniało
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 16)



Było huk roboty, ale się udało i…
Młyn można już zwiedzać


Ustrzycki młyn przy ul. Fabrycznej przestał mleć ziarno trzy lata temu. Na szczęście jego ówcześni właściciele go nie zlikwidowali, lecz tylko zawiesili działalność. To w dużej mierze ułatwiło realizację pomysłu, jaki mieli jego nabywcy Bożena i Janusz Bałkotowie.

- To mój pomysł, ale praca przede wszystkim męża - opowiada B. Bałkota. - Kiedy dowiedziałam się, że naszego domu nie da się doprowadzić do takiego stanu, o jakim marzyłam, byłam zdruzgotana. Zaczęłam się zastanawiać, co dalej robić. Wtedy (proszę się nie śmiać) dostałam myśl z góry: "Kup młyn, zrób tam muzeum, kawiarnię i sklep z pamiątkami…"
O swoim pomyśle "z góry" powiedziała najbliższym. Reakcja dzieci nie była entuzjastyczna: "Mamo, ty chyba zwariowałaś!" Mąż na początku też ustawił się sceptycznie, ale szybko zatrybił i zobaczył to, co żonie chodziło po głowie.

Przywiązały się do Sowietów
Na początku ub. w. to była Fabryka Urządzeń Wiertniczych, która należała do Stanisława Glazora. Została ona zniszczona w czasie I wojny światowej. Ok. 1925 r. budynek został kupiony przez firmę "Lignum", należącą do braci Hauserów. Nowi właściciele zaadaptowali go na młyn. W pobliżu zaś uruchomili tartak parowy i stolarnię. Opodal stanęła willa, w której zamieszkali.
Ten "kompleks przemysłowy" działał w międzywojniu i - mimo czterokrotnej zmiany okupanta - w czasie II wojny światowej. Zachowały się dokumenty, które to potwierdzają. Za drugiej okupacji sowieckiej został znacjonalizowany. Nie wiadomo dokładnie, co się w nim działo wtedy, gdy Ustrzyki D. należały do ZSRR. - Ale wiadomo, że urządzenia młyna tak się przywiązały do ludzi radzieckich, że razem z nimi wyjechały do ZSRR - opowiada przewodnik po ustrzyckim młynie Waldemar Krzysztyński.

"Miag" jak "Mercedes"
Po powrocie Ustrzyk D. do Polski w 1951 r. budynek stał się własnością Państwowych Zakładów Zbożowych, później przeszedł pod Gminną Spółdzielnię w Ustrzykach D. Na początku nie dało się w nim mleć zboża, bo nie było wyposażenia. Produkcję można było wznowić, kiedy przywieziono je z "ziem odzyskanych", prawdopodobnie z Pomorza lub Kaszub.
Maszyny w większości są wyprodukowane w Niemczech przez firmy "Gross" i "Miag" z Drezna i Braunschweigu. - "Miag" w młynarstwie to jak "Mercedes" w przemyśle samochodowym - stwierdza J. Bałkota.
Wg niego niektóre liczą po jakieś 120 lat (i są na chodzie!). Świadczą o tym drewniane korpusy, które wyszły z użycia pod koniec XIX w. Później zastąpiły je korpusy żeliwne.
Są także pojedyncze maszyny powojenne. Wyłącznik olejowy to wytwór Spółdzielni Pracy im. F. Engelsa w Jeleniej Górze, a inne urządzenie zostało wyprodukowane przez Narodni Podnik MEZ we Všetinie.

Ciarki mnie przeszły
Na realizację swojego pomysłu pani Bożena musiała czekać. Nie było pewności, czy nikt im młyna nie podkupi. W końcu na przełomie maja i czerwca 2009 r. Bałkotom udało im się dobić targu z właścicielką.
- Nigdy wcześniej w tym młynie nie byłam. Janusz mi opowiadał, co tam jest - mówi B. Bałkota. - Jak weszłam pierwszy raz i zobaczyłam to wszystko, byłam wniebowzięta. A jak zobaczyłam, że gdzieniegdzie jest jeszcze mąka, to aż mnie ciarki przeszły…
Na dobre praca nad zrobieniem w młynie muzeum zaczęła się we wrześniu. W styczniu i lutym przerwa - nie dało się nic robić, bo były mrozy. Ostatnie pół roku to ciężka robota od rana do wieczora, a pan Janusz rzadko wychodził z młyna przed północą.
- Poprzednia właścicielka dbała o młyn. Nie był zniszczony, zapuszczony… Ale roboty było huk. Mało kto wierzył, że to nam się uda zrobić. Cała rodzina zaangażowała się bardzo mocno. Przyjaciele i znajomi sporo nam pomogli. Jesteśmy też wdzięczni tym, którzy nam nie przeszkadzali - dodaje pani Bożena.

Cały tir czeka
Od połowy lipca muzeum młynarstwa i wsi w ustrzyckim młynie już jest udostępnione dla zwiedzających. - Muzeum młynarstwa, bo jest młyn i są te maszyny - wyjaśnia J. Bałkota. - Ale żeby młyn mógł pracować, musiało być ziarno. Trzeba więc pokazać, jak się zboże uprawia: orze, bronuje, sieje, kosi, młóci. Chcemy pokazać, jak się to robiło dawniej, przed epoką kombajnów. Stąd drugi człon nazwy.
Aby to zilustrować Bałkotowie zgromadzili pługi, brony, siewniki, młockarnie, młynki, żarna… - Cały tir tych dawnych narzędzi i maszyn jeszcze czeka - dodaje pan Janusz. - Niektóre z tych rzeczy kupiliśmy. Ale dostaliśmy też dużo w prezencie. Nasi ofiarodawcy trzymali je latami w szopach, w komórkach, w stodołach. Szkoda im było wyrzucić, bo to kawałek ich życia. Teraz się cieszą, że będą one w muzeum.
W przyszłości część muzealną ma dopełnić młyn wodny i - być może - wiatrak, w którym mielono zboże.
T. Szewczyk

Muzeum czynne codziennie od godz. 10.00 do godz. 19.00
Bilety: dorośli - 5,50 zł, dzieci i młodzież - 4,50 zł
Grupy proszone są o wcześniejszą rezerwację - tel. 607-477-110
Kawiarnia czynna codziennie od godz. 10.00 do ostatniego gościa


Fot. - Mamy wszystkie maszyny kompletne i sprawne - zapewnia Janusz Bałkota
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 15)



Druga tura wyborów prezydenckich
Jak głosowały Bieszczady?


Gdyby o wyniku wyborów decydowali wyborcy z powiatu leskiego, prezydentem zostałby Jarosław Kaczyński. Większość wyborców z powiatu bieszczadzkiego opowiedziała się za Bronisławem Komorowskim. Jeśliby zliczyć głosy w obu tych powiatach minimalnie wygrałby prezes PiS.

Kampania wyborcza w Bieszczadach nie była szczególnie intensywna. Żaden z 10 kandydatów osobiście przed pierwszą turą tu nie dojechał. Również przed rozstrzygającą rozgrywką ani jeden z dwu pozostałych na placu boju zwycięzców pierwszego rozdania w nasze strony nie skręcił.
Bilbordów tym razem nie było wcale, a plakatów i ulotek jak na lekarstwo. Do mnie (i pewnie do wszystkich w Bieszczadach) trafił za pośrednictwem poczty apel marszałka Sejmu o udzielenie mu poparcia. Mundurowi otrzymali listy od premiera z zapewnieniami, że PO po wygranej B. Komorowskiego krzywdy im nie zrobi. Bieszczadzcy wyborcy mieli kontakt z kandydatami na prezydenta - najpierw dziesięcioma, a później dwoma - głównie za pośrednictwem telewizji, a także radia, Internetu i prasy.
W pierwszej turze w Bieszczadach, podobnie jak w całym kraju, poważnie liczyli się tylko dwaj kandydaci: J. Kaczyński i B. Komorowski. W powiecie leskim i bieszczadzkim 20 czerwca zwyciężył prezes PiS, a drugi wynik uzyskał kandydat PO. W powiecie leskim była to przewaga wyraźna (ponad 12%), a w bieszczadzkim - minimalna (0,67%).
Gdyby o wyborze prezydenta decydowali tylko mieszkańcy gminy Baligród, to druga tura byłaby niepotrzebna. J. Kaczyński uzyskał tam bowiem od razu 51,46% głosów. Co ciekawe, w sąsiadującej z Baligrodem Komańczy aż 52,91% wyborców zagłosowało na… B. Komorowskiego.
Marszałek Sejmu wygrał z kandydatem PiS w gminach Cisna (przewaga ponad 21%) i Lutowiska (różnica prawie 13%). W pozostałych bieszczadzkich gminach lepszy wynik uzyskał J. Kaczyński - z największą przewagą (niespełna 22%) w gminie Baligród i najmniejszą (niecałe 0,7%) w gminie Ustrzyki D.
W pierwszej turze bieszczadzka frekwencja (razem powiaty leski i bieszczadzki) wyniosła 48,36%. W powiecie leskim wzięło w niej udział 50,56% wyborców. W powiecie bieszczadzkim do urn pofatygowało się 45,82% elektoratu. Średnia krajowa z 20 czerwca to 54,94%, a wojewódzka - 53,80%.
W dogrywce bieszczadzcy wyborcy (obydwa powiaty) trochę się zmobilizowali i średnia bieszczadzka wyniosła 53,30% (w porównaniu z pierwszą turą wzrost o prawie 5%). Ta zmiana była zauważalna w obu powiatach.
W drugiej turze głosowania w powiecie leskim uczestniczyło 56,62% wyborców (przyrost w porównaniu z pierwszą o ponad 6%), a w powiecie bieszczadzkim - 48,77% (przyrost o prawie 3%). Taka duża zmiana frekwencji w powiecie leskim wynika głównie ze skokowego przyrostu głosujących w gminie Solina (w pierwszej turze - 2745 głosujących, w drugiej - 4136). Być może jest to "efekt wakacyjny": w solińskiej gminie przy urnach - oprócz mieszkańców - pojawiło się wielu przebywających na jej terenie wczasowiczów i urlopowiczów.
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 14)



Rozdzielono 244 miliony złotych
na 93 projekty drogowe
Przeszły cztery bieszczadzkie


Zarząd Województwa Podkarpackiego wybrał do dofinansowania 93 projekty dotyczące dróg powiatowych i gminnych, które będą realizowane przez samorządy na terenie Podkarpacia. Na ich dofinansowanie przewidziano ponad 244 miliony złotych.

Wśród 93 projektów, które trafiły na listę podstawową, znalazły się cztery zgłoszone przez samorządy z Bieszczadów: jeden "powiatowy" i trzy "gminne". Mają być one wsparte kwotą ponad 6 mln 630 tys. zł.
Pierwotnie na ten nabór wniosków przeznaczono niespełna 76 mln zł: prawie 52 mln zł na drogi powiatowe i niecałe 26 mln zł na drogi. Zainteresowanie naborem ze strony samorządów było ogromne. Złożono 54 wnioski na drogi powiatowe i 77 na drogi gminne. Łącznie samorządy ubiegały się o prawie 320 mln zł dofinansowania, czyli ponad czterokrotnie więcej niż przeznaczono na ten cel.
Po ocenie formalnej i merytorycznej 51 wniosków dotyczących dróg powiatowych i 74 wnioski dotyczące dróg gminnych uzyskały powyżej 30 pkt. i przeszły do oceny strategicznej. - Rozumiejąc ogrom potrzeb w tej dziedzinie, Zarząd Województwa Podkarpackiego zadecydował o zwiększeniu kwoty na ten nabór, aby objąć dofinansowaniem 93 ze 125 wniosków, które pozytywnie przeszły ocenę formalną i merytoryczną: 42 wnioski na drogi powiatowe i 51 wniosków na drogi gminne - informuje Aleksandra Gorzelak-Nieduży - rzeczniczka prasowa Zarządu Województwa Podkarpackiego.
Łączna kwota na dofinansowanie tych projektów w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013 wynosi 244 mln 173 tys. zł, a zatem jest ponad trzy razy większa od pierwotnie zaplanowanej.
- Wybór wniosków dokonany został w trybie preselekcji. Oznacza to, iż wnioskodawcy są obecnie zobowiązani do przedłożenia w ciągu 3 miesięcy pełnej dokumentacji z prawomocnymi pozwoleniami na budowę - dodaje A. Gorzelak-Nieduży.
Wśród 42 zaaprobowanych wniosków powiatowych jest zgłoszona przez powiat bieszczadzki "przebudowa konstrukcji jezdni drogi powiatowej Smolnik-Zatwarnica". Przedsięwzięcie to ma kosztować 3 mln 58 tys. zł. Dofinansowanie z RPO WP wyniesie 2 mln 134 tys. zł. Trzeba będzie zatem dołożyć ponad 900 tys. zł.
- Powinniśmy sobie ze sfinansowaniem tych prac poradzić - mówi starosta bieszczadzki Krzysztof Gąsior. - Otrzymaliśmy na tę drogę wsparcie finansowe od Nadleśnictwa …
Mamy też deklarację gminy Lutowiska o przekazaniu na to zadanie 400 tys. zł. Dzięki temu będziemy mogli tę ważną dla naszego powiatu i dla gminy Lutowiska drogę przebudować.
Natomiast wśród 51 zaakceptowanych wniosków związanych z drogami gminnymi znalazły się trzy, złożone przez gminy bieszczadzkie.
Gmina Solina może liczyć na…
Fot. Za rok otoczenie ustrzyckiego dworca powinno się radykalnie zmienić
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 13)



Zrobiliśmy to, co powinniśmy

Od 28 maja Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Ustrzykach D. nosi imię prof. Eugeniusza Wanieka. W ten sposób miasto nad Strwiążem upamiętniło swojego honorowego obywatela, który rok temu zmarł w Krakowie w 103 roku życia.

Na nadanie imienia ustrzyckiej bibliotece przybyło wiele osób, którym E. Waniek był i pozostał bliski, którzy wiele mu zawdzięczają, byli jego przyjaciółmi, znajomymi, współpracownikami czy uczniami albo poznali jego twórczość czy też ujęła ich jego niezwykła osobowość.
W uroczystości uczestniczyli m.in. syn E. Wanieka Marek z żoną, Małgorzata Przysiecka, która troskliwie opiekowała się profesorem w ostatnim okresie jego życia, prorektor Akademii Sztuk Pięknych im. J. Matejki w Krakowie prof. Łukasz Konieczko, dziekan Wydziału Malarstwa ASP w Krakowie prof. Roman Łaciak, wnuk Teodora Axentowicza, przyjaciele profesora Bronisław Nowak, Marek Kosiba i Ewa Zajączkowska, najmłodsi jego "uczniowie" Agata Koszczan i Marek Marko, dyrektor Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie Stanisław Turek.
Wśród "miejscowych" - oprócz przedstawicieli gminnych i powiatowych władz samorządowych, Towarzystwa Opieki nad Zabytkami (jego członkowie odegrali dużą rolę w przypomnieniu Ustrzykom o E. Wanieku), dyrektorów szkół, placówek kulturalnych i różnych instytucji, plastyków, nauczycieli - była też Jadwiga Konopska, która była na zesłaniu w Kazachstanie razem z ojcem, siostrą i dwiema siostrzenicami prof. Wanieka.
Uroczystości rozpoczęły w ustrzyckim kościele parafialnym p.w. Najświętszej Marii Panny Królowej Polski mszą świętą w intencji profesora. Trudno uwierzyć, że przed stu laty E. Waniek jako kilkuletni chłopczyk był świadkiem budowy tej świątyni.
- Niezwyczajne to spotkanie, bo i okazja jest niezwyczajna - mówił w homilii ks. płk Leonard Sadowski z Krakowa, który rok temu wygłaszał kazanie podczas pogrzebu E. Wanieka na Cmentarzu Rakowickim. - Biblioteka w Ustrzykach D. otrzymuje imię syna tej ziemi, wybitnego polskiego malarza. Całe swoje życie oddał na służbę naszej ziemskiej ojczyzny. Był nestorem polskiego malarstwa. Żadnemu polskiemu malarzowi nie udał się przeżyć 103 lat. Jemu to się udało. Widocznie Pan Bóg go kochał. Był człowiekiem bardzo odważnym, o prawym charakterze. Szczególne miejsce w jego twórczości zajmowały pasja dokumentowania naszej historii oraz Kraków i Ustrzyki D.
Kolejna część uroczystości to odsłonięcie i poświęcenie popiersia E. Wanieka umieszczonego w południowej ścianie budynku biblioteki. Autorem tej rzeźby jest ustrzycki rzeźbiarz Jacek Osadczuk, który jest absolwentem tej samej uczelni, której patron ustrzyckiej biblioteki był honorowym profesorem.
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 12)



Ogród biblijny w Myczkowcach

- Dzięki Bożej Opatrzności, opiece świętych i pomocy dobrych ludzi udało się ten pomysł doprowadzić do końca - mówi dyrektor Ośrodka Rekolekcyjno-Wypoczynkowego "Caritas" w Myczkowcach ks. Bogdan Janik. - Zostało to zrobione nie dla dekoracji, ale by zachęcać do sięgnięcia po Biblię. Jest to swego rodzaju "Biblia pauperum".

Tę "swego rodzaju Biblię pauperum" stanowi ogród biblijny, otwarty i poświęcony w myczkowieckim "Caritas" 17 maja.
Ogrody biblijne mają przybliżać realia, w jakich rozgrywały się wydarzenia opisane w Biblii. Poprzez celowe ukształtowanie terenu i dobór roślin oddaje się w nich krajobraz Ziemi Świętej, a poprzez wkomponowane weń budowle i rzeźby obrazuje się wydarzenia biblijne i ich tło.
Wędrówka po Biblii
Ogrody biblijne zaczęły powstawać w II połowie XX w. Najstarszy został założony w 1957 r. przy kościele prezbiteriańskim w Ojai w Kaliforni. Największy zaś jest Rezerwat Krajobrazu Biblijnego Neot Kedumim w Izraelu, który obejmuje 250 ha.
Wiele razy mniejszy jest pierwszy w Polsce (i do czasu Myczkowiec jedyny) ogród biblijny przy ośrodku "Caritas" w Proszowicach k. Krakowa. Mieści się na działce 10-arowej. Ogród w Myczkowcach ma powierzchnię kilka razy większą.
- W tym ogrodzie chodziło przede wszystkim o to, żeby zmieścić jak najwięcej treści i przedstawić je w sposób możliwie najbardziej obrazowy, plastyczny - mówi projektantka myczkowieckiego ogrodu biblijnego (proszowickiego także) dr Zofia Włodarczyk z Katedry Roślin Ozdobnych Wydziału Ogrodniczego Uniwersytetu Rolniczego im. H. Kołłątaja w Krakowie. - Zachowaliśmy układ chronologiczny. Odwiedzający ogród wędruje więc przez Stary i Nowy Testament tak, jakby poznawał kolejne rozdziały Biblii.
Rozpoczyna się tę wędrówkę od wyjścia Izraelitów z niewoli egipskiej, a kończy przy rzeźbie symbolizującej zesłanie Ducha Świętego. By ją ułatwić wśród rosnących w gruncie i w donicach roślin umieszczono tablice z polskimi i łacińskimi nazwami roślin i z cytatami ze Starego i Nowego Testamentu, które o nich mówią. Niektóre rośliny są zgrupowane tak, by ilustrowały różne motywy biblijne, np. obok morwy są ziarenka gorczycy, co stanowi jednoznaczne nawiązanie do słów Jezusa o mocnej wierze.

Wśród biblijnych roślin
Dla mieszkańców Ziemi Świętej podstawowe znaczenie miało - jak twierdzi Z. Włodarczyk - siedem gatunków roślin: winorośl, oliwka, figa, granat, palma daktylowa, pszenica i jęczmień. Sześć z nich rośnie w myczkowieckim ogrodzie biblijnym. Jedynie prawdziwej oliwki brak. Z powodzeniem zastępują ją bardzo do niej podobne oliwniki. Oliwnik ma tę zaletę, że jest odporny na niskie temperatury, ale ma i wadę: nie da się z jego owoców wytłoczyć oliwy.
Poletka jęczmienia, pszenicy i lnu przywołują pobyt Izraelitów w Egipcie i plagi egipskie, które umożliwiły im ucieczkę z "domu niewoli". Ziemię Obiecaną, "krainę mlekiem i miodem płynącą", przybliżają m.in. figa, granat, palma daktylowa, terebint, lentyszek, dąb kermesowy, mirt, szarańczyn. Szczególne znaczenie ma winorośl, która jest jedną z najczęściej pojawiających się na kartach Biblii roślin (podobno wymieniana jest ponad 200 razy). W Starym Testamencie jest ona symbolem narodu wybranego, w Nowym zaś symbolizuje wyznawców Chrystusa. W myczkowieckim ogrodzie jest już miniuprawa, w której krzewy winne rosną - tak jak w czasach biblijnych - w rożkach.
Są także…
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 11)



Tu nasze miejsce

Obchody Święta Konstytucji 3 Maja w Ustrzykach D. rozpoczęły się od uroczystej akademii w Ustrzyckim Domu Kultury. Po wprowadzeniu pocztów sztandarowych i odegraniu przez Miejską Orkiestrę Dętą "Mazurka Dąbrowskiego" uczestnicy uroczystości minutą ciszy uczcili pamięć 96 ofiar katastrofy pod Smoleńskiem.

W akademii wzięli udział członkowie gminnych i powiatowych władz samorządowych oraz przedstawiciele działających na terenie miasta i gminy ugrupowań politycznych, organizacji i stowarzyszeń społecznych, związków zawodowych, szkół, policji, straży pożarnej i granicznej, celników, harcerzy, instytucji i firm oraz mieszkańcy miasta i gminy.
W obchodach naszego święta państwowego uczestniczyli też goście z Ukrainy - przewodniczący Starosamborskiej Rady Rejonowej Wołodymyr Horbowy i z mer Starego Sambora Iwan Hryz.
Część artystyczną przygotowali uczniowie Zespołu Szkół Publicznych nr 1 w Ustrzykach D. Rozpoczął ją dziecięcy zespół tańca "Bandanki". Ta nazwa już coraz mniej pasuje do zespołu, gdyż od jakiegoś czasu podopieczni Beaty Maciołek przygotowują głównie polskie tańce narodowe. Zatańczyli mazura, poloneza i krakowiaka, potwierdzając swoimi tańcami i ich przyjęciem przez widzów, że zmiana repertuaru była bardzo dobrym pomysłem.
Magdalena Podolak przypomniała piosenką ze słowami Andrzeja Ellmanna, że "tu jest nasze miejsce", "tu jest nasz kraj" i "tu jest nasz świat". Z kolei gimnazjaliści z "Jedynki", przygotowani przez Edytę Gulę i Barbarę Tomoń, przypomnieli okoliczności historyczne, w jakich rodziła się "Ustawa Rządowa z dnia 3 maja 1791 r." i jej najważniejsze postanowienia. Inscenizacja "obiadu czwartkowego", w której wykorzystano fraszki, bajki, satyry i fragmenty dramatów ich uczestników, oddała zaś atmosferę intelektualną, polityczną i kulturalną czasów stanisławowskich.
Po akademii w UDK w kościele parafialnym p.w. Najświętszej Marii Panny Królowej Polski odprawiona została w intencji ojczyzny koncelebrowana msza święta, która była równocześnie sumą odpustową.
Później uczestnicy obchodów 219 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja przeszli ulicami miasta, składając wieńce i wiązanki kwiatów pod pomnikami i tablicami pamięci. Część oficjalna uroczystości zakończyła się w ustrzyckim rynku koncertem pieśni patriotycznych w wykonaniu orkiestry dętej.
Podczas popołudniowej, mniej oficjalnej części świętowania, która również miała miejsce w ustrzyckim rynku, można było nabyć wyemitowany przez Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych w Warszawie ustrzycki "banknot miejski". Stanowi on jedną z form promocji Ustrzyk i Bieszczadów, będąc jednocześnie formą uczczenia pamięci zmarłego przed rokiem wybitnego artysty plastyka prof. E. Wanieka - rodowitego ustrzyczanina i honorowego obywatela miasta nad Strwiążem. Można było też obejrzeć wystawę fotograficzną "Święto Konstytucji 3 Maja" Ewy i Andrzeja Bujalskich.
Pewnie nie do końca zadowoleni byli miłośnicy muzyki raggae. Z powodu nagłej ulewy koncert zespołów "Łowcy Głów" i "Zimbaboo" trzeba było skończyć, nim się na dobre zaczął.
T. S.
Fot. Gimnazjaliści z ustrzyckiej "Jedynki" przygotowali inscenizację "obiadu czwartkowego"
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 10)



Śmieci się nie wyrzuca wszystkich razem

- System ma zniechęcać do kombinowania - stwierdza prezes Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej Sp. z o.o. w Ustrzykach Dolnych Marian Stebnicki. - Chodzi o to, żeby nie było powodu do podrzucania śmieci, zakopywania ich w ogródkach czy wywożenia do lasów, rzek albo rowów.

Gmina Ustrzyki D. pracuje nad swoim systemem zagospodarowania odpadów od 12 lat. Przed 1998 r. odpady zbierano do kontenerów KP-7 i KP-2 oraz 110-litrowych kubłów. Pojemniki te były rozstawione w różnych punktach miasta i w wioskach. Trafiały do nich odpady bez żadnej selekcji. Później były wywożone bezpośrednio na wysypisko w Brzegach D. Tam pewną część surowców wtórnych odzyskiwały ekipy "szperaczy", działających na wysypisku na własną rękę i własny rachunek.
Koniec wolnej amerykanki
Pierwsze próby wprowadzenia selektywnej zbiórki odpadów podjęto w 1998 r. - Wtedy za pieniądze naszej firmy kupiliśmy pierwsze 10 dzwonów na plastik i szkło - mówi członek zarządu ustrzyckiego MPGK Stanisław Kozłowski. - Ustawiono je tam, gdzie były największe skupiska ludzi. Obok nich nadal stały kontenery KP-7 na pozostałe odpady.
W następnym roku z gminnego funduszu ochrony środowiska przy wsparciu Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej kupiono kolejnych kilkadziesiąt dzwonów: białych na szkło białe, zielonych na szkło kolorowe i żółtych na plastiki. W rok później przy wsparciu powiatowego funduszu ochrony środowiska zakupione zostały 42 dzwony: po 14 białych, zielonych i żółtych.
Jednak te posunięcia nie rozwiązywały problemu na dłuższą metę. Wiadomo było, że - zgodnie z rozporządzeniem Ministra Środowiska z 24 marca 2003 r. - składowisk odpadów nie będzie można lokalizować na terenach chronionych. Obszar powiatu bieszczadzkiego jest zaś niemal w całości objęty różnymi formami ochrony. Toteż powstanie dużego i spełniającego unijne normy składowiska na terenie gminy Ustrzyki D. i gmin ościennych, które także podlegają rygorom ochronnym, nie wchodziło w rachubę.
Użytkowane przez ustrzycką gminę wysypisko w Brzegach D. było przestarzałe. Eksploatacja głównego sektora musiała być zakończona, bo jego pojemność się wyczerpała. Drugi sektor, znacznie mniejszy od głównego, też nie spełniał obowiązujących norm.
- Jego przystosowanie załatwiłoby sprawę najwyżej na kilka lat i wymagałoby na starcie poważnych nakładów - stwierdza S. Kozłowski. - Poza tym pozostałyby do rozwiązania problemy unieszkodliwiania odpadów ulegających biodegradacji, wydzielania odpadów niebezpiecznych itd.
Wiadomo też było, że - zgodnie z Krajowym Planem Gospodarki Odpadami - do końca 2006 r. (ten termin wydłużył się prawie o rok) miało być zamkniętych ok. 300 składowisk. W tej liczbie było też wysypisko w Brzegach D. Zatem nie było sensu ładować pieniędzy w modernizację wysypiska, które i tak zostałoby dość szybko zamknięte.
Biorąc pod uwagę te uwarunkowania, wypracowano koncepcję budowy stacji przeładunkowej z sortownią, która powinna zapewnić jak największy odzysk surowców wtórnych, i wywożenia poza Bieszczady jedynie "balastu". Przy niej miały powstać punkty zbiórki odpadów niebezpiecznych, odpadów AGD i RTV oraz wielkogabarytowych.

Kosztowna, lecz nieodzowna
Wstępne prace nad przygotowaniem koncepcji i dokumentacji stacji przeładunkowej i sortowni rozpoczęły się w 2003 r. Z założenia miało to być przedsięwzięcie ponadgminne, a nawet ponadpowiatowe. Korzystanie z niego - oprócz Ustrzyk D. - zadeklarowały gminy Cisna, Czarna, Lutowiska, Olszanica i Solina. Inwestycja miała więc ułatwić rozwiązanie "problemu śmieciowego" niemal w całych Bieszczadach.
Niemal równocześnie z pracami dokumentacyjnymi rozpoczął się…
Fot. Ustrzycka stacja przeładunkowa z sortownią powstała na czas
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 9)



Prątki KOCHAją bieszczadzkie żubry

Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska 10 marca wydał zezwolenie na odstrzał sześciu bieszczadzkich żubrów ze stada bytującego na terenie nadleśnictw Stuposiany i Lutowiska. Bezpośrednią przyczyną tej decyzji było odnalezienie szczątków żubra, u którego wstępne oględziny wykazały daleko zaawansowaną gruźlicę. Od kilkunastu dni pracownicy Służby Leśnej prowadzą obserwację stada w celu wytypowania zwierząt do odstrzału.

W Tarnawie Niżnej na terenie nadleśnictwa Stuposiany 27 lutego znaleziona została martwa samica żubra. Sekcja, wykonana przez powiatowego lekarza weterynarii z Ustrzyk D., wykazała, że przyczyną śmierci 7-letniej żubrzycy była wielonarządowa uogólniona gruźlica.
W związku z tym na początku marca Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie wystąpiła o zgodę na odstrzał sześciu zwierząt ze stada, w którym przebywał chory żubr. Głównym celem odstrzału ma być zbadanie stanu zdrowotnego wolno żyjącej populacji tego gatunku.
Zgoda na zabicie żubrów, którą wydał GDOŚ, obwarowana jest wieloma warunkami. Do odstrzału będą w pierwszej kolejności typowane osobniki z widocznymi objawami choroby lub zachowujące się nietypowo. Odstrzał zostanie dokonany przez osoby wskazane przez dyrektora RDLP w Krośnie. Z zabitych żubrów zostanie pobrany materiał do badań. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zobowiązała też RDLP do złożenia szczegółowego raportu, zawierającego wyniki badań zabitych żubrów.
- Odstrzał sześciu żubrów nie wpłynie na stan populacji, gdyż co roku przychodzi na świat ponad 30 młodych - zapewnia Edward Balwierczak, dyrektor RDLP w Krośnie. - Pozwoli on na ocenę stopnia zagrożenia epidemią dla wszystkich bieszczadzkich stad, liczących dziś ok. 300 żubrów.
Sposób "badania" bieszczadzkiej populacji żubra budzi sporo wątpliwości Bieszczadzkiego Parku Narodowego, który jest "współgospodarzem" stada. Jak wynika z wieloletnich obserwacji, stado przebywające na terenie południowo-wschodniej części Bieszczadów swym zasięgiem obejmuje zarówno teren BdPN, jak i obszar nadleśnictwa Stuposiany, przy czym większą część roku bytuje na terenie parku.
Metodyka pozyskania materiału do badania, polegająca na odstrzale najsłabszych osobników potencjalnie zagrożonych chorobą, może doprowadzić do błędnych wniosków co do stanu zdrowotności całej populacji żubra w Bieszczadach. To tak jakby badając ludzi pod kontem gruźlicy, typować wyłącznie osoby będące pacjentami przychodni pulmonologicznej. Wynik będzie z góry do przewidzenia.
Podjęte przez służby leśne działania prewencyjne przypominają akcję likwidacji stada żubrów w nadleśnictwie Brzegi D. w latach 1996-2001 r. Stwierdzona tam gruźlica spowodowała odstrzelenie 18 żubrów, z których - wg różnych źródeł - chorych było od 13 do 15 osobników. Mimo usilnych starań nie udało się zlokalizować wszystkich żubrów w tym stadzie. Los sześciu z nich pozostał nieznany. Przypuszczenia co do ich losów są różne.
Najmniej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest ich przejście na teren Ukrainy. Być może choroba doprowadziła do ich naturalnej selekcji. A być może stado w wyniku presji, jaką na nie wywierano podczas odstrzałów, rozproszyło się. Mogło też dołączyć do innego stada.
Nosicielami prątków gruźlicy są - wg wielu specjalistów - nie tylko żubry i bydło, ale także zwierzyna płowa, dziki i drapieżniki. Świadczy o tym chociażby gruźlica występująca w Walii u borsuków. Tak więc...
Fot. Nad bieszczadzkimi żubrami zawisły ciemne chmury
Fot. E. Marszałek

(więcej ,,GB" 7)



Żeby nie wylać dziecka z kąpielą

- Nasz klub uznawany był za wzorowy w okręgu krośnieńskim. Nie brakowało niczego, co jest potrzebne w klubie – stwierdza szefowa zarządu KS „Bieszczady – Pamoplast” Ustrzyki D. Anna Pałys. – Jak w naszej firmie było dobrze, to i w klubie było dobrze. Kryzys dotknął firmę i nasze zaangażowanie w klub nie może być takie, jak do tej pory.

Przed walnym zebraniem członków KS „Bieszczady-Pamoplast” Ustrzyki D. nastroje były niewesołe. Właściciele firmy „Pamoplast”, która jest sponsorem strategicznym klubu, nosili się z zamiarem wycofania się. Gdyby do tego doszło, to dalszy udział ustrzyckich drużyn w rozgrywkach piłkarskich stanąłby pod znakiem zapytania. Również istnienie samego klubu byłoby niepewne.
Dlatego w lutowym zebraniu oprócz członków klubu – działaczy i piłkarzy – wzięli udział reprezentanci władz samorządowych: przewodniczący Rady Miejskiej Julian Czarnecki i jego zastępcy Bogdan Ferenc i Ryszard Zdziebko, burmistrz Henryk Sułuja i sekretarz gminy Jan Buczek. Samorządowcy nie ukrywali, że zależy im na tym, by firma „Pamoplast” – podobnie jak przez ostatnie 7 lat - nadal zajmowała się prowadzeniem klubu.
- Wiadomość o zamiarze rezygnacji „Pamoplastu” bardzo nas zaniepokoiła. Jako samorządowcom i mieszkańcom Ustrzyk zależy nam na tym, żeby klub funkcjonował i żeby się w nim dobrze działo - mówi burmistrz H. Sułuja. - Wierzę, że wspólne poczynania pozwolą, by tego, co się udało zrobić, nie pogrzebać.

Udało się niemało
Wystarczy popatrzeć na tabele po rundzie jesiennej: seniorzy – trzecie miejsce w klasie okręgowej, juniorzy – trzecie miejsce, trampkarze – pierwsze miejsce...
- Byliśmy kiedyś w klasie A na samym końcu – przypomina b. kapitan seniorów Barłomiej Kołodziej. - Dzięki temu, że nas przejął „Pamoplast”, zaczęło się dziać lepiej. Prawie co roku awansowaliśmy i dobijaliśmy się już do bramy IV ligi. W ub. r. zdobyliśmy puchar na szczeblu okręgu krośnieńskiego...
Funkcjonowanie klubu wiąże się z nakładami. Trzeba pieniędzy, żeby m.in. opłacić transport na mecze (12 tys. zł w ub. r.), na diety i delegacje sędziów (12 tys. zł), nagrody za wygrane mecze (38 tys. zł), płace jednego z zawodników oraz trenera (27 tys. zł)... Żeby klub mógł w miarę normalnie działać, potrzeba rocznie 150-200 tys. zł. - Nasze możliwości finansowe jako gminy są ograniczone – stwierdza J. Czarnecki. – Pewne rzeczy możemy współfinansować. Ale nie możemy wziąć wszystkich kosztów na siebie. Nie wolno zapominać, że są jeszcze inne kluby, które odnoszą niemałe sukcesy i którym też trzeba pomagać. Będziemy piłkę wspierać w takim zakresie, na jaki nas stać.
Myślę, że jakoś się dogadamy.
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 6)



W Ustrzykach Dolnych w ciągu półtora roku...
"Resbud" zbuduje halę


Firma "Resbud" z Rzeszowa 8 marca wchodzi na plac budowy hali sportowo-widowiskowej w Ustrzykach D. Do końca 2010 r. wykonawca ma doprowadzić inwestycję do stanu surowego zamkniętego. Planowany termin zakończenia budowy hali i oddania jej do użytku to sierpień 2011 r.

Przetarg na budowę hali został ogłoszony w listopadzie ub. r. Jego rozstrzygnięcie było kilka razy przesuwane, bo ciągle zadawano pytania dotyczące szczegółów dokumentacji i zakresu robót. Zainteresowanie ze strony potencjalnych wykonawców było bardzo duże.
Do przetargu przystąpiło ostatecznie 11 firm z całej Polski. Wg kosztorysu inwestorskiego hala miała kosztować ponad 16 mln zł. Rozpiętość ofert była znaczna: od 10,3 mln zł do 14,5 mln zł. Najkorzystniejszą ofertę przedstawił "Resbud" S.A. z Rzeszowa i on też został wybrany na wykonawcę.
"Resbud" jest firmą, która cieszy się dobrą marką. Spółka ta zajmuje się budownictwem mieszkalno-usługowym, budową obiektów przemysłowych i użyteczności publicznej (m.in. budynek główny Akademickiego Ośrodka Szybowcowego Politechniki Rzeszowskiej im. Tadeusza Góry w Bezmiechowej) oraz obiektów sportowych (m.in. Stadion Narodowy w Warszawie). W Ustrzykach D. firma ta zbudowała Międzyszkolną Krytą Pływalnię "Delfin", która w 2000 r. uznana została za "Budowę Roku Podkarpacia".
- Myślę, że przetarg wypadł dobrze i wyłoniliśmy w jego wyniku solidnego wykonawcę. Umowę z "Resbudem" podpisaliśmy 24 lutego. Przekazanie placu budowy nastąpi 8 marca - mówi burmistrz ustrzycki Henryk Sułuja. - Chcą jak najszybciej przystąpić do roboty. Wcale im się nie dziwię, bo zakres robót jest duży. W tym roku mają być wykonane prace za ponad 5,5 mln zł.
Warunkiem rozpoczęcia budowy hali było uzyskanie przez ustrzycką gminę dofinansowania zewnętrznego. Projekt "Budowa hali sportowej w Ustrzykach Dolnych szansą na równy dostęp do infrastruktury sportowej uczniów z terenów gmin bieszczadzkich" został zgłoszony do Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013. Przeszedł pozytywnie wszystkie procedury i pod koniec ub. r. uzyskał dofinansowanie w wysokości prawie 5 mln zł.
- Dofinansowanie zostało przyznane na podstawie kosztorysu inwestorskiego, wg którego hala miała kosztować prawie 16,5 mln zł - wyjaśnia burmistrz Ustrzyk D. - "Resbud" podjął się ją zbudować za 10,3 mln zł. Zgodnie z obowiązującymi w RPO WP zasadami dofinansowanie będzie rozliczane proporcjonalnie do wartości poprzetargowej inwestycji, czyli wyniesie prawdopodobnie ok. 3,2 mln zł. Z budżetu gminy trzeba będzie zatem dołożyć ponad 7 mln zł.
Do końca b.r. inwestycja ma osiągnąć stan surowy zamknięty. Zakończenie budowy i oddanie hali do użytku zaplanowane jest na sierpień 2011 r.
- Ustrzyki D. nie mają takiego obiektu sportowo-widowiskowego. Budowa hali sportowej umożliwi nie tylko prowadzenie w niej zajęć dydaktycznych przez szkoły. Będą się w niej także odbywać zawody sportowe oraz treningi klubów. Poza tym będzie to również hala widowiskowa, gdzie będzie można organizować imprezy kulturalno-rozrywkowe. Hala sportowo-widowiskowa stanie się ważnym uzupełnieniem dla MKP "Delfin" i budowanego przy niej kompleksu basenów odkrytych oraz wyciągów narciarskich, szlaków pieszych, rowerowych i konnych - dodaje H. Sułuja. - Jestem święcie przekonany, że hala ta będzie tętnić życiem sportowym i kulturalnym.
T. Szewczyk
Fot. Jeszcze w marcu na tym placu rozpocznie się budowa hali sportowo-widowiskowej
Fot. T. Szewczyk

(więcej ,,GB" 5)



Budżet gminy Ustrzyki D. na 2010 r.
Nie taki deficyt straszny...


Pod koniec grudnia ustrzycka Rada Miejska przyjęła budżet gminy Ustrzyki D. na 2010 r. Zaplanowane w nim dochody mają wynosić prawie 50 mln zł. Wydatki sięgną niespełna 61 mln zł. Prognozowany deficyt to ok. 11 mln zł.

Ostrożnie z dochodami - Dochody oszacowaliśmy bardzo ostrożnie. Wprowadziliśmy do budżetu tylko te pieniądze, które są pewne - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Dochody ogółem mają wynieść 49 mln 564 tys. zł. Złożą się na nie dochody wła