|
|
Najbliższe
wydanie
17 września 2010r.
|
|
Baligród
- Cisna - Czarna - Komańcza - Lesko - Lutowiska -
Olszanica - Sanok - Solina - Ustrzyki Dolne - Zagórz
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Jak postanowili, tak zrobili
Pensjonat z ruiny !
Na ustrzyckim ,,starym pogotowiu" postawiono krzyżyk. Kiedyś Bieszczadzka Agencja Rozwoju Regionalnego przymierzała się do jego ratowania. Po obejrzeniu obiektu fachowiec stwierdził: ,,Totalna ruina! O wiele taniej będzie wyburzyć i postawić od nowa".

Po przenosinach pogotowia ratunkowego budynek przy ul. Fabrycznej szybko zaczął popadać w ruinę. Nikt się nim nie opiekował. Przechodzenie w jego pobliżu stanowiło - jak głosiła przybita na frontonie tablica ostrzegawcza - ,,zagrożenie dla życia lub zdrowia".
Obiekt stanowił własność marszałka województwa podkarpackiego. Lecz nie było ani pomysłu na zagospodarowanie, ani forsy na remont. Przetargi kończyły się fiaskiem. Dopiero pod koniec 2004 r. ,,stare pogotowie" znalazło nabywcę. Kupiło je Przedsiębiorstwo Handlowo-Usługowe ,,Skole" z Krakowa. Nowi właściciele postanowili, że z ruiny zrobią... pensjonat.
- To była tragedia. Strach było chodzić - opowiada kierownik budowy Czesław Darocha. - Balkony pospadały. Dach dziurawy. Konstrukcja dachu przegnita. Ganek frontowy się walił. Piwnice kompletnie zniszczone. Z wnętrza wywieźliśmy 126 samochodów ciężarowych śmieci i gruzu.
Budynek formalnie nie był zabytkiem. Jednak - zgodnie z zaleceniem Wydziału Ochrony Zabytków w Krośnie - przy remoncie należało zachować zewnętrzną formę, sposób krycia dachu oraz podział okien. Niewiele osób wierzyło, że w ogóle uda się to uratować.
"Stare pogotowie" przed wojną było kamienicą Niedziochów. Wybudowano ją w latach 20. ub. w. "Kamienica była na owe czasy prawie wykwintna, z licznymi balkonami i wykuszami - pisała we "Wspominkach ustrzyckich" Maria Dziurzyńska. - Niedziocha był kominiarzem. Pani Niedziochowa była krawczynią, która obszywała wszystkie panie ustrzyckie. Pracowała 24 godziny na dobę i to dzięki jej pracy powstał ten budynek".*
Dzisiaj znów jest to kamienica "prawie wykwintna, z licznymi balkonami i wykuszami". W starannie odrestaurowanej "zewnętrznej formie" znalazła się zupełnie nowa zawartość: pensjonat wypoczynkowy o wysokim standardzie. Dwanaście komfortowo urządzonych pokoi i apartament, recepcja, jadalnia, przeszklony bar z kominkiem i efektowny taras, a w dawnych garażach… w pełni oprzyrządowane sale konferencyjne.
"Aranżacja wnętrz pozostała w gestii właścicieli. Na każdym kroku widać wielką dbałość o szczegóły wyposażenia. Cechę wspólną stanowią ciemne, drewniane meble i olejowane parkiety, jednak każde pomieszczenie ma indywidualny charakter i styl. Pokoje różnią się kolorystyką ścian przyozdobionych ornamentami lub nastrojowymi obrazami. Całość dopełniają barwne narzuty i zasłony. Pensjonat spełnia również potrzeby wymagających - każdy pokój wyposażony jest w telewizor i łącze internetowe."**
"Pozazdrościć samozaparcia! Uważam, że to, co zrobili właściciele z tą "secesującą" kamieniczką, jest godne pochwały… Nie dość, że renowacja jest zgodna z wszelkimi kierunkami w sztuce konserwacji zabytków, to jeszcze widać, że prowadzone są dalsze inwestycje… A sala konferencyjna - cymes! Chapeau baux!" - to opinia, którą zamieścił "Jako".***
Nic dodać, nic ująć.
T. Szewczyk
* "Bieszczad" nr 4, Ustrzyki D. 1997
** www.funduszeeuropejskie.gov.pl
*** www.polska-pieknieje.eu
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 17)
|
Są powody do satysfakcji
Niedawno szkoła w Baligrodzie obchodziła 100-lecie. Wszyscy cieszyli się z tej okrągłej rocznicy. Ale najczęściej powtarzano przy tej okazji życzenie, by kolejne jubileusze można było świętować w nowej siedzibie.

Nową szkołę baligrodzką buduje się od 1999 r. Do tej pory na jej stawianie wyłożono 5,1 mln zł. Takie pieniądze pozwoliły na osiągnięcie stanu surowego zamkniętego. Zostało jeszcze wybudowanie kotłowni, wykonanie instalacji wodno-kanalizacyjnej, centralnego ogrzewanie i elektrycznej oraz roboty wykończeniowe.
- Gdybyśmy mieli 2,2 mln zł, moglibyśmy wreszcie tę inwestycję skończyć - mówi baligrodzki wójt Robert Stępień. - Dzieci mogłyby rozpocząć naukę w nowej szkole w 2011 r.
W kwietniu wójt Baligrodu wystąpił za pośrednictwem Wojewody Podkarpackiego do Ministerstwa Finansów o przyznanie z rezerwy celowej 1,1 mln zł. Później trzeba było tej sprawy pilnować, bo chętnych na te pieniądze jest zawsze wielu. Wielokrotne wyjazdy do Rzeszowa i uzyskanie w staraniach mocnego wsparcia od wicewojewody Małgorzaty Chomycz przyniosło efekt. W maju Minister Finansów wydał decyzję o przyznaniu tej dotacji.
- Te pieniądze, niestety, nie pozwolą nam na wykończenie całej szkoły - stwierdza R. Stępień. - Ale dzięki tej dotacji w 2011 r. nasi uczniowie przeniosą się do nowej siedziby.
Budowa szkoły to nie jedyna inwestycja w gminie Baligród. Sukcesywnie prowadzony jest remont Gminnego Ośrodka Zdrowia. Z budżetu gminy wymieniono okna, zmodernizowano łazienkę, przystosowując ją dla osób niepełnosprawnych, wyremontowano rejestrację i archiwum.
W planie jest remont poczekalni i modernizacja gabinetu lekarskiego z przystosowaniem dla specjalistów. - W tej sprawie prowadzimy rozmowy z Narodowym Funduszem Zdrowia - informuje baligrodzki wójt.
Właściwie zakończył się remont świetlicy w Gminnym Ośrodku Zdrowia. Dla potrzeb GOK-u zakpiono sprzęt audiowizualny i nagłaśniający oraz mobilną scenę. - Na ten cel wydaliśmy 182 tys. zł, ale z tego 110 tys. zł to pieniądze pozyskane z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich - wyjaśnia R. Stępień.
W najbliższym czasie zmieni się wygląd i poprawi wyposażenie od świetlicy wiejskiej w Zahoczewiu. - W czerwcu podpisaliśmy umowę z Urzędem Marszałkowskim Województwa Podkarpackiego - informuje wójt Baligrodu. - Wydamy na to przedsięwzięcie 142 tys. zł, przy czym 85 tys. zł dostaniemy w ramach Lokalnej Grupy Działania. Kuchnia w zahoczewskiej świetlicy musi być dobrze wyposażona, gdyż będzie pełnić funkcję Gminnego Centrum Tradycji Kulinarnych.
Z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji gmina Baligród pozyskała 284 tys. zł na usuwanie skutków klęsk żywiołowych (tzw. powodziówka). Po dołożeniu do tej kwoty wkładu własnego na remonty zniszczonych w wyniku powodzi dróg gminnych będzie 356 tys. zł. Za te pieniądze wyremontowane zostaną trzy odcinki dróg: dwa w Baligrodzie i jeden w Mchawie.
Ponadto za ok. 40 tys. zł z budżetu gminy przeprowadzony zostanie remont drogi gminnej w Jabłonkach (PGR).
- Każda inwestycja w gminie sprawia satysfakcję i trochę tych powodów do satysfakcji mamy - konkluduje R. Stępień. - Ale najbardziej będę zadowolony, kiedy nasi uczniowie przeniosą się do nowej szkoły.
T. S.
Fot. Centrum Baligrodu wyładniało
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 16)
|
Było huk roboty, ale się udało i…
Młyn można już zwiedzać
Ustrzycki młyn przy ul. Fabrycznej przestał mleć ziarno trzy lata temu. Na szczęście jego ówcześni właściciele go nie zlikwidowali, lecz tylko zawiesili działalność. To w dużej mierze ułatwiło realizację pomysłu, jaki mieli jego nabywcy Bożena i Janusz Bałkotowie.

- To mój pomysł, ale praca przede wszystkim męża - opowiada B. Bałkota. - Kiedy dowiedziałam się, że naszego domu nie da się doprowadzić do takiego stanu, o jakim marzyłam, byłam zdruzgotana. Zaczęłam się zastanawiać, co dalej robić. Wtedy (proszę się nie śmiać) dostałam myśl z góry: "Kup młyn, zrób tam muzeum, kawiarnię i sklep z pamiątkami…"
O swoim pomyśle "z góry" powiedziała najbliższym. Reakcja dzieci nie była entuzjastyczna: "Mamo, ty chyba zwariowałaś!" Mąż na początku też ustawił się sceptycznie, ale szybko zatrybił i zobaczył to, co żonie chodziło po głowie.
Przywiązały się do Sowietów
Na początku ub. w. to była Fabryka Urządzeń Wiertniczych, która należała do Stanisława Glazora. Została ona zniszczona w czasie I wojny światowej. Ok. 1925 r. budynek został kupiony przez firmę "Lignum", należącą do braci Hauserów. Nowi właściciele zaadaptowali go na młyn. W pobliżu zaś uruchomili tartak parowy i stolarnię. Opodal stanęła willa, w której zamieszkali.
Ten "kompleks przemysłowy" działał w międzywojniu i - mimo czterokrotnej zmiany okupanta - w czasie II wojny światowej. Zachowały się dokumenty, które to potwierdzają.
Za drugiej okupacji sowieckiej został znacjonalizowany. Nie wiadomo dokładnie, co się w nim działo wtedy, gdy Ustrzyki D. należały do ZSRR. - Ale wiadomo, że urządzenia młyna tak się przywiązały do ludzi radzieckich, że razem z nimi wyjechały do ZSRR - opowiada przewodnik po ustrzyckim młynie Waldemar Krzysztyński.
"Miag" jak "Mercedes"
Po powrocie Ustrzyk D. do Polski w 1951 r. budynek stał się własnością Państwowych Zakładów Zbożowych, później przeszedł pod Gminną Spółdzielnię w Ustrzykach D. Na początku nie dało się w nim mleć zboża, bo nie było wyposażenia. Produkcję można było wznowić, kiedy przywieziono je z "ziem odzyskanych", prawdopodobnie z Pomorza lub Kaszub.
Maszyny w większości są wyprodukowane w Niemczech przez firmy "Gross" i "Miag" z Drezna i Braunschweigu. - "Miag" w młynarstwie to jak "Mercedes" w przemyśle samochodowym - stwierdza J. Bałkota.
Wg niego niektóre liczą po jakieś 120 lat (i są na chodzie!). Świadczą o tym drewniane korpusy, które wyszły z użycia pod koniec XIX w. Później zastąpiły je korpusy żeliwne.
Są także pojedyncze maszyny powojenne. Wyłącznik olejowy to wytwór Spółdzielni Pracy im. F. Engelsa w Jeleniej Górze, a inne urządzenie zostało wyprodukowane przez Narodni Podnik MEZ we Všetinie.
Ciarki mnie przeszły
Na realizację swojego pomysłu pani Bożena musiała czekać. Nie było pewności, czy nikt im młyna nie podkupi. W końcu na przełomie maja i czerwca 2009 r. Bałkotom udało im się dobić targu z właścicielką.
- Nigdy wcześniej w tym młynie nie byłam. Janusz mi opowiadał, co tam jest - mówi B. Bałkota. - Jak weszłam pierwszy raz i zobaczyłam to wszystko, byłam wniebowzięta. A jak zobaczyłam, że gdzieniegdzie jest jeszcze mąka, to aż mnie ciarki przeszły…
Na dobre praca nad zrobieniem w młynie muzeum zaczęła się we wrześniu. W styczniu i lutym przerwa - nie dało się nic robić, bo były mrozy. Ostatnie pół roku to ciężka robota od rana do wieczora, a pan Janusz rzadko wychodził z młyna przed północą.
- Poprzednia właścicielka dbała o młyn. Nie był zniszczony, zapuszczony… Ale roboty było huk. Mało kto wierzył, że to nam się uda zrobić. Cała rodzina zaangażowała się bardzo mocno. Przyjaciele i znajomi sporo nam pomogli. Jesteśmy też wdzięczni tym, którzy nam nie przeszkadzali - dodaje pani Bożena.
Cały tir czeka
Od połowy lipca muzeum młynarstwa i wsi w ustrzyckim młynie już jest udostępnione dla zwiedzających. - Muzeum młynarstwa, bo jest młyn i są te maszyny - wyjaśnia J. Bałkota. - Ale żeby młyn mógł pracować, musiało być ziarno. Trzeba więc pokazać, jak się zboże uprawia: orze, bronuje, sieje, kosi, młóci. Chcemy pokazać, jak się to robiło dawniej, przed epoką kombajnów. Stąd drugi człon nazwy.
Aby to zilustrować Bałkotowie zgromadzili pługi, brony, siewniki, młockarnie, młynki, żarna… - Cały tir tych dawnych narzędzi i maszyn jeszcze czeka - dodaje pan Janusz. - Niektóre z tych rzeczy kupiliśmy. Ale dostaliśmy też dużo w prezencie. Nasi ofiarodawcy trzymali je latami w szopach, w komórkach, w stodołach. Szkoda im było wyrzucić, bo to kawałek ich życia. Teraz się cieszą, że będą one w muzeum.
W przyszłości część muzealną ma dopełnić młyn wodny i - być może - wiatrak, w którym mielono zboże.
T. Szewczyk
Muzeum czynne codziennie od godz. 10.00 do godz. 19.00
Bilety: dorośli - 5,50 zł, dzieci i młodzież - 4,50 zł
Grupy proszone są o wcześniejszą rezerwację - tel. 607-477-110
Kawiarnia czynna codziennie od godz. 10.00 do ostatniego gościa
Fot. - Mamy wszystkie maszyny kompletne i sprawne - zapewnia Janusz Bałkota
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 15)
|
Druga tura wyborów prezydenckich
Jak głosowały Bieszczady?
Gdyby o wyniku wyborów decydowali wyborcy z powiatu leskiego, prezydentem zostałby Jarosław Kaczyński. Większość wyborców z powiatu bieszczadzkiego opowiedziała się za Bronisławem Komorowskim. Jeśliby zliczyć głosy w obu tych powiatach minimalnie wygrałby prezes PiS.

Kampania wyborcza w Bieszczadach nie była szczególnie intensywna. Żaden z 10 kandydatów osobiście przed pierwszą turą tu nie dojechał. Również przed rozstrzygającą rozgrywką ani jeden z dwu pozostałych na placu boju zwycięzców pierwszego rozdania w nasze strony nie skręcił.
Bilbordów tym razem nie było wcale, a plakatów i ulotek jak na lekarstwo. Do mnie (i pewnie do wszystkich w Bieszczadach) trafił za pośrednictwem poczty apel marszałka Sejmu o udzielenie mu poparcia. Mundurowi otrzymali listy od premiera z zapewnieniami, że PO po wygranej B. Komorowskiego krzywdy im nie zrobi. Bieszczadzcy wyborcy mieli kontakt z kandydatami na prezydenta - najpierw dziesięcioma, a później dwoma - głównie za pośrednictwem telewizji, a także radia, Internetu i prasy.
W pierwszej turze w Bieszczadach, podobnie jak w całym kraju, poważnie liczyli się tylko dwaj kandydaci: J. Kaczyński i B. Komorowski. W powiecie leskim i bieszczadzkim 20 czerwca zwyciężył prezes PiS, a drugi wynik uzyskał kandydat PO. W powiecie leskim była to przewaga wyraźna (ponad 12%), a w bieszczadzkim - minimalna (0,67%).
Gdyby o wyborze prezydenta decydowali tylko mieszkańcy gminy Baligród, to druga tura byłaby niepotrzebna. J. Kaczyński uzyskał tam bowiem od razu 51,46% głosów. Co ciekawe, w sąsiadującej z Baligrodem Komańczy aż 52,91% wyborców zagłosowało na… B. Komorowskiego.
Marszałek Sejmu wygrał z kandydatem PiS w gminach Cisna (przewaga ponad 21%) i Lutowiska (różnica prawie 13%). W pozostałych bieszczadzkich gminach lepszy wynik uzyskał J. Kaczyński - z największą przewagą (niespełna 22%) w gminie Baligród i najmniejszą (niecałe 0,7%) w gminie Ustrzyki D.
W pierwszej turze bieszczadzka frekwencja (razem powiaty leski i bieszczadzki) wyniosła 48,36%. W powiecie leskim wzięło w niej udział 50,56% wyborców. W powiecie bieszczadzkim do urn pofatygowało się 45,82% elektoratu. Średnia krajowa z 20 czerwca to 54,94%, a wojewódzka - 53,80%.
W dogrywce bieszczadzcy wyborcy (obydwa powiaty) trochę się zmobilizowali i średnia bieszczadzka wyniosła 53,30% (w porównaniu z pierwszą turą wzrost o prawie 5%). Ta zmiana była zauważalna w obu powiatach.
W drugiej turze głosowania w powiecie leskim uczestniczyło 56,62% wyborców (przyrost w porównaniu z pierwszą o ponad 6%), a w powiecie bieszczadzkim - 48,77% (przyrost o prawie 3%). Taka duża zmiana frekwencji w powiecie leskim wynika głównie ze skokowego przyrostu głosujących w gminie Solina (w pierwszej turze - 2745 głosujących, w drugiej - 4136). Być może jest to "efekt wakacyjny": w solińskiej gminie przy urnach - oprócz mieszkańców - pojawiło się wielu przebywających na jej terenie wczasowiczów i urlopowiczów.
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 14)
|
Rozdzielono 244 miliony złotych na 93 projekty drogowe
Przeszły cztery bieszczadzkie
Zarząd Województwa Podkarpackiego wybrał do dofinansowania 93 projekty dotyczące dróg powiatowych i gminnych, które będą realizowane przez samorządy na terenie Podkarpacia. Na ich dofinansowanie przewidziano ponad 244 miliony złotych.

Wśród 93 projektów, które trafiły na listę podstawową, znalazły się cztery zgłoszone przez samorządy z Bieszczadów: jeden "powiatowy" i trzy "gminne". Mają być one wsparte kwotą ponad 6 mln 630 tys. zł.
Pierwotnie na ten nabór wniosków przeznaczono niespełna 76 mln zł: prawie 52 mln zł na drogi powiatowe i niecałe 26 mln zł na drogi. Zainteresowanie naborem ze strony samorządów było ogromne. Złożono 54 wnioski na drogi powiatowe i 77 na drogi gminne. Łącznie samorządy ubiegały się o prawie 320 mln zł dofinansowania, czyli ponad czterokrotnie więcej niż przeznaczono na ten cel.
Po ocenie formalnej i merytorycznej 51 wniosków dotyczących dróg powiatowych i 74 wnioski dotyczące dróg gminnych uzyskały powyżej 30 pkt. i przeszły do oceny strategicznej.
- Rozumiejąc ogrom potrzeb w tej dziedzinie, Zarząd Województwa Podkarpackiego zadecydował o zwiększeniu kwoty na ten nabór, aby objąć dofinansowaniem 93 ze 125 wniosków, które pozytywnie przeszły ocenę formalną i merytoryczną: 42 wnioski na drogi powiatowe i 51 wniosków na drogi gminne - informuje Aleksandra Gorzelak-Nieduży
- rzeczniczka prasowa Zarządu Województwa Podkarpackiego.
Łączna kwota na dofinansowanie tych projektów w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013 wynosi 244 mln 173 tys. zł, a zatem jest ponad trzy razy większa od pierwotnie zaplanowanej.
- Wybór wniosków dokonany został w trybie preselekcji. Oznacza to, iż wnioskodawcy są obecnie zobowiązani do przedłożenia w ciągu 3 miesięcy pełnej dokumentacji z prawomocnymi pozwoleniami na budowę - dodaje A. Gorzelak-Nieduży.
Wśród 42 zaaprobowanych wniosków powiatowych jest zgłoszona przez powiat bieszczadzki
"przebudowa konstrukcji jezdni drogi powiatowej Smolnik-Zatwarnica". Przedsięwzięcie to ma kosztować 3 mln 58 tys. zł. Dofinansowanie z RPO WP wyniesie 2 mln 134 tys. zł. Trzeba będzie zatem dołożyć ponad 900 tys. zł.
- Powinniśmy sobie ze sfinansowaniem tych prac poradzić - mówi starosta bieszczadzki Krzysztof Gąsior. - Otrzymaliśmy na tę drogę wsparcie finansowe od Nadleśnictwa … Mamy też deklarację gminy Lutowiska o przekazaniu na to zadanie 400 tys. zł. Dzięki temu będziemy mogli tę ważną dla naszego powiatu i dla gminy Lutowiska drogę przebudować.
Natomiast wśród 51 zaakceptowanych wniosków związanych z drogami gminnymi znalazły się trzy, złożone przez gminy bieszczadzkie.
Gmina Solina może liczyć na…
Fot. Za rok otoczenie ustrzyckiego dworca powinno się radykalnie zmienić
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 13)
|
Zrobiliśmy to, co powinniśmy
Od 28 maja Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Ustrzykach D. nosi imię prof. Eugeniusza Wanieka. W ten sposób miasto nad Strwiążem upamiętniło swojego honorowego obywatela, który rok temu zmarł w Krakowie w 103 roku życia.

Na nadanie imienia ustrzyckiej bibliotece przybyło wiele osób, którym E. Waniek był i pozostał bliski, którzy wiele mu zawdzięczają, byli jego przyjaciółmi, znajomymi, współpracownikami czy uczniami albo poznali jego twórczość czy też ujęła ich jego niezwykła osobowość.
W uroczystości uczestniczyli m.in. syn E. Wanieka Marek z żoną, Małgorzata Przysiecka, która troskliwie opiekowała się profesorem w ostatnim okresie jego życia, prorektor Akademii Sztuk Pięknych im. J. Matejki w Krakowie prof. Łukasz Konieczko, dziekan Wydziału Malarstwa ASP w Krakowie prof. Roman Łaciak, wnuk Teodora Axentowicza, przyjaciele profesora Bronisław Nowak, Marek Kosiba i Ewa Zajączkowska, najmłodsi jego "uczniowie" Agata Koszczan i Marek Marko, dyrektor Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie Stanisław Turek.
Wśród "miejscowych" - oprócz przedstawicieli gminnych i powiatowych władz samorządowych, Towarzystwa Opieki nad Zabytkami (jego członkowie odegrali dużą rolę w przypomnieniu Ustrzykom o E. Wanieku), dyrektorów szkół, placówek kulturalnych i różnych instytucji, plastyków, nauczycieli - była też Jadwiga Konopska, która była na zesłaniu w Kazachstanie razem z ojcem, siostrą i dwiema siostrzenicami prof. Wanieka.
Uroczystości rozpoczęły w ustrzyckim kościele parafialnym p.w. Najświętszej Marii Panny Królowej Polski mszą świętą w intencji profesora. Trudno uwierzyć, że przed stu laty E. Waniek jako kilkuletni chłopczyk był świadkiem budowy tej świątyni.
- Niezwyczajne to spotkanie, bo i okazja jest niezwyczajna - mówił w homilii ks. płk Leonard Sadowski z Krakowa, który rok temu wygłaszał kazanie podczas pogrzebu E. Wanieka na Cmentarzu Rakowickim. - Biblioteka w Ustrzykach D. otrzymuje imię syna tej ziemi, wybitnego polskiego malarza. Całe swoje życie oddał na służbę naszej ziemskiej ojczyzny. Był nestorem polskiego malarstwa. Żadnemu polskiemu malarzowi nie udał się przeżyć 103 lat. Jemu to się udało. Widocznie Pan Bóg go kochał. Był człowiekiem bardzo odważnym, o prawym charakterze. Szczególne miejsce w jego twórczości zajmowały pasja dokumentowania naszej historii oraz Kraków i Ustrzyki D.
Kolejna część uroczystości to odsłonięcie i poświęcenie popiersia E. Wanieka umieszczonego w południowej ścianie budynku biblioteki. Autorem tej rzeźby jest ustrzycki rzeźbiarz Jacek Osadczuk, który jest absolwentem tej samej uczelni, której patron ustrzyckiej biblioteki był honorowym profesorem.
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 12)
|
Ogród biblijny w Myczkowcach
- Dzięki Bożej Opatrzności, opiece świętych i pomocy dobrych ludzi udało się ten pomysł doprowadzić do końca - mówi dyrektor Ośrodka Rekolekcyjno-Wypoczynkowego "Caritas" w Myczkowcach ks. Bogdan Janik. - Zostało to zrobione nie dla dekoracji, ale by zachęcać do sięgnięcia po Biblię. Jest to swego rodzaju "Biblia pauperum".

Tę "swego rodzaju Biblię pauperum" stanowi ogród biblijny, otwarty i poświęcony w myczkowieckim "Caritas" 17 maja.
Ogrody biblijne mają przybliżać realia, w jakich rozgrywały się wydarzenia opisane w Biblii. Poprzez celowe ukształtowanie terenu i dobór roślin oddaje się w nich krajobraz Ziemi Świętej, a poprzez wkomponowane weń budowle i rzeźby obrazuje się wydarzenia biblijne i ich tło.
Wędrówka po Biblii
Ogrody biblijne zaczęły powstawać w II połowie XX w. Najstarszy został założony w 1957 r. przy kościele prezbiteriańskim w Ojai w Kaliforni. Największy zaś jest Rezerwat Krajobrazu Biblijnego Neot Kedumim w Izraelu, który obejmuje 250 ha.
Wiele razy mniejszy jest pierwszy w Polsce (i do czasu Myczkowiec jedyny) ogród biblijny przy ośrodku "Caritas" w Proszowicach k. Krakowa. Mieści się na działce 10-arowej. Ogród w Myczkowcach ma powierzchnię kilka razy większą.
- W tym ogrodzie chodziło przede wszystkim o to, żeby zmieścić jak najwięcej treści i przedstawić je w sposób możliwie najbardziej obrazowy, plastyczny - mówi projektantka myczkowieckiego ogrodu biblijnego (proszowickiego także) dr Zofia Włodarczyk z Katedry Roślin Ozdobnych Wydziału Ogrodniczego Uniwersytetu Rolniczego im. H. Kołłątaja w Krakowie. - Zachowaliśmy układ chronologiczny. Odwiedzający ogród wędruje więc przez Stary i Nowy Testament tak, jakby poznawał kolejne rozdziały Biblii.
Rozpoczyna się tę wędrówkę od wyjścia Izraelitów z niewoli egipskiej, a kończy przy rzeźbie symbolizującej zesłanie Ducha Świętego. By ją ułatwić wśród rosnących w gruncie i w donicach roślin umieszczono tablice z polskimi i łacińskimi nazwami roślin i z cytatami ze Starego i Nowego Testamentu, które o nich mówią. Niektóre rośliny są zgrupowane tak, by ilustrowały różne motywy biblijne, np. obok morwy są ziarenka gorczycy, co stanowi jednoznaczne nawiązanie do słów Jezusa o mocnej wierze.
Wśród biblijnych roślin
Dla mieszkańców Ziemi Świętej podstawowe znaczenie miało - jak twierdzi Z. Włodarczyk - siedem gatunków roślin: winorośl, oliwka, figa, granat, palma daktylowa, pszenica i jęczmień. Sześć z nich rośnie w myczkowieckim ogrodzie biblijnym. Jedynie prawdziwej oliwki brak. Z powodzeniem zastępują ją bardzo do niej podobne oliwniki. Oliwnik ma tę zaletę, że jest odporny na niskie temperatury, ale ma i wadę: nie da się z jego owoców wytłoczyć oliwy.
Poletka jęczmienia, pszenicy i lnu przywołują pobyt Izraelitów w Egipcie i plagi egipskie, które umożliwiły im ucieczkę z "domu niewoli". Ziemię Obiecaną, "krainę mlekiem i miodem płynącą", przybliżają m.in. figa, granat, palma daktylowa, terebint, lentyszek, dąb kermesowy, mirt, szarańczyn.
Szczególne znaczenie ma winorośl, która jest jedną z najczęściej pojawiających się na kartach Biblii roślin (podobno wymieniana jest ponad 200 razy). W Starym Testamencie jest ona symbolem narodu wybranego, w Nowym zaś symbolizuje wyznawców Chrystusa. W myczkowieckim ogrodzie jest już miniuprawa, w której krzewy winne rosną - tak jak w czasach biblijnych - w rożkach.
Są także…
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 11)
|
Tu nasze miejsce
Obchody Święta Konstytucji 3 Maja w Ustrzykach D. rozpoczęły się od uroczystej akademii w Ustrzyckim Domu Kultury. Po wprowadzeniu pocztów sztandarowych i odegraniu przez Miejską Orkiestrę Dętą "Mazurka Dąbrowskiego" uczestnicy uroczystości minutą ciszy uczcili pamięć 96 ofiar katastrofy pod Smoleńskiem.

W akademii wzięli udział członkowie gminnych i powiatowych władz samorządowych oraz przedstawiciele działających na terenie miasta i gminy ugrupowań politycznych, organizacji i stowarzyszeń społecznych, związków zawodowych, szkół, policji, straży pożarnej i granicznej, celników, harcerzy, instytucji i firm oraz mieszkańcy miasta i gminy.
W obchodach naszego święta państwowego uczestniczyli też goście z Ukrainy - przewodniczący Starosamborskiej Rady Rejonowej Wołodymyr Horbowy i z mer Starego Sambora Iwan Hryz.
Część artystyczną przygotowali uczniowie Zespołu Szkół Publicznych nr 1 w Ustrzykach D. Rozpoczął ją dziecięcy zespół tańca "Bandanki". Ta nazwa już coraz mniej pasuje do zespołu, gdyż od jakiegoś czasu podopieczni Beaty Maciołek przygotowują głównie polskie tańce narodowe. Zatańczyli mazura, poloneza i krakowiaka, potwierdzając swoimi tańcami i ich przyjęciem przez widzów, że zmiana repertuaru była bardzo dobrym pomysłem.
Magdalena Podolak przypomniała piosenką ze słowami Andrzeja Ellmanna, że "tu jest nasze miejsce", "tu jest nasz kraj" i "tu jest nasz świat". Z kolei gimnazjaliści z "Jedynki", przygotowani przez Edytę Gulę i Barbarę Tomoń, przypomnieli okoliczności historyczne, w jakich rodziła się "Ustawa Rządowa z dnia 3 maja 1791 r." i jej najważniejsze postanowienia. Inscenizacja "obiadu czwartkowego", w której wykorzystano fraszki, bajki, satyry i fragmenty dramatów ich uczestników, oddała zaś atmosferę intelektualną, polityczną i kulturalną czasów stanisławowskich.
Po akademii w UDK w kościele parafialnym p.w. Najświętszej Marii Panny Królowej Polski odprawiona została w intencji ojczyzny koncelebrowana msza święta, która była równocześnie sumą odpustową.
Później uczestnicy obchodów 219 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja przeszli ulicami miasta, składając wieńce i wiązanki kwiatów pod pomnikami i tablicami pamięci. Część oficjalna uroczystości zakończyła się w ustrzyckim rynku koncertem pieśni patriotycznych w wykonaniu orkiestry dętej.
Podczas popołudniowej, mniej oficjalnej części świętowania, która również miała miejsce w ustrzyckim rynku, można było nabyć wyemitowany przez Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych w Warszawie ustrzycki "banknot miejski". Stanowi on jedną z form promocji Ustrzyk i Bieszczadów, będąc jednocześnie formą uczczenia pamięci zmarłego przed rokiem wybitnego artysty plastyka prof. E. Wanieka - rodowitego ustrzyczanina i honorowego obywatela miasta nad Strwiążem. Można było też obejrzeć wystawę fotograficzną "Święto Konstytucji 3 Maja" Ewy i Andrzeja Bujalskich.
Pewnie nie do końca zadowoleni byli miłośnicy muzyki raggae. Z powodu nagłej ulewy koncert zespołów "Łowcy Głów" i "Zimbaboo" trzeba było skończyć, nim się na dobre zaczął.
T. S.
Fot. Gimnazjaliści z ustrzyckiej "Jedynki" przygotowali inscenizację "obiadu czwartkowego"
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 10)
|
Śmieci się nie wyrzuca wszystkich razem
- System ma zniechęcać do kombinowania - stwierdza prezes Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej Sp. z o.o. w Ustrzykach Dolnych Marian Stebnicki. - Chodzi o to, żeby nie było powodu do podrzucania śmieci, zakopywania ich w ogródkach czy wywożenia do lasów, rzek albo rowów.

Gmina Ustrzyki D. pracuje nad swoim systemem zagospodarowania odpadów od 12 lat. Przed 1998 r. odpady zbierano do kontenerów KP-7 i KP-2 oraz 110-litrowych kubłów. Pojemniki te były rozstawione w różnych punktach miasta i w wioskach. Trafiały do nich odpady bez żadnej selekcji. Później były wywożone bezpośrednio na wysypisko w Brzegach D. Tam pewną część surowców wtórnych odzyskiwały ekipy "szperaczy", działających na wysypisku na własną rękę i własny rachunek.
Koniec wolnej amerykanki
Pierwsze próby wprowadzenia selektywnej zbiórki odpadów podjęto w 1998 r. - Wtedy za pieniądze naszej firmy kupiliśmy pierwsze 10 dzwonów na plastik i szkło - mówi członek zarządu ustrzyckiego MPGK Stanisław Kozłowski. - Ustawiono je tam, gdzie były największe skupiska ludzi. Obok nich nadal stały kontenery KP-7 na pozostałe odpady.
W następnym roku z gminnego funduszu ochrony środowiska przy wsparciu Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej kupiono kolejnych kilkadziesiąt dzwonów: białych na szkło białe, zielonych na szkło kolorowe i żółtych na plastiki. W rok później przy wsparciu powiatowego funduszu ochrony środowiska zakupione zostały 42 dzwony: po 14 białych, zielonych i żółtych.
Jednak te posunięcia nie rozwiązywały problemu na dłuższą metę. Wiadomo było, że - zgodnie z rozporządzeniem Ministra Środowiska z 24 marca 2003 r. - składowisk odpadów nie będzie można lokalizować na terenach chronionych. Obszar powiatu bieszczadzkiego jest zaś niemal w całości objęty różnymi formami ochrony. Toteż powstanie dużego i spełniającego unijne normy składowiska na terenie gminy Ustrzyki D. i gmin ościennych, które także podlegają rygorom ochronnym, nie wchodziło w rachubę.
Użytkowane przez ustrzycką gminę wysypisko w Brzegach D. było przestarzałe. Eksploatacja głównego sektora musiała być zakończona, bo jego pojemność się wyczerpała. Drugi sektor, znacznie mniejszy od głównego, też nie spełniał obowiązujących norm.
- Jego przystosowanie załatwiłoby sprawę najwyżej na kilka lat i wymagałoby na starcie poważnych nakładów - stwierdza S. Kozłowski. - Poza tym pozostałyby do rozwiązania problemy unieszkodliwiania odpadów ulegających biodegradacji, wydzielania odpadów niebezpiecznych itd.
Wiadomo też było, że - zgodnie z Krajowym Planem Gospodarki Odpadami - do końca 2006 r. (ten termin wydłużył się prawie o rok) miało być zamkniętych ok. 300 składowisk. W tej liczbie było też wysypisko w Brzegach D. Zatem nie było sensu ładować pieniędzy w modernizację wysypiska, które i tak zostałoby dość szybko zamknięte.
Biorąc pod uwagę te uwarunkowania, wypracowano koncepcję budowy stacji przeładunkowej z sortownią, która powinna zapewnić jak największy odzysk surowców wtórnych, i wywożenia poza Bieszczady jedynie "balastu". Przy niej miały powstać punkty zbiórki odpadów niebezpiecznych, odpadów AGD i RTV oraz wielkogabarytowych.
Kosztowna, lecz nieodzowna
Wstępne prace nad przygotowaniem koncepcji i dokumentacji stacji przeładunkowej i sortowni rozpoczęły się w 2003 r. Z założenia miało to być przedsięwzięcie ponadgminne, a nawet ponadpowiatowe. Korzystanie z niego - oprócz Ustrzyk D. - zadeklarowały gminy Cisna, Czarna, Lutowiska, Olszanica i Solina. Inwestycja miała więc ułatwić rozwiązanie "problemu śmieciowego" niemal w całych Bieszczadach.
Niemal równocześnie z pracami dokumentacyjnymi rozpoczął się…
Fot. Ustrzycka stacja przeładunkowa z sortownią powstała na czas
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 9)
|
Prątki KOCHAją bieszczadzkie żubry
Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska 10 marca wydał zezwolenie na odstrzał sześciu bieszczadzkich żubrów ze stada bytującego na terenie nadleśnictw Stuposiany i Lutowiska. Bezpośrednią przyczyną tej decyzji było odnalezienie szczątków żubra, u którego wstępne oględziny wykazały daleko zaawansowaną gruźlicę. Od kilkunastu dni pracownicy Służby Leśnej prowadzą obserwację stada w celu wytypowania zwierząt do odstrzału.

W Tarnawie Niżnej na terenie nadleśnictwa Stuposiany 27 lutego znaleziona została martwa samica żubra. Sekcja, wykonana przez powiatowego lekarza weterynarii z Ustrzyk D., wykazała, że przyczyną śmierci 7-letniej żubrzycy była wielonarządowa uogólniona gruźlica.
W związku z tym na początku marca Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie wystąpiła o zgodę na odstrzał sześciu zwierząt ze stada, w którym przebywał chory żubr. Głównym celem odstrzału ma być zbadanie stanu zdrowotnego wolno żyjącej populacji tego gatunku.
Zgoda na zabicie żubrów, którą wydał GDOŚ, obwarowana jest wieloma warunkami. Do odstrzału będą w pierwszej kolejności typowane osobniki z widocznymi objawami choroby lub zachowujące się nietypowo. Odstrzał zostanie dokonany przez osoby wskazane przez dyrektora RDLP w Krośnie. Z zabitych żubrów zostanie pobrany materiał do badań. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zobowiązała też RDLP do złożenia szczegółowego raportu, zawierającego wyniki badań zabitych żubrów.
- Odstrzał sześciu żubrów nie wpłynie na stan populacji, gdyż co roku przychodzi na świat ponad 30 młodych - zapewnia Edward Balwierczak, dyrektor RDLP w Krośnie. - Pozwoli on na ocenę stopnia zagrożenia epidemią dla wszystkich bieszczadzkich stad, liczących dziś ok. 300 żubrów.
Sposób "badania" bieszczadzkiej populacji żubra budzi sporo wątpliwości Bieszczadzkiego Parku Narodowego, który jest "współgospodarzem" stada. Jak wynika z wieloletnich obserwacji, stado przebywające na terenie południowo-wschodniej części Bieszczadów swym zasięgiem obejmuje zarówno teren BdPN, jak i obszar nadleśnictwa Stuposiany, przy czym większą część roku bytuje na terenie parku.
Metodyka pozyskania materiału do badania, polegająca na odstrzale najsłabszych osobników potencjalnie zagrożonych chorobą, może doprowadzić do błędnych wniosków co do stanu zdrowotności całej populacji żubra w Bieszczadach. To tak jakby badając ludzi pod kontem gruźlicy, typować wyłącznie osoby będące pacjentami przychodni pulmonologicznej. Wynik będzie z góry do przewidzenia.
Podjęte przez służby leśne działania prewencyjne przypominają akcję likwidacji stada żubrów w nadleśnictwie Brzegi D. w latach 1996-2001 r. Stwierdzona tam gruźlica spowodowała odstrzelenie 18 żubrów, z których - wg różnych źródeł - chorych było od 13 do 15 osobników. Mimo usilnych starań nie udało się zlokalizować wszystkich żubrów w tym stadzie. Los sześciu z nich pozostał nieznany. Przypuszczenia co do ich losów są różne.
Najmniej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest ich przejście na teren Ukrainy. Być może choroba doprowadziła do ich naturalnej selekcji. A być może stado w wyniku presji, jaką na nie wywierano podczas odstrzałów, rozproszyło się. Mogło też dołączyć do innego stada.
Nosicielami prątków gruźlicy są - wg wielu specjalistów - nie tylko żubry i bydło, ale także zwierzyna płowa, dziki i drapieżniki. Świadczy o tym chociażby gruźlica występująca w Walii u borsuków.
Tak więc...
Fot. Nad bieszczadzkimi żubrami zawisły ciemne chmury
Fot. E. Marszałek
(więcej ,,GB" 7)
|
Żeby nie wylać dziecka z kąpielą
- Nasz klub uznawany był za wzorowy w okręgu krośnieńskim. Nie brakowało niczego, co jest potrzebne w klubie – stwierdza szefowa zarządu KS „Bieszczady – Pamoplast” Ustrzyki D. Anna Pałys. – Jak w naszej firmie było dobrze, to i w klubie było dobrze. Kryzys dotknął firmę i nasze zaangażowanie w klub nie może być takie, jak do tej pory.

Przed walnym zebraniem członków KS „Bieszczady-Pamoplast” Ustrzyki D. nastroje były niewesołe. Właściciele firmy „Pamoplast”, która jest sponsorem strategicznym klubu, nosili się z zamiarem wycofania się. Gdyby do tego doszło, to dalszy udział ustrzyckich drużyn w rozgrywkach piłkarskich stanąłby pod znakiem zapytania. Również istnienie samego klubu byłoby niepewne.
Dlatego w lutowym zebraniu oprócz członków klubu – działaczy i piłkarzy – wzięli udział reprezentanci władz samorządowych: przewodniczący Rady Miejskiej Julian Czarnecki i jego zastępcy Bogdan Ferenc i Ryszard Zdziebko, burmistrz Henryk Sułuja i sekretarz gminy Jan Buczek. Samorządowcy nie ukrywali, że zależy im na tym, by firma „Pamoplast” – podobnie jak przez ostatnie 7 lat - nadal zajmowała się prowadzeniem klubu.
- Wiadomość o zamiarze rezygnacji „Pamoplastu” bardzo nas zaniepokoiła. Jako samorządowcom i mieszkańcom Ustrzyk zależy nam na tym, żeby klub funkcjonował i żeby się w nim dobrze działo - mówi burmistrz H. Sułuja. - Wierzę, że wspólne poczynania pozwolą, by tego, co się udało zrobić, nie pogrzebać.
Udało się niemało
Wystarczy popatrzeć na tabele po rundzie jesiennej: seniorzy – trzecie miejsce w klasie okręgowej, juniorzy – trzecie miejsce, trampkarze – pierwsze miejsce...
- Byliśmy kiedyś w klasie A na samym końcu – przypomina b. kapitan seniorów Barłomiej Kołodziej. - Dzięki temu, że nas przejął „Pamoplast”, zaczęło się dziać lepiej. Prawie co roku awansowaliśmy i dobijaliśmy się już do bramy IV ligi. W ub. r. zdobyliśmy puchar na szczeblu okręgu krośnieńskiego...
Funkcjonowanie klubu wiąże się z nakładami. Trzeba pieniędzy, żeby m.in. opłacić transport na mecze (12 tys. zł w ub. r.), na diety i delegacje sędziów (12 tys. zł), nagrody za wygrane mecze (38 tys. zł), płace jednego z zawodników oraz trenera (27 tys. zł)... Żeby klub mógł w miarę normalnie działać, potrzeba rocznie 150-200 tys. zł.
- Nasze możliwości finansowe jako gminy są ograniczone – stwierdza J. Czarnecki. – Pewne rzeczy możemy współfinansować. Ale nie możemy wziąć wszystkich kosztów na siebie. Nie wolno zapominać, że są jeszcze inne kluby, które odnoszą niemałe sukcesy i którym też trzeba pomagać. Będziemy piłkę wspierać w takim zakresie, na jaki nas stać. Myślę, że jakoś się dogadamy.
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 6)
|
W Ustrzykach Dolnych w ciągu półtora roku...
"Resbud" zbuduje halę
Firma "Resbud" z Rzeszowa 8 marca wchodzi na plac budowy hali sportowo-widowiskowej w Ustrzykach D. Do końca 2010 r. wykonawca ma doprowadzić inwestycję do stanu surowego zamkniętego. Planowany termin zakończenia budowy hali i oddania jej do użytku to sierpień 2011 r.

Przetarg na budowę hali został ogłoszony w listopadzie ub. r. Jego rozstrzygnięcie było kilka razy przesuwane, bo ciągle zadawano pytania dotyczące szczegółów dokumentacji i zakresu robót. Zainteresowanie ze strony potencjalnych wykonawców było bardzo duże.
Do przetargu przystąpiło ostatecznie 11 firm z całej Polski. Wg kosztorysu inwestorskiego hala miała kosztować ponad 16 mln zł. Rozpiętość ofert była znaczna: od 10,3 mln zł do 14,5 mln zł. Najkorzystniejszą ofertę przedstawił "Resbud" S.A. z Rzeszowa i on też został wybrany na wykonawcę.
"Resbud" jest firmą, która cieszy się dobrą marką. Spółka ta zajmuje się budownictwem mieszkalno-usługowym, budową obiektów przemysłowych i użyteczności publicznej (m.in. budynek główny Akademickiego Ośrodka Szybowcowego Politechniki Rzeszowskiej im. Tadeusza Góry w Bezmiechowej) oraz obiektów sportowych (m.in. Stadion Narodowy w Warszawie). W Ustrzykach D. firma ta zbudowała Międzyszkolną Krytą Pływalnię "Delfin", która w 2000 r. uznana została za "Budowę Roku Podkarpacia".
- Myślę, że przetarg wypadł dobrze i wyłoniliśmy w jego wyniku solidnego wykonawcę. Umowę z "Resbudem" podpisaliśmy 24 lutego. Przekazanie placu budowy nastąpi 8 marca - mówi burmistrz ustrzycki Henryk Sułuja. - Chcą jak najszybciej przystąpić do roboty. Wcale im się nie dziwię, bo zakres robót jest duży. W tym roku mają być wykonane prace za ponad 5,5 mln zł.
Warunkiem rozpoczęcia budowy hali było uzyskanie przez ustrzycką gminę dofinansowania zewnętrznego. Projekt "Budowa hali sportowej w Ustrzykach Dolnych szansą na równy dostęp do infrastruktury sportowej uczniów z terenów gmin bieszczadzkich" został zgłoszony do Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013. Przeszedł pozytywnie wszystkie procedury i pod koniec ub. r. uzyskał dofinansowanie w wysokości prawie 5 mln zł.
- Dofinansowanie zostało przyznane na podstawie kosztorysu inwestorskiego, wg którego hala miała kosztować prawie 16,5 mln zł - wyjaśnia burmistrz Ustrzyk D. - "Resbud" podjął się ją zbudować za 10,3 mln zł. Zgodnie z obowiązującymi w RPO WP zasadami dofinansowanie będzie rozliczane proporcjonalnie do wartości poprzetargowej inwestycji, czyli wyniesie prawdopodobnie ok. 3,2 mln zł. Z budżetu gminy trzeba będzie zatem dołożyć ponad 7 mln zł.
Do końca b.r. inwestycja ma osiągnąć stan surowy zamknięty. Zakończenie budowy i oddanie hali do użytku zaplanowane jest na sierpień 2011 r.
- Ustrzyki D. nie mają takiego obiektu sportowo-widowiskowego. Budowa hali sportowej umożliwi nie tylko prowadzenie w niej zajęć dydaktycznych przez szkoły. Będą się w niej także odbywać zawody sportowe oraz treningi klubów. Poza tym będzie to również hala widowiskowa, gdzie będzie można organizować imprezy kulturalno-rozrywkowe. Hala sportowo-widowiskowa stanie się ważnym uzupełnieniem dla MKP "Delfin" i budowanego przy niej kompleksu basenów odkrytych oraz wyciągów narciarskich, szlaków pieszych, rowerowych i konnych - dodaje H. Sułuja. - Jestem święcie przekonany, że hala ta będzie tętnić życiem sportowym i kulturalnym.
T. Szewczyk
Fot. Jeszcze w marcu na tym placu rozpocznie się budowa hali sportowo-widowiskowej
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 5)
|
Budżet gminy Ustrzyki D. na 2010 r.
Nie taki deficyt straszny...
Pod koniec grudnia ustrzycka Rada Miejska przyjęła budżet gminy Ustrzyki D. na 2010 r. Zaplanowane w nim dochody mają wynosić prawie 50 mln zł. Wydatki sięgną niespełna 61 mln zł. Prognozowany deficyt to ok. 11 mln zł.

Ostrożnie z dochodami
- Dochody oszacowaliśmy bardzo ostrożnie. Wprowadziliśmy do budżetu tylko te pieniądze, które są pewne - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Dochody ogółem mają wynieść 49 mln 564 tys. zł. Złożą się na nie dochody własne gminy, subwencje i dotacje oraz dochody majątkowe. Bieżące dochody własne (podatki i opłaty lokalne, dochody z majątku gminnego) dadzą ponad 14 mln zł. Ok. 18,7 mln zł będzie pochodzić z subwencji (oświatowa - 9,9 mln zł, wyrównawcza - 8,0 mln zł - i równoważąca - 0,8 mln zł). Dotacje (głównie na opiekę społeczną) powinny wynieść ok. 7,1 mln zł.
Blisko 9,6 mln zł po stronie dochodowej to dochody majątkowe, które stanowią głównie pieniądze pozyskane przez gminę z zewnątrz (z budżetu państwa i z programów unijnych), a także ze sprzedaży i dzierżawy mienia komunalnego.
Przy zatwierdzaniu budżetu wiadomo było, że w 2010 r. gmina pozyska 856 tys. zł z Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych (tzw. schetynówka) i prawie 8 mln z funduszy unijnych (głównie z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego i refundacja z Norweskiego Mechanizmu Finansowego EOG). Dodatkowo pewne jest jeszcze 0,5 mln zł z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Kwota zostanie jednak zwrócona gminie w 2011 r. po wykonaniu zadania.
Prawie sztywne
Wydatki ogółem w 2010 r. mają wynieść prawie 61 mln zł. Największą pozycję stanowią wydatki bieżące - ponad 39 mln 150 tys. zł. - W zdecydowanej większości mają one charakter sztywny i pole manewru jest tu niewielkie - mówi ustrzycki burmistrz.
Największa część tej sumy - 18,6 mln - zł przewidziana jest dla gminnej oświaty. Na szkoły podstawowe zaplanowano 9 mln 650 tys. zł, gimnazja - 3 mln 930 tys. zł, przedszkola - 1mln 430 tys zł, oddziały "0" przy podstawówkach - 638 tys. zł, dowożenie uczniów - 413 tys. zł, świetlice szkolne - 258 tys. zł.
W wydatkach oświatowych jest ok. 1,8 mln zł na utrzymanie Międzyszkolnej Krytej Pływalni "Delfin". - To nie znaczy, że tyle do "Delfina" dopłacimy - zastrzega H. Sułuja. - Na podstawie dochodów pływalni w ub. r. liczymy, że połowę tej kwoty "Delfin" wypracuje.
Pomoc społeczna otrzyma 9 mln 900 tys. zł. Pieniądze te wyda się: Środowiskowy Dom Samopomocy w Ustrzykach D., koszty pobytu mieszkańców gminy w Domu Pomocy Społecznej w Moczarach, Miejsko-Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej (m.in. zasiłki, świadczenia rodzinne, usługi opiekuńcze) i dodatki mieszkaniowe.
Administracja gminna ma kosztować blisko 3,9 mln zł. Z tej kwoty na urząd miejski przeznaczono 3 mln 260 tys. zł (w tym ok. 2,3 mln zł na wynagrodzenia i pochodne). Dla rady miejskiej zagwarantowano 180 tys. zł.
Kultura i ochrona dziedzictwa narodowego otrzyma ponad 1,5 mln zł. Dla Ustrzyckiego Domu Kultury i świetlic wiejskich przypadnie 870 tys. zł, a 650 tys. zł dla Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej.
Wsparcie dla turystyki wyniesie 713 tys. zł. Utrzymanie Bieszczadzkiego Centrum Informacji i Promocji będzie kosztować 208 tys. zł. Pozostałą kwotę przeznaczono na realizację programu współpracy transgranicznej, współfinansowanego z Norweskiego Mechanizmu Finansowego EOG.
Duża kasa na inwestycje
Wydatki majątkowe to przede wszystkim nakłady na inwestycje. W 2010 r. przewidziano wyłożenie na nie prawie 21,5 mln zł. Wydatki inwestycyjne będą stanowić 36% ogółu wydatków. Tak wysokiego "wskaźnika inwestycyjnego" ustrzycka gmina nigdy nie miała.
Najważniejsze gminne inwestycje w 2010 r. to...
Fot. Jedną z najważniejszych ustrzyckich inwestycji w 2010 r. będzie kontynuacja budowy kompleksu sportowo-rekreacyjnego przy MKP "Delfin"
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 4)
|
Co dalej z ustrzyckim szpitalem?
Światełko na wietrze
- Gdyby ten program, który został przyjęty, udało się zrealizować, ratowanie naszego szpitala powinno się powieść. Są w nim posunięcia trudne, bardzo bolesne, bo na naszym rynku pracy tym, którzy stracą zatrudnienie w szpitalu, roboty nie będzie łatwo znaleźć - mówi starosta bieszczadzki Krzysztof Gąsior.

Rada Powiatu Bieszczadzkiego na sesji 29 grudnia ub. r. jednogłośnie zatwierdziła do realizacji "Program naprawczy SP ZOZ w Ustrzykach D." Wynikające z niego posunięcia mają doprowadzić do uzyskania przez ten zakład ochrony zdrowia rentowności.
Jednak zaproponowany przez NFZ kontrakt, niższy od ubiegłorocznego (pierwotnie o 1 mln 290 tys. zł, a w drugiej wersji o 670 tys. zł), nie pozwoli na osiągnięcie założonych celów.
Trzeba ciąć koszty
"Program naprawczy SP ZOZ" został przygotowany Edwarda Gaitkowskiego i jego współpracowników na podstawie gruntownej analizy i oceny stanu ekonomiczno-organizacyjnego ustrzyckiego ZOZ-u.
- Przede wszystkim zastanawialiśmy się, gdzie należy szukać oszczędności - mówi E. Gaitkowski, który zajmuje się restrukturyzacją szpitali, mających problemy finansowe. - Nie ma większych możliwości oszczędzania na gazie, wodzie, energii elektrycznej czy podatkach. Dlatego trzeba się skupić głównie na kosztach pracy. Pod tym kątem rozpatrywaliśmy po kolei każdą komórkę, biorąc pod uwagę aktualne wymogi NFZ.
Łączne koszty osobowe w SP ZOZ w Ustrzykach D. w 2008 r. stanowiły 78,46%, a w I półroczu 2009 r. - 75,88% ogółu kosztów. Wg autorów "Programu naprawczego" to właśnie "poziom ponoszonych kosztów osobowych stanowi jedną z głównych przyczyn niebilansowania się działalności jednostki i skutkuje pogarszającą się sytuacją finansową ustrzyckiego szpitala".
Koszty osobowe to przede wszystkim wynagrodzenia za pracę. Aby je zmniejszyć, to albo trzeba zmniejszyć wysokość wynagrodzeń, albo zredukować liczbę wynagradzanych. Autorzy programu naprawczego zalecają tę drugą drogę.
Z przeprowadzonej przez nich analizy stanu ekonomiczno-organizacyjnego ustrzyckiego SP ZOZ-u wynika, że "należy zmniejszyć zatrudnienie do 222 etatów". Ta liczba zatrudnionych - wg autorów programu - "jest ilością minimalną gwarantującą ciągłość pracy całego SP ZOZ oraz przede wszystkim bezpieczeństwo pacjentów".
- Najważniejsze w tym programie jest dojście do progu rentowności - mówi E. Gaitkowski. - To jest podstawowy motyw działania. Trzeba się chwytać wszelkich sposobów, które prowadzą do tego celu, ale jednocześnie należy to robić z głową.
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 3)
|
KOLEJ KULEJE
Od 1 stycznia 2010 r. zawieszono kursowanie pociągów osobowych na liniach kolejowych Jasło-Zagórz i Zagórz-Łupków. Ich zawieszenie wiąże się z wysokimi kosztami eksploatacji na tych trasach i zbyt małą ilością pieniędzy, jakie na dotowanie przewozów regionalnych może przeznaczyć samorząd województwa podkarpackiego. Pociąg międzynarodowy Zagórz-Krościenko-Chyrów na razie się ostał.

- W strategiach rozwoju Podkarpacia, a także naszych gmin i powiatów linie i węzły kolejowe zajmują ważne miejsce. To normalne, że jeżeli są zagrożone, to się niepokoimy. Wg czarnego scenariusza za parę lat mogą zniknąć linie kolejowa z Zagórza do Krościenka i Łupkowa, a także od Jasła do Zagórza - mówił wiceburmistrz Zagórza Andrzej Czapor.
Słowa te padły pół roku temu podczas spotkania samorządówców z kolejarzami. Nikt wówczas się nie spodziewał, że czarny scenariusz spełni się nie za parę lat, lecz miesięcy.
Klapa przetargu i negocjacji
W październiku ub. r. samorząd podkarpacki ogłosił przetarg na przewóz pasażerów koleją na terenie województwa w l. 2010-2012. W budżecie przewidziano na ten cel 105 mln zł. Jedyna oferta wpłynęła od Przewozów Regionalnych sp. z o.o. w Warszawie. Podejmowała się przewozów, ale za ponad 135 mln zł. Przetarg trzeba było unieważnić.
Zarząd Województwa 8 grudnia 2009 r. zgodził się na negocjacje warunków kolejowych przewozów osób na terenie województwa podkarpackiego w I kwartale 2010 r. Negocjacje rozpoczęto 18 grudnia 2009 r. Odbyło się kilka spotkań. Ostatnie 28 grudnia. Właśnie wtedy Przewozy Regionalne sp. z o.o. przedłożyły ofertę przewozów osób na liniach Tarnów-Przemyśl, Przeworsk-Stalowa Wola-Rozwadów, Rzeszów-Stalowa Wola-Rozwadów, Jarosław-Horyniec Zdrój, Rzeszów-Jasło, Jasło-Zagórz i Zagórz-Łupków (sezonowo) pod warunkiem 10 mln 247 tys. zł rekompensaty od samorządu województwa. Samorząd na to dofinansowanie przeznaczył 8 mln 750 tys. zł. Zabrakło prawie 1,5 mln zł. Przewozy Regionalne oświadczyły, iż nie ma możliwości obniżenia kosztów, by zmieścić się w kwocie, jaką przewidziano w budżecie województwa.
- Przedstawiciele samorządu województwa zwrócili się do przewoźnika o przedłożenie pełnego wykazu kosztów związanych z realizacją połączeń na tych trasach i podanie sposobu wyliczenia tych kosztów - informuje rzeczniczka Zarządu Województwa Podkarpackiego Aleksandra Gorzelak-Nieduży. - Spółka Przewozy Regionalne nie przedstawiła tych dokumentów, choć obliguje ją do tego rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady Europy.
Bezterminowe zawieszenie
W tej sytuacji samorząd województwa podjął decyzję o zawieszeniu od Nowego Roku przewozów "na najbardziej deficytowych trasach regionalnych". Jej ofiarą padły linie Jasło-Zagórz i Zagórz-Łupków.
Na trasie Jasło-Zagórz koszt przejechania przez pociąg 1 km wynosił 20,75 zł, przychód 3,10 zł, a dopłata z budżetu województwa do 1 km to 17,65 zł. Na linii Zagórz-Łupków 1 km przejechany przez pociąg kosztował 31,99 zł, przychód 1,86 zł, a dopłata z budżetu województwa to 30,13 zł do 1 km pokonanego przez pociąg. Z tego powodu od 1 stycznia 2010 r. pociągi pasażerskie między Jasłem a Zagórzem przestały jeździć.
- Można próbować zrozumieć argumenty, którymi uzasadnia się tę decyzję samorządu województwa, ale nie da się zrozumieć sposobu jej wprowadzenia - mówi starosta bieszczadzki Krzysztof Gąsior. - Zrobiono to z zaskoczenia, bez wcześniejszego powiadomienia o niej zainteresowanych samorządów powiatów i gmin, a nawet bez poinformowania pracowników kolei i pasażerów.
Fot. M. Szewczyk
(więcej ,,GB" 2)
|
BIESZCZADY W SETCE
W sali kolumnowej Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie 8 grudnia ogłoszono wyniki rankingu "Aktywna gmina Podkarpacia". Wszystkie bieszczadzkie gminy znalazły się w "Złotej setce gmin". Co więcej, opanowały one aż połowę miejsc w pierwszej dziesiątce.

Ranking "Aktywna gmina Podkarpacia" to wspólne przedsięwzięcie gazety "Nowiny" i Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie. Jego nadrzędnym celem jest poszukiwanie i promowanie najciekawszych rozwiązań oraz przykładów działań, służących rozwojowi gospodarczemu i społecznemu podkarpackich gmin.
W tym roku po raz pierwszy w pięciu kategoriach (turystyczna gmina Podkarpacia, inwestor roku, skuteczny beneficjent środków unijnych, kreator kapitału społecznego i lider globalizacji) wyłoniono "Złote dziesiątki gmin Podkarpacia".
- Rzeczywistym stymulatorem rozwoju gminy, powiatu czy województwa jest społeczność lokalna - stwierdził podczas uroczystego ogłoszenia wyników rankingu wojewoda podkarpacki Mirosław Karapyta. - Instrument, jakim jest administracja rządowa, powinien te społeczności lokalne przede wszystkim wspierać.
Tegoroczne zestawienie przygotowano głównie na podstawie sprawozdań gmin za 2008 r. Miejsce w rankingu - podobnie jak poprzednio - wyznaczała suma punktów, otrzymana po przeliczeniu na miejsce wśród 159 podkarpackich gmin każdego z 11 wskaźników. Im niższa suma punktów za miejsca we wszystkich wskaźnikach, tym wyższa lokata w rankingu.
Pod uwagę wzięto udziały dochodów własnych w dochodach ogółem, wydatków inwestycyjnych w wydatkach ogółem i w dochodach ogółem, stosunek liczby pracujących do liczby mieszkańców i liczby prowadzących działalność gospodarczą do liczby mieszkańców, liczbę podmiotów gospodarczych na 100 mieszkańców oraz przeliczone na 1 mieszkańca dochody ogółem, dochody własne, wydatki ogółem, wydatki inwestycyjne oraz środki pozyskane ze źródeł zewnętrznych (bez dotacji i subwencji ogólnych).
Najwyżej w rankingu uplasowało się Krosno. Ale druga lokata przypadła już Cisnej. Nie trzeba dodawać, że Cisna znalazła się najwyżej ze wszystkich gmin wiejskich. O takim miejscu ciśniańskiej gminy zadecydowały bardzo wysokie wskaźniki dochodów ogółem, dochodów własnych, wydatków ogółem i wydatków inwestycyjnych na 1 mieszkańca oraz odsetek liczby osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą w ogólnej liczbie mieszkańców. Rok temu Cisna była piąta.
Na piątym miejscu tym razem znalazła się druga z gmin bieszczadzkich - Lutowiska. O pozycji Lutowisk przesądziły...
(więcej ,,GB" 1)
|
Na co poszły prawie 4 miliony złotych?
- Przy ul. W. Pola ludzi mieszkają od ponad 20 lat i czekali długo na przyzwoitą drogę. Podobnie wyglądała sytuacja mieszkających przy ul. Stokowej. Teraz wreszcie się doczekali - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Gdyby nie udało się uzyskać pieniędzy z zewnątrz, część tych dróg i chodników z pewnością musiałaby jeszcze poczekać

Z końcem listopada praktycznie zakończył się II etap realizacji projektu "Poprawa funkcjonalności komunikacyjnej na terenach rekreacyjno-inwestycyjnych w Ustrzykach Dolnych".
- To było duże i trudne przedsięwzięcie: budowa nowych dróg i chodników oraz przebudowa istniejących. Udało się przygotować dobry wniosek, który uzyskał akceptację Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego i - co za tym idzie - dofinansowanie z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego - mówi ustrzycki burmistrz.
Wśród zadań dofinansowanych z RPO WP znalazły się: przebudowa jezdni i nawierzchni ul. Bieszczadzkiej (238 tys. zł), przebudowa chodników i jezdni ul. Bełskiej (334 tys. zł), przebudowa nawierzchni ul. Rynek i ul. Bełskiej (104 tys. zł), remont i przebudowa ul. Stokowej (117 tys. zł), remont i przebudowa ul. Rynek Dolny (293 tys. zł), remont i przebudowa chodników i nawierzchni ul Korczaka (395 tys. zł) oraz remont i przebudowa kanalizacji, chodników i nawierzchni ul. W. Pola (840 tys. zł).
Zaś za pieniądze z budżetu gminy bez wsparcia zewnętrznego przeprowadzono: remont chodnika przy ul. Jana Pawła II (147 tys. zł), remont chodnika przy ul. Nadgórnej (79 tys. zł), przebudowa odcinków chodnika przy ul. Pionierskiej (59 tys. zł), przebudowa chodnika przy ul. Rzecznej (143 tys. zł), przebudowa chodników i budowa stanowisk postojowych przy ul. Bełskiej, ul. Krótkiej i ul. Wyzwolenia (70 tys. zł) oraz przebudowa chodników przy ul. Gombrowicza (355 tys. zł).
Na przebudowę nawierzchni i chodników w pierzei południowej ul. Rynek udało się pozyskać 495 tys. zł z rezerwy Ministerstwa Infrastruktury.
- Te wszystkie prace na pewno usprawniają komunikację, ułatwiają życie pieszym, a także dodatnio wpływają na wygląd naszego miasta - stwierdza H. Sułuja.
Cały wniosek, obejmujący II etap "poprawy funkcjonalności komunikacyjnej", opiewał na ponad 3 mln 900 tys. zł. Tzw. wydatki kwalifikowane wynosiły prawie 2 mln 543 tys. zł. Dofinansowanie z RPO WP wyniosło ponad 1 mln 525 tys. zł, co stanowi 60% wydatków kwalifikowanych. Prawie 495 tys. zł stanowiła dotacja z rezerwy Ministerstwa Infrastruktury. Resztę pieniędzy trzeba było wyłożyć z budżetu gminy.
Warto przypomnieć, iż wcześniej w I etapie tego projektu przebudowano ul. M. Konopnickiej, ul. I. Łukasiewicza oraz częściowo ul. Jana Pawła II, ul. Pionierską i ul. Rzeczną.
- Udało się zrobić kawał roboty, ale jest jeszcze niemało do zrobienia. Dlatego nie siadamy na laurach - dodaje ustrzycki burmistrz. - Obecnie przygotowujemy się do pozyskania pieniędzy na następne drogi w mieście. Na deskach projektantów już opracowuje się dokumentację dla III etapu tego projektu. Skoncentrujemy się w nim na m.in. ul. Dworcowej, ul. Bieszczadzkiej i ul. Naftowej. Być może jeszcze przed Nowym Rokiem uda się złożyć ten wniosek do preselekcji w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego "Infrastruktura drogowa".
T. S.
Fot. Remont i przebudowa kanalizacji, chodników i nawierzchni ul. W. Pola pochłonęły 840 tys. zł
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 23)
|
Palący problem: "Domont"
W niedzielę 8 listopada na ranem wybuchł pożar w budynku hotelowym "Domont" w Ustjanowej Górnej. Jeden z mieszkających w nim mężczyzn powiadomił telefonicznie straż. Strażacy ewakuowali 36 mieszkańców i ugasili pożar.

Ugaszenie pożaru i uratowanie wszystkich mieszkańców "Domontu" nie zamyka jednak sprawy. Jest tylko jednym z jej groźnych epizodów. Znalezienie dobrego rozwiązania tego problemu nie będzie łatwe.
Mieli dużo szczęścia
Zgłoszenie napłynęło do ustrzyckiej KP PSP 8 listopada o godz. 4.50. Na miejsce skierowano dwa samochody gaśnicze.
- Strażacy stwierdzili, że palą się drzwi, dzielące łazienkę i korytarz - informuje dowódca ustrzyckiej JRG mł. bryg. Przemysław Kruk. - Ze względu na bardzo duże zadymienie budynku ewakuowano mieszkańców. Po odcięciu dopływu prądu pożar ugaszono.
W czasie akcji ratowniczo-gaśniczej jednej osobie z objawami zatrucia dymem strażacy podali tlen. Później pogotowie odwiozło ją do szpitala.
- Dobrze, że nasz sąsiad Zenon Koczot czekał na transmisję boksu i nie spał - mówi jedna z mieszkanek "Domontu". - To on zauważył pożar i zawiadomił straż. Aż strach pomyśleć, co by się stało, jakby ogień się rozhulał, a my wszyscy byśmy spali...
- Ludzie mieli dużo szczęścia - potwierdza jeden z biorących udział w akcji strażaków. - Po pierwsze, paliły się drzwi w murowanej części budynku i ogień nie mógł się szybko rozprzestrzenić. Po drugie, że ten mężczyzna się obudził i zauważył, że się pali. Gdyby się nie obudził, to mogło być tak, że nikt by się tam już nie obudził.
- Trzeba pochwalić strażaków - mówi jedna z lokatorek. - Budzili nas i wyprowadzali bardzo szybko. Latali po korytarzach i schodach tak, że tylko się odbijali od barierek.
Ze wstępnych ustaleń wynika, że ogień został zaprószony prawdopodobnie przez kogoś, kto wrzucił niedopałek papierosa do otworu po wizjerze. Od tlącego się niedopałka zajęły się drzwi z płyty pilśniowej... Po ugaszeniu ognia i przewietrzeniu budynku strażacy zezwolili mieszkańcom na powrót do mieszkań.
Możliwość katastrofy jest duża
Listopadowy pożar w "Domoncie" był kolejnym sygnałem, że dalsze wykorzystywanie go do celów mieszkaniowych może się zakończyć tragedią.
- Ostatni raz byliśmy tam na kontroli w maju b.r. W jej trakcie zarządca budynku przedstawił wymagane dokumenty - informuje jeden ze strażaków. - Wszystkie były aktualne. Tam groźnym czynnikiem jest palność materiałów, z jakich zbudowana jest duża część obiektu. Zagrożenie może też wynikać ze spraw konstrukcyjno-budowlanych.
Zarządcą budynku jest Nadleśnictwo Ustrzyki D. - To jest budynek hotelowy typu "Lipsk". Postawiono go dla pracowników budujących kombinat drzewny w Ustjanowej i powinien być dawno rozebrany. Budynek jednak się ostał i z czasem przeszedł pod zarząd Nadleśnictwa Brzegi D. (obecnie Ustrzyki D.) - mówi nadleśniczy Roman Jurek. - Chcąc uporządkować sprawę "Domontu" i jego mieszkańców, zrobiliśmy przegląd budowlany, a następnie poprosiliśmy o kontrolę...
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 23)
|
Kompleks sportowo-rekreacyjny w Ustrzykach Dolnych...
Otwarcie za półtora roku
Roboty rozpoczęły się tego roku pod koniec wiosny. Za półtora roku, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, ustrzycki kompleks sportowo-rekreacyjny przy Międzyszkolnej Krytej Pływalni "Delfin" ma być gotów. Wartość kosztorysowa całej inwestycji to 7 mln 520 tys. zł.

W tym roku ma być wykonana spora część kompleksu: budynki zaplecza (z szatniami, łazienkami, sanitariatami, przebieralniami oraz kawiarnią z dwupoziomowym tarasem) i pompowni "pod klucz", zasilanie energetyczne oraz kanalizacja sanitarna i deszczowa. Wartość kosztorysowa tych prac wynosiła 2,2 mln zł. Firma, która wygrała przetarg na wykonawstwo tych zadań, podjęła się je zrobić za 1,6 mln zł. Do "oszczędności poprzetargowych" dołożono 100 tys. zł i ogłoszono następny przetarg na budowę kanału technologicznego łączącego pompownię z "Delfinem" i brodzika. - Ten zakres, który do nas należy, powinniśmy zrobić w terminie - deklaruje kierujący pracami z ramienia "Prohanbudu" z Uherzec Mineralnych Janusz Podkowski.
Zaplanowane na przyszły rok roboty mają kosztować ponad 3,4 mln zł. Pieniądze te zostaną wydane na budowę basenu sportowego (ponad 1 mln zł) i basenu rekreacyjnego (prawie 0,8 mln zł), zjeżdżalni rodzinnej i zjeżdżalni "Anakonda" (ponad 480 tys. zł), plaży (ponad 400 tys. zł), chodników i dojść (prawie 300 tys. zł), oświetlenia (60 tys. zł) i ogrodzenia (260 tys. zł). - Ten etap chcielibyśmy zamknąć do końca października 2010 r. - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Na 2011 r. pozostanie do wykonania boiska sportowe, miniamfiteatr, plac zabaw, drogi, parkingi oraz zainstalowanie kolektorów słonecznych.
- Solary będą podgrzewać wodę głównie w basenach odkrytych. Wydłuży to okres, w którym będzie można z nich korzystać. Najprawdopodobniej na noc baseny będą przykrywane roletami basenowymi, co ograniczy wychładzanie się wody. Kiedy baseny odkryte będą nieczynne, ciepło pozyskiwane przez kolektory słoneczne będzie dogrzewać wodę w krytym basenie. To powinno zmniejszyć koszty jego funkcjonowania - wyjaśnia H. Sułuja. - Taki system, jaki będzie dogrzewać nasze baseny, zostanie zastosowany po raz pierwszy w Europie.
W ramach Regionalnego Planu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na budowę kompleksu rekreacyjno-sportowego gmina Ustrzyki D. uzyska prawie 2,8 mln dofinansowania.
- To dofinansowanie oraz nasze wkłady z budżetu gminy tegorocznego i przyszłorocznego pozwolą nam na pełną realizację tego przedsięwzięcia - zapewnia ustrzycki burmistrz. - Zakres robót jest bardzo duży, ale - jak wszystko pójdzie zgodnie z założeniami - kompleks powinien być ukończony w czerwcu 2011 r.
T. S.
Fot. Przewidziane na ten rok prace mają być sfinalizowane do końca listopada
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 23)
|
Co się kroi na przejściu?
Wprowadzenie dla obywateli Ukrainy obowiązku posiadania wiz schengeńskich znacznie zmniejszyło ich liczbę na przejściu w Krościenku. Zdecydowanie mniej Polaków jeździ zaś na Ukrainę od czasu ograniczenia normy legalnie przewożonych papierosów z 10 do 2 paczek.

W ostatnim czasie liczba podróżnych z Ukrainy wzrosła. Coraz więcej z nich ma nowe wizy, a poza tym swoje zrobiło też uruchomienie - teoretycznie na początku czerwca b.r., praktycznie trochę później - uproszczonego ruchu granicznego.
Mniej ludzi, więcej towarów
Ostatnio sytuacja na drogowym przejściu granicznym w Krościenku się zmienia. Granicę przekracza coraz mniej aut osobowych, zwiększa się natomiast sukcesywnie liczba odprawianych aut towarowych.
- Teraz jeździ o wiele więcej busów z towarem - potwierdza jeden z krościeńskich celników. - Ich kolejka po naszej stronie często sięga do - jak to określają podróżni - starych uli.
Przeważają wśród nich samochody ukraińskie, które wiozą głównie materiały budowlane, elektronikę, artykuły gospodarstwa domowego oraz odzież. Towar ten wyprodukowany jest w Polsce i w innych krajach, ale kupowany zwykle w polskich sklepach i hurtowniach.
W związku ze zmianami proporcji w ruchu osobowym i towarowym jeszcze w październiku powinny się zacząć na przejściu drogowym w Krościenku prace w celu utworzenia na wyjeździe z Polski dodatkowego pasa dla aut towarowych. Ma być także zwiększona liczba miejsc do parkowania.
Łata na dziurę budżetową
Z nieoficjalnych informacji wynika, że w nieodległym czasie (najpóźniej na Nowy Rok) nastąpi ograniczenie możliwości prywatnego "importu" paliwa z Ukrainy do Polski. Policzono, że tylko przez przejście w Krościenku w ciągu tygodnia trafia do naszego kraju co najmniej kilka cystern etyliny. Ma to negatywny wpływ na obroty w stacjach paliwowych po stronie polskiej, co przekłada się na niższe wpływy z akcyzy i opłaty paliwowej do budżetu państwa. Ograniczenie możliwości przywozu tańszego paliwa z Ukrainy ma być jednym ze sposobów łatania dziury budżetowej.
Na razie nie wiadomo dokładnie, jakie "posunięcia uszczelniające" zostaną wprowadzone. Jednak na pewno nie będzie można przekraczać granicy dwa, trzy razy na dobę, jadąc na Ukrainę z pustym bakiem i wracając z pełnym. Najprawdopodobniej zostanie ustalona norma paliwa, jaką będzie można "zaimportować" w określonym czasie, np. w ciągu miesiąca lub kwartału.
- Systemy komputerowe, które są w dyspozycji celników, pozwalają na ustalenie, ile razy ktoś jeździł i ile paliwa przewiózł. Z rejestracją i kontrolą tego nie powinno być zatem problemów - mówi jeden z funkcjonariusz SC.
Rzadszy pociąg
"Pociąg międzynarodowy" Sanok - Chyrów w tym roku jeździł prawie codziennie (prawie, bo z wyjątkiem 1, 6 i 7 stycznia oraz 11-13 kwietnia). Wykonywał po dwa kursy - tam i z powrotem - dziennie.
Jego wygląd chluby PKP nie przynosił i nadal nie przynosi. Nie jest to też ładna wizytówka Polski i Unii Europejskiej. Kiedy ostatni raz miałem "przyjemność" nim jechać, wnętrze wagonów wyglądało tak, jakby... Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć.
Teraz to ma się zmienić. Niestety, nie chodzi o wygląd pociągu, lecz o regularność jego kursowania. Nowy rozkład jazdy PKP, który ma wejść w życie na początku grudnia, na razie jest chyba utajniony. Jednak z "przecieków" wynika, że po jego wprowadzeniu pociąg Sanok - Chyrów będzie jeździł rzadziej. Wg nowego rozkładu...
Fot. Na razie pociągi z Sanoka do Chyrowa jeżdżą codziennie
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 21)
|
W hołdzie pomordowanym, ku przestrodze żywym
- Myślę, że będziecie cenić ten pomnik, bo w jego wnętrzu jest to, czego nie da się opowiedzieć i wypowiedzieć, to, co jest w naszych sercach i naszych umysłach. Niech ten pomnik będzie nie tylko upamiętnieniem tragedii z przeszłości, ale i posiewem dla przyszłości - powiedział ks. Tadeusz Pater z Przemyśla podczas mszy, poprzedzającej osłonięcie w Ustrzykach D. pomnika ku czci ofiar OUN-UPA na Kresach i w Bieszczadach.

Na cmentarzu komunalnym w Ustrzykach D. 3 października odsłonięto i poświęcono pomnik upamiętniający pomordowanych przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich i w Bieszczadach. Inicjatorem jego budowy był Związek Wysiedlonych "HT-1951", a projektantem ustrzycki architekt Artur Bobrecki.
Ustrzycki obelisk jest - jak mówił prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów Szczepan Siekierka - 30 pomnikiem na ziemiach polskich upamiętniającym ofiary OUN-UPA.
- Są głosy sprzeciwiające się takim uroczystościom. Mówi się, że to niepotrzebne rozdrapywanie ran, że należy żyć przyszłością - mówił prezes "HT-1951" Wiesław Cybruch. - Żadna przyszłość nie będzie dobra, jeżeli nie będzie oparta na pamięci, na szacunku dla umarłych i żywych. Pokazywanie zbrodni to nie rozdrapywanie ran, ale obnażanie zła. Czy ofiary mordów zostały przeklęte, a zbrodniarze odnieśli zwycięstwo? Nasze milczenie, bierność świadczyłyby, że tak się stało. Ale jest inaczej. Pamiętamy!
W uroczystości wzięli udział m.in. członkowie rodzin pomordowanych, Związku Wysiedlonych "HT-1951", przedstawiciele Stowarzyszenia Upamiętniania Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów i Rodzin Katyńskich, Związku Sybiraków i Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, władze samorządowe gmin Czarna, Lutowiska i Ustrzyki D., powiatu bieszczadzkiego i województwa podkarpackiego, młodzież szkolna, harcerze, strażacy, policjanci, funkcjonariusze Straży Granicznej, mieszkańcy Bieszczadów...
- Czy istnieje potrzeba odsłaniania kolejnej tablicy, stawiania kolejnego pomnika? Odpowiedź jest prosta: istnieje. Ten pomnik to symbol prawdy - powiedział ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Dobrze byłoby, by narody, które kiedyś żyły razem, były dobrymi sąsiadami, współpracowały ze sobą, aby nigdy nie doszło do takich tragedii.
- To jest pomnik w hołdzie pomordowanym i ku przestrodze żywym - mówi Bolesław Ćwiarowicz, który mieszkał w Zabużu i - jak sam mówi - cudem ocalał w czasie pacyfikacji przez UPA jego rodzinnej miejscowości.
T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 21)
|
Bieszczadzkie samorządy: biedacy czy bogacze?
Obydwa nasze powiaty - leski i bieszczadzki - znalazły się w czołówce. Prawie wszystkie bieszczadzkie gminy zmieściły się w połówce gmin o wyższych dochodach budżetów na 1 mieszkańca, a trzem z nich przypadły lokaty w pierwszej pięćdziesiątce. A zatem bieszczadzkie samorządy wyglądają na tle innych na bogaczy.

Taki różowy obraz sytuacji ekonomicznej bieszczadzkich samorządów wyłania się z rankingu "Najzamożniejsze samorządy", opracowanego przez prof. Pawła Swianiewicza i opublikowanego na łamach czasopisma "Wspólnota" (nr 31/933 z 1.08.2009 r.). Ranking ten powstał w oparciu o wskaźnik dochodów budżetu samorządu za 2008 r. przeliczonych na 1 mieszkańca. Osobno ujęto w nim województwa, powiaty, miasta wojewódzkie, miasta na prawach powiatu, miasta powiatowe, małe miasta i gminy wiejskie. Samorządy bieszczadzkie znalazły się w trzech z tych kategorii: powiaty, miasta powiatowe i gminy wiejskie.
Wśród powiatów o najwyższych dochodach powiat bieszczadzki sklasyfikowano na 8. miejscu - 1092 zł. Powiatowi leskiemu przypadła 34. lokata - 918 zł.
- W 2008 r. dochody naszego powiatu nie były tak wysokie, jak wcześniej - mówi starosta bieszczadzki Krzysztof Gąsior. - W ub. r. nie mieliśmy możliwości skorzystania z funduszy unijnych. Udało się jednak pozyskać pieniądze zewnętrzne m.in. dzięki pomocy nadleśnictw Lutowiska i Stuposiany. Poważną pozycją w naszym ubiegłorocznym budżecie był także prawie 1 mln zł zdobyty na zakup podnośnika dla KP PSP.
Wśród 268 miast powiatowych Ustrzyki Dolne sklasyfikowane zostały na 59. pozycji - 2592 zł. Lesko znalazło się na 110. miejscu - 2411 zł.
Ranking obejmuje aż 1582 gminy wiejskie. Najwyżej z gmin bieszczadzkich - 15. lokata - znalazła się Cisna - 4592 zł. Lutowiska są na 21. miejscu - 4354 zł.
- Taka wysoka pozycja naszej gminy to w dużej mierze "zasługa" niewielkiej liczby mieszkańców - stwierdza lutowiski wójt Włodzimierz Podyma. - Poważne zasilenie naszego budżetu stanowiła w 2008 r. rekompensata za dochody utracone z tytułu zwolnień z podatku od nieruchomości na terenach chronionych.
W pierwszej pięćdziesiątce - 43. miejsce - gmin wiejskich znalazła się jeszcze gmina Solina - 3619 zł. Dosyć wysoko uplasowały się również, należące do Związku Bieszczadzkich Gmin Pogranicza, gminy Tyrawa Wołoska (166. miejsce - 3060 zł) i Bircza (172. miejsce - 3042 zł). Mocno związanej z Bieszczadami Komańczy przypadła 301. lokata - 2843 zł. Baligród ma w rankingu 464. miejsce - 2717 zł. Czarna została sklasyfikowana na 702. pozycji - 2580 zł, a Olszanica na 800. miejscu - 2538 zł.
Czy tak wysokie miejsca w rankingu naszych powiatów i gmin świadczą, że są one krezusami, że dysponują dużymi budżetami i nie borykają się z problemami finansowymi? Odpowiedź twierdząca na to pytanie byłaby nieprawdziwa.
- Ranking tworzy obraz wirtualnej zamożności - stwierdza wójcina Cisnej, wg rankingu najbogatszej gminy bieszczadzkiej. - Przyjęty za jego podstawę wskaźnik dochodowości o niczym nie świadczy. Nasza gmina jest jedną z najmniej ludnych w Polsce - liczba mieszkańców nie przekracza 1700. Mamy jednocześnie jeden z najniższych budżetów w kraju - ok. 8 mln zł. Przy takim budżecie, chcąc prawidłowo wywiązywać się z zadań własnych i zrealizować jakąkolwiek inwestycję, musimy brać kredyty czy pożyczki. Mamy obecnie ok. 40% zadłużenia.
W przypadku obu....
(więcej ,,GB" 21)
|
Ugoda za 70 tys. zł
Po prawie 7 latach kończy się postępowanie przed Komisją Regulacyjną ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Warszawie. Toczy się na wniosek Związku Wyznaniowego Gmin Żydowskich RP, który domaga się od gminy Ustrzyki Dolne zwrotu dawnej synagogi lub uiszczenia za nią pieniężnej rekompensaty.

O zwrot majątku utraconego w wyniku II wojny światowej lub odszkodowania za jego utratę ZWGŻ RP zabiega od 2002 r. Oprócz synagogi w rynku przedmiotem roszczeń były mykwa przy ul. Słowackiego, budynek stowarzyszenia Jad Charuzim przy ul. Dolnej, budynek stowarzyszenia dobroczynności Gemilas Chased przy ul. Dolnej oraz druga synagoga w rynku.
Większość tych obiektów nie istnieje albo nie jest własnością komunalną i w stosunku do nich roszczenia stały się bezprzedmiotowe. Własnością gminy Ustrzyki D. są jedynie dwie nieruchomości, które przed wojną należały do wspólnoty żydowskiej: kirkut i dawna synagoga.
- Jedną nieruchomość, tę, na której jest kirkut, chcieliśmy oddać od razu. Jednak, co nas trochę dziwi, nie wzbudziła ona żadnego zainteresowania strony żydowskiej - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
ZWGŻ RP twardo natomiast zabiegał o zwrot budynku dawnej synagogi. Obecnie jest to siedziba Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej. Od powrotu Ustrzyk D. do Polski w 1951 r. do 1990 r. nieruchomość ta stanowiła własność Skarbu Państwa. Później została przejęta przez gminę Ustrzyki D. Ustrzycka gmina poniosła duże nakłady na utrzymanie, remonty i modernizacje biblioteki. Tylko w ostatnich 10 latach przekroczyły 700 tys. zł.
Gdyby druga strona koniecznie chciała przejąć ten budynek, musiałaby te pieniądze ustrzyckiej gminie zwrócić. Dlatego pewnie ZWGŻ RP wycofał się ze starań o budynek, lecz podtrzymał roszczenia do działki, na której jest on zlokalizowany.
- Jak się od 2002 r. jeździło na rozprawy do Warszawy, to można byłoby jeszcze i 10 lat pojeździć - stwierdza H. Sułuja. - Ale ostatnio widać było, że przedstawiciele ZWGŻ RP zaczynają się już niecierpliwić i dążą do tego, żeby sprawę zakończyć.
W tej sytuacji samorząd ustrzycki stanął przed dylematem: czy zawrzeć ugodę i przekazać stronie żydowskiej mienie zamienne lub rekompensatę pieniężną, czy też czekać na orzeczenie Komisji Regulacyjnej. Gdyby ugoda nie została zawarta, Komisja Regulacyjna wydałaby orzeczenie, od którego nie byłoby żadnego odwołania i które miałoby moc sądowego tytułu egzekucyjne.
- Wspólnie z radą rozważaliśmy różne warianty. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że najrozsądniejsze będzie zapłacenie rekompensaty i zamknięcie tematu raz na zawsze - wyjaśnia ustrzycki burmistrz.
Jeszcze w grudniu 2005 r. przedstawiciel ZWGŻ RP podczas wizyty w Ustrzykach D. zasugerował, że strona żydowska gotowa byłaby się zrzec jakichkolwiek roszczeń za przekazanie na jej rzecz 100 tys. zł. Rada wyraziła zgodę na ugodę za 70 tys. zł.
- Teraz czekamy na akceptację naszego stanowiska przez starostę i wojewodę. Jeżeli otrzymamy ich aprobatę, porozumienie zostanie podpisane przeze mnie z kontrasygnatą skarbnika gminy i przesłane do Warszawy - informuje H. Sułuja. - Ostateczne zamknięcie sprawy ugodą mogłoby nastąpić na kolejnym posiedzeniu Komisji Regulacyjnej ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich.
t. s.
Fot. Za zrzeczenie się przez ZWGŻ RP roszczeń do budynku biblioteki gmina Ustrzyki D. zapłaci 70 tys. zł
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 19)
|
Co dalej z ustrzyckim szpitalem?
Różowo nie jest
- Jeśli nic się nie będzie robić, to za rok, a najdalej za półtora przyjdzie do szpitala komornik, ponad 280 ludzi straci pracę i szpital będzie fizycznie likwidowany. Wtedy na jakiekolwiek działania ratunkowe będzie już za późno - mówił 7 sierpnia na sesji Rady Powiatu Bieszczadzkiego Edward Gaitkowski, który zajmuje się restrukturyzacją szpitali, mających problemy finansowe.

Kłopoty ustrzyckiego SP ZOZ-u nie są niczym nowym. Pisałem o nich w "GB" w ciągu ostatnich kilku lat niejeden raz. Nie sprawiało mi to żadnej przyjemności. Wolałbym, aby kondycja ekonomiczna ZOZ-u była dobra i nad jego przyszłością nie kłębiły się czarne chmury. Ale tak nie jest…
Garb zadłużenia
Sytuacja finansowa SP ZOZ w Ustrzykach D. jest bardzo trudna. Obecnie zadłużenie zakładu wynosi prawie 9 mln zł.
Olbrzymim obciążeniem jest spłata zobowiązań z lat poprzednich (spłaty zakupów nowego sprzętu, zobowiązania wynikające ze spłaty i obsługi wcześniej zaciągniętych kredytów i pożyczek). Aby regulować wszystkie zobowiązania, miesięcznie trzeba byłoby na ten cel przeznaczać ok. 300 tys. zł.
Zatem gdyby nie spłacano zadłużenia, to dług powiększałby się co miesiąc o 300 tys. zł. W 2008 r. zadłużenie rosło o 150-180 tys. zł miesięczne. Obecnie przyrost ten wynosi ok. 100 tys. zł.
Co to oznacza? Z jednej strony oznacza to, że zobowiązania ZOZ-u nadal rosną, wprawdzie wolniej, ale rosną. Z drugiej strony zaś widać, że teraz ZOZ co miesiąc spłaca jednak ok. 200 tys. zł zobowiązań.
- Gdyby tego garbu w postaci wysokiego zadłużenia nie było, to już bylibyśmy, można powiedzieć, na niewielkim plusie - mówi starosta bieszczadzki Krzysztof Gąsior.
Szukanie oszczędności
- Ograniczenie tempa przyrostu zadłużenia jest wynikiem podjętych działań oszczędnościowych - stwierdza dyrektor SP ZOZ Marceli Kuca.
Owe "działania oszczędnościowe" to m.in. wyprowadzenie ze struktur SP ZOZ pralni i kuchni, a także - wzbudzające wiele kontrowersji - wydzierżawienie prosektorium.
Zmniejszeniu kosztów służy również modernizacja za ponad 1,6 mln zł (duże wsparcie zewnętrzne z Norweskiego Mechanizmu Finansowego i wkład powiatu) szpitalnej kotłowni. Jej przeprowadzenie pozwoli na zmniejszenie kosztów paliwa i obsługi. Pewne oszczędności przynosi też spadek opłat za świadczenie medyczne kupowane na zewnątrz oraz za zakupy materiałów medycznych.
W kosztach funkcjonowania SP ZOZ zdecydowanie największą pozycję (prawie 80%) stanowią wydatki związane z płacami. Dlatego nie da się zrobić żadnej poważniejszej redukcji kosztów bez ruszenia nakładów na płace. Do ich zmniejszenia prowadzi ograniczanie liczby pracowników (z ponad 300 osób na koniec 2008 r. załoga zmalała do 285 obecnie). Kolejnym posunięciem w tym kierunku było - przyjęte przez załogę bez entuzjazmu, co nietrudno zrozumieć - obniżenie wynagrodzeń o 5%.
- Porozumienie w tej sprawie podpisało 262 pracowników (nie podpisali głównie działacze związkowi i pracownicy przebywający na długich zwolnieniach lekarskich). Daje to ok. 50 tys. zł "oszczędności" miesięcznie - relacjonuje M. Kuca. - Układ jest zawarty na rok. Po upływie tego okresu, gdy poprawi się kondycja zakładu, wrócimy do poprzednich stawek.
Nadwykonania do sądu?
Nadwykonania to świadczenia wykonywane przez placówki medyczne ponad limity zawarte w umowach z NFZ. Placówki ochrony zdrowia te usługi na rzecz pacjentów wykonały i poniosły koszty, nie mogą teraz od NFZ wydębić ich refundacji.
Za nadwykonania w 2008 r. ustrzycki SP ZOZ powinien otrzymać ponad 600 tys. zł. Nadwykonania w 2009 r. to już kwota 730 tys. zł.
- Zabiegamy o odzyskanie tych pieniędzy - mówi M. Kuca. - Wezwaliśmy formalnie NFZ do uregulowania tych zaległości. Jeżeli to nie przyniesie skutku, wezwiemy NFZ do ugody. Gdyby i to się nie powiodło, to sprawa pójdzie do sądu. Nie może być tak, że mamy obowiązek wykonywać usługi medyczne, a potem nie ma kto za nie zapłacić.
- Gdyby pieniądze za nadwykonania zapłacono, to zagrożenie utraty płynności finansowej by nad naszym SP ZOZ-em nie wisiało - stwierdza starosta Krzysztof Gąsior. - Uważam, że to powinno być przez NFZ zapłacone. Jestem po rozmowach z kilkoma starostami. Ich zdanie jest takie samo. Na wrześniowym konwencie starostów województwa podkarpackiego zaprotestujemy przeciw takiemu potraktowaniu przez NFZ szpitali z Podkarpacia. Min. Ewa Kopacz kilka miesięcy temu oficjalnie zapewniła, że nadwykonania za 2008 r. zostaną zapłacone. I myśmy w to uwierzyli. Komuś w końcu musimy wierzyć.
W związku z tym, że NFZ nie płaci za nadwykonania, w ustrzyckim SP ZOZ już wprowadzono ograniczenia w dostępie do lekarzy specjalistów w poradniach i powstają listy oczekujących na zabiegi planowe. Te świadczenia będą realizowane tylko do wysokości limitu zawartego w kontrakcie z NFZ. - Szpitala nie stać na sponsorowanie świadczeń, które ów limit przekraczają - mówi dyrektor SP ZOZ.
Fot. Dawną pracownię rentgenowską adaptowano na gabinet masażu oddziału rehabilitacji leczniczej (w głębi nowe masujące łóżko wodne, które cieszy się dużym powodzeniem u pacjentów)
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 18)
|
Targi dla wszystkich zmysłów
Na pewno nikomu, z tych którzy trafili w Bieszczady w drugi weekend sierpnia, nie udało się zaliczyć wszystkich odbywających się tu imprez. „Lato w Czarnej”, Karpacki Jarmark Turystyczny w Ustrzykach D., Święto Chleba w Dźwiniaczu, Bies Czad Blues w Wetlinie, Dzień Żubra w Lutowiskach i Agrobieszczady w Lesku…

Na XIV Targach Rzemiosła i Przedsiębiorczości „Agrobieszczady” w Lesku prezentowało swoje wyroby ponad 180 wystawców. W ciągu dwóch dni – 8 i 9 sierpnia – przez plac targowy przewinęło się – wg jednych – kilka, a – wg innych – kilkanaście tysięcy osób.
- To były chyba najbardziej udane „Agrobieszczady” – mówi konferansjerka tej imprezy Ewa Baranowska. – Rekordowa liczba wystawców, tłumy zwiedzających i piękna pogoda. Było co oglądać i kupować, było też czego posłuchać i posmakować.
Posmakować można było głównie w wielkim namiocie, gdzie wystawiono potrawy regionalne, domowe ciasta, sery owcze i kozie, miody, pieczywo, wędliny… Członkinie KGW z Olszanicy przywiozły smaczne pierogi olszanickie, a ich koleżanki z Paszowej serwowały faszerowany udziec jagnięcy. Maria i Mieczysław Łabęccy z Ulanowa częstowali chlebem flisackim i sadłem. Towarzystwo Krzewienia Kultury Regionalnej z Boguchwały promowało nalewkę z kwiatu bzu czarnego… Trudno byłoby wymienić wszystkie specjały. Wystarczy powiedzieć, że w podkarpackim finale IX Konkursu „Nasze kulinarne dziedzictwo - smaki regionów” rywalizowało ponad 80 wytwórców regionalnych potraw i napitków.
Redakcja portalu potrawyregionalne.pl przyznała – też nie po raz pierwszy - swoje wyróżnienia specjalne. „Anioł potraw regionalnych” przypadł Beacie i Andrzejowi Jakielom z Jaćmierza „za anielski smak kiełbasy szynkowej parzonej”, a „Diablika potraw regionalnych” odebrali Agnieszka i Jan Żołnowie z Łukowego za „kuszenie trójniakiem „Panieńskim”.
Poza wypełnionym wszelakim jadłem namiotem też nie brakowało stoisk kuszących smakami i zapachami. Były także przepiękne kwiaty doniczkowe, kompozycje z kwiatów i roślin suszonych, a także kwiaty sztuczne, sadzonki krzewów i drzewek ozdobnych, wyroby ceramiczne i wikliniarskie, wykonywana ręcznie biżuteria i regionalne hafty, sprzęt rolniczy i ogrodniczy, różnej wielkości maskotki i materiały budowlane…
Tradycyjnie „Agrobieszczadom” towarzyszyła wystawa zwierząt hodowlanych. Ogromne zainteresowanie, szczególnie najmłodszych zwiedzających, wzbudzały miniaturowe króliki, hodowane przez Emila Pyziaka z Rudnej Wielkiej, kury ozdobne, perliczki i bażanty, wystawione przez Mariana Feresztyna z Olszanicy, i kucyki, przywiezione przez Bogdana Malca z Pruchnika. Miłośnicy większych koni mogli podziwiać wierzchowce z Klubu Turystyki Konnej „Stanica” Adama Rymarowicza z Leska i pokazy woltyżerki konnej oraz akrobatyki na koniu…
Fot. Namiot z jadłem cieszył się ogromną popularnością
Fot. Z. Martinger
(więcej ,,GB" 17)
|
Pustynia w środku miasta?
Wiadomo było, że przebudowa ul. Bełskiej w Ustrzykach Dolnych będzie się wiązać z wycinką rosnących przy niej drzew. Wydawało się, że sprawa jest oczywista. I była oczywista do momentu rozpoczęcia tych prac.

Przebudowa ul. Bełskiej to jedna z części projektu „Poprawa funkcjonalności komunikacyjnej na terenach rekreacyjno-inwestycyjnych w Ustrzykach D. - etap II”, który został zgłoszony do Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na l. 2007-2013.
Koszt realizacji całego projektu to ok. 4,5 mln zł. Część objętych nim prac wykonano wcześniej. Teraz prowadzone są roboty za ponad 2,5 mln zł. Dofinansowanie z funduszy unijnych w ramach RPO WP wynosi blisko 2 mln zł.
Pustynię chcą zrobić!
Kiedy drzewa na ul. Bełskiej zaczęto wycinać, pojawiły się głosy sprzeciwu. - Żeby szło o topole, to jeszcze bym zrozumiał, ale to są lipy i jesiony – mówi jeden z mieszkańców Ustrzyk D.
– To jest czyste kur…stwo! – stwierdza z oburzeniem drugi ustrzyczanin. – Jak można te wszystkie drzewa wycinać? Pustynię w środku miasta chcą zrobić…
Inny zaś podnosi, że wycinanie drzew poza lasem od kwietnia do października jest niezgodne z ustawą o ochronie przyrody, bo szkodzi ptakom. – Kto na to pozwolił? – pyta.
Kolejny przypomina, że wcześniej gmina wycięła już sporo drzew w parku i na cmentarzach w Ustrzykach D. i Jasieniu. – Wszystko wycinają, a nic nie sadzą! – dodaje z przekąsem.
Wniosek gminy, decyzja powiatu
O zgodę na wycinkę drzew przy ul. Bełskiej gmina Ustrzyki D. wystąpiła do starosty bieszczadzkiego 11 maja b.r. Wówczas samorząd gminy miał już pewność, że uzyska z funduszy unijnych dofinansowanie na przebudowę dróg i chodników w mieście.
Komisja z Wydziału Budownictwa i Ochrony Środowiska Starostwa Powiatowego 13 maja przeprowadziła wizję lokalną. W jej wyniku stwierdzono, że „wszystkie drzewa (…) rosną w pasie chodnika i będą stanowić duże utrudnienie podczas planowanych tam prac przebudowy drogi i chodnika” oraz „że drzewa są wysokie i stanowią dużą przeszkodę dla biegnącej tamtędy linii energetycznej”.
Na podstawie opinii tej komisji starosta bieszczadzki 20 maja wydał decyzję zezwalającą gminie Ustrzyki D. wycięcie 42 drzew: 24 lip, 12 jesionów, 3 modrzewi, 2 świerków i 1 sosny.
Wycinka dla wycinki?
- Prawie każda wycinka drzew jest kontrowersyjna i budzi emocje – mówi starosta Krzysztof Gąsior. - Projekt na przebudowę ulic w mieście przygotowano kilka lat temu. Od dawna było wiadomo, że konieczne będzie cięcie drzew. To nie jest wycinka dla wycinki. Wynika z realnego zagrożenia bezpieczeństwa. Drzewa rosły w chodniku, niecałe pół metra od krawędzi jezdni. Po silniejszym wietrze na jezdni i chodnikach leżały konary i gałęzie.
Zasady lokalizacji drzew przy drodze określa rozporządzenie ministra transportu i gospodarki morskiej z 2 marca 1999 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać drogi publiczne i ich usytuowanie. Zgodnie z § 52 ust. 2 tego rozporządzenia zieleń w pasie drogowym nie może zagrażać bezpieczeństwu uczestników ruchu, ograniczać pola widoczności, skrajni drogi oraz utrudniać utrzymania drogi. Zaś w myśl § 53 ust. 3 odległość pnia drzewa od krawędzi jezdni nie powinna być mniejsza niż 3 m, by łatwiej było poszerzać czy też remontować drogę.
- Nikogo nie obchodzi bezpieczeństwo, bo jak się komuś coś stanie na drodze gminnej, odpowiedzialność spadnie na gminę i burmistrza. Mało kogo interesuje, że tej drogi w zimie nie dawało się odśnieżyć, że korzenie drzew wykrzywiały chodniki tak, iż trudno było przejść, a przejechanie wózkiem dziecinnym było niemożliwe – stwierdza burmistrz Henryk Sułuja.
Fot. W chodniku przy ul. Bełskiej nie ma już drzew
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 16)
|
Borsukowiec się znarowił
Pogoda pod koniec czerwca i na początku lipcu była w całej Polsce niezwykle kapryśna. Wskutek ulew ucierpiało wiele regionów. Wielu ludzi straciło dobytek, a kilka osób – życie. Bieszczady te największe nieszczęścia - na szczęście - ominęły. Nie oznacza to jednak, że nie było żadnych zagrożeń i strat.

W nocy z 24 na 25 czerwca nawałnica przeszła nad północną częścią gminy Olszanica. Duże opady deszczu, a chwilami także gradu spowodowały gwałtowny przybór wód w potokach, największy o najgroźniejszy w płynącym przez Paszową Borsukowcu.
- Woda była bardzo duża. Momentami przez koronę drogi powiatowej przelewała się półtorametrowa fala – opowiada Bolesław Michalik, mieszkaniec Paszowej i radny powiatowy. – Poziom wody w potoku był 6,5 m wyżej, niż jest normalnie. Potok, który ma zwykle ok. 3 m szerokości, rozlał się na ponad 120 m.
Woda poczyniła poważne szkody w drogach. Uszkodziła w wielu miejscach nawierzchnię i podbudowę oraz przepusty w drodze powiatowej Wańkowa - Tyrawa Wołoska i w drogach gminnych. Zabrała kładki i mostki, poniszczyła dojazdy do pól i posesji, porozwalała płoty, podtopiła też niektóre gospodarstwa.
Strażacy z leskiej KP PSP oraz strażacy ochotnicy z jednostek OSP z olszanickiej gminy mieli przez całą noc i następny dzień pełne ręce roboty. Zabezpieczali mienie w czasie burzy, a potem uczestniczyli w usuwaniu jej następstw.
- Szkody w gospodarstwach prywatnych, jak i w infrastrukturze drogowej są znaczne – informuje olszanicki wicewójt Robert Petka. – Obecnie staramy się uporać ze skutkami tej nawałnicy. Za pieniądze z budżetu gminy zrobiliśmy to, co najpilniejsze, żeby przywrócić przejezdność dróg o zapewnić bezpieczeństwo tym, którzy z nich korzystają. Wystąpiliśmy także o wsparcie finansowe do wojewody i marszałka województwa.
a. z.
Fot. P. Kuczaj
(więcej ,,GB" 15)
|
Jakoś musimy to przeżyć
Przejazd przez Ustrzyki Dolne i znalezienie na terenie miasta miejsca do zaparkowania to niełatwe zadania dla kierowców. A teraz będą one jeszcze trudniejsze.

W lipcu zostaną ukończone remonty nawierzchni dróg na ul. Kopernika, ul. Szkolnej, części ul. Sikorskiego (od skrzyżowania z ul. 29 Listopada do zjazdu na cmentarz) i części ul. Rynek (koło pizzerii „Manhattan”). Prace te najmocniej dały się we znaki mieszkańcom tej części miasta i interesantom Urzędu Miejskiego.
Ale to dopiero przedsmak… Jeszcze w lipcu rusza zasadnicza część prac związanych z projektem „Poprawa funkcjonalności komunikacyjnej na terenach rekreacyjno-inwestycyjnych w Ustrzykach D.” Jego wartość kosztorysowa wynosi 4 mln 745 tys. zł. Przetarg na wykonawstwo wygrał Rejon Budowy Dróg Publicznych i Mostów z Krosna. Firma ta podjęła się wykonania objętych projektem prac za 3 mln 953 tys. zł. Dofinansowanie z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego to 1 mln 547 tys. zł. Resztę trzeba dołożyć z budżetu gminy.
Największe problemy w ruchu drogowym spowodują roboty w centrum miasta. Tutaj z jednej strony zaplanowano remont całej ul. Korczaka, wykonanie nakładki asfaltowej na ul. Rynek (od ul. 1 Maja do ul. Korczaka), położenie kostki brukowej na placu przy bibliotece i pizzerii „Orlik”. Z drugiej strony zaś prowadzona będzie modernizacja ul. Bełskiej z m.in. położeniem nowej nawierzchni, wycinką przydrożnych drzew, wykonaniem chodnika z kostki brukowej.
Nieco mniejsze utrudnienia przyniosą roboty drogowe w innych częściach miasta. Bardzo duży zakres prac przewidziano na ul. W. Pola: budowa odcinków kanalizacji burzowej i sanitarnej, chodników, położenie nowej nawierzchni z masy asfaltowej. Dokończone zostanie także kładzenie asfaltowej nakładki na ul. Stokowej. Na ul. Gombrowicza (od ul. Nadgórnej do ul. W. Pola) zostaną wymienione chodniki po obu stronach jezdni.
- Mieszkańców i turystów za utrudnienia przepraszam, ale kiedyś musimy to zrobić – mówi burmistrz ustrzycki Henryk Sułuja. – Takie terminy robót nie wynikają z naszej indolencji. Umowę na dofinansowanie z RPO WP podpisaliśmy 22 maja. Tego samego dnia ogłosiliśmy przetarg na roboty. Rozstrzygnęliśmy go najszybciej, jak to było możliwe. Z naszej strony nie było ani jednego dnia zwłoki. Nie da się u nas wykonać tak dużych robót w takim terminie, który nie zahaczałby o wakacje. Jakoś musimy to przeżyć. Mam nadzieję, że wszyscy przyjmą to ze zrozumieniem.
Wszystkie roboty drogowe powinny się zakończyć do 15 listopada b.r.
t. s.
(więcej ,,GB" 14)
|
Krzemienie, bojki i laborce
W czasie wakacji w naszym regionie wchodzą do obiegu trzy dukaty lokalne: krzemienie – 20 czerwca w Komańczy, laborce - 27 czerwca w Medzilaborcach, bojki - 11 lipca w Ustrzykach D.

Krzemienie i laborce są pierwszymi „dukatami międzynarodowymi” w naszej części Europy. Obydwie monety - po 20 tys. sztuk – wykonane są z mosiądzu i mają średnicę 27 mm. Zaprojektował je artysta plastyk Robert Kotowicz, a wyprodukowała Mennica Polska SA w Warszawie.
Na krzemieniach, wyemitowanych przez Komańczę, widnieje - obchodzący w tym roku 135-lecie - tunel łupkowski oraz logo Komańczy. Weszły one do obiegu 20 czerwca podczas Międzynarodowych Spotkań przy Granicy „Radoszyckie źródełko”.
Na laborcach, firmowanych przez słowackie Medzilaborce, znalazła się cerkiew p.w. Św. Ducha oraz pomnik Andy’ego Warhola - najbardziej znanego przedstawiciela popartu, wywodzącego się spod Medzilaborzec. Ukażą się 27 czerwca podczas Festiwalu Kultury i Sportu w Medzilaboracach.
Za obie monety można kupować w oznaczonych punktach handlowych na terenie gminy Komańcza i miasta Medzilaborce do 2 sierpnia. Za 4 krzemienie można nabywać towary wartości 4 zł (tyle też płaci się za monetę). Zaś 1 laborec ma siłę nabywczą równą 1 euro (cena także 1 euro).
Dodatkowo ukaże się po 500 srebrnych monet kolekcjonerskich o nominale 40 krzemieni (cena 150 zł) i 10 laborców (cena 35 euro).
Gmina Ustrzyki D. - po sukcesie biesów, czadów i biesczadów – emituje bojki. Monety o nominale 7 bojków będą kosztować 7 zł i taka będzie ich siła nabywcza. Będzie można nimi płacić w oznaczonych placówkach handlowych i usługowych od 11 lipca do końca sierpnia.
Bojki o średnicy 27 mm wykonane zostaną wg projektu Andrzeja Nowakowskiego (autor projektów poprzednich monet ustrzyckich) z bimetalu. Producentem jest Mennica Polska SA.
Na rewersie bojków zasadniczy element graficzny stanowi – uznawana za perełkę bieszczadzkiej architektury - zabytkowa cerkiewka z podustrzyckiej Równi.
Oprócz 15 tys. dukatów z bimetalu wybitych zostanie z myślą o kolekcjonerach 500 monet ze srebra (cena 150 zł).
- Nasze monety można już zamawiać Internetem (www.bcit.ustrzyki-dolne.pl), telefonicznie (013-471-1130) lub telefonicznie – informuje szef Bieszczadzkiego Centrum Informacji i Promocji w Ustrzykach D. Michał Regiel.
t. s.
Fot. Dukaty lokalne są atrakcyjnymi pamiątkami z wakacji
Fot. UG Komańcza, BCIiP Ustrzyki D.
(więcej ,,GB" 13)
|
IX Podkarpacka Nagroda Samorządowa
Ustrzyki D. trzeci raz wśród liderów samorządności
W Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie 23 maja odbyły się obchody Dnia Samorządu Terytorialnego. Ich punkt kulminacyjny stanowiło podsumowanie IX edycji Podkarpackiej Nagrody Samorządowej, zorganizowanej przez „Nowe Podkarpacie” i Podkarpackie Stowarzyszenie Samorządów Terytorialnych.

W tym roku Podkarpacka Nagroda Samorządowa przebiegała pod hasłem „Nasza gmina, nasze miasto, nasz powiat na półmetku kadencji 2006-2010”. Komisja kwalifikacyjna PNS na podstawie nadesłanych przez samorządy materiałów nominowała po pięciu samorządowców w czterech kategoriach: powiat, miasta powyżej 35 tys. mieszkańców, miasta do 35 tys. mieszkańców i gminy.
Przy ich wyłanianiu brano pod uwagę m.in. inwestycje w latach 2007-2008, udział w programach rządowych, działania na rzecz ochrony środowiska, udział w konkursach oraz rankingach dla jednostek samorządu terytorialnego.
Z czterech piątek nominatów kapituła konkursu wybrała czterech laureatów: powiat – starosta powiatu lubaczowskiego Józef Michalik, miasto powyżej 35 tys. mieszkańców – prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc, miasto do 35 tys. mieszkańców – burmistrz Brzozowa Józef Rzepka, gmina – wójt gminy Jasło Stanisław Pankiewicz.
W piątce samorządowców nominowanych w kategorii miast do 35 tys. mieszkańców już po raz szósty (nieprzerwanie od 2004 r.) znalazł się ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Kapituła PNS tym samorządom, które przez trzy kolejne edycje typowano do wyróżnienia, przyznała dyplomy Liderów Samorządności. Ustrzyki D. znalazły się w tym dość elitarnym gronie (9 samorządów) już po raz trzeci.
- Na pewno to miłe – mówi H. Sułuja. – Ale istotne jest, że o pozycji naszej gminy nie decyduje uznaniowość, lecz konkretne wyniki. Należymy do czołówki miast Podkarpacia, jeśli chodzi o wielkość nakładów inwestycyjnych. W latach 2007-2008 zrealizowaliśmy 65 inwestycji za ponad 14 mln zł.
W tegorocznej PNS mieszkańcy mogli wybierać najpopularniejszych samorządowców. W tym plebiscycie wśród burmistrzów miast do 35 tys. mieszkańców wygrała Barbara Jankiewicz z Leska.
Podczas uroczystości w rzeszowskim WDK rozdano także nagrody Podkarpackiego Stowarzyszenia Samorządów Terytorialnych dla najzdolniejszych uczniów szkół średnich – po jednej osobie z każdego powiatu województwa podkarpackiego. Wśród jej laureatów znaleźli się Piotr Kołodziej z powiatu bieszczadzkiego i Magdalena Zdziebko z powiatu leskiego.
T. S.
Fot. Laureaci nagród dla najzdolniejszej młodzieży Podkarpacia
Fot. PUW
(więcej ,,GB" 12)
|
By prawdy nie wydarto
W całej Polsce trwa akcja sadzenia „dębów pamięci”. Polega ona na posadzeniu ku pamięci ofiar Katynia, Starobielska, Ostaszkowa 21 tys. 473 dębów. Wszystkie dęby mają już rosnąć w 70 rocznicę zbrodni katyńskiej.

Jeden dąb upamiętnia jedną osobę z listy katyńskiej. Stowarzyszenie „Parafiada” z Warszawy opracowało projekt, nad którym patronat honorowy objął prezydent RP Lech Kaczyński. Jego uczestnicy zobowiązują się do opieki nad dębem oraz upamiętnienia ofiary zbrodni, której jest poświęcony. Program opatrzono mottem ze słów Jana Pawła II: „Człowiek nie może pozwolić, żeby prawda została wydarta pod pozorem niczym nieograniczonej wolności, nie można zagubić w sobie krzyku sumienia, jako głosu Prawdy, która go przerasta, ale która równocześnie czyni go człowiekiem i stanowi o jego człowieczeństwie”.
Organizatorzy akcji pragną, aby młode pokolenie realizujące życiowe pasje i ambicje już w zintegrowanej Europie potrafiło być dumne ze swych korzeni i otaczać szacunkiem pamięć Polaków - bohaterów.
W Czarnej zasadzono trzy dęby. Upamiętniają one ppłka Bolesława Tronczyńskiego (ur. w 1893 r. w Piotrkowie Trybunalskim, zamordowanego w Charkowie w 1940 r.), ppłka Stanisława Grondalskiego, (ur. w 1894 r. Nowym Sączu, zamordowanego w Charkowie w 1940 r.) oraz ppłka Ludwika Grynkiewicz - Studnika (ur. w 1895 r. w Worobejowie, zamordowanego w 1940 r. w Katyniu). Dębami pamięci opiekować się będą uczniowie Gimnazjum i Szkoły Podstawowej w Czarnej oraz pracownicy miejscowego Urzędu Gminy.
Uroczystość sadzenia dębów pamięci rozpoczęła się mszą w kościele parafialnym w Czarnej Górnej, którą odprawił ks. dziekan Andrzej Majewski w asyście ks. katechety Szczepana Semenowicza. Po mszy gimnazjaliści przedstawili wzruszający program artystyczny, przygotowany pod kierunkiem Iwony Plezi, Barbary Basiurki i Anny Łysyganicz. W wierszach i pieśniach przedstawiono dramat sprzed 69 lat. Później wszyscy przeszli do parku, gdzie zasadzono młode drzewka. Pierwszy dąb posadził wójt Marcin Rogacki, drugi - Alicja Miesiączek – przedstawicielka Gimnazjum im. prof. Stefana Myczkowskiego, a trzeci - dyrektorka Szkoły Podstawowej im. I. Łukasiewicza Anna Łysyganicz.
W uroczystości udział wzięli także: przewodniczący Rady Gminy Adam Mehal, komendant PSG w Czarnej Jacek Siara, dyrektorka GOK Urszula Pisarska, przewodniczący Związku Wysiedlonych HT-1951 Franciszek Flak, Grzegorz Ćwieluch - przedstawiciel Nadleśnictwa Lutowiska oraz pracownicy gminy, radni, nauczyciele i inni mieszkańcy.
A. Łysyganicz
- koordynatorka lokalna projektu
Fot. M. Mehal
(więcej ,,GB" 11)
|
Jestem z życia zadowolony
Pod koniec kwietnia natknąłem się na Mikołaja Tomczyszyna w starostwie. – Co pan tu robi? – spytałem. – Paszport się skończył. Ostatni raz na Ukrainie byłem w listopadzie tamtego roku. Teraz wyrabiam nowy, by tam pojechać – odpowiedział pan Mikołaj.

Wydaje się, że nie ma w tym nic dziwnego. A jednak… Tydzień wcześniej - 20 kwietnia - pan Mikołaj obchodził setne urodziny. W świetlicy wiejskiej w Jałowem jego gośćmi byli – oprócz rodziny – przyjaciele, znajomi i sąsiedzi, koledzy ze Stowarzyszenia „HT -1951” i ze Związku Sybiraków, ksiądz z Jasienia, ustrzycki burmistrz, przewodniczący rady miejskiej i przedstawicielka KRUS-u…
„Dwieście lat!” jubilatowi zaśpiewały „Zamłynianki”, które pod przewodnictwem sołtyski, miały niemały udział w przygotowaniu „uczty prawie weselnej”. Był oczywiście szampan i były toasty. Nie zabrakło także innych trunków. O wina zadbał sam jubilat. Przywoził je - jak mówi – „na raty” z Ukrainy. - Dobre winka, mołdawskie, a nie jakieś dziadostwo – dodaje z dumą.
Dopóki nie skończyła się ważność jego paszportu, jeździł co jakiś czas na Ukrainę. – A co w tym takiego niezwykłego? - pyta. - Rano wsiadam do autobusu. W Ustrzykach za chwilę mam pociąg do Chyrowa. Dzień wcześniej dzwonię do znajomej z Chyrowa i mówię, co ma mi kupić. Jak pociąg przyjeżdża, ona już czeka z zakupami na stacji. Za chwilę pociąg wraca i wracam do domu.
Na przejściu w Krościenku pan Mikołaj – tak jak wszyscy pasażerowie pociągu – wychodzi z „towarem” do odprawy granicznej. Ostatnio jak oddał dokumenty, to pogranicznicy i celnicy nawzajem je sobie pokazywali. Nie mogli uwierzyć, że gość, który stoi w kolejce do odprawy, dobiega setki. Przynieśli mu krzesło…
Pan Mikołaj nie wygląda na sto lat. Sprawności fizycznej, bystrości umysłu i pozytywnego nastawienia do życia mogłoby mu pozazdrościć wielu ludzi młodszych nawet o kilkadziesiąt lat…
- To jest niesamowity człowiek – mówi jedna z jego sąsiadek. – Zawsze uśmiechnięty. Nigdy się nie skarży, nie narzeka… Lubi pożartować, pogadać… Lubi ludzi…
W Jałowem przeżył ponad połowę swojego życia. Wraz z rodziną został tu przesiedlony w 1951 r. w wyniku „Akcji H-T” z Uhnowa. - Wziąłem stamtąd ze sobą parę koni, krowy, 10 owiec i siano – opowiada jubilat. - Zacząłem gospodarować w Bieszczadach.
Przez 15 lat był sołtysem w Jałowem. Cieszył się zaufaniem mieszkańców i pewnie dłużej kierowałby sołectwem… - Ale okazało się, że sołtys powinien być w partii. Zaczęli mnie namawiać, żebym wstąpił - opowiada pan Mikołaj. – Powiedziałem im, że ja u Ruskich na wywózce byłem i do partii się nie zapisałem, to tym bardziej w Polsce się nie zapiszę. I skończyło się moje sołtysowanie.
Wraz z żoną prowadzili dość duże gospodarstwo. Utrzymywali się z pracy na roli, głównie z hodowli owiec. - Trzymałem nawet 80 baranów. Wtedy był ruch w interesie. Wełna szła, tuszki szły, skóry też - wspomina - Z żoną przeżyliśmy razem 64 lata. Była z tej samej wioski, co ja – Sałasze pod Uhnowem. Mieliśmy dużą gospodarkę. Było 17 ha do obrobienia. Pracy nie brakowało. Wychowaliśmy 3 córki. Mam 8 wnuków i 5 prawnuków. Dzisiaj nie mam za wiele roboty. Telewizję oglądam i wiem dobrze, co się na świecie dzieje.
Rzeczywiście bardzo dobrze wie, co się dzieje… Dałem mu się wciągnąć w dyskusję o aktualnej sytuacji politycznej w naszym kraju. Byłoby dobrze, gdyby nasi politycy usłyszeli, co o nich i ich wyczynach sądzi pan Mikołaj. Generalnie mierzi go to, że wszyscy dużo mówią o Polsce i Polakach, a niewiele dla niej i dla nich robią…
- Trochę w życiu przeszedłem. Różnie było. Ale jestem ze swojego życia zadowolony – mówi pan Mikołaj. - Na zdrowie nie mogę narzekać. Nigdy nie paliłem. W wojsku dawali nam tytoń. Zaraz go oddawałem innym, wymieniałem na coś innego. Wódkę wypiję. Sam nie, ale w towarzystwie nie odmówię.
T. S.
Fot. Pan Mikołaj miał na swoich setnych urodzinach niemało gości
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 10)
|
W 103 roku życia zmarł prof. Eugeniusz Waniek
Ze skarbca serca wydobywał dobro
W niedzielę Bożego Miłosierdzia - 19 kwietnia - w Krakowie zmarł w wieku 103 lat prof. Eugeniusz Waniek. Był wielką osobowością, niekwestionowanym autorytetem nie tylko w dziedzinie sztuki. Przy różnych okazjach mówił, że ma w sercu dwa miasta: Ustrzyki Dolne i Kraków. I to w takiej właśnie kolejności.

W uroczystości pogrzebowej, która w sobotę 25 kwietnia odbyły się na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie – oprócz rodziny, przyjaciół, znajomych, studentów i uczniów profesora – uczestniczyli przedstawiciele władz miejskich Krakowa i Ustrzyk Dolnych, Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie i Związku Polskich Artystów Plastyków. Wśród uczestników pogrzebu była też grupa mieszkańców Ustrzyk D. Kilka lat temu ustrzycka Rada Miejska przyznała E. Waniekowi honorowe obywatelstwo miasta nad Strwiążem.
Eugeniusz Waniek urodził się 28 października 1906 r. w Ustrzykach D. W dwa miesiące później został ochrzczony w kościele parafialnym w Jasieniu. Kiedy miał kilka miesięcy, stracił matkę. W 1909 r. jego ojciec Józef - miejscowy drogomistrz, aktywny i zasłużony dla miasta działacz społeczny - ożenił się z Marią Walter - wdową po oficerze powstania styczniowego majorze Józefie Walterze. Ich dom, dziś już nie istniejący, znajdował się przy ul. 29 Listopada niedaleko obecnej Szkoły Podstawowej nr 1.
Po zdaniu matury w 1926 r. w gimnazjum we Lwowie E. Waniek rozpoczął studia w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Studiował u prof. Teodora Axentowicza, którego był ostatnim żyjącym uczniem. Jego nauczycielami byli także Karol Frycz, Fryderyk Pautsch, Władysław Jarocki. Na jego dyplomie widnieje podpis rektora Wojciecha Weissa.
W 1934 r. wziął udział w wystawie I Grupy Krakowskiej w Krzemieńcu razem z m.in. Chwistkiem, Jaremianką, Lewickim, Marczyńskim, Sternem i Wicińskim. Współpracował z Józefem Mehofferem przy tworzeniu polichromii kościelnych. Tuż przed II wojną światową brał udział w wystawie Grupy 10 „Od Alego Bunscha do Eugeniusza Wańka”.
W sierpniu 1939 r. przyjechał na wakacje do Ustrzyk. Tutaj zastał go wybuch wojny, tutaj spędził całą okupację i działał w konspiracji (należał do Armii Krajowej – pseud. „Baśka”). Jednak okrutny los spotkał jego najbliższych - ojca, siostrę i jej dwie córki. Wiosną 1940 r. zatli wywiezieni przez sowietów do Kazachstanu, gdzie troje z nich w 1942 r. zmarło z głodu.
Z Ustrzyk, które po zakończeniu wojny na 6 lat znalazły się w granicach ZSRR, E. Waniek wyjechał w 1945 r. do Krakowa. Od 1946 r. był pedagogiem Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie, a w l. 1950-1977 wykładowcą w Akademii Sztuk Pięknych.
Miał kilkadziesiąt wystaw w Polsce i za granicą. Jego prace znajdują się m.in. w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Poznaniu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Biblioteki Narodowej w Warszawie.
Tragiczne losy najbliższych stanowią temat cyklu obrazów, w którego skład wchodzą m.in. ,,Sybiracy” (1990 r.), ,,Polacy na stepach Kazachstanu 1940” (1994 r.) i ,,Wywiezienie do Kazachstanu 1940” (1996 r.). W nieco inny sposób ujmuje to obraz ,,Łódź Charona” (1989 r.), na którym Charon przewozi przez Styks matkę, a Hermes doprowadza do brzegu trzy kolejne osoby – ojca, siostrę i siostrzenicę malarza. Tragedia rodzinna nabiera w obrazach E. Wańka szerszej wymowy i staje się uogólnieniem losu tych Polaków, których spotkały w okresie wojny i okupacji różne represje za to jedynie, że byli dobrymi Polakami. Jeszcze w czasie okupacji E. Waniek zaprojektował pomnik upamiętniający zbrodnię katyńską.
Fot. Prof. E. Waniek był honorowym obywatelem Ustrzyk Dolnych
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 9)
|
Zwierzyny w Bieszczadach przybywa
W ostatnich latach w lasach Bieszczadów i Podkarpacia wzrasta liczebność większości gatunków zwierzyny leśnej. Dowodzą tego wyniki ostatniej inwentaryzacji zwierzyny, przeprowadzonej w nadleśnictwach podległych Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie.

Wyraźnie przybywa zwierzyny łownej. O 10% wzrosła liczebność jeleni, których obecnie żyje w lasach podkarpackich ponad 8900. Jak nigdy liczne są też sarny, których naliczono prawie 37 tysięcy (w ciągu ostatniej dekady przybyło ich ponad 10 tysięcy). Liczebność łosia w ciągu ostatnich 2 lat się podwoiła. W lasach Podkarpacia żyją 124 łosie.
Po wielkim spadku liczebności w połowie lat 90. ub. w. odbudowuje się stopniowo populacja dzików. W 1995 r. było ich zaledwie 2,5 tysiąca. Teraz doliczono się zaś ponad 7 tysięcy dzików. Niestety, wciąż zmniejsza się liczba zajęcy i kuropatw. Wg ostatniej inwentaryzacji jest ich zaledwie po ok. 14 tysięcy. Tymczasem wyjątkowo dobrze mają się lisy. Obecnie jest ich prawie 11 tysięcy, podczas gdy w 2002 r. było ich 6 tysięcy i już wówczas stanowiły duże zagrożenie dla drobnej zwierzyny. Drobnej zwierzynie zagrażają również liczne kuny (5,3 tys.) i jenoty (1,5 tys.), zaś coraz liczniejsze wydry (2,6 tys.) powodują straty w gospodarstwach rybackich.
W bieszczadzkich i podkarpackich lasach liczne są także zwierzęta chronione. Żyje tu obecnie 290 żubrów, ponad 400 wilków, 240 rysi, 120 żbików, a ciągle zwiększających obszar swego bytowania niedźwiedzi jest ponad 120. Niezwykle ekspansywnych bobrów w samych lasach żyje już ponad 5,3 tys.
- Duża liczebność zwierzyny cieszy i może wbijać w dumę mieszkańców regionu, jednak z niepokojem patrzymy na wzrost powodowanych przez nią szkód – mówi dyrektor RDLP w Krośnie Edward Balwierczak. – W przypadku zwierzyny łownej mamy możliwość regulacji tego stanu w drodze odstrzałów i w procesie planowania podjęto już adekwatne do sytuacji decyzje. Natomiast jeśli chodzi o zwierzęta chronione, jak choćby bobry, to pieczę nad nimi sprawują służby konserwatorskie wojewody, zaś decyzję o ewentualnym odstrzale każdego zwierzęcia tego gatunku podejmuje minister środowiska.
Leśnicy działają na rzecz przywrócenia głuszca do podkarpackich lasów, prowadząc wiolierową hodowlę tego gatunku w Nadleśnictwie Leżajsk. Zasługą bieszczadzkich nadleśnictw jest natomiast przywrócenie żubra w górach. Lasy podkarpackie pełnią ważną role w zachowaniu różnorodności biologicznej, będąc miejscem życia największej w Polsce liczby gatunków.
Edward Marszałek
- rzecznik RDLP w Krośnie
Fot. W lasach Podkarpacia żyje 37 tysięcy saren
Fot. E. Marszałek
(więcej ,,GB" 8)
|
Na co gmina Ustrzyki D. wyda 60 milionów zł?
Pod koniec ub. r. ustrzycka Rada Miejska przyjęła budżet na 2009 r. Jednak jego zapisy bardzo szybko się zdezaktualizowały. Praktycznie na każdej sesji trzeba go było modyfikować. Na szczęście nie były to korekty w dół.

- Budżet, uchwalony w grudniu ub. r., jest nieaktualny zarówno po stronie dochodów, jak i wydatków. Starania o pozyskanie dodatkowych pieniędzy zakończyły się po naszej myśli. Dzięki temu nasz obecny budżet jest dużo lepszy od pierwotnie przyjętego - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Najwięcej z innych źródeł
Dochody ogółem wyniosą ponad 50 mln zł. Dochody własne gminy dadzą ok. 25 mln zł. Ok. 18 mln zł będzie pochodzić z subwencji, a 7,3 mln zł stanowią dotacje.
Dotacje to pieniądze z budżetu państwa przeznaczone na finansowanie zadań zleconych, przede wszystkim opieki społecznej. Na 18 mln subwencji składają się trzy rodzaje subwencji: oświatowa - 9,8 mln zł, wyrównawcza - 7,4 mln zł oraz równoważąca - 0,7 mln zł.
Na dochody własne złożą się: podatki i opłaty lokalne - 6,5 mln zł, udziały w podatkach PIT i CIT - 5,5 mln zł, dochody z majątku gminnego (m.in. dochody Bieszczadzkiego Centrum Informacji i Promocji i Międzyszkolnej Krytej Pływalni "Delfin" oraz z dzierżawy i sprzedaży majątku gminnego) - prawie 3,2 mln zł, a także dochody z innych źródeł - 8,5 mln zł.
Największa kwota w dochodach własnych pochodzi z "innych źródeł". Są to dodatkowe pieniądze pozyskane przez gminę z zewnątrz - z budżetu państwa i z programów unijnych.
W tym momencie pewne są pieniądze z Norweskiego Mechanizmu Finansowego EOG na zakończenie termomodernizacji placówek oświatowo-wychowawczych - 1,2 mln zł, również z Norweskiego Mechanizmu Finansowego EOG na rozwój współpracy transgranicznej - 560 tys. zł, z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na budowę wodociągów w Dźwiniaczu i Stańkowej - 4,1 mln zł, z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na poprawę funkcjonalności komunikacyjnej w Ustrzykach D. - 2,3 mln zł, z Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych (tzw. schetynówka) - 250 tys. zł - i z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji na usuwanie skutków powodzi - 200 tys. zł.
- Myślę, że nie są to wszystkie pieniądze, jakie uda nam się dla gminy zdobyć - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Mamy złożony wniosek o dofinansowanie budowy hali sportowej. Na pewno będziemy jeszcze składać wnioski o pieniądze na budowę basenów odkrytych, na rekultywację wysypiska śmieci, rozbudowę ciepłociągu w mieście i na modernizację świetlicy wiejskiej w Ropience, a także w kolejnym rozdaniu "schetynówek" na przebudowę ul. Wiejskiej.
Ustrzycki samorząd gminny liczy też na owocną współpracę z Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych w Krośnie, z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad Oddział w Rzeszowie, Podkarpackim Zarządem Dróg Wojewódzkich w Rzeszowie i Przedsiębiorstwem Górnictwa Nafty i Gazu SA Oddział w Sanoku.
Ponad 20 mln zł na oświatę
Na wydatki w 2009 r. ustrzycki samorząd gminny zaplanował ok. 59 mln zł. Największa część tej sumy - 20,3 mln - zł zarezerwowana została dla oświaty. - Z tej kwoty 85% pójdzie na pokrycie wydatków bieżących, czyli na wynagrodzenia pracowników i utrzymanie placówek oświatowo-wychowawczych - informuje H. Sułuja. - Warto zauważyć, że subwencja oświatowa to niecałe 10 mln zł. Drugie tyle dokładamy z budżetu gminy.
Na finansowanie szkół podstawowych przewidziano prawie 10 mln zł, gimnazjów - 3,7 mln zł, przedszkoli - 2,7 mln zł, MKP "Delfin" i MOEiW "Trójca" - 2 mln zł, oddziały zerowe przy podstawówkach - ponad 600 tys. zł, dowożenie uczniów - 430 tys. zł, stołówki szkolne - ponad 500 tys. zł - i edukacyjna opieka wychowawcza - ponad 270 tys. zł.
Opieka społeczna ma w budżecie zafiksowane 9,2 mln zł. Pieniądze te zostaną wydane na finansowanie Środowiskowego Domu Samopomocy w Ustrzykach D., pokrywanie kosztów pobytu mieszkańców ustrzyckiej gminy w Domu Pomocy Społecznej w Moczarach, a także na zasiłki, świadczenia rodzinne, dodatki mieszkaniowe i usługi opiekuńcze.
Administracja gminna będzie kosztować 3,7 mln zł. Z tej kwoty na urząd miejski przeznaczono 3,2 mln zł (w tym 2 mln 36 tys. zł na wynagrodzenia i pochodne). Rada miejska ma zagwarantowane 160 tys. zł. Dofinansowanie zadań urzędu wojewódzkiego będzie wymagać dołożenia 250 tys. zł.
Rekord w inwestycjach
Tak dużych pieniędzy na inwestycje ani tylu inwestycji do tej pory jeszcze nie było. Na wydatki inwestycyjne w 2009 r. przewidziano wyłożenie prawie 20 mln zł!
Najważniejsze gminne inwestycje to…
Fot. Jedną z tegorocznych inwestycji ustrzyckich będzie przebudowa ul. Korczaka
Fot. M. Szewczyk
(więcej ,,GB" 7)
|
Podzielono 106 milionów zł na infrastrukturę oświatowa w województwie podkarpackim
Bieszczady dostaną 8 milionów
Zarząd Województwa Podkarpackiego 11 marca ocenił projekty „oświatowe” zgłoszone do Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013. Wybrano do dofinansowania 44 wnioski. Wśród nich znalazły się trzy projekty „bieszczadzkie”, które mają otrzymać wsparcie w wysokości prawie 8 mln zł.

Ogromne potrzeby – większa forsa
Pierwotnie na to rozdanie planowano ponad 78 mln zł. Podczas naboru wpłynęło z całego województwa 146 projektów. Wnioskowano w nich o dofinansowanie w wysokości 330 mln zł.
Do ocen merytorycznej zakwalifikowało się 140 wniosków. W wyniku tej oceny 44 z nich uzyskały wymaganą liczbę punktów (minimum 40 pkt.) i przeszły do etapu oceny strategicznej.
- Widząc ogromne potrzeby w zakresie infrastruktury oświatowej, a także uwzględniając zwiększenie ilości środków w wyniku zmiany kursu euro, Zarząd Województwa Podkarpackiego zadecydował o wybraniu do dofinansowania wszystkich 44 wniosków, które pozytywnie przeszły przez ocenę merytoryczną - informuje rzeczniczka prasowa Zarządu Województwa Podkarpackiego Aleksandra Gorzelak-Nieduży.
Łączna kwota na dofinansowanie wybranych w tym rozdaniu projektów wynosi ponad 106 mln zł.
Z trzech projektów bieszczadzkich największe wsparcie otrzyma gmina Ustrzyki D. - ponad 4 mln 842 tys. zł. Dla powiatu bieszczadzkiego przewidziano 2 mln 261 tys. zł. Projekt powiatu leskiego uzyska z RPO WP 850 tys. zł.
Koszty w dół, jakość w górę
Powiat leski złożył wniosek „Nowoczesna baza edukacyjna szansą dla każdego”. Całkowity koszt projektu to prawie 1 mln 218 tys. zł. Dofinansowanie z RPO WP stanowi 70% tej kwoty.
- Nasz projekt wiąże się z Zespołem Szkół Drzewnych im. M. Kopernika w Lesku – informuje wicestarosta leski Stanisław Szelążek. – Chodzi o zmianę systemu ogrzewania. Trzeba wybudować dla tej szkoły oddzielną kotłownię, ponieważ przy przesyłaniu ciepła z kotłowni przy bursie są duże straty. Ale najważniejsza część zadania to remont i modernizacja warsztatów szkolnych, które muszą także zostać lepiej, nowocześniej wyposażone. W wyniku realizacji tego projektu powinny też powstać dodatkowe sale lekcyjne. Wg mnie jest to sensowne przedsięwzięcie: pozwoli na obniżenie kosztów utrzymania szkoły i na poprawę jakości jej bazy edukacyjnej.
Wybór wniosków do dofinansowania ma charakter warunkowy. Uzyskanie tych pieniędzy jest uzależnione od przedłożenia przez wnioskodawców w wyznaczonym terminie wszystkich wymaganych dokumentów i załączników.
- W najbliższych dniach zajmiemy się dopracowaniem szczegółów – dodaje S. Szelążek.-Myślę, że wszystkie dokumenty, które trzeba będzie dołączyć, przygotujemy w terminie.
Wielki lifting BZSZ
Powiat bieszczadzki wystartował z projektem „Przebudowa budynku oraz budowa kompleksu sportowego Bieszczadzkiego Zespołu Szkół Zawodowych w Ustrzykach D.” Przedsięwzięcie to ma kosztować przeszło 3 mln 400 tys. zł. Wsparcie z RPO WP wyniesie ponad 2 mln 260 tys. zł.
- Mamy otrzymać takie dofinansowanie, jakiego oczekiwaliśmy – mówi starosta bieszczadzki Krzysztof Gąsior. – Wreszcie BZSZ będzie kompleksowo wyremontowany.
Projekt radykalnego liftingu BZSZ obejmuje przebudowę stropodachów na dachy wielospadowe, odwodnienie budynków, termomodernizację (docieplenie stropu nad ostatnią kondygnacją oraz ścian zewnętrznych i fundamentów, wymianę stolarki okiennej i drzwiowej, modernizację instalacji c.o.), wymianę w korytarzach boazerii na płytki gresowe, remont i wyposażenie łazienek, przystosowanie budynku do potrzeb osób niepełnosprawnych (budowa podjazdu, budowa windy, likwidacja progów, adaptacja łazienek) oraz zastąpienie w sali sportowej parkietu wykładziną typu „Rond 42 Sport”.
Ważną część projektu stanowi budowa infrastruktury sportowej. Przy szkole powstaną boiska (uniwersalne, do koszykówki i do siatkówki) o nawierzchni ze sztucznej trawy oraz bieżnie i skocznia do skoku w dal. Bieżnie i rozbieg skoczni mają być pokryte tartanem.
- Teraz szybko uzupełnimy dokumenty – uzupełnia K. Gąsior. - Jak tylko podpiszemy umowę na dofinansowanie, ogłaszamy przetargi i zaczynamy roboty. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku ruszymy.
Prace zostaną rozłożone na 3 lata. Dzięki temu powiatowi będzie łatwiej zebrać pieniądze na wkład własny.
Trzy lata do hali
Gmina Ustrzyki D. zgłosiła do RPO WP projekt „Budowa hali sportowej w Ustrzykach D. szansą na równy dostęp do infrastruktury sportowej uczniów z terenów gmin bieszczadzkich”. Wg kosztorysu na halę trzeba będzie wyłożyć ponad 16 mln zł.
- Mamy z RPO WP otrzymać nieco ponad 4 mln 800 tys. zł. Zdajemy sobie sprawę, że ze swojego budżetu musimy wyskrobać ponad dwa razy więcej. Ale nie widać na horyzoncie projektu, w którym można byłoby uzyskać na ten cel wyższe wsparcie – stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Ustrzycka gmina będzie jednocześnie prowadzić dwie duże inwestycje rekreacyjno-sportowe: kompleks basenów otwartych i hala widowiskowo-sportowa. Na ich realizację potrzeba ok. 20 mln zł. - Oj, to kupa pieniędzy! – mówi H. Sułuja. - Myślę. Że jakoś damy sobie radę. Na te obiekty przeznaczymy pieniądze uzyskane ze sprzedaży ośrodka w Trójcy i terenu b. pływalni przy ul. PCK.
Budowa hali ma potrwać 3 lata. Główna część robót przypadnie na lata 2010-2011.
Hala stanie na placu między budynkiem Gimnazjum nr 1 ZSP nr 1 w Ustrzykach D. a Strwiążem. Będzie obiektem wielofunkcyjnym. Arena główna do gier zespołowych ma mieć 44 m długości, 22 m szerokości i do 12,5 m wysokości. Będą w niej wyznaczone boiska do piłki ręcznej, koszykówki, siatkówki, halowej piłki nożnej, tenisa ziemnego i badmintona. Zaplanowano też dwie dodatkowe sale treningowe – siłownia i fitness.
Ponieważ obiekt będzie pełnił także funkcję hali widowiskowej, zostanie wyposażony w rozbieralną scenę. Na widowni stałej będzie 480 miejsc. Do tego mają dojść trybuny składane, dzięki którym będzie można jeszcze uzyskać miejsca dla 300 widzów.
- Mamy pełną dokumentację z pozwoleniami na budowę – dodaje ustrzycki burmistrz. – Myślę więc, że z dokumentami nie powinno być kłopotów.
Tadeusz Szewczyk
Fot. Za 3 lata uczniowie BZSZ powinni mieć o wiele lepsze warunki nauki i uprawiania sportu
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 6)
|
OD BIESA DO COUBERTINA
Gdyby spadła marznąca mżawka, cały program artystyczny by się posypał. Na odkrytej scenie ciężko byłoby zatańczyć, a na szczudłach po lodzie nie dałoby się zrobić ani kroku. Również porywisty wiatr pokrzyżowałby szyki artystom, bo występy z płonącymi kołami stałyby się niebezpieczne. Na szczęście, tym razem niebo okazało się litościwe i pogoda niczego nie zepsuła.

Dzięki temu 24 lutego oficjalne otwarcie XV Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Sportach Zimowych w ustrzyckim rynku przebiegło zgodnie z planem. Wypadło zaś – w ocenie gości z zewnątrz – ciekawie i widowiskowo.
– To było coś innego niż zwykle przy takiej okazji, a jednocześnie mocno wiązało się z regionem, który jest gospodarzem zawodów – oceniał na gorąco jeden z radnych sejmiku województwa podkarpackiego.
O zmroku przez centrum miasta przeszła defilada sportowców z poszczególnych województw. Prowadziła ich orkiestra miejska. Kolumnę zamykali zawodnicy i trenerzy z województwa podkarpackiego, wśród których przeważali reprezentanci klubów ustrzyckich - MKS „Halicz” i UKN „Laworta”.
Na otwarcie olimpiady, pomimo dość solidnego mrozu, przybyli m.in.: wojewoda podkarpacki Mirosław Karapyta, marszałek województwa podkarpackiego Zygmunt Cholewiński, parlamentarzyści, radni sejmiku województwa podkarpackiego, bieszczadzcy samorządowcy oraz – nadspodziewanie licznie - mieszkańcy Ustrzyk D. i okolic.
Gdy sportowcy ustawili się na deptaku, powitał ich, trenerów, działaczy sportowych i wszystkich gości ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
- Jesteśmy zaszczyceni, że tegoroczna olimpiada odbywa się właśnie tu. Jest to największe wydarzenie sportowe w naszym mieście i zarazem święto dla młodzieży z całej Polski – powiedział H. Sułuja. - Chciałbym, żebyście się czuli w naszym mieście jak najlepiej i byście znaleźli czas, by poznać je bliżej. Jestem przekonany, że dla wielu z was zawody w Ustrzykach D. - na stokach Gromadzynia czy Laworty albo na trasie biegowej pod Żukowem - staną się początkiem wielkich karier sportowych.
– Cieszę się, że na Podkarpacie tak licznie przyjechali zawodnicy z całej Polski. Udział w XV Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży jest wielką szansą na zaprezentowanie talentów i umiejętności, a jednocześnie wyzwaniem, które wymaga wielkiego hartu ducha i odporności – mówił do młodych sportowców marszałek województwa podkarpackiego Zygmunt Cholewiński. – Pamiętajcie, że – jak mówi sentencja – „różnica między zwycięzcą a przegranym to nie talent, ale wytrwałość w dążeniu do celu”.
Oficjalną formułę otwarcia olimpiady wypowiedział marszałek województwa podkarpackiego Mirosław Karapyta. Potem przy dźwiękach „Mazurka Dąbrowskiego” (odegranego mimo kilkunastostopniowego mrozu przez orkiestrę miejską) na maszt została wciągnięta flaga narodowa. Po chwili obok niej zawisły przy wtórze „Hymnu olimpijskiego” flagi olimpijska i województwa podkarpackiego. Poczet sztandarowy stanowili: Piotr Fundanicz, Krystian Klimek, Kamil Szmyd i Damian Pasterczyk.
I chyba najbardziej podniosły moment ceremoniału – zapalenia znicza olimpijskiego. Zapaliła go Ewelina Marcisz w asyście Henryka Domańskiego i Artura Bobreckiego. Aleksandra Łukaszyk odczytała apel olimpijski: - Dbajmy o to, aby sport pełnił ważną rolę w naszej edukacji i narodowej kulturze. Znamienne są słowa Henryka Sienkiewicza, który pisał: „Słynęliśmy kiedyś z rycerstwa, siły i odwagi. Dziś, żyjąc w odmiennych warunkach, winniśmy na sportowym gruncie pielęgnować i rozwijać powyższe cechy”. Starajmy się być wierni temu przesłaniu!
W imieniu sportowców ślubowanie złożył Piotr Fundanicz, a w imieniu sędziów - sędzia międzynarodowy Stanisław Dutka, który towarzyszy zmaganiom narciarzy od prawie pół wieku.
Po zakończeniu ceremoniału olimpijskiego przyszedł czas na dekorację tych uczestników współzawodnictwa, którzy 23 i 24 lutego najlepiej spisali się w slalomie gigancie i w biegach narciarskich.
W części artystycznej wystąpił Teatr Formy „Parra” z Ustrzyckiego Domu Kultury i zaprzyjaźniony z „Parrą” zespół „Widymo” z Sanoka. Przygotowane wg scenariusza i w reżyserii Grażyny Kaznowskiej-Chrapko widowisko ilustrowało ruchem, muzyką, pieśniami, słowem i światłem dzieje Bieszczadów od czasu, gdy - wg legendy - hasały tu biesy z czadami, aż po dzień otwarcia XV Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży.
Na koniec niespodzianka - kilkunastominutowy pokaz fajerwerków. Było głośno i kolorowo. Ale sztuczne ognie nie przełamały mrozu.
Większość sportowców nie dotrwała do finału uroczystości. Następnego dnia rano czekały ich kolejne biegi pod Żukowem i slalom na Gromadzyniu. Nikt nie chciał się przeziębić tuż przed startem.
T. S.
Fot. A. Górski
(więcej ,,GB" 5)
|
„Biesczady” już są!
Na 10 dni przed wejściem do obiegu „Biesczady” przeniosły się z Mennicy Polskiej w Warszawie w Bieszczady. „Biesczady” to trzecia moneta lokalna (wcześniej były „Biesy” i „Czady”) wyemitowana przez Ustrzyki Dolne.

- Auto miało co wieźć! – mówi szef Bieszczadzkiego Centrum Informacji i Promocji w Ustrzykach D. Marcin Budzyk. – Wszystkie dukaty ważą ponad 200 kg.
„Wszystkie dukaty” to 20 tysięcy monet o nominale 4 „Bieszczady” i 500 monet z nominałem 40 „Bieszczadów”. Te pierwsze mają średnicę 27 mm i wykonane są z mosiądzu. Będą one kosztować 4 zł i taką też będzie ich wartość nabywcza. Do końca maja będzie można nimi płacić w ustrzyckich restauracjach, barach, pizzeriach, a także w pływalni „Delfin”. W większości tych placówek na życzenie kupującego może być nimi wydawana reszta.
Za monety o nominale 40 „Biesczadów” trzeba będzie zapłacić znacznie drożej – 150 zł. Są one zrobione ze srebra i mają średnicę 32 mm.
„Biesczady” zostały zaprojektowane przez Andrzeja i Rossanę Nowakowskich. Na rewersie znalazły się postaci Biesa i Czada. Na poprzednich monetach obaj ci bohaterowie legendy Mariana Hessa już występowali, ale oddzielnie. Główny motyw awersu stanowi herb Ustrzyk D.
Najnowszy pieniądz ustrzycki oficjalnie ujrzy światło dzienne 24 lutego podczas uroczystego otwarcia XV Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Sportach Zimowych.
Na najnowsze dukaty lokalne można było się zapisywać od 9 stycznia b.r. w Bieszczadzkim Centrum Informacji i Promocji w Ustrzykach D. Zainteresowanie było tak duże, że konieczne stało się wprowadzenie limitów ilościowych.
- Gdybyśmy tych ograniczeń nie wprowadzili, to pewnie byłoby już po „Biesczadach” – stwierdza M. Budzyk. – Zapisało się prawie 400 osób z całej Polski. Na zapisy pójdzie ponad 12 tysięcy monet mosiężnych. Srebrne są już prawie wszystkie rozparcelowane.
T. S.
Fot. – Po tym, co działo się z „Biesami” i „Czadami”, nie boimy się, że „Biesczady” nie wypalą – mówi Marcin Budzyk
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 4)
|
Trójca pod młotek!
Ustrzycka Rada Miejska jednogłośnie podjęła uchwały, które otwierają drogę do wystawienia ośrodka wypoczynkowego w Trójcy na przetarg. Trójca zostanie sprzedana w wyniku wspólnej transakcji gminy Ustrzyki D. i Agencji Nieruchomości Rolnych Oddział w Rzeszowie.

Niedawno Urząd Rady Ministrów przekazał swój Ośrodek Recepcyjno-Wypoczynkowy „Trójca” w Trójcy gminie Ustrzyki Dolne. Formalne przekazanie nastąpiło 19 grudnia ub. r.
Na razie funkcjonuje on jako Międzyszkolny Ośrodek Edukacji i Wypoczynku w Trójcy i jest jednostką podległą gminie. Jednak kres jego działania w tej formule wydaje się bliski.
Nauka nie poszła w las
- Kiedyś nasza gmina przejęła ośrodek w Arłamowie i później nim przez jakiś czas zarządzała. Tamtych doświadczeń nie zapomnieliśmy – stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Przejmując Trójcę, zdawaliśmy sobie sprawę, że losy tego ośrodka mogą być podobne.
Gmina Ustrzyki D. na początku lat 90. ub. w. przejęła od Urzędu Rady Ministrów ośrodek wypoczynkowy URM w Arłamowie. Zmieniali się zarządcy, zmieniały się pomysły na działanie ośrodka, lecz jedno pozostawało bez zmian: ośrodek był ciągle na deficycie i - zamiast zysków - przynosił coraz większe straty.
W końcu zdecydowano się na – wówczas uznawane za kontrowersyjne i radykalne – rozwiązanie: sprzedano go na przetargu firmie prywatnej. Dzisiaj „Arłamów” ma się dobrze i regularnie odprowadza do budżetu gminy podatki.
Obecnie Trójca jest w identycznej sytuacji, jak był Arłamów tuż po przejściu pod gminę: jest własnością gminy i generuje straty. Na podstawie planu finansowego, przedstawionego przez kierownika tego ośrodka, widać, że przedsięwzięcie w dalszym ciągu nie będzie rentowne.
- Poza tym ośrodek ma już swoje lata i trzeba byłoby go gruntownie zmodernizować i doposażyć. Gmina, gdyby chciała go nadal prowadzić, musiałaby więc wyłożyć duże pieniądze – dodaje H. Sułuja. - Chłodna kalkulacja nakazuje sprzedaż i to jak najszybszą. Nie będzie ona jednak tak szybka, jak byśmy chcieli, bo procedury związane z przetargiem mogą potrwać nawet pół roku.
Majątek do scalenia, pieniądze do podziału
Przekazany gminie majątek to cztery domki w stylu góralskim wraz z wyposażeniem. Nieruchomości gmina otrzymała nieodpłatnie. Za majątek ruchomy musiała zapłacić.
Szkopuł w tym, że ośrodek, choć jest ogrodzony i na oko stanowi zwartą całość, takiej całości nie stanowi. Składa się z czterech osobnych działek o powierzchni łącznej ok. 4 ha. Te działki zaś rozdzielone są i otoczone gruntami, którymi w imieniu Skarbu Państwa zawiaduje Agencja Nieruchomości Rolnych Oddział w Rzeszowie.
Chcąc zwiększyć wartość rynkową ośrodka, należy go wystawić na sprzedaż wraz z dzielącymi te działki gruntami oraz terenami otaczającymi cały kompleks. Aby do tego doszło, gmina musi dogadać się z ANR.
- Zrodziła się, jak myślę, dobra koncepcja wspólnej sprzedaży nieruchomości i gruntów przez gminę i agencję - mówi wicedyrektor rzeszowskiego oddziału ANR Jerzy Borcz. - Doszliśmy do wniosku, że aby uatrakcyjnić ten „produkt”, do majątku przejętego przez gminę ANR dołoży ok. 50 ha gruntów.
- Jako ANR wnosimy nie tylko grunty, ale i inne składniki majątkowe. Na naszym terenie, który ma być objęty przetargiem, są trzy budynki mieszkalne, które też stanowią pewną wartość – uzupełnia główny specjalista ds. nieruchomości ANR Jerzy Białek.
- Jesteśmy po rozmowach z ANR – stwierdza ustrzycki burmistrz. – Ustaliliśmy, że rzeczoznawcy wycenią nasze majątki oddzielnie, ogłosimy wspólny przetarg na sprzedaż ośrodka i przylegających doń gruntów, a później proporcjonalnie podzielimy się pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży.
Fot. Ośrodek w Trójcy to cztery stylowe domki ze stylowymi wnętrzami
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 3)
|
Po „Biesach” i „Czadach”…
Nadchodzą „Biesczady”
Za miesiąc Ustrzyki Dolne będą mieć kolejnego dukata lokalnego. Po ubiegłorocznych „Biesach” i „Czadach” wychodzą – będące wynikiem ich połączenia – „Biesczady”.

– Na „Biesach” i „Czadach” jesteśmy do przodu – mówi szef Bieszczadzkiego Centrum Informacji i Promocji w Ustrzykach D. Marcin Budzyk. - Chodzi nie tylko o promocję, ale i o finanse. Dlatego zdecydowaliśmy się na emisję kolejnej monety lokalnej.
„Biesy” i „Czady” nie wróciły
„Biesy” i „Czady” z miedzioniklu można było nabywać po 3 zł. Za taką też kwotę można było za nie kupować towary w tych placówkach handlowych, usługowych i turystycznych, które zdecydowały się je honorować. Potem zaś można je było w BCIiP wymienić na złotówki.
Oprócz tego w niewielkim nakładzie zostały wypuszczone srebrne monety – „30 Biesów” i „30 Czadów”. Kosztowały 150 zł za sztukę.
Żadna z tamtych monet lokalnych - srebrnych i miedzioniklowych - nie została wykorzystana jako środek płatniczy ani nie wróciła do wymiany. Wszystkie wzbogaciły zbiory numizmatyków albo stały się atrakcyjnymi pamiątkami z Bieszczadów.
Wychodzą „Biesczady”
Powodzenie ustrzyckich monet bliźniaczych, wyemitowanych w ub. r., stało się zachętą do pójścia za ciosem. Stąd decyzja o emisji „Biesczadów”.
Nowe dukaty lokalne - „4 Biesczady” - zostaną wykonane przez Mennicę Polską z miedzioniklu. Będą mieć średnicę 27 mm – o 5 mm większą od poprzednich monet. Zaprojektował je Jerzy Nowakowski, który również wymyślił wzory „Biesów” i „Czadów”. Na rewersie znajdują się postaci obu bohaterów legendy Mariana Hessa. Główny motyw awersu to herb Ustrzyk D.
Mennica wypuści 20 tys. miedzioniklowych „biesczadówek”. Nowe monety będą kosztować 4 zł i – podobnie jak poprzednimi – będzie można nimi płacić do końca maja br. głównie w ustrzyckich restauracjach, pizzeriach, barach czy pływalni.
Oprócz dukatów miedzioniklowych wyjdzie 500 sztuk srebrnych monet o nominale „40 Biesczadów” i o średnicy 32 mm. Będą one kosztować 150 zł.
Wprowadzono limity
Oficjalnie „Biesczady” wejdą do obiegu 24 lutego br. podczas uroczystego otwarcia w ustrzyckim rynku XV Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Sportach Zimowych. Ale już można je zamawiać, kontaktując się z Bieszczadzkim Centrum Informacji i Promocji w Ustrzykach D.
- Zapisy na nowe monety prowadzimy od 9 stycznia – informuje M. Budzyk. – W ciągu kilku dni zgłosiło się już ponad 150 chętnych. Niektórzy chcieli zamówić po kilkaset sztuk. W związku z tak dużym zainteresowaniem wprowadziliśmy limity.
Zgodnie z przyjętymi ograniczeniami można zamówić maksymalnie po dwie monety srebrne i po trzydzieści z miedzioniklu.
Szczegóły na temat „Biesczadów” i zapisów na nie pod numerem telefonu BCIiP: 013-471-11-30.
T. Szewczyk
Fot. BCIiP UD
(więcej ,,GB" 2)
|
Czwórka w dziesiątce
Po raz pierwszy Wyższa Szkoła Zarządzania w Rzeszowie i „Nowiny” opracowały ranking „Aktywna gmina Podkarpacia”. O tym, jakie miejsce zajmują w nim poszczególne gminy, decydowała suma punktów, uzyskanych w wyniku uwzględnienia 11 wskaźników.

Wyniki rankingu ogłoszono 29 grudnia w sali kolumnowej Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie. Przedstawiciele czołowej dziesiątki gmin odebrali nagrody: pierwsza trójka statuetki, następna siódemka – plakietki. Byli wśród nich reprezentanci czterech gmin bieszczadzkich.
Miejsce w rankingu wyznaczała suma punktów, otrzymana po przeliczeniu na miejsce wśród 159 podkarpackich gmin każdego z 11 wskaźników. Im niższa suma punktów za miejsca we wszystkich wskaźnikach, tym wyższa lokata w rankingu. Zestawienie przygotowano na podstawie sprawozdań gmin za 2007 r.
Pod uwagę wzięto udziały dochodów własnych w dochodach ogółem, wydatków inwestycyjnych w wydatkach ogółem i w dochodach ogółem, stosunek liczby pracujących do liczby mieszkańców i liczby prowadzących działalność gospodarczą do liczby mieszkańców, liczbę podmiotów gospodarczych na 100 mieszkańców oraz przeliczone na 1 mieszkańca dochody ogółem, dochody własne, wydatki ogółem, wydatki inwestycyjne oraz środki pozyskane ze źródeł zewnętrznych (bez dotacji i subwencji ogólnych).
Najwyżej w rankingu uplasował się Rzeszów. Druga lokata przypadła Krosnu. Obydwa te miasta mają dość wysokie pozycje w każdym z rankingowych kryteriów.
Na trzecim miejscu znalazła się pierwsza z gmin bieszczadzkich – Solina. O miejscu Soliny na podium zadecydowały przede wszystkim najwyższe w województwie wydatki ogółem i wydatki inwestycyjne na 1 mieszkańca oraz drugie miejsce pod względem dochodów własnych na 1 mieszkańca. Solina uplasowała się najwyżej z gmin wiejskich.
Drugie miejsce wśród gmin wiejskich, a piąte w ogóle zajęła Cisna. Tak wysoką lokatę zawdzięcza Cisna głównie najwyższym dochodom ogółem i własnym na 1 mieszkańca oraz drugim miejscom pod względem wydatków ogółem na 1 mieszkańca oraz stosunku liczby prowadzących działalność gospodarczą do liczby mieszkańców i liczby podmiotów gospodarczych na 100 mieszkańców.
Lutowiska zostały sklasyfikowane na siódmym miejscu. Ich lokata to w dużej mierze premia za pierwsze miejsca pod względem udziału liczby osób prowadzących działalność gospodarczą i liczby podmiotów gospodarczych na 100 mieszkańców oraz za trzecie miejsca pod względem dochodów ogółem i dochodów własnych na 1 mieszkańca.
Pierwszą dziesiątkę zamykają Ustrzyki Dolne, które jednocześnie są w rankingu najwyżej sklasyfikowaną gminą miejsko-wiejską. Wysoka pozycja miasta nad Strwiążem wynika z faktu, iż we wszystkich 11 kryteriach mieści się ono relatywnie wysoko: pomiędzy 16 a 55 miejscem.
Gmina Baligród zajęła 21 miejsce. Tuż za nią uplasowała się ściśle współdziałająca z gminami bieszczadzkimi Komańcza. Gminie Czarna przypadła 64 lokata. Na 72 miejscu znalazła się gmina Olszanica. Najniżej z gmin bieszczadzkich – na 79 miejscu – znalazło się Lesko.
T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 1)
|
|
|
Bogu dzięki, koniec męki!
Mała obwodnica bieszczadzka jest już przejezdna. Likwidujący usuwisko w Polanie dotrzymali słowa. Obiecywali, że skończą roboty na Mikołaja. Tymczasem oficjalnie zakończono je przed Barbórką.

Małą pętlę bieszczadzką 12 września 2007 r. zamknięto dla ruchu kołowego na odcinku Polana-Czarna. Winne temu były trwające ponad tydzień intensywne deszcze. - Wskutek długotrwałych opadów korpus drogi tak się nawodnił, że nie udźwignął swojego ciężaru i nastąpił obryw – wyjaśnia Kazimierz Surmacz z Podkarpackiego Zarządu Dróg Wojewódzkich w Rzeszowie.
Zjechało w dół nie tylko pobocze barierami ochronnymi, ale i znaczna część ziemi spod samej jezdni. Drogę trzeba było zamknąć. Nie było innego wyjścia.
Krócej się nie dało
Droga była nieprzejezdna przez ponad rok. Niektórzy mówią, że to stanowczo za długo. Inni zaś twierdzą, że szybciej nie było można…
- Badania geologiczne i ich dokumentowanie trwało do końca 2007 r. W styczniu zleciliśmy projekt budowlany. Jego opracowanie trwało 4 miesiące. Uzyskaliśmy pozwolenie na budowę i w maju ogłosiliśmy przetarg na wykonawstwo. W połowie czerwca firma weszła na plac budowy. W lipcu i wrześniu lało i to przedłużyło roboty o ponad miesiąc – relacjonuje przebieg prac K. Surmacz. – Bywało, że roboty prowadzono nocą, bo nie chcieliśmy mieszkańców pozostawić na kolejną zimę bez możliwości przejazdu.
Kierowcy, którzy przejeżdżają oddaną do użytku drogą, nie kryją ulgi. – Długo to trwało, ale wreszcie jest – mówi jeden z nich. – Bogu dzięki, koniec męki!
Szybkie pieniądze
Kiedy doszło do obrywu, wiadomo było, że naprawa drogi będzie kosztować. I to niemało. Pojawiły się obawy, czy uda się zdobyć pieniądze.
Pieniądze znalazły się niemal natychmiast. Biuro ds. Usuwania Klęsk Żywiołowych na wniosek marszałka województwa podkarpackiego zapewniło środki na sfinansowanie tych prac z budżetu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.
- Chcąc wszystko zrobić zgodnie z prawem, musiało tyle potrwać. Nie można było sobie pozwolić na żadne niejasności czy niedociągnięcia – stwierdza wicemarszałek województwa podkarpackiego Bogdan Rzońca. – Nie wszystko zależało od ludzi i od pieniędzy. Sporo zależało też od pogody i od prawa.
Odbudowa tego odcinka drogi kosztowała ponad 3 mln 300 tys. zł.
Krpus na palach
Likwidacją skutków obrywu zajęło się konsorcjum, złożone z Zakładu Specjalistycznych Robót Wiertniczych Jacka Bosaka z Gdyni i Przedsiębiorstwa Robót Drogowych i Mostowych Sp. z o.o. z Sanoka. Podjęło się ono niełatwego zadania.
- Warunki terenowe mocno utrudniały wykonawstwo: wąwóz o stromych zboczach, poruszanie się sprzętu do robót ziemnych bardzo trudne, praca ludzi uciążliwa – mówi Jacek Bosak. – Główna trudność polegała na konieczności ustabilizowania podłoża pod korpusem drogi. Zastosowaliśmy nowatorskie technologie. Do umocnienia gruntu wykorzystaliśmy pale wiercone formowane w gruncie typu DSM. Sam korpus drogowy odbudowano przy użyciu geowłóknin i angielskich siatek stalowych typu „Terramesh”.
W prostokącie o wymiarach 20 m x 30 m, będącym newralgiczną częścią usuwiska, w celu wzmocnienia podłoża wbudowano 146 pali cementowo-gruntowych o średnicy 0,5 m, rozstawionych co 2 m. Głębokość niektórych pali sięgała 20 m. Łączna długość wszystkich pali to 1640 m. Te dane dają jakieś wyobrażenie o skali robót.
Ponadto…
Fot. Prace przy likwidacji usuwiska zakończyły się oficjalnie 2 grudnia
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 25)
|
"Trójca" idzie pod samorząd
Decyzja już zapadła. Urząd Rady Ministrów przekaże swój Ośrodek Recepcyjno-Wypoczynkowy "Trójca" w Trójcy gminie Ustrzyki Dolne. Termin formalnego przekazania wyznaczono na 19 grudnia.

- Od ponad roku zabiegaliśmy o to, żeby przejąć ten ośrodek - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Wystąpiliśmy do URM-u o przekazanie go na rzecz gminy. Pierwsze kroki zostały poczynione o wiele wcześniej. Gmina jeszcze na mocy decyzji wojewody krośnieńskiego stała się właścicielem gruntu, na którym ośrodek się znajduje. Kiedy pojawiła się informacja, że URM będzie rezygnował z części rządowych ośrodków wypoczynkowych, podjęliśmy rozmowy z Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Kancelaria potraktowała nasz wniosek poważnie i nie szukała przeszkód. Bardzo rzeczowo podszedł doń zast. dyrektora ds. zarządzania i restrukturyzacji Centrum Obsługi Kancelarii Prezesa RM Marcin Gawroński. W dużej mierze dzięki niemu sprawa nabrała tempa.
Dotychczasowi dysponenci ośrodka postanowili z niego zrezygnować "z powodu zbędności nieruchomości dla realizacji celów statutowych Kancelarii Prezesa RM." Początkiem listopada wojewoda podkarpacki podjął ostateczną decyzję o przekazaniu "Trójcy" na rzecz ustrzyckiej gminy. Radni gminni 14 listopada jednogłośnie przyjęli uchwałę o utworzeniu Międzyszkolnego Ośrodka Edukacji i Wypoczynku w Trójcy. Podmiot ten będzie zarządzał ośrodkiem po przejęciu go przez gminę. "Obiekt będzie wykorzystywany jako zielona szkoła, jako baza turystyczna dla udających się w pobliskie góry czy też ośrodek pobytowy dla sportowców wyczynowych różnych dyscyplin" i stanie się "cennym uzupełnieniem systemu usług turystycznych".
Zgodnie z porozumieniem gmina obejmie "Trójcę" w całości. Nieruchomości przejdą na jej rzecz nieodpłatnie. Natomiast za majątek ruchomy trzeba będzie zapłacić. Nowy właściciel zobowiązał się również do przejęcia załogi.
- Nie chcemy tego ośrodka zamykać - deklaruje H. Sułuja. - Będzie nadal funkcjonował. Są już przecież zarezerwowane miejsca na święta, Nowy Rok i ferie.
Czy przejęcie "Trójcy" przez gminę to dobry interes? - Ośrodek nie był dochodowy - mówi jeden z pracowników Centrum Obsługi Kancelarii Prezesa RM. - Ale miał najmniejszy deficyt ze wszystkich ośrodków, jakimi dysponuje URM.
Na pewno byłoby błędem, gdyby samorząd gminy nie wykorzystał tej szansy. Mówi się, że "Trójca" jest warta kilka milionów złotych. Kiedyś ustrzycka gmina przejęła na podobnej zasadzie "Arłamów". Początkowo wydawał się kulą u nogi. Dzisiaj "Arłamów" płaci podatki, które stanowią w gminnym budżecie dość istotną i pewną pozycję.
T. Szewczyk
Fot. Zabudowania ORW "Trójca" to cztery domy w stylu góralskim
(więcej ,,GB" 24)
|
Likwidujący usuwisko i odbudowujący drogę w Polanie zapewniają, że…
Skończą przed zimą
Mała pętla bieszczadzka w połowie września 2007 r. została zamknięta dla ruchu kołowego na odcinku Polana - Czarna. Wskutek intensywnych opadów deszczu w okolicy przepustu wody powstało usuwisko o długości ok. 100 m. Zamknięcie tej drogi najbardziej dało w kość mieszkańcom Polany.

O jak najszybsze przystąpienie do naprawy drogi apelowali do zarządu i samorządu województwa mieszkańcy Polany wraz z sołtysem i radą sołecką, samorząd gminy Czarna i władze powiatu bieszczadzkiego. Związek Bieszczadzkich Gmin Pogranicza też wnosił o szybkie rozpoczęcie prac, gdyż „zaistniała sytuacja powoduje uzasadnione pretensje i jest przedmiotem licznych skarg mieszkańców odciętych od głównych szlaków komunikacyjnych wsi i osad”
Dłużej niż drapacz chmur
Od początku jednak było wiadomo, że ponowne otwarcie tej drogi szybko nie nastąpi. Zapowiadano, że najwcześniejszym terminem, jaki wchodzi w grę, jest połowa 2008 r. „Empire State Building w Nowym Jorku w latach 1930/31 postawiono w 58 tygodni. W Polsce 76 lat później kawałek drogi zamierzają remontować wiele miesięcy” – stwierdził na wieść o tym wzburzony Maciej z Kielc.
Ale później okazało się, że połowa roku to był termin zbyt optymistyczny, że odbudowa drogi potrwa jeszcze dłużej, niż wstępnie przewidywano. I poślizg ten nie wynikał ani tylko, ani przede wszystkim z braku pieniędzy.
Dyr. Podkarpackiego Zarządu Dróg Wojewódzkich w Rzeszowie Jan Hołota - pod koniec października 2007 r. - po zakończeniu na terenie usuwiska prac geologicznych przedstawił harmonogram prac przy jego likwidacji. Przewidywał, że do połowy kwietnia 2008 r. zostanie opracowany (za ok. 400 tys. zł) projekt budowlany. Później zaś będzie można ogłosić przetarg, by wyłonić wykonawcę.
Zgodnie z jego przewidywaniami prace przy odbudowie miałyby się zakończyć w listopadzie 2008 r. Stwierdził także, że „całkowity koszt likwidacji usuwiska wyniesie ok. 3,5 mln zł”.
I tak się stało
Prognoza dyrektora PZDW sprawdziła się niemal co do joty. Projekt budowlany był gotów na wiosnę 2008 r. Pod koniec kwietnia ogłoszono przetarg na „zabezpieczenie usuwiska i odbudowę korpusu drogi wraz z urządzeniami drogowymi drogi wojewódzkiej nr 894 Hoczew – Czarna w km 43+566 – 43+675 w m. Polana”.
Prawie miesiąc później wyłoniono wykonawcę. Zostało nim konsorcjum złożone z Zakładu Specjalistycznych Robót Wiertniczych Jacka Bosaka z Gdyni i Przedsiębiorstwa Robót Drogowych i Mostowych Sp. z o.o. z Sanoka. Zadeklarowało ono, że zrobi to, co należy, za 3 mln 72 tys. zł.
Potem zaś - o ile znam życie – było jeszcze trochę strachu, czy nikt tego rozstrzygnięcia nie oprotestuje i czy „przetarg nie pójdzie się rąbać”. Na szczęście protestu nie było i wykonawca mógł się w końcu zabrać do roboty.
- Aleśmy wdepnęli! - mówił jeden z pracujących „na przepuście” robotników. - Nie da się wejść z ciężkim sprzętem. Ani koparka, ani spych do dziury nie podejdzie. Robimy, jak pół wieku temu.
Mimo tych niełatwych warunków, roboty posuwały się do przodu… - Remont drogi jest w fazie końcowej. Przed zimą droga będzie otwarta – zapewniają drogowcy.
Fot. Kilka tygodni temu odbudowywano przepust. Teraz na finiszu jest budowa korpusu drogi
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 23)
|
Dwie ofiary śmiertelne wypadku w Ustjanowej
Do tragicznego wypadku drogowego doszło późnym wieczorem 15 października w Ustjanowej Dolnej. W jego wyniku dwie osoby poniosły śmierć. Pijany sprawca wypadku usiłował uciec.

W Ustjanowej Dolnej we środę (15 października) po godz. 23. doszło do wypadku drogowego z udziałem trzech samochodów osobowych. Jak wynika z wstępnych ustaleń policji oraz biegłego z zakresu ruchu drogowego, kierujący BMW 32-letni Arkadiusz M. ze Stefkowej, jadąc od Ustrzyk D. w kierunku Leska, na łuku drogi w prawo zjechał na przeciwny pas ruchu i uderzył w tylne koło opla corsy, prowadzonego przez Tomasza K. z Birczy. Opel wskutek tego uderzenia wypadł z jezdni i dachował. Następnie BMW zderzył się czołowo z polonezem, kierowanym przez mieszkańca Łęk Dukielskich 45-letniego Zbigniewa W.
W oplu jechały trzy osoby, a w polonezie cztery. Kierowca poloneza, pomimo przeprowadzonej akcji reanimacyjnej, zmarł wskutek odniesionych obrażeń. Wszyscy pozostali uczestnicy wypadku zostali przewiezieni do szpitala w Ustrzykach D. W niespełna trzy doby później - 18 października - zmarł w szpitalu jeden z pasażerów poloneza 69-letni Gabriel K. z Łęk Dukielskich.
- Zaznaczyć należy, że Arkadiusz M. wydostał się z auta o własnych siłach i oddalił się z miejsca wypadku, uciekając pieszo, ale został zatrzymany przez przypadkowych świadków, którzy nadjechali na miejsce wypadku – informuje mł. asp. Dorota Głazowska-Krzywdzik z ustrzyckiej KPP. - Sprawca doznał obrażeń ciała w postaci ogólnych potłuczeń, rozcięcia brody i prawdopodobnie złamania nogi. Po przebadaniu na zawartość alkoholu w wydychanym przez niego powietrzu stwierdzono 2,27 promila. Został zatrzymany w policyjnym areszcie. Jest on dosyć dobrze znany policji. Już wcześniej był karany za różne przestępstwa.
W piątek 17 października przed południem Sąd Rejonowy w Lesku postanowił o trzymiesięcznym tymczasowym aresztowaniu Arkadiusza M.
Fot. Kierowca i jeden z pasażerów poloneza nie żyją
Fot. KPP Ustrzyki D.
(więcej ,,GB" 22)
|
W rankingu „Wspólnoty” „Najwięksi samorządowi inwestorzy”…
Bieszczady w czubie
Stołeczny „Novotel Airport” na dwa dni został opanowany przez samorządowców z całej Polski, uczestniczących w VI Samorządowym Forum Kapitału i Finansów. Ważnym momentem forum było ogłoszenie wyników prestiżowego rankingu „Najwięksi samorządowi inwestorzy”, przygotowanego przez tygodnik „Wspólnota”.

Samorządowe Forum Kapitału i Finansów od kilku lat jest najważniejszym wydarzeniem świata finansów samorządowych. Już po raz szósty na forum - 7 i 8 października - spotkali się samorządowcy z całego kraju - reprezentanci wielkich metropolii i malutkich gmin, urzędów marszałkowskich i starostw. Dyskutowali nad stanem finansów publicznych podczas konferencyjnych sesji plenarnych i burzliwych dyskusji kuluarowych.
Metoda jest taka
Dla wielu uczestników forum jego punktem kulminacyjnym była Wielka Gala Inwestorów Samorządowych. Podczas niej ogłoszono wyniki rankingu „Najwięksi samorządowi inwestorzy” oraz nagrodzono samorządy, w których nakłady inwestycyjne są najwyższe.
Ranking przygotowywany jest przez tygodnik samorządu terytorialnego „Wspólnota” pod kierunkiem prof. Pawła Swianiewicza – kierownika Zakładu Rozwoju i Polityki Lokalnej Uniwersytetu Warszawskiego.
- Metoda obliczania wskaźników rankingu inwestycyjnego jest od lat taka sama – informuje prof. P. Swianiewicz. – Pod uwagę bierzemy nie wszystkie inwestycje samorządowe, a tylko te, które skierowane są na rozwój infrastruktury technicznej. Warto im się przyglądać, bo są najbardziej związane z warunkami stwarzanymi dla rozwoju gospodarczego.
Inwestycje w infrastrukturę techniczną to przede wszystkim nakłady na transport (głównie remonty i budowa dróg), gospodarkę komunalną (np. sieci wodociągowe i kanalizacyjne, oczyszczalnie ścieków, wysypiska śmieci, oświetlenie ulic) i gospodarkę mieszkaniową.
Przy sporządzaniu najnowszego rankingu uwzględniono wydatki inwestycyjne z lat 2005-2007 w przeliczeniu na jednego mieszkańca i policzone jako średnia z tych lat. Inaczej rzecz ujmując: o miejscu w rankingu decydowała średnia roczna wielkość nakładów inwestycyjnych na jednego mieszkańca, poniesionych w latach 2005-2007.
Czarny scenariusz się nie ziścił
W rankingu powiatów na czwartym miejscu, a więc tuż za podium sklasyfikowany został powiat leski. W l. 2005-2007 na powiatowe inwestycje infrastrukturalne kierowano tutaj w każdym roku po 195,64 zł w przeliczeniu na 1 mieszkańca.
- W naszym powiecie to były przede wszystkim inwestycje drogowe oraz inwestycje w oświacie – mówi leski wicestarosta Stanisław Szelążek. - Cieszymy się z tak wysokiego miejsca, bo to jest z jednej strony promocja naszego powiatu, a z drugiej strony sygnał dla mieszkańców, że niewielkie, niezbyt ludne i niezbyt zamożne powiaty mogą sobie nieźle radzić, mogą nawet odnieść sukces. Czarne scenariusze się nie sprawdziły. Dwa powiaty, które powstały w wyniku podziału dużego powiatu bieszczadzkiego, jako jedyne z Podkarpacia znalazły się w tym rankingu na wysokich pozycjach, co - w mojej ocenie - dowodzi, że decyzja o ich utworzeniu był słuszna.
Powiat leski utrzymał swoją lokatę z rankingu ubiegłorocznego. Dwa lata temu był na piątym miejscu. Czy w następnych latach awansuje, czy też spadnie?
- Najnowszy ranking obejmował te lata, kiedy bardzo dużo inwestowaliśmy (szczególnie chodzi o l. 2005-2006) i stąd tak wysoka pozycja naszego powiatu – dodaje leski wicestarosta. - Obawiam się, że w następnych rankingach nasze miejsce może być gorsze, bo w już l. 2007-2008 nakłady na inwestycje były mniejsze, gdyż zaczęło nam brakować w budżecie powiatu pieniędzy na wkłady własne.
Wielki sukces małego powiatu
Jeszcze bardziej spektakularny sukces odnotował powiat bieszczadzki. Dwa lata temu był w rankingu na 98 miejscu. W ub. r. starosta bieszczadzki odbierał już statuetkę Kazimierza Wielkiego, bo powiat bieszczadzki został sklasyfikowany na trzecim miejscu. W tym roku powiat bieszczadzki dostał drugiego Kazimierza Wielkiego za zwycięstwo.
- To wielki awans dla naszego małego powiatu. Wyżej już nie będziemy – stwierdza starosta Krzysztof Gąsior. - Tak poważne nakłady na inwestycje były możliwe przede wszystkim dzięki pieniądzom z programów unijnych (Interreg. Polska - Słowacja, Interreg. Polska – Ukraina, Zintegrowany Program Operacyjny Rozwoju Regionalnego) i z Ministerstwa Infrastruktury.
Średnio w przeliczeniu na 1 mieszkańca w l. 2005-2007 w powiecie bieszczadzkim na inwestycje kierowano po 305,21 zł rocznie. Prawie wszystkie te pieniądze zostały wydane na remonty dróg powiatowych. Z 200 km dróg w 2006 r. gruntownej modernizacji i odnowie poddano 31 km dróg, a w 2007 r. - 7,2 km. Nakłady na drogi w l. 2006-2007 to 14,5 mln zł.
Tak duże wydatki na ten cel były możliwe dzięki pozyskaniu 9,7 mln zł z programów unijnych. Tylko w 2007 r. przy budżecie 28,5 mln zł wydatki inwestycyjne wyniosły 9 mln zł (z zewnątrz pozyskano 7,2 mln zł). Wkład własny to głównie kredyty, które trzeba będzie spłacić w następnych latach. Wsparcia w realizacji zadań drogowych udzieliły powiatowi także gminy i nadleśnictwa.
- Niestety, nie oznacza to, że stan wszystkich naszych dróg jest już w pełni zadowalający – dodaje K. Gąsior. - Myślę, że mamy jeszcze jakieś 70 km dróg, które aż się proszą o szybki remont.
T. Szewczyk
Fot. Bieszczadzkiego starostę dopinguje do pracy drugi Kazimierz Wielki
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 21)
|
Ustrzyki przygotowały projekt, Warszawa rekomendowała, Bruksela przyklepała…
I będzie forsa
„Z przyjemnością informuję, że wniosek o dofinansowanie z Norweskiego Mechanizmu Finansowego „Tworzenia i wdrażanie strategii zarządzania kulturą i ruchem turystycznym w przygranicznych obszarach Polski i Ukrainy” został rekomendowany do wsparcia oraz wpisany na listę rankingową projektów uchwałą Komitetu Sterującego z 27 czerwca 2008 r.”

To najistotniejsza część pisma, które w lipcu dotarło do ustrzyckiego burmistrza z Departamentu Programów Pomocowych i Pomocy Technicznej Ministerstwa Rozwoju Regionalnego. Później zaś – 25 września – z Brukseli przyszło potwierdzenie, że wniosek uzyskał również unijne błogosławieństwo.
- Teraz czeka nas tylko wizyta audytora z UE, który sprawdzi, czy to, co napisaliśmy we wniosku, ma pokrycie w rzeczywistości. A potem podpisanie umowy i do roboty! - mówi burmistrz Henryk Sułuja.- To jest kolejny projekt, który będziemy realizować z Norweskiego Mechanizmu Finansowego. Obecnie finiszujemy z termomodernizację 10 placówek oświatowych za blisko 3 mln zł. Pieniądze pozyskaliśmy z tego samego źródła.
Trochę miękki, trochę twardy
Podstawowym celem projektu „Tworzenia i wdrażanie strategii zarządzania kulturą i ruchem turystycznym w przygranicznych obszarach Polski i Ukrainy” jest zintensyfikowanie i uatrakcyjnienie współpracy polsko-ukraińskiej, głównie w dziedzinie turystyki i kultury.
Cały projekt będzie kosztować 1 mln 166 tys. zł. Ma charakter twardo-miękki. Oznacza to, że część forsy zostanie wykorzystana na organizację konferencji, kursów, szkoleń, warsztatów, zawodów sportowych oraz imprez kulturalnych i artystycznych. Będą w nich uczestniczyć ze strony polskiej głównie mieszkańcy gminy Ustrzyki D. oraz gmin bieszczadzkich, a ze strony ukraińskiej – mieszkańcy rejonu starosamborskiego.
Trochę pieniędzy pójdzie na materiały informacyjno-promocyjne: plakaty, broszury, banery, tablice informacyjne, film promocyjny itp. W większości będą to materiały dwujęzyczne (pol.-ukr.),a niekiedy trójjęzyczne (pol.-ukr.-ang.).
Dosyć poważne sumy zostaną też wyłożone na przedsięwzięcia o trwałym charakterze (m.in. info-kioski, trasy rowerowe, szlak konny, namioty targowe, scena), których efektem będzie uatrakcyjnienie regionu na czas dłuższy od okresu realizacji projektu.
Wirtualny informator
Jednym z celów projektu jest stworzenie za 68 tys. zł wirtualnego polsko-ukraińskiego informatora turystyczno-gospodarczego.
Baza danych zawierałaby…
Fot. M. Szewczyk
(więcej ,,GB" 19)
|
Rekord na przejściu
- Jest to rekordowe ujawnienie na naszym przejściu granicznym – mówi jeden z celników Oddziału Celnego w Krościenku. – Do tej pory nie było u nas próby przemytu za jednym razem tak dużej ilości papierosów.

W nocy (ok. godz. 1.00) 10 września do odprawy celnej na przejściu granicznym w Krościenku podjechał ze strony ukraińskiej ciężarowy mercedes ze skrzynią chłodniczą. Kierował nim mieszkaniec położonego w obwodzie wołyńskim Kowla.
Odprawiającemu samochód celnikowi podejrzane wydały się ścianki chłodni. Zdecydował się na poddanie mercedesa kontroli szczegółowej. O tym, że celnik miał nosa, przekonano się, kiedy zerwano nity i listwy zabezpieczające górną część skrzyni chłodniczej.
Wszystkie ściany boczne chłodni wypełnione były szczelnie papierosami „Classic”. Kartony papierosów były popakowane w posklejane taśmą klejącą pakiety. W pakiecie znajdowało się po ok. 40 kartonów. Do każdego pakietu przymocowany był sznurek, który ułatwiał wyciąganie ładunku spomiędzy ścianek. Łącznie z mercedesa celnicy wyjęli prawie 13 tysięcy paczek „Classiców”!
- Gdyby ten kurs się udał, to kowlanin zarobiłby prawdopodobnie grubo ponad 20 tys. zł – mówi celnik.
Ale ponieważ kurs się nie udał, przejęto przemycane papierosy. Auto było przystosowane do celów przemytniczych, toteż orzeczono jego przepadek. Na poczet kary zajęto też pieniądze, które kierowca mercedesa miał przy sobie – 3400 zł.
- Sprawa jest teraz kierowana do sądu, który określi, jaka będzie ostatecznie wysokość kary. Należy się spodziewać, że kara będzie dość poważna, bo doszło w tym przypadku do przestępstwa aż z trzech paragrafów – dodaje funkcjonariusz OC w Krościenku.
a. z.
Fot. Z chłodni celnicy wyjęli górę papierosów
Fot. OC Krościenko
(więcej ,,GB" 19)
|
Brakowało tylko rodziców
Przez dwa tygodnie ponad 80 dzieci z Gruzji wraz z opiekunami przebywało w hotelu „Laworta” w Ustrzykach Dolnych. - Wszystkie dzieci czują się tutaj dobrze i są z pobytu u nas zadowolone. Staramy się, by zapomniały przynajmniej na jakiś czas, co dzieje się w ich kraju – mówi współwłaściciel „Laworty” Zbigniew Lichwa.

Telefon po północy
Pobyt dzieci z Gruzji w Polsce to inicjatywa prezydenta Lecha Kaczyńskiego. O tym, że trafiły one w Bieszczady, że znalazły się właśnie w Ustrzykach Dolnych zadecydowała przede wszystkim wrażliwość na ludzką niedolę i dobra wola właścicieli „Laworty”…
- To stało się całkiem niespodziewanie – stwierdza Z. Lichwa. - Po północy mieliśmy telefon z Kancelarii Prezydenta RP z pytaniem, czy nie wyrazilibyśmy zgody na przyjęcie dzieci z Gruzji. Mieliśmy już na ten czas rezerwacje na koncert KSU. Odwołaliśmy je. Przygotowaliśmy miejsce dla 100 dzieci.
Przyjechało 83 dzieci w wieku od 5 do 16 lat. Przez cały czas jest też ok. 15 wolontariuszy, którzy się nimi opiekują.
- Wszystkim zapewniamy zakwaterowanie i pełne utrzymanie – dodaje Z. Lichwa. - Nie oczekujemy zwrotu kosztów i wiemy, że ich nie będzie. Od początku wiedzieliśmy, że przyjmujemy te dzieci nieodpłatnie.
Nie lubią bułek
- Jest duże zainteresowanie i wielka życzliwość ze strony miejscowych władz i mieszkańców - stwierdza Z. Lichwa.
Dzięki burmistrzowi Ustrzyk dzieci kąpały się nieodpłatnie w Międzyszkolnej Krytej Pływalni „Delfin”, a dzięki dyrektorowi BdPN zwiedziły - także za darmo - Muzeum Przyrodnicze BdPN. Na wyciągi narciarskie i na grillowanie zaprosił je właściciel stacji narciarskich „Laworta” i „Gromadzyń”. Skorzystały też z zaproszenia organizatorów dożynek w Nozdrzcu. Cały dzień były na wycieczce nad Zalewem Solińskim. Zwiedzały Rzeszów i Dębicę.
- Jedzenia mają, ile chcą – mówi współwłaściciel „Laworty”. – Ich kuchnia trochę różni się od naszej. Okazało się, że nie jedzą wcale bułek. Bardzo lubią pieczone mięso i podpiekane wędliny. Staramy się przygotowywać potrawy zgodne z ich oczekiwaniami. Myślę, że nam się to udaje.
Niektóre produkty spożywcze dostarczali sponsorzy ustrzyccy i spoza Ustrzyk. Marszałek województwa zafundował dzieciom karty telefoniczne, by mogły kontaktować się z rodzinami.
W czasie koncertu KSU przeprowadzono aukcję, a w Urzędzie Miejskim - zbiórkę pieniędzy i odzieży. Część pieniędzy została wykorzystana na zakup strojów kąpielowych i czepków pływackich. Za pozostałą kwotę zakupiono lekarstwa, które polecą do Gruzji. Ludzie przynosili paczki z odzieżą i przekazywali je anonimowo.
Jak to dzieci
Na wakacje do Ustrzyk trafiły dzieci z rodzin mieszkańców Gori, którzy uciekli do Tbilisi. Dwoje z nich straciło w czasie konfliktu rosyjsko-gruzińskiego oboje rodziców, niektóre zostały półsierotami.
- Żadne z tych dzieci nie ma domu. Wszystkie wraz z rodzinami koczują w obozach dla uchodźców na terenie Tbilisi – informuje jedna z opiekunek.
Ich rodziny zostawiły w Gori domy, mieszkania, straciły niemal wszystko i schroniły się w stolicy Gruzji w udostępnionych na potrzeby uchodźców budynkach - w szkołach, szpitalach, internatach.
- Tutaj w Polsce przyjęto nas z ogromną z ogromną życzliwością – mówi tłumacz Temuri Maglakelidze. – Każde dziecko jest bardzo zadowolone. Mają bardzo ciekawy program. Mają wszystko. Brakowało im tylko rodziców i rodzin.
W wolnym czasie dzieci mogą grać w tenisa na korcie przy hotelu. W samym hotelu część z nich wprawia się w ping-pongu, a inni próbują sprawdzić się w bilardzie. Jeszcze inni siedzą pod parasolami na hotelowym tarasie i coś sobie opowiadają. Chłopcy chodzą pograć w piłkę na boisko szkolne.
- Prawie codziennie organizujemy im dyskoteki – dodaje jedna z opiekujących się młodymi Gruzinami wolontariuszek. - Lubią się bawić, śpiewać, tańczyć. Jak to dzieci…
T. Szewczyk
Fot. W Ustrzykach D. z dziećmi z Gruzji spotkała się prezydentowa Maria Kaczyńska
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 18)
|
Liczy się każdy papieros
Na kolejowym przejściu granicznym w Krościenku nastąpiły zmiany organizacyjne w przeprowadzaniu odpraw granicznych i celnych. Mają one służyć usprawnieniu odpraw i skróceniu czasu postoju pociągu.

- Służby ukraińskie nie odprawiają już podróżnych na dworcu w Chyrowie. Obecnie służby ukraińskie i nasze przeprowadzają odprawy w Krościenku - informuje jeden z krościeńskich celników.
Wszyscy podróżni po przyjeździe na przejście wychodzą z pociągu i przechodzą przez bramki. Najpierw swoje czynności wykonują celnicy ukraińscy i ukraińscy pogranicznicy, a później nasza Straż Graniczna i nasi celnicy.
W tym czasie celnicy ukraińscy i polscy wchodzą do pustego pociągu i "prześwietlają" skrytki, przede wszystkim w poszukiwaniu ukrytych w nich papierosów.
- Wyroby tytoniowe stały się tak cenne, że liczy się nie tylko każda przewieziona paczka, ale każdy papieros - dodaje celnik. - Podróżni wychodzą z siebie, żeby jakoś zakombinować i coś przemycić. Pociąg, którym teraz jeżdżą niemal sami Polacy, jest porozkręcany jeszcze gorzej niżej dawniej. Papierosy są poupychane, gdzie tylko się da.
W najbliższym czasie dojdzie do następnych zmian w trybie przeprowadzania odpraw pociągów. Będzie się to wiązać z oddaniem do użytku terminalu dla podróżnych. Otwarcie terminalu powinno nastąpić na przełomie sierpnia i września.
a. z.
Fot. Celnicy znajdują papierosy wszędzie. Można na nie natrafić pomiędzy ciastkami, w puszkach na napoje, a nawet w kanapkach
Fot. OC Krościenko
(więcej ,,GB" 17)
|
Ale zdrowo dolało!
Druga połowa lipca nie należała w Bieszczadach do najpogodniejszych. Niektórzy z turystów zdecydowali się na skrócenie wypoczynku. Dla mieszkańców najtrudniejsze były trzy dni - 24-26 lipca - kiedy ziemia przestała już przyjmować wodę, a tu ciągle lało. Jedna burza nie zdążyła odejść, a nadciągała następna.

Wstępne szacunki strat w majątku ośmiu bieszczadzkich gmin i obu powiatów, sporządzone zaraz po ulewach, opiewały na ponad 20 mln zł. Straty w gminach - prawie 13 mln zł. Szkody w powiatach - niespełna 8 mln.
- Sztab zarządzania kryzysowego zebrał się w czwartek (24 lipca) bardzo szybko. W ciągu kwadransa wszyscy byli w siedzibie KP PSP. O godz. 22.30 ogłosiliśmy alarm powodziowy. Jak robiliśmy w nocy objazd po gminie, najgroźniej było w rejonie szpitala w Ustrzykach D., w Wojtkowej, Trzciańcu i Krościenku - informuje ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Rano okazało się, że wielka woda dokuczyła też innym miejscowościom. W Hoszowie, Krościenku, Ropience, Stańkowej i Jureczkowej uszkodziła drogi gminne, w Równi i Jureczkowej - mosty, w Grąziowej - ujęcie wody i oczyszczalnię ścieków, w Wojtkowej - oczyszczalnię ścieków... Zabrała kładki w Hoszowczyku, Ropience, Hoszowie i Stańkowej. Straty w ustrzyckiej gminie oszacowano na 1 mln 45 tys. zł.
W gminie Czarna największe szkody woda wyrządziła w nocy z 24 na 25 lipca. Z brzegów wystąpiły wody Czarnego, Mszańca i innych potoków i strumieni. W Czarnej D. podtopione zostały dwa budynki mieszkalne. W jednym z nich woda sięgała okien. Doszło do zniszczeń upraw i zamulenia pól uprawnych. Na drogach gminnych oraz dojazdowych do pól wystąpiły zniszczenia nawierzchni, zamulenia rowów, uszkodzenia przepustów i mostków m.in. w Czarnej D., Czarnej G., Ostrem, Chrewcie, Olchowcu, Polanie… W samej Polanie woda płynęła drogą na długości ok. 0,5 km. Uszkodzone zostało ujęcie wody pitnej dla Czarnej G.
- Wstępnie straty w mieniu komunalnym oszacowaliśmy na prawie 100 tys. zł - informuje Leszek Skitał z UG Czarna. - Pilniejsze rzeczy już robimy. Przepusty są poprzetykane, z dróg pousuwaliśmy muł, gałęzie. Drogi są przejezdne, ale trzeba je będzie sukcesywnie naprawiać.
W sobotę (26 lipca) odwołano alarm w powiecie bieszczadzkim. - Myśleliśmy, że już jest po strachu. Tymczasem ok. godz. 14.00 nadeszła nawałnica. Okropnie lało przez godzinę. Potem była przerwa i burza znów wróciła. Tak to się kotłowało prawie do godz. 19.00 - opowiada mieszkanka Lutowisk.
Wysoka woda w potokach była już wcześniej. Teraz dolało. Puściły groble na stawach rybnych, ryby popłynęły, a stawy zostały zniszczone. Woda tak przybrała, że na placu rekreacyjno-sportowym koło szkoły w Lutowiskach, który jest kilka metrów powyżej normalnego poziomu wody w płynącym obok potoku, zrobił się staw. Stołów w ogóle nie było widać. Ławki po ustąpieniu wody znajdowano pod Smolnikiem.
Na drodze wojewódzkiej w…
Fot. Plac rekreacyjny przy szkole w Lutowiskach zniknął pod wodą
Fot. O. Gromadzka
(więcej ,,GB" 16)
|
Nadchodzą czady!
- Turyści co chwilę przychodzą i chcą kupić biesy. A my już nie mamy! – mówi szef Bieszczadzkiego Centrum Informacji i Promocji w Ustrzykach D. Marcin Budzyk. Emisja biesów - ustrzyckiej waluty lokalnej - okazała się strzałem w dziesiątkę. Biesy szybko się rozeszły.

Wybite przez Mennicę Polską wg pomysłu Andrzeja Nowakowskiego - jednego z najbardziej cenionych projektantów monet – 3 biesy weszły do obiegu na początku lipca.
Biesy nie wróciły
Już przed tym terminem biesy wzbudziły duże zainteresowanie. Wielu ludzi z całego kraju skorzystało z możliwości ich zamawiania w BCIiP osobiście, telefonicznie lub przez internet. Trzeba było wprowadzić ograniczenie liczby monet, które można było zamówić w ten sposób. Ale i tak niemal połowa biesów „poszła na zapisy”.
Pierwsze ustrzyckie monety lokalne miały wartość nabywczą równą trzem złotówkom. Można było nimi płacić za towary i usługi w sklepach, kawiarniach, cukierniach, restauracjach i hotelach, punktach gastronomicznych itp., oznakowanych plakatami „Tu honorujemy biesy”. Można je także wymieniać na złotówki w ustrzyckim BCIiP.
– Do tej pory nie wróciła do nas ani jedna moneta – informuje M. Budzyk. – Wszyscy zatrzymali biesy na pamiątkę albo jako uzupełnienie zbiorów numizmatycznych.
Wychodzą czady
Niedługo rusza emisja drugiej monety ustrzyckiej – czadów. Czady - podobnie jak biesy - będą kosztować 3 złote. Będzie można za nie również kupować w wybranych punktach i wymieniać je na złotówki.
- Prowadziliśmy zapisy na czady tak, jak wcześniej na biesy – wyjaśnia M. Budzyk. – Mamy zamówienia od ok. 700 osób z całej Polski. Niektórzy chcieli kupić po 500-600 sztuk. Takich ilości nie sprzedajemy. Nie chcemy, żeby kontrolę nad obiegiem naszych monet przejęli handlarze.
W piątek 18 lipca wszystkie czady (ponad 200 kg mosiądzu!) dojechały z Warszawy do Ustrzyk.
Biesy i czady to pierwsze w Polsce lokalne monety bliźniacze. Dlatego czady także wyszły spod rylca A. Nowakowskiego, wykonane z tego samego stopu co biesy, mają taką samą średnicę i niemal identyczny awers. Różnią się przede wszystkim rewersami.
Będą na jarmarku!
Wprowadzenie czadów do obiegu planowano od początku sierpnia. Lecz ze względu na mające zupełnie inny charakter obchody rocznicy Powstania Warszawskiego termin zmieniono.
Sprzedaż czadów rozpocznie się 9 sierpnia. Będzie stanowić jeden z punktów programu drugiego dnia Karpackiego Jarmarku Turystycznego (program KJT - s. 12).
- Atrakcji podczas dwóch dni jarmarku będzie znacznie więcej – zapowiada M. Budzyk. - Ale myślę, że czady też wzbudzą duże zainteresowanie. Czy ustawi się - jak przy wprowadzaniu biesów - dwustuosobowa kolejka, nie wiem.
T. S.
Fot. Na razie czady trafiły do kasy pancernej
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 15)
|
W służbie lasom i ludziom
Kilkuset leśników z Podkarpacia i ich gości 28 czerwca obchodziło w Lutowiskach Święto Lasu. Były to jednocześnie uroczystości dla uczczenia 30-lecia Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie oraz 55-lecia Nadleśnictwa Lutowiska i nadania sztandaru lutowiskiemu nadleśnictwu.

Uroczystości na terenie gminnego kompleksu sportowo-rekreacyjnego rozpoczęły się polową mszą świętą koncelebrowaną pod przewodnictwem ks. bpa Adama Szala. W homilii celebrans, nawiązując do biblijnej przypowieści o siewcy, mówił o pracy leśników i ich religijności: - Jednym z symboli wiary braci leśnej jest ornat ofiarowany dla parafii w Lutowiskach. Drugi symbol to kapliczki, figurki i krzyże w lasach i na leśnych polanach. Dobrze wiemy, że na leśników zawsze można liczyć.
Pod ochroną 95%
Podczas mszy ks. bp A. Szal poświęcił sztandar Nadleśnictwa Lutowiska, który następnie dyrektor krośnieńskiej RDLP Stanisław Kowalewski przekazał załodze.
- Zgodnie z polską tradycją na sztandar trzeba sobie zasłużyć. Nie można go kupić ani dostać od nikogo za darmo. Nadleśnictwo Lutowiska na sztandar sobie przez te 55 lat zasłużyło i to nie przypadek, że wyhaftowano na nim słowa "W służbie lasom i ludziom" - mówił S. Kowalewski. - Z dumą możemy powiedzieć, że 418 tys. ha lasów, którymi jako RDLP zarządzamy to w zdecydowanej większości cenne ekosystemy podlegające różnym formom ochrony przyrody i krajobrazu.
Lasy naszego regionu są najbogatsze w kraju pod względem różnorodności biologicznej. Administrowane przez krośnieńską RDLP lasy odznaczają się także najwyższym w Polsce średnim wiekiem drzewostanów, wynoszącym obecnie 72 lata, najwyższym udziałem drzewostanów 80-letnich i starszych i jedną z najwyższych zasobności drewna na 1 ha lasu.
Aż 95% tych lasów to obszary podlegające różnym formom ochrony. Na terenie RDLP w Krośnie istnieją m.in. 72 rezerwaty, 8 parków krajobrazowych, 13 obszarów chronionego krajobrazu i 286 pomników przyrody.
Umiłowanie po praojcach
Niełatwe zadanie miał jeden z głównych organizatorów uroczystości nadleśniczy z Lutowisk Marek Bajda, któremu przyszło powitać gości. Wśród nich byli m. in. parlamentarzyści Elżbieta Łukacijewska, Tomasz Kulesza i Stanisław Zając, dyrektor generalny LP Marian Pigan, wicewojewoda Małgorzata Chomicz, przedstawiciele nadleśnictw z całej RDLP, samorządowcy bieszczadzcy i spoza Bieszczadów, reprezentanci placówek naukowych współpracujących z LP, a także firm pracujących na rzecz lasów lub korzystających z produkowanego w lasach surowca. Nie zabrakło też delegacji policji, parków narodowych, straży granicznej, straży pożarnej, myśliwych, goprowców…
Tak duża liczba gości świadczy o tym, że leśnicy cieszą się ogromnym szacunkiem. Szczególnie w Bieszczadach ich praca jest widoczna i doceniana. W naszym regionie wiele rodzin żyje bezpośrednio lub pośrednio z lasów. A poza tym - jak mawiał prezydent Ignacy Mościcki - "w każdym z nas po praojcach naszych tkwi umiłowanie lasu".
- To leśnicy jako pionierzy przyszli tutaj w 1951 r. i budowali domy, drogi i mosty - przypominał wójt Lutowisk Włodzimierz Podyma. - Dzisiaj leśnicy w naszym środowisku nadal są bardzo aktywni i darzeni są przez mieszkańców dużym zaufaniem. W naszej gminie wójt jest byłym nadleśniczym. Przewodniczącym Rady Gminy jest nadleśniczy. Aż dziewięciu radnych gminnych…
Fot. W obchodach Święta Lasu w Lutowiskach brało udział kilkaset osób
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 14)
|
Najważniejsze: nadal istniejemy
- Rok 2007 był niezwykle trudny. Po części wynikało to z niezrozumiałej wojny, prowadzonej przez niektóre, pracujące w naszym SP ZOZ-ie osoby. Jedno jest jednak najważniejsze: nadal istniejemy - mówi dyrektor SP ZOZ w Ustrzykach Dolnych Maciej Flemming.

W czerwcu minął rok od ważnych zmian kadrowych w ustrzyckim ZOZ-ie. Samorząd powiatu powierzył wówczas kierowanie zakładem Maciejowi Flemmingowi. Jego zastępcą ds. medycznych został lek. med. Marek Kęska.
Rok to dobry okres na podsumowanie tego, co się udało zrobić, a co, całkiem nie wyszło lub wyszło połowicznie.
Czystsze szambo
- Jestem szczęśliwy, że odchodzę z tego szamba - mówił, rezygnując z pracy w ustrzyckim szpitalu, jeden z lekarzy. I odszedł. A w szambie zrobiło się jakby czyściej i przejrzyściej.
- W mojej ocenie jest lepiej, niż rok czy kilka miesięcy temu - stwierdza M. Flemming. - Już nie gasimy przez cały czas pożarów, lecz można wreszcie znaleźć chwilę na to, by pomyśleć, co robić dalej. Ludzie w większości myślą kategoriami, że jest to nasz szpital, nasz SP ZOZ i coraz mniej zwolenników ma teza, że im gorzej, tym lepiej.
- Wprawdzie odeszło kilkoro lekarzy, najbardziej niezadowolonych z przeprowadzanych zmian, lecz nie odbiło się to negatywnie na funkcjonowaniu szpitala i SP ZOZ-u - ocenia starosta bieszczadzki Krzysztof Gąsior. - Nie chciałbym zapeszyć, ale sytuacja w naszym szpitalu jest w porównaniu z wcześniejszym okresem zdecydowanie spokojniejsza. Wydaje mi się także, że atmosfera w samym szpitalu i wokół niego jest coraz lepsza.
Na pewno dodatni wpływ na atmosferę miało podpisanie w kwietniu porozumienia z działającymi w SP ZOZ-ie związkami zawodowymi (poza OZZL) i przeprowadzenie regulacji płac.
- Ustaliliśmy ze związkami zawodowymi górny pułap podwyżek wynagrodzeń brutto - mówi M. Flemming. - Każdy przełożony miał możliwość podnieść wynagrodzenie pracownikowi wg swojego uznania, biorąc pod uwagę przede wszystkim jego wykształcenie, zaangażowanie, kompetencje, obowiązkowość itp.
Od maja płace w poszczególnych grupach zawodowych wzrosły średnio od 160 zł do 300 zł brutto. - Zdajemy sobie sprawę, że nie rozwiązało to problemu wynagrodzeń do końca - dodaje dyrektor. - Ale jednym ruchem tego się nie da zrobić.
Tempo przyrostu spadło
W ub. r. były hospitalizowane 5294 osoby. Izba przejęć udzieliła ok. 10200 porad. Urodziło się 250 dzieci. Komplet pacjentów był przez cały czas na oddziale rehabilitacji. Na oddziale chorób wewnętrznych od przyjścia nowego ordynatora jest nadkomplet. Najniższe "obłożenie" odnotowano na oddziale dziecięcym. Ale w drugiej połowie roku, mimo odejścia dwojga pediatrów, wyniki tego oddziału także się poprawiły.
- Oddział wewnętrzny wyszedł na plus. Rehabilitacja zbilansowała się mniej więcej na zero. Najbardziej deficytowe w ub. r. były pediatria i chirurgia - stwierdza dyrektor M. Flemming.
Ogółem przychody SP ZOZ-u w 2007 r. wyniosły 12 mln 327 tys. zł, koszty funkcjonowania zaś - 14 mln 447 tys. zł. Całkowite zadłużenie na koniec roku wynosiło 7 mln 229 tys. zł, z czego tzw. długi wymagalne to ok. 900 tys. zł.
- Zadłużenie wzrosło przede wszystkim na skutek zakupów nowego sprzętu. Ale pocieszające jest to, że tempo przyrostu długu spadło - informuje M. Flemming.
W ub. r. nie udało się spłacić kredytu restrukturyzacyjnego. Zrobiono to dopiero 2 czerwca b.r. Dzięki temu zadłużenie zmaleje o prawie 2 mln zł. - By to spłacić, wzięliśmy kredyt w "Magellanie" - zaznacza dyrektor SP ZOZ-u.
Niedawno starosta bieszczadzki i dyrektorzy ZOZ-u spotkali się z…
Fot. - To jest bardzo potrzebne urządzenie - mówi chirurg Bogdan Łosicki
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 13)
|
Na tegoroczne Boże Narodzenie będzie można zrobić zakupy…
W ustrzyckiej "Biedronce"
Firma Jeronimo Martins, będąca właścicielem sieci sklepów detalicznych "Biedronka", wygrała przetarg na działkę w Ustrzykach D. Teren ten jest przeznaczony na działalność usługowo-handlową.

- Mieliśmy wiele problemów z uzyskaniem decyzji o warunkach zabudowy. Ale udało się je w końcu pokonać i można było przeprowadzić przetarg - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
To dobry interes!
Działka znajduje się pomiędzy ul. Fabryczną i ul. 29 Listopada. Ma powierzchnię ok. 45 arów. Znajdują się na niej m. in. warsztaty i place, które należały do Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej.
Do przetargu przystąpiło czterech oferentów. Cena wywoławcza za wystawioną do przetargu nieruchomość wynosiła 646 tys. 200 zł.
Licytacja miała emocjonujący przebieg. W finale na placu boju pozostało dwóch konkurentów, z których żaden nie zamierzał łatwo się poddać.
Ostatecznie nabywcą działki została firma Jeronimo Martins. - Działkę sprzedaliśmy za duże pieniądze - stwierdza H. Sułuja. - To dobry interes dla gminy i mieszkańców.
"Duże pieniądze" to 1 mln 910 tys. zł netto! I jest to naprawdę "dobry interes": wychodzi ponad 42 tys. zł za 1 ar! Suma, którą firma Jeronimo Martins zamknęła przetarg, już wpłynęła na konto gminy.
"Biedronka" za "Muszkieterów"
Ustrzyki D. do tej pory nie mają dużego marketu. Jakiś czas temu do jego budowy przymierzała się Grupa Muszkieterowie. Jednak wycofała się, natrafiwszy na kłopoty z wykupem wybranego terenu.
Zamiast "Muszkieterów" będzie "Biedronka". Na zakupionym przez Jeronimo Martins placu zostanie wybudowany market, należący właśnie do tej sieci.
Prace budowlane powinny się zacząć w najbliższym czasie. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zakupy w ustrzyckiej "Biedronce" można będzie zrobić już na tegoroczne Boże Narodzenie.
Drugi "Zielony Koszyk"
Na początku ub. r. przeprowadzony został także przetarg na sprzedaż nieruchomości o pow. 0,7 ha przy ul. 29 Listopada. W tym miejscu w pobliżu torów kolejowych znajdowało się dzikie wysypisko śmieci.
Cena wywoławcza za tę nieruchomość wynosiła 236 tys. 600 zł. Przetarg wygrała "Wenta" sp. z o.o., która kupiła tę działkę za 596 tys. 600 zł netto.
Do "Wenty" należy m.in. sklep "Zielony Koszyk" przy ul. Dworcowej w Ustrzykach D. Nowa nieruchomość została przez tę spółkę nabyta z myślą o budowie kolejnego sklepu spożywczego.
Wszystko wskazuje na to, że… - Wkrótce będą w pobliżu siebie dwa duże markety - mówi ustrzycki burmistrz. - Powstanie zatem w tej części miasta ustrzyckie centrum handlowe.
T. Szewczyk
Fot. To najdroższy kawałek ziemi w Ustrzykach
(więcej ,,GB" 11)
|
Zajęcia majowe
W maju funkcjonariusze z Oddziału Celnego w Krościenku zatrzymali cztery samochody. Do tej pory najczęściej dokonywano zajęć samochodów mocno wyeksploatowanych. Tym razem przejęto auta stosunkowo nowe, o dość dużej wartości. O ich dalszym losie zadecyduje sąd.

Ci, którzy decydują się na dokonywanie w swoich autach przeróbek do celów przemytniczych, muszą się liczyć z tym, że w razie wpadki ich auta przejmie skarb państwa. Dlatego najczęściej tego typu zmiany dokonywane są w rzęchach, których wartość rynkowa jest niewielka. Ostatnio jednak celnicy "trafili" kilka względnie nowych aut, których właściciele zaryzykowali poniesienie niemałych strat.
W progach i nadkolach
Późnym wieczorem 10 maja do odprawy celnej w Krościenku podjechał seat inca, prowadzony przez obywatela Ukrainy. Samochód został skierowany do kontroli szczegółowej.
Podczas "przeglądu na jamce" celnicy znaleźli w seacie 630 paczek papierosów "LM", wytworzonych na Ukrainie. Samochód został specjalnie przystosowany do przemytu papierosów przez przeróbki w progach i nadkolach.
- Sprawca przyznał się, że sam dokonał tych zmian, ale i tak samochód został zajęty do dyspozycji sądu - mówi jeden z krościeńskich celników. - Ponadto za zgodą Prokuratury Rejonowej w Lesku na poczet przyszłej kary zatrzymano pieniądze - 2000 zł, które kierowca seata miał przy sobie.
Dwa dni wcześniej w skrytkach konstrukcyjnych kii sephii celnicy z Krościenka ujawnili 290 paczek papierosów "LM". Kierujący tym autem obywatel Ukrainy dobrowolnie poddał się karze, wpłacając od ręki 2500 zł.
W bagażniku i podłodze
Około południa 10 maja wjeżdżał do Polski opel omega, prowadzony przez obywatela Ukrainy. Samochód został wytypowany do kontroli szczegółowej. W jej wyniku ujawniono 540 paczek papierosów "West". Były one ukryte w progach samochodu oraz w skrytce w bagażniku.
Kierowca opla przyznał się do próby przemytu. Zdecydował się też na dobrowolne poddanie się karze, dokonując wpłaty 2500 zł.
Mieszkaniec gminy Brzostek wracał do kraju przez przejście w Krościenku 12 maja w godzinach popołudniowych. W podłodze i w innych skrytkach konstrukcyjnych jego peugeota partnera podczas kontroli szczegółowej celnicy znaleźli 390 paczek papierosów "Classic".
- W tym przypadku sprawa została skierowana do sądu, który zadecyduje o wysokości kary - informuje funkcjonariusz OC w Krościenku.
W desce i drzwiach
Mieszkaniec gminy Solina nie będzie miło wspominał spotkania z celnikami w południe 14 maja. Kiedy podjechał swoim citroenem xantia do odprawy celnej, został skierowany do kontroli szczegółowej. Celnicy w jej wyniku ujawnili 388 paczek papierosów "Monte Carlo".
Papierosy były ukryte w specjalnie przystosowanych do tego celu drzwiach auta i w bokach bagażnika. Żeby do nich dotrzeć, trzeba było podkręcać klamki i zdemontować tylne lampy. Aby po dotarciu do celu łatwiej było wyciągać przemycony towar, paczki były do siebie przywiązane sznurkami, tworząc papierowy łańcuszek.
Kierowca citroena dobrowolnie poddał się karze i…
Fot. O losie tych zajętych w maju przez krościeńskich celników samochodów zadecyduje sąd
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 10)
|
Marsz do tyłu?
Lescy radni na sesji Rady Miejskiej 28 kwietnia zapoznawali się ze sprawozdaniem z wykonania budżetu gminy za 2007 r. i podejmowali uchwałę w sprawie absolutorium dla burmistrz Barbary Jankiewicz. Wszyscy radni zagłosowali za udzieleniem absolutorium. Jest zatem czego gratulować. Ale czy na pewno?

Coroczne sprawozdanie z wykonania budżetu gminy jest dla wójtów, burmistrzów
i prezydentów miast swoistą chwilą prawdy. Milknie słowotok deklaracji, nie daje się mamić odbiorców mniej czy bardziej realnymi zamierzeniami, planami i obietnicami. Na stół trafiają kartki papieru zapełnione liczbami, wprawdzie suchymi, ale za to do bólu obiektywnymi. I właśnie te liczby odzwierciedlają najlepiej wyniki całorocznej pracy samorządowych władz. Ich lektura tylko na pozór jest nudna.
Trzy kroki do tyłu
Założenia budżetu na 2007 r., przyjętego do realizacji przez nową Radę Miejską Leska, wyglądały imponująco. Po korektach dokonanych w trakcie roku budżet wynosił 32 mln 33 tys. zł po stronie planowanych dochodów oraz 36 mln 415 tys. zł po stronie planowanych wydatków. Zrealizowanie takiego budżetu byłoby bez wątpienia krokiem we właściwym kierunku.
Byłoby, lecz nie jest. Analiza sprawozdania z wykonania budżetu miasta i gminy Lesko za 2007 r. oraz zestawienie go ze sprawozdaniami z lat poprzednich nasuwa, niestety, bardzo smutne wnioski.
Po zakończeniu roku budżetowego okazało się, że dochody zostały zrealizowane na poziomie zaledwie 22 mln 706 tys. zł, a wydatki na poziomie 21 mln 309 tys. zł. Tak więc zamiast kroku do przodu, zrobiono trzy kroki do tyłu.
Czyżby rekord Polski?
Wydatki budżetowe w 2006 r. wyniosły 28 mln 732 tys. zł. W 2007 r. na wydatki przeznaczono zaledwie 21 mln 309 tys. zł Tak więc budżet gminy Lesko w ciągu 2007 r. zmalał po stronie wydatków o - bagatela! - 7 mln 423 tys. zł.
Wykonanie rocznego planu wydatków w zaledwie 58,5% (plan - ponad 36 mln zł, wykonanie - ponad 21 mln zł) stanowi ewenement w skali kraju.
Nie udało mi się - mimo usilnych starań - znaleźć w Polsce samorządu, który miałby tak katastrofalnie niski współczynnik. Gotów jestem przyjmować zakłady, stawiając dolary przeciw orzechom, że w tej konkurencji Lesko zostało ogólnokrajowym "liderem".
Jak bańka mydlana
Jak mydlana bańka prysły plany inwestycyjne. Ich wykonanie na poziomie 969 tys. 842 zł wygląda nadzwyczaj marnie w zestawieniu z 5 mln 252 tys. 717 zł w 2005 r. oraz 10 mln 591 tys. 818 zł w 2006 r.
Nakłady inwestycyjne w 2007 r. - ponad pięć razy mniejsze niż w 2005 r. i ponad dziesięć razy mniejsze niż w 2006 r. - to dowód zboczenia leskiej gminy ze ścieżki wzrostu na manowce.
Dodatkowo zdumiewa także fakt, że w 2007 r. zaciągnięto kredyt. Obecnie ponoszone są niemałe koszty, związane z jego obsługą. Ze sprawozdania wynika jasno, że nie trzeba było brać żadnego kredytu, gdyż można było sfinansować zadania ze środków własnych.
Ani jednego euro
Szukając głębszych przyczyn załamania inwestycyjnego, warto sięgnąć po kolejne dane zawarte w sprawozdaniu budżetowym.
Okazuje się, że w ciągu całego 2007 r. gmina Lesko nie pozyskała z Unii Europejskiej ani 1 euro. I tego nie da się łatwo wytłumaczyć ani usprawiedliwić. Zwłaszcza kiedy prawie wszystkim pozostałym gminom bieszczadzkim udało się jakieś - mniejsze albo większe - pieniądze unijne pozyskać.
Szumne zapowiedzi i deklaracje, dotyczące umiejętności sięgania po unijne pieniądze, mamienie certyfikatami i wymachiwanie tabelami przyniosły w 2007 r. następujący efekt: 0 (słownie: zero) euro dla gminy Lesko. W przeliczeniu na złotówki - nawet po najkorzystniejszym kursie - daje to 0 (słownie: zero) zł.
Pożegnanie z elitą
Koszmarny sen? Niestety, nie. Koszmarna rzeczywistość! Koszmarna tym bardziej, że Lesko jako gmina w ostatnich latach w tej kategorii grało już w ekstraklasie.
Wśród miast powiatowych…
Fot. W 2006 r. w Lesku inwestycje szły, aż się kurzyło
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 10)
|
A to kusi!
Wzrost cen papierosów w Polsce, a także ich bardzo wysokie ceny w innych państwach Unii Europejskiej powodują, że coraz bardziej opłacalny staje się przemyt wyrobów tytoniowych zza wschodniej granicy. Parający się tym procederem w coraz przemyślniejszy sposób starają się ukryć trefny towar przed pogranicznikami i celnikami.

Mieszkaniec Uherzec Mineralnych przewoził przez przejście graniczne w Krościenku 280 paczek "LM". Papierosy były ukryte w jego pontiacu w specjalnie skonstruowanej do tego celu skrytce. Znajdowała się ona pomiędzy komorą silnika a kabiną pasażerską. Dopiero szczegółowa kontrola przeprowadzona przez celników pozwoliła na znalezienie skrytki i przemycanych papierosów.
Kierowca stwierdził, że schowek wykonał samodzielnie.
- Ponieważ auto zostało przystosowane do przemytu, nastąpiło jego zajęcie do dyspozycji sądu - informuje krościeński celnik.
Nie stracił auta mieszkaniec Hoczwi. W nadkolach i progach jego citroena celnicy znaleźli podczas odprawy 350 paczek papierosów "Classic" bez polskich znaków akcyzy.
Hoczwianin złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze i wpłacił od ręki 1200 zł ma poczet grzywny. Ponieważ w jego samochodzie nie stwierdzono wyraźnych przeróbek do celów przemytniczych, auto nie zostało zajęte.
Nie zawsze wychodzi
Czasami przemycający papierosy kierowcy celowo jadą do odprawy celnej jeden za drugim. Liczą na to, że kiedy jeden z nich zostanie skierowany do kontroli szczegółowej, to drugiemu już się upiecze.
Nie zawsze ten fortel się udaje. Przekonali się o tym dwaj kierowcy - jeden z Sanoka, drugi z Humnisk - którzy podjechali do odprawy celnej bezpośrednio po sobie.
W mercedesie sanoczanina celnicy znaleźli 600 paczek papierosów bez polskich znaków akcyzy. Znajdowały się one we wszystkich kołach jezdnych. Natomiast w renaulcie, prowadzonym przez mieszkańca Humnisk, ujawniono 300 paczek wyprodukowanych na Ukrainie papierosów. Były one umieszczone w dwóch kołach jezdnych.
Elektronika z ołowiem
Największą pomysłowością wykazał się mieszkaniec Krosna, który wjeżdżał przez Krościenko z Ukrainy do Polski w nocy z 21 na 22 kwietnia. W swoim renaulcie lagunie przewoził on 300 paczek papierosów "Classic" bez polskich znaków akcyzy.
- Jest to dość typowa dla przemytu ilość papierosów i nie to było dla nas zaskoczeniem - mówi jeden z celników Oddziału Celnego w Krościenku. - Zaskoczyła nas konstrukcja skrytki, w której te papierosy zostały umieszczone.
Schowek został wykonany pod tylnym siedzeniem. Aby się do niego dostać, należało zdemontować dwa moduły urządzeń elektronicznych, które go maskowały. Celnicy zdecydowali się na ich demontaż. Dzięki temu dostali się do skrytki. Cała skrytka była od wewnątrz zabezpieczona blachą ołowianą, co miało chronić ją przed wykryciem przez "prześwietlenie" za pomocą urządzeń specjalistycznych.
- Takie skrytki robią już "fachowcy" do przemytu cennych towarów - stwierdza celnik. - Wynika z tego, że papierosy są już do nich zaliczane.
Przebitka: 1000%
W tej chwili przerzucając nielegalnie papierosy z Ukrainy do Wielkiej Brytanii, ma się prawie 1000% zysku. Dlatego - jak twierdzą funkcjonariusze celni - przemyt papierosów jest nie tylko coraz większy, ale i coraz dokładniej kontrolowany przez zorganizowane grupy przestępcze: "Staje się to porównywalne z handlem narkotykami".
- Coraz więcej osób zajmuje się przemytem papierosów. Sporo z nich to już są "zawodowcy" - mówi celnik z Krościenka. - Przewóz nawet niewielkiej partii papierosów kilka razy w miesiącu przynosi zysk przewyższający znacznie miesięczne wynagrodzenie pracowników w naszym regionie. A to kusi.
Obecnie trwają prace nad zmianą przepisów celnych i rozszerzeniem kompetencji kontrolnych służb celnych. Ich wprowadzenie ma skutecznie ograniczyć kontrabandę.
T. S.
Fot. Próby przemytu papierosów są coraz częstsze
Fot. OC Krościenko
(więcej ,,GB" 9)
|
To jest chore!
Niemal w ostatniej chwili mecz ćwierćfinałowy regionalnego Pucharu Polski pomiędzy KS "Bieszczady" Ustrzyki D. a "Sanovią" Lesko został przeniesiony z 9 na 8 kwietnia. Termin zmieniono, bo Oddział Prewencji z KWP Rzeszów 9 kwietnia musiał zabezpieczać w Rzeszowie derby pomiędzy "Resovią" a "Stalą" i nie mógł się rozdwoić.

O polskiej piłce nożnej mówi się ostatnio dużo. Częściej źle, niż dobrze. Cieniem na tej najpopularniejszej dyscyplinie sportu kładzie się - zataczająca coraz szersze kręgi - afera korupcyjna.
Ale chyba nie mniej groźne od korupcji jest to, co dzieje się na stadionach i w ich pobliżu przed meczami, podczas gry i po zawodach. Ma to ze szlachetną rywalizacją sportową niewiele wspólnego.
Podwyższone ryzyko
Mecze pomiędzy leską "Sanovią" a ustrzyckimi "Bieszczadami" są przez policję określane mianem "imprez podwyższonego ryzyka". Przed każdym z tych pojedynków następuje mobilizacja sił porządkowych. Pucharowy mecz, rozgrywany w Ustrzykach D. 8 kwietnia, zabezpieczało ponad 60 policjantów i funkcjonariuszy Straży Granicznej.
Miejscowa KPP skierowała do pilnowania porządku 16 policjantów. Z leskiej KPP przyjechało 7 funkcjonariuszy. Taką samą liczbę policjantów skierowała KPP w Sanoku.
Z Rzeszowa dojechało 14 policjantów z Oddziału Prewencji Podkarpackiej Komendy Wojewódzkiej. Z Posterunku Konno-Wodnego z Myczkowa dotarli policjanci na koniach. Służby porządkowe wzmacniali funkcjonariusze z Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej.
Oprócz mundurowych w hełmach z przyłbicami, w kamizelkach i z pałkami przy boku oraz koni w specjalnych osłonach na łbach porządku pilnowały jeszcze cztery psy - jeden policyjny i trzy z SG.
W głowie się nie mieści
Na stadion nie wpuszczano nieletnich, jeżeli nie mieli dorosłego opiekuna. To kolejny symptom choroby stadionowej. Dawniej na meczach młodzi ludzie - dziewczęta i chłopcy - stanowili najliczniejszą grupę kibiców. Dzisiaj "małolaty" uważani są za najbardziej skorych do rozrób, do zadym. To głównie oni ustalają "kosy" i "sztamy", montują "młyny", a bardziej od meczu interesuje ich "chuliganka".
I następny objaw choroby… Kibice drużyny gości, którzy przyjechali z Leska - podobno - autobusem kursowym, busem i samochodami osobowymi, od razu "trafiali pod opiekę" sił porządkowych. Byli konwojowani na stadion, gdzie ich umieszczono, a później zamknięto w metalowej klatce.
- W głowie się nie mieści, do czego doszło - mówi jeden ze "starych" kibiców ustrzyckich. - Żeby ludzi trzeba było na mecz zamykać do klatki… Dawniej siedzieliśmy koło siebie. Oni kibicowali swoim, my - swoim. A po meczu często szliśmy do jednej knajpy na piwo. I nic się nie działo.
Tym razem też nic się nie działo. Jednak nie dlatego, że kibice zachowywali się jak ludzie zdrowi na umyśle. "Obyło się bez ekscesów na stadionie i w mieście - jak napisano w policyjnej notatce - dzięki dobremu zabezpieczeniu".
Kontrowersyjne decyzje
A teraz parę słów o przebiegu meczu… W regulaminowym czasie mecz zakończył się remisem 1:1. W tej sytuacji zarządzono dogrywkę 2 x 15 minut, która miała wyłonić zwycięzcę.
W pierwszej części dogrywki piłkarze z Leska zdobyli 2 bramki i wydawało się, że wygraną mają w kieszeni. W drugiej połowie dogrywki ustrzyccy zawodnicy strzelili bramkę kontaktową. To wyraźnie podgrzało atmosferę na boisku i na widowni.
Do przegrzania doszło w 110 minucie meczu, kiedy sędzia uznał, że jeden z ustrzyckich zawodników został w polu karnym sfaulowany i podyktował rzut karny.
- Mecz na pewno był ustawiony. Żadnego faulu nie było - mówi jeden z kibiców "Sanovii".
Podobnego zdania byli również zawodnicy tego klubu. Nie godząc się z decyzją sędziego, zdecydowali się… zejść z boiska. Sędzia odgwizdał walkowera dla Ustrzyk D.
T. S.
Fot. "Dzięki dobremu zabezpieczeniu obyło się bez ekscesów na stadionie i w mieście"
Fot. KPP U.D.
(więcej ,,GB" 8)
|
Ustrzyki wyemitują pieniądze
Po południu 3 maja w ustrzyckim rynku oficjalnie zaprezentowana zostanie moneta lokalna o nominale "3 biesy". W 3 miesiące później zaś pokażą się w obiegu "3 czady". Siła nabywcza obydwu monet będzie odpowiadać trzem złotym.

Pomysł na biesy i czady
- Mój przyjaciel, zapalony numizmatyk, opowiedział mi, że kilka miast w Polsce wypuściło swoje monety - mówi kierownik Bieszczadzkiego Centrum Informacji i Promocji w Ustrzykach D. i pomysłodawca emisji "ustrzyckich" pieniędzy Marcin Budzyk. - Zacząłem o tym myśleć, rozmawiać i doszedłem do wniosku, że to może być świetna forma promocji.
Wiadomo było, że aby ten pomysł wprowadzić w życie, potrzebne będą pieniądze. Później były konsultacje z Mennicą Polską, a potem rozmowy z burmistrzem i radnymi. Samorządowców nie trzeba było długo przekonywać. Pomysł się spodobał. W budżecie gminy zarezerwowano stosowną kwotę.
- Wymyśliłem sobie, że to będą "biesy" i "czady" - bohaterowie legendy o Bieszczadach, którą wymyślił Marian Hess - dodaje M. Budzyk. - Sporo ludzi zna tę legendę i dzięki temu monety będą się kojarzyć z Bieszczadami.
Z różnymi rewersami
Projektantem "biesów" i "czadów" jest Andrzej Nowakowski, który zaliczany jest do czołówki polskich fachowców w tej dziedzinie. Ma na swoim koncie wiele monet obiegowych, bulionowych (monety z kruszców szlachetnych, przeznaczone jedynie do celów lokacyjnych) i kolekcjonerskich.
Wg jego pomysłu wybito m.in. srebrne dziesięciozłotówki "40 rocznica Marca'68" i "Dzieje złotego", złotą pięćdziesięciozłotówkę "Orzeł bielik" i srebrną dwudziestozłotówkę z bursztynem "15-lecie Senatu RP".
- Wizerunki biesów i czadów na "ustrzyckich" monetach to całkowicie jego wizja - mówi M. Budzyk. - Andrzej Nowakowski na podstawie legendy tak je sobie wyobraził. Niczego mu nie sugerowaliśmy. Obydwa projekty są - nie tylko wg mnie, ale i wielu innych ludzi, którzy je widzieli - bardzo udane.
Obie monety będą mieć po 22 mm średnicy (tyle samo ma złotówka). Wykonane zostaną z chromoniklu.
Na rewersie "3 biesów" znajdzie się sylwetka złego Biesa. Z kolei przychylny ludziom Czad znajdzie się na rewersie "3 czadów". Awers obu monet będzie stanowił herb miasta z napisem Ustrzyki Dolne i rokiem emisji.
Zainteresowanie jest duże
Pierwsza moneta - "3 biesy" będzie w lokalnym obiegu od 3 maja do końca lipca. Z kolei "3 czady" wejdą do obiegu najpóźniej na początku sierpnia i będą honorowane do końca października.
Obecnie Bieszczadzkie Centrum Informacji i Promocji nawiązuje kontakty z różnymi placówkami handlowymi i - przede wszystkim - związanymi z obsługą ruchu turystycznego i będzie je namawiać do przyjmowania opłat za towary i usługi w "biesach" i "czadach".
Wszystkie podmioty, które do tego interesu przystąpią, zastaną specjalnie oznakowane. Ponadto przed wejściem ustrzyckich monet na rynek wywieszone zostaną ulotki z informacjami na ich temat.
- Pomimo że nie właściwie nie rozpoczęliśmy jeszcze (poza notką na naszej stronie internetowej) żadnej akcji informacyjnej, to już codziennie jest w tej sprawie przynajmniej po kilka telefonów - informuje Lidia Matwiej z BCIiP w Ustrzykach D. - Zainteresowanie jest duże. Już rozpoczęliśmy zapisy na monety. Niektórzy chcą kupić po kilka kompletów, ale są i tacy, którzy zgłaszają chęć zakupu nawet po 500 sztuk.
Wszyscy zadowoleni
Kampanie promocyjne związane z emisją monet lokalnych w przypadku wszystkich miast, które się na nie zdecydowały, zakończyły się pełnym powodzeniem. Ustrzyki też nie powinny być od tej reguły wyjątkiem…
- Założenie jest takie, że wybicie własnych monet powinno okazać się skuteczną akcją promocyjną, która na dodatek nie będzie deficytowa - podsumowuje M. Budzyk. - Wszyscy powinni być zadowoleni: numizmatycy, bo będą mieć ciekawe monety w swoich zbiorach, a mieszkańcy i turyści będą mieć atrakcyjną pamiątkę.
T. Szewczyk
Bieszczadzkie Centrum Informacji i Promocji w Ustrzykach Dolnych już prowadzi zapisy na "biesy" i "czady".
Można zapisywać się, odwiedzając BCIiP (Rynek 16), dzwoniąc (tel. 013-471-11-300), faksując (fax 013-471-16-69) lub mailując (e-mail: cit@ustrzyki-dolne.pl).
(więcej ,,GB" 7)
|
Posłowie w Bieszczadach
5-6 marca w Bieszczady zawitali posłowie Sejmowej Komisji Ochrony Środowiska Zasobów Naturalnych i Leśnictwa. Dwudniowa, pierwsza w tym roku sesja wyjazdowa tej komisji, poświęcona była generalnie współpracy polsko-ukraińsko-słowackiej w ramach Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery "Karpaty Wschodnie".

Pierwszy dzień pracy komisji to sesje terenowe. Jedna z grup zapoznawała się z działalnością Zespołu Elektrowni Wodnych Solina-Myczkowce i wpływem tych inwestycji na środowisko naturalne. Druga wizytowała Bieszczadzki Park Narodowy. Ten dzień zakończyło spotkanie posłów z samorządowcami.
Drugi dzień to głównie czterogodzinne plenarne posiedzenie w Ośrodku Naukowo-Dydaktycznym BdPN w Ustrzykach D. Ponad 140 uczestników świadczy o ogromnym zainteresowaniu. Wśród nich znaleźli się przedstawiciele władz samorządowych i instytucji naukowych. Stronę ukraińską reprezentowała ośmiosobowa delegacja, w tym dyrektorzy 5 parków narodowych oraz pracownicy Ukraińskiej Akademii Nauk. Ze Słowacji byli przedstawiciele Parku Narodowego "Połoniny" i "Wychodne Karpaty", wchodzącego w skład MRB "KW". O niepowtarzalnej szansie, jaką stwarza przygraniczne położenie Bieszczadów, mówił ambasador Słowacji Frantiszek Rużiczka.
- Mówienie o współpracy polsko-ukraińskiej w dziedzinie ochrony przyrody należy zacząć od uregulowania spraw bardziej ogólnych. Od czasu wejścia Polski do strefy Schengen Ukraina znalazła się za murem, który jej obywatelom jest ciężko przekroczyć. Nasz przyjazd do Ustrzyk był możliwy tylko dzięki ogromnemu zaangażowaniu Kancelarii Sejmu RP, pomocy BdPN i życzliwości pracowników konsulatu generalnego RP we Lwowie. Wizy, uprawniające nas do wjazdu do UE, otrzymaliśmy 24 godziny przed przyjazdem. Jeśli będziemy w tym kierunku pożytkować naszą energię, to na ochronę przyrody nie zostanie za dużo czasu. - twierdzi Oksana Marystkewicz, wieloletnia zastępczyni dyrektora Instytutu Ekologii Karpat UAN.
W cieniu obrad komisji przewijała się publikacja w dzienniku "Fakt" fotoreportażu z pierwszego dnia pobytu posłów w Bieszczadach. Na okładce i rozkładówce ukazały się fotografie jedzących i pijących alkohol posłów podczas uroczystej kolacji w OW "Laworta". Tytuł "Tak pracują nasi posłowie" nie pozostawiał wątpliwości, jak redakcja "Faktu" ocenia zaangażowanie wybrańców narodu.
- To jest skandal. To, co ukazało się w "Fakcie", obraża nas. Poseł też jest człowiekiem i po ciężkim dniu pracy ma prawo do kolacji z lampką wina czy też szklanką piwa - skomentowała materiał w "Fakcie" Elżbieta Łukacijewska - posłanka PO i zastępczyni przewodniczącego komisji.
/Ela/
Fot. W plenarnym posiedzeniu w OND BdPN wzięło udział ponad 140 osób
Fot. T. Szewczyk
|
Radni zadecydowali, że nowy kompleks rekreacyjno-sportowy w Ustrzykach Dolnych powstanie…
Pod bokiem "Delfina"
Jest już gotowa wstępna koncepcja kompleksu rekreacyjno-sportowego w Ustrzykach D. Kompleks ów ma się składać z basenu odkrytego długości 25 m, brodzika 10 m x 10 m ze zjeżdżalnią, placu zabaw dla dzieci, boiska do piłki siatkowej, plażowej i badmintona oraz sceny z zapleczem i widownią.

Mgr inż. arch. Mariola Sidor z Sanoka - autorka wstępnej koncepcji ustrzyckiego kompleksu rekreacyjno-sportowego - na sesji 28 lutego przedstawiła radnym gminnym jego komputerową wizualizację.
Gdzie to będzie?
Wg opinii autorki koncepcji ustrzyckiego kompleksu rekreacyjno-sportowego powinien on powstać przy Międzyszkolnej Krytej Pływalni "Delfin".
- Argumentów za lokalizacją przy MKP "Delfin" jest dużo - mówi M. Sidor. - Gdyby zdecydować się na umieszczenie tego kompleksu na miejscu starej pływalni, koszty jego budowy i eksploatacji byłyby znacznie wyższe. Już przed rozpoczęciem budowy trzeba byłoby wyłożyć niemałe pieniądze, aby ten teren przygotować pod inwestycję. Obok "Delfina" można od razu wejść i budować.
Ustrzyccy radni jednogłośnie opowiedzieli się za lokalizacją nowego basenu otwartego wraz z obiektami towarzyszącymi przy MKP "Delfin". Radni upoważnili także burmistrza do podejmowania następnych kroków, prowadzących do realizacji tej inwestycji.
- W pełni podzielam decyzję radnych. Budowa tego kompleksu przy MKP "Delfin" jest zdecydowanie ekonomiczniejsza niż przebudowa kąpieliska przy ul. PCK - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Przy tej lokalizacji zostaną wykorzystane urządzenia i pomieszczenia krytej pływalni. Poza tym teren ten jest już uzbrojony (woda, kanalizacja, energia elektryczna i cieplna). Również koszty administracyjne dzięki temu rozwiązaniu będą niższe, gdyż kompleksem tym będzie zarządzać dyrektor MKP "Delfin".
Co to będzie?
Basen odkryty składałby się z dwóch części. Jedna z nich miałaby kształt zbliżony do litery L, przy czym obydwa jej ramiona liczyłyby po 25 m. Szerokość pozwalałby na założenie w czasie zawodów 4-5 torów pływackich. Jedno z ramion, przeznaczone dla umiejących pływać, miałoby głębokość od 1,8 m do 1,2 m. Drugie ramię dla uczących się pływania byłoby płytsze: od 0,8 m do 1,2 m. Pomiędzy ramionami znalazłby się brodzik do 0,5 m głębokości, w kształcie kwadratu lub koła. Przy brodziku byłaby zainstalowana rura doi zjeżdżania.
W pobliżu basenów znajdowałby się plac zabaw dla dzieci. Nieco dalej zaplanowano budowę boisk do siatkówki, siatkówki plażowej i badmintona. Naturalne ukształtowanie terenu zostało wykorzystane przy lokalizacji sceny wraz z zapleczem i widownią.
Bezpośrednio przy budynku MKP "Delfin" dobudowane zostanie zaplecze sanitarne, szatnia oraz letnia kawiarnia z tarasem. Z tej części "kubaturowej" nowego kompleksu będzie można przejść do budynku głównego "Delfina".
Kiedy i za jakie pieniądze?
Nie wiadomo, ile ten kompleks będzie kosztował. Wg nieoficjalnych szacunków na tę inwestycję trzeba będzie wyłożyć ok. 3 mln zł.
Wielkość kosztów będzie zależeć m.in. od tego, z jakich materiałów zostaną wykonane niecki basenów (propozycja: konstrukcja żelbetowa, wykończenie stal ocynkowana lub tworzywa sztuczne), czy od razu zainstaluje się kolektory słoneczne, jak rozbudowana zostanie infrastruktura towarzysząca itd. Każda rzecz, którą się doda, będzie te koszty podnosić.
- Dobrze byłoby, gdyby projekt był gotowy na koniec obecnego roku - mówi H. Sułuja. - Wtedy na przyszły rok moglibyśmy się ubiegać o pieniądze z Regionalnego Programu Operacyjnego. Gdyby te koszty rzeczywiście były takie, o jakich się mówi, to nawet jeśliby się spełnił czarny scenariusz i nie uzyskalibyśmy żadnego dofinansowania z zewnątrz, to przy rozważnym gospodarowaniu dałoby się te pieniądze wyskrobać z budżetu gminy.
Jeśli wszystko szłoby jak po maśle, to nowy basen otwarty powinien być otwarty w 2010 r.
Teraz rodzi się pytanie, co zrobić ze starą pływalnią?
T. Szewczyk
Fot. Wg koncepcji M. Sidor tak to ma wyglądać
|
Przejście zablokowane
Mieszkańcy terenów przygranicznych 11 lutego zablokowali po stronie ukraińskiej drogę dojazdową i tory do przejścia granicznego Smolnica-Krościenko. Żądali jak najszybszego wprowadzenia małego ruchu granicznego. Wg informacji przekazanych przez ukraińskie służby graniczne protest miał potrwać do 16 lutego. I tak było.

W drugiej połowie stycznia ruch na przejściu granicznym w Krościenku-Smolnicy był mocno ograniczony z powodu protestu polskich celników. Na przełomie stycznia i lutego nasi celnicy zawiesili swoją akcję protestacyjną i sytuacja stopniowo zaczęła wracać do normy. Nie trwało to jednak długo. Teraz przejście zostało zablokowane po stronie ukraińskiej.
Ruch zamarł
- Zasadniczym celem tej blokady jest wymuszenie przyspieszenia prac nad małym ruchem granicznym i zawarcie stosownej umowy pomiędzy Polską a Ukrainą - potwierdza oficer PSG Krościenko.- Ruch na przejściu zamarł. Ze strony ukraińskiej nikogo nie przepuszczają. Z naszej strony też wszyscy wiedzą o blokadzie i nikt nie ryzykuje wyjazdu.
Nawet gdyby ktoś zaryzykował, to pewnie daleko by nie zajechał. Blokada została ustawiona w odległości ok. 1 km od przejścia (przed zjazdem do pierwszej za granicą stacji paliwowej).
- Cała sytuacja jest poza nami - informuje jeden z celników OC Krościenko. - To wszystko dzieje się poza przejściem granicznym, poza terytorium RP. Nie mamy żadnego wpływu na to, co się dzieje.
Nie ma odpraw
Przez cały czas w miejscu blokady stoi grupa ludzi - od 10 do 20 osób. Na jezdni leżą uniemożliwiające przejazd opony. Protestanci przepuszczają jedynie służby związane z obsługą przejścia granicznego.
W czasie protestu wstrzymane zostały również wjazdy na Ukrainę pociągu Sanok-Chyrów-Sanok. Pociąg wprawdzie jeździ, ale na skróconej trasie Sanok-Krościenko-Sanok.
- Nie ma odpraw, bo nie mamy kogo odprawiać. Ale nasz oddział celny pracuje normalnie. W każdej chwili jesteśmy gotowi podjąć swoje czynności - dodaje celnik. - Obecnie czas wykorzystujemy przede wszystkim na zaległe urlopy, oddawanie funkcjonariuszom nadgodzin i szkolenia..
a. z.
Fot. Rzadki widok na krościeńskim przejściu: nie ma żadnej kolejki i nikt nie przejeżdża przez granicę.
Fot. T. Szewczyk
|
Celnicy nie liczą na miłość
Powoli stabilizuje się sytuacja na całej polskiej granicy wschodniej. Również ruch na przejściu granicznym w Krościenku stopniowo powraca do normy.

Reakcja na brak reakcji
Przez przejście graniczne w Krościenku mogą przejeżdżać samochody osobowe, busy, autokary i ciężarówki o ciężarze do 7,5 tony. Nie jadą tędy TIR-y. Dlatego nie dochodziło tutaj do tak trudnych sytuacji, jak na przejściach w Korczowej, Medyce czy Dorohusku i Hrebennem.
- To wszystko wybuchło z powodu całkowitego braku reakcji na nasze postulaty ze strony rządu, a właściwie rządów - stwierdza jeden z funkcjonariuszy Oddziału Celnego w Krościenku.
Protest służby celnej trwał - przypominają celnicy - od czerwca ub. r. Początkowo ograniczał się do wysunięcia postulatów, oflagowania budynków i akcji informacyjnej. Obydwa rządy - poprzedni Jarosława Kaczyńskiego i obecny Donalda Tuska - zupełnie to lekceważyły. Dopiero jak przybrał bardzo ostre formy i doszło do tego, że "wschodnia granica się rozsypała", zaczęto coś robić.
Ruch prawie zamarł
- Na naszym przejściu protest przebiegał dosyć spokojnie. Na szczęście nie odprawiamy tutaj TIR-ów - mówi celnik z Oddziału Celnego w Krościenku. - Do pracy w tych dniach przychodziła minimalna liczba funkcjonariuszy. Część celników "poszła na chorobowe", część brała urlopy na żądanie.
Odprawy przy tak ograniczonej liczbie celników szły bardzo wolno. Czas oczekiwania na wjazd do Polski przez przejście w Krościenku wydłużył się do ponad doby.
Gdy tempo odpraw celnych spadło do zaledwie kilku aut na godzinę, ludzie przestali jeździć. Ruch na granicy prawie zamarł.
Przełom po "męskiej rozmowie"
Pod koniec stycznia przedstawiciele rządu podjęli rozmowy ze służbą celną. Po dwóch dniach (28-29 stycznia) negocjacje w Ministerstwie Finansów załamały się. Przełom stanowił wyjazd (30 stycznia) premiera Donalda Tuska do Białej Podlaskiej i przeprowadzona tam "męska rozmowa" z celnikami.
- Rozmowy na górze znów trwają. Liczymy na to, że się w końcu dogadają i znajdą jakieś rozwiązanie możliwe do przyjęcia dla obu stron. Jesteśmy już tą sytuacją zmęczeni - oceniają bieg wydarzeń krościeńscy celnicy.
Następnego dnia - jak poinformował minister finansów Jacek Rostowski - rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o służbie celnej oraz podtrzymał swoją ofertę podwyżki (500 zł brutto) od 1 stycznia br.
W myśl zapowiadanych regulacji łatwiej będzie celnikom awansować (awans najpóźniej po 5 latach pracy, jeśli nie będzie negatywnej opinii przełożonego). Zniesiony zostanie przepis nakazujący zwolnienie celnika, jeśli zostanie aresztowany. Celnicy będą też mogli pobierać wynagrodzenie za pracę w godzinach nadliczbowych. Do tej pory za nadgodziny mogli brać "odsiadki".
Już jest przyzwoicie
Na przełomie stycznia i lutego zaczęła się też stopniowo zmieniać sytuacja na przejściu granicznym w Krościenku. Sukcesywnie do roboty wracają funkcjonariusze celni…
- Odprawy celne na naszym przejściu idą prawie normalnie. Nie jest to jeszcze na 100%, lecz już jest przyzwoicie. Dzisiaj (30 stycznia) w pracy mamy prawie połowę obsady. Ale ze zmiany na zmianę jest pod tym względem lepiej - mówi celnik.
Od tego dnia na przejście w Krościenku zaczęli też wracać podróżni. To, że "odprawy celne idą prawie normalnie", szybko się rozniosło…
- Udało nam się pokazać, że służba celna jest państwu niezbędna. I o to głównie nam chodziło - podsumowuje funkcjonariusz OC Krościenko. - Ludzie, szczególnie ci, którzy naruszają przepisy celne, nigdy nas nie będą kochać. Z tym się musimy pogodzić. Ale na to, że państwo będzie nas szanować, bo jesteśmy jedną z jego najważniejszych służb, chyba mamy prawo liczyć.
T. Szewczyk
Fot. Sytuacja na przejściu granicznym w Krościenku wraca do normy
Fot. T. Szewczyk
|
Kij ma dwa końce
Po wejściu Polski do strefy Schengen w nocy z 20 na 21 grudnia ub. r. drastycznie spadła liczba Ukraińców korzystających z przejścia granicznego w Krościenku. Pociąg Chyrów-Sanok od Nowego Roku jeździ prawie pusty.

Ukraińców prawie nie ma
Przed tym terminem przez krościeńskie przejście drogowe i kolejowe dziennie przejeżdżało średnio ponad 1600 obywateli Ukrainy. W pierwszej połowie stycznia granicę w Krościenku przekraczało mniej niż 30 Ukraińców na dobę.
- Obecnie przyjazdy Ukraińców są znikome - informuje jeden z oficerów PSG w Krościenku. - Przyjeżdżają głównie osoby, które spędzają w Polsce urlop. Oni już mają nowe wizy. Ale jest ich bardzo mało.
- Jeżdżą prawie sami Polacy. Można powiedzieć, że odpraw Ukraińców po Nowym Roku praktycznie nie ma - potwierdza słowa pogranicznika krościeński celnik.
W grudniu przed "Schengen" pociąg Chyrów-Sanok woził ponad 200 pasażerów. Ponad 70% to byli Ukraińcy. Po naszym wejściu do "Schengen" jeździ prawie pusty.
Kolejka nie maleje
Sytuacja na przejściu w Krościenku nie jest wyjątkiem. Drastycznie spadła liczba podróżnych ze wschodu na wszystkich przejściach. Ukraińcy mają problemy z przekraczaniem granicy ukraińsko-polskiej. Chcąc wjechać do Polski, muszą mieć tzw. wizy schengeńskie. Taka wiza kosztuje 35 euro. Dla wielu obywateli Ukrainy jest to duża kwota.
Jednak większą od tej opłaty przeszkodą są długie terminy oczekiwania na nowe dokumenty. Nowe wizy wydawane są jedynie w polskich placówkach dyplomatycznych w Kijowie, Charkowie, Odessie i Lwowie. Konsulat RP we Lwowie obsługuje dziennie ok. 1000 osób. Ale kolejka po wizy nie maleje.
Niezadowoleni mieszkańcy terenów przygranicznych Ukrainy w styczniu blokowali przejścia graniczne Krakowiec-Korczowa i Szeginie-Medyka. Również odbyły się pikiety przed lwowskim konsulatem. Uczestnicy tych protestów domagali się wprowadzenia ułatwień w wydawaniu wiz dla mieszkańców regionów przygranicznych.
Teraz to siadło
Nowe zasady przekraczania granicy ukraińsko-polskiej, która obecnie jest granicą zewnętrzną państw strefy Schengen, uderzyły przede wszystkim w tych obywateli Ukrainy, którzy żyli z "handlu transgranicznego", z przewożenia do Polski papierosów, alkoholu i paliwa.
Jednak kłopoty wizowe Ukraińców mają też wiele negatywnych konsekwencji dla regionów przygranicznych po stronie polskiej. Wprawdzie już nikt nie ma podstaw do narzekań, że jest co chwilę zachęcany przez "sąsiadów zza miedzy" do kupna papierosów czy alkoholu, ale…
- Mieliśmy bardzo dobre kontakty z rejonem Wielikij Bierioznyj na Zakarpaciu. Nasza współpraca zaczęła się obiecująco rozwijać - mówi wicestarosta leski Stanisław Szelążek. - Teraz to wszystko siadło.
- W samych Ustrzykach jest ponad 100 podmiotów gospodarczych, które nastawiły się na współpracę z Ukrainą - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Mamy sygnały od właścicieli sklepów i hurtowni, że nie ma klientów z Ukrainy. Brak Ukraińców widać na wyciągach, w muzeum, na pływalni, w hotelach… W sezonie zimowym mieliśmy, ostrożnie licząc, ok. 10 tysięcy gości z Ukrainy. W tym roku ich nie ma. Branża turystyczna już liczy straty.
Uproszczenia w lutym?
Problemy przygranicznego handlu zostałyby rozwiązane, gdyby Polska podpisała z Ukraina umowę o małym ruchu granicznym. Taką umowę już podpisali Węgrzy, a finalizują ją Słowacy. W oparciu o nią mieszkańcy pasa przygranicznego szerokości od 30 do 50 km mogą przekraczać granicę bez nowych wiz.
Związek Bieszczadzkich Gmin Pogranicza wystąpił do ministra spraw wewnętrznych i administracji Grzegorza Schetyny i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego "o podjęcie działań zmierzających do usunięcia przeszkód w normalnym funkcjonowaniu granicy".
- Chodzi nam o to, żeby jak najszybciej wszedł w życie ruch przygraniczny i by szybciej były wydawane nowe wizy - dodaje H. Sułuja.
- Problem współpracy z Ukrainą jest dla mnie osobiście bardzo ważny - deklaruje wojewoda podkarpacki Mirosław Karapyta. - Współpraca transgraniczna pomiędzy samorządami polskimi i ukraińskimi w tym momencie leży. Należy przyspieszyć wydawanie nowych wiz. Moim zdaniem potrzeba utworzenia w każdym obwodzie na Ukrainie punktów konsularnych, które by się tym zajmowały, jest bezdyskusyjna. Wydaje mi się, że sprawa małego ruchu granicznego zostanie w niedługim czasie rozwiązana na szczeblu rządowym.
Nieoficjalnie mówi się, że polsko-ukraińskie porozumienie w tej sprawi zostanie podpisane jeszcze w lutym podczas wizyty na Ukrainie premiera Donalda Tuska.
T. Szewczyk
Fot. Jeśli Ukraińcy nie będą przyjeżdżać, to nowy terminal kolejowy na przejściu w Krościenku będzie słabo wykorzystany
Fot. T. Szewczyk
|
W okamgnieniu wielodzietna rodzina z Krościenka została bez dachu nad głową i straciła dorobek całego życia
Nie zostali sami
Kiedy jeden z chłopców wrócił ze szkoły i zobaczył, co się stało, klęknął i się rozpłakał. Długo nie można go było uspokoić. Wielopokoleniowa i wielodzietna rodzina nie tylko straciła dach nad głową. Nie udało się uratować praktycznie niczego z wyposażenia. Pogorzelcy zostali z tym, co mieli na sobie i przy sobie.

Rano 17 września w Krościenku zapalił się budynek mieszkalny, stanowiący własność Marii i Zbigniewa W. Matka właściciela budynku, poczuła swąd. Powiadomiła o tym sąsiadów. Sąsiad przybiegł na miejsce i zorientował się, że to pożar. Dostał się do środka i próbował stłumić ogień. Nie udało się.
Budynek w ogniu
Telefonicznie o pożarze powiadomiono KP PSP w Ustrzykach D. Informacja dotarła do strażaków o godz. 9.49. W 10 minut później na miejscu był już pierwszy wóz strażacki.
- Ale jak dojechaliśmy, to cały budynek był już w ogniu - mówi dowodzący akcją gaśniczą dowódca ustrzyckiej JRG st. asp. Marek Piwiński. - Płomienie już były na zewnątrz. Paliły się ściany i płonął dach.
Na miejsce przyjechały trzema samochodami ratowniczo-gaśniczymi i wozem operacyjnym cztery zastępy strażaków z ustrzyckiej KP PSP. Wspierały ich działania jednostki OSP Wojtkowa i OSP Czarna. Dojechały też karetka pogotowia, policja i pogotowie energetyczne.
- Po odłączeniu energii elektrycznej podaliśmy dwa prądy wody w natarciu na płonący budynek, a trzeci w obronie na znajdujące się w pobliżu zabudowania - informuje rzecznik ustrzyckiej KP PSP asp. Emil Szmyd.
Z uzyskanych przez strażaków na miejscu informacji wynikało, że w budynku są trzy butle gazowe. Jedną z nich mieszkańcy wynieśli jeszcze przed przybyciem straży. W czasie akcji doszło do dwóch detonacji. Okazało się, że jedna z nich to wybuch butli. Drugi wybuch to, jak później ustalono, nie trzecia butla, lecz paliwo w kanistrach. Ostatnią butlę, na szczęście całą, strażacy wynieśli z budynku pod koniec działań.
Miało się co palić
- Niewiele udało się uratować - mówi jeden z uczestniczących w akcji strażaków. - To był budynek drewniany, z zewnątrz oszalowany deskami, w środku wyłożony drewnianą boazerią. Nakryty był papą. Na poddaszu dla ocieplenia położono siano i słomę. Wszystko to dobrze się pali.
Akcja gaśnicza trwała prawie 7 godzin. Najwięcej czasu zabrało strażakom dogaszanie tlących się elementów konstrukcyjnych budynku.
Jeszcze w trakcie akcji gaśniczej ojciec właścicielki budynku źle się poczuł. Pogotowie ratunkowe odwiozło go do szpitala w Ustrzykach Dolnych z objawami zatrucia.
Według strażaków najprawdopodobniej przyczyną pożaru było zwarcie w instalacji elektrycznej. Ale nie wyklucza się, że pożar mógł być wynikiem zaprószenia ognia.
Spowodowane pożarem straty zostały wstępnie oszacowane na 80 tys. zł.
Odzew jest duży
W domu tym mieszkało 11 osób, w tym 7 dzieci w wieku od "zerówki" do 19 lat. Zostali praktycznie bez niczego. Pierwsze noce spędzili u krewnych. W tydzień po pożarze - 28 grudnia - pogorzelcy wprowadzili się do mieszkania socjalnego, przydzielonego im przez gminę.
- Wieść o tej tragedii poruszyła ludzi. Odzew jest duży. Ludzie wzruszyli się przede wszystkim sytuacją dzieci. Pomoc dla rodziny W. płynie z różnych stron: ze strony kościoła, od mieszkańców wsi, z opieki społecznej - mówi radna z Krościenka Leokadia Bis. - W Ustrzykach D. w prawie wszystkich instytucjach robiono zbiórki. Na razie trudno jest powiedzieć, ile pieniędzy udało się zebrać. Ponadto wielu ludzi przywoziło różne rzeczy bezpośrednio do nich. Jest też specjalne konto przy "Caritasie", na które można wpłacać dla nich pieniądze. Później za te pieniądze kupi się to, czego będą potrzebować.
T. Szewczyk
Podajemy numer konta Bieszczadzkiego Centrum Charytatywnego "Caritas" w Ustrzykach Dolnych, na które można przekazywać pieniądze dla rodziny W.: Bank PKO S.A. Nr 83 1240 2366 1111 0000 3326 9368 (z dopiskiem na przelewie "Pogorzelcy").
W sprawie innych form pomocy można się kontaktować z Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie w Ustrzykach Dolnych - tel. (013) 471 10 80.
Fot. Dom trzeba budować od początku
Fot. T. Szewczyk
|
Im dłużej, tym więcej
Z pociągu Chyrów-Sanok 6 grudnia celnicy z Oddziału Celnego w Krościenku "wyjęli" ponad 3,5 tysiąca paczek ukraińskich papierosów różnych marek. - Nie był to jakiś wyjątkowy dzień - mówi jeden z celników. - Tak jest prawie codziennie.

Pociąg międzynarodowy Chyrów-Sanok jest ostatnio niezwykle popularny. Jedzie nim zazwyczaj ponad 200 osób. Pasażerowie zajmują wszystkie miejsca siedzące, a wielu z nich jedzie na stojąco. - Boją się tych zmian, które wiążą się z naszym wejściem do strefy Schengen - wyjaśnia celnik. - Chcą wykorzystać jeszcze ten czas przed 21 grudnia i jak najwięcej razy obrócić.
Już nie "Rasputin"
Kilka lat temu potocznie pociąg ten nazywano "Rasputinem". Nazwa nie wzięła się bezpośrednio od nazwiska kontrowersyjnego mnicha, który stał się faworytem rodziny cara Mikołaja II, lecz od marki alkoholu, który wówczas dominował w bagażach.
Dzisiaj pociąg ten powinien się nazywać raczej "Prima" albo "Monte Carlo". Jadący nim podróżni nie nastawiają się już głównie na przewiezienie przez granicę ukraińsko-polską alkoholu, lecz zajmują się przede wszystkim przemycaniem papierosów.
- Z każdego pociągu wyciągamy ok. 200 kartonów papierosów - mówi jeden z krościeńskich celników. - Ich ilość zależy głównie od tego, jak długi jest postój na granicy. Im dłuższy postój, tym więcej wyciągamy.
Nierówny bój
Na Ukrainie papierosy są prawie trzy razy tańsze niż w Polsce. Jest więc na nich niezła przebitka. Papierosy łatwiej niż wódkę schować na sobie i w wagonie, co ułatwia ich przemycenie przez granicę. Poza tym papierosy o wiele łatwiej się sprzedaje, bo w związku z różnicą cen popyt na nie jest duży.
Praktycznie w każdym zakamarku pociągu upchane są paczki papierosów.
- W miarę możliwości odkrywamy te schowki - stwierdza celnik. - Ale bój jest nierówny. Ponad 200 ludzi ma godzinę na porozkręcanie wagonów i schowanie papierosów podczas postoju pociągu w Chyrowie oraz w czasie jazdy z Chyrowa do granicy. Potem tylko czterech ludzi ma najwyżej godzinę na ponowne porozkręcanie wagonów i odszukanie ukrytego towaru.
Papierosy są wszędzie
Chowający odznaczają się ogromną pomysłowością. Wszystkie elementy, które nadają się na skrytki, są na nie wykorzystywane. Papierosy są w kaloryferach, w lampach, w sufitach, w łukach pomiędzy ścianami a sufitami, w bojlerach, w rozprutych siedzeniach, a nawet w skrzynkach elektrycznych, w których część urządzeń jest pod napięciem.
Bardzo często paczki papierosów ukryte są także w pojemnikach na śmieci, z wierzchu przysypane odpadkami. Z pewnością niewielu nabywców zdaje sobie sprawę, że ich cygary - być może - pokonały granicę w… ubikacji. To też jeden ze sposobów przemytu. Kartony z papierosami zawija się w szczelne worki, potem wpuszcza do muszli, a na to idzie "naturalne maskowanie".
- Nasi funkcjonariusze wiedzą o tych różnych schowkach - mówi jeden z celników. - Brakuje nam jednak czasu, żeby to wszystko powyciągać. Pociąg nie może przecież stać na granicy 10 godzin.
To się zmieni
Do końca zbliżają się prace związane z rozbudową przejścia granicznego w Krościenku. Już niedługo ma być oddany do użytku nowy pawilon odpraw podróżnych jadących pociągiem. Celnicy liczą, że dzięki temu ich działania będą o wiele skuteczniejsze.
- Wszystkich podróżnych będzie się wysadzać z pociągu. Ludzie wraz z bagażem będą przechodzić przez salę odpraw - opisuje przyszłą procedurę jeden z nich. - W tym czasie nasi funkcjonariusze będą mogli spokojnie "rozkręcić pociąg" i wyjąć cały przemycany towar.
T. S.
Fot. Łuki zostały dokładnie zagospodarowane
Fot. OC Krościenko
(więcej ,,GB" 25)
|
Przyjdź, święty Mikołaju!
Do kogo przyjdzie święty Mikołaj? Ręce wszystkich przedszkolaków bez wahania podnoszą się do góry. Dzieci wierzą, że choć nie zawsze były grzeczne, to święty Mikołaj jeszcze raz okaże wyrozumiałość i miłosierdzie i uzna, że zasłużyły na prezenty.

Jak wygląda i skąd przybywa?
- Nie wiem, jak wygląda Mikołaj, bo go nigdy nie widziałem - mówi Piotrek. - Widziałem tylko aniołki, które mu pomagają.
Oliwia stwierdza, że Mikołaj to taki starszy pan z długą, białą brodą i w czerwonym ubraniu. Julka dodaje, że ma też czerwoną czapkę, szeroki pas i niesie worek z prezentami. Wiktoria przypomina o czerwonych butach i czerwonym płaszczyku. - Święty Mikołaj jest cały biało-czerwony - podsumowuje Helenka.
W wyobrażeniach dzieci święty Mikołaj to nie brodaty biskup w infule i z pastorałem, ale raczej postać z reklamy Coca-Coli i amerykańskich kreskówek.
Wg Julki święty Mikołaj mieszka na północy. Potwierdza to Marysia, dodając, że to jest bardzo daleko od Ustrzyk. Inne przedszkolaki także uważają, że Mikołaj żyje na północy. Klara precyzuje, że prawie przez cały rok przebywa na biegunie.
Odmiennego zdania jest jedynie Ala. - Mikołaj mieszka w niebie - mówi z przekonaniem.
Skąd bierze prezenty i jak je roznosi?
- Mikołaj mówi elfom, co jest mu potrzebne, a elfy te wszystkie prezenty robią przez cały rok - wyjaśnia Marysia. Również Klara uważa, że wszystkie upominki są wynikiem codziennej pracy elfów.
Wg Kajetana to panowie ze sklepów dają Mikołajowi zabawki, a on je tylko roznosi. - Myślę, że chyba za darmo mu dają - dodaje niepewnie Kajtek. Innego zdania jest Julka: - Mikołaj to wszystko kupuje w sklepach - stwierdza. - Skąd on ma tyle pieniędzy? Tego nie wiem.
Kiedy Mikołaj zgromadzi już prezenty dla wszystkich dzieci, to staje przed problemem, jak je dostarczyć… - Nie wiem, jak sobie z tym radzi - przyznaje się Wiktoria. - Chyba jeździ saniami. Również Klara nie potrafi wyjaśnić, jak Mikołaj się przemieszcza. - Ale jakoś musi, bo w tamtym roku był i jak wstałam rano, to prezenty były - dodaje.
Dla Kajetana sprawa jest jasna: - Mikołaj ma szybkie sanie i bardzo szybkie renifery. Dzięki temu zdąży objechać cały świat. Piotrek uzupełnia, że te sanie są nie tylko szybkie, ale i bardzo duże, bo musi się na nich zmieścić mnóstwo prezentów.
Marysia uważa, że upominki trafiają do dzieci dzięki Mikołajowym pomocnikom: - Elfy pomagają mu roznosić paczki i zostawiają je przy kominku - mówi. - U mnie tak zostawiły. Oliwia zaś twierdzi, że to sam Mikołaj idzie wieczorem od domu do domu i rozdaje dzieciom paczki. - Wkłada je pod poduszkę, jak dziecko już śpi - uzupełniają jej teorię Łucja i Piotrek. Ala sądzi, że jednak Mikołaj wrzuca upominki przez komin.
Kto może liczyć na prezenty?
Oczywiście, Mikołaj obdarowuje prezentami przede wszystkim dzieci. Ale czy wszystkie?
- Mikołaj przychodzi do tych dzieci, które są grzeczne, i do tych, które są czasami niegrzeczne - uważa Julka. - Do mnie przyjdzie, bo jestem tylko czasem niegrzeczna.
- Do niegrzecznych dzieci Mikołaj wcale nie idzie - twierdzi Wiktoria. - Nie wiem, czy jestem grzeczna, ale myślę, że do mnie przyjdzie.
- Mikołaj przychodzi też do niegrzecznych dzieci - powiada Kajetan. - Ale one nie dostają żadnych zabawek, tylko rózgę. Ja rózgi jeszcze nigdy nie dostałem.
Wg niektórych przedszkolaków warunkiem otrzymania prezentów od Mikołaja jest także napisanie listu do niego. - Byłam grzeczna i napisałam list do Mikołaja, to dostanę prezent - mów Łucja. Mniej pewny jest Piotrek: - Jestem taki trochę grzeczny i trochę niegrzeczny - ocenia się samokrytycznie. - Jeszcze listu nie napisałem, ale napiszę. Myślę, że chyba Mikołaj da mi jakiś prezent.
Jakie prezenty?
Lista prezentów, na jakie liczą przedszkolaki, jest dość długa. Nie wiem, czy Mikołaj będzie na tyle zorientowany w zabawkowych szlagierach, by sprostać ich oczekiwaniom. Niektóre zamówienia mogą też poważnie nadszarpnąć jego fundusze. Ale są i takie mniej wygórowane.
Oliwia w swoim liście prosiła Mikołaja o pluszowego misia. Miśka i cukierki chciałaby dostać Łucja. Julka liczy na to, że Mikołaj podaruje jej "konika, takiego zabawkowego, ale jak nie znajdzie takiego konika, to może być coś innego".
Na klocki lego z zamkiem i księżniczką będzie czekać Marysia. Domek dla lalek spełniłby marzenie Klary i Helenki. Ale Piotrek, brat bliźniak Heli, ma już większy apetyt. - Będę prosił Mikołaja o samochód, motocykl i taki kocyk z namalowaną trasą dla samochodów - informuje.
Ala mówi, że nie wie, co jej Mikołaj przyniesie, ale bardzo chciałaby Barbie i Kena. - Ja też chciałabym Barbie z konikiem, który sam chodzi, lalkę Chou Chou z kołyską i wózkiem - wylicza Wiktoria. - Chciałabym jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale boję się, że wtedy by dla innych brakło.
Kajetan w tym roku prosił Mikołaja o "rozciąganego rangersa czerwonego, bagienną bestię (to taka trasa - wyjaśnia) i spidermana z motorem". - Ja chciałbym to samo, co Kajtek chciał - mówi Kuba. - Jak Mikołaj nie będzie miał drugiego czerwonego rangersa, to niech mi przyniesie zielonego i telefon komórkowy z lusterkiem.
Ostatnio jeden z moich znajomych zastanawiał się, skąd wziąć pieniądze na kupno nowej szafy. Jego 6-letni synek Kornel znalazł błyskawicznie rozwiązanie: - Tato, napisz list do Mikołaja. Mówię ci: darmocha!
T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 24)
|
- W ostatnich latach nastąpiła degradacja naszego zawodu. Chodzi nie tylko o finanse. Jesteśmy służbą mundurową i chcemy, żeby coś z tego wynikało. Stąd nasz protest – mówią celnicy. - Nie możemy dłużej godzić się na to, by stać godzinami w kilometrowych kolejkach. Chcemy, żeby nas traktowano jak ludzi, a nie jak zwierzęta – mówią podróżni, czekający w kolejce do przejścia.
Dwie strony medalu
Od ponad miesiąca w izbach i oddziałach celnych na granicy zewnętrznej UE trwa akcja protestacyjna celników. Wg oficjalnego komunikatu Ministerstwa Finansów nie powoduje ona większych utrudnień w ruchu granicznym i nie wydłuża czasu odpraw. Pokonujący granicę podróżni twierdzą, że to nieprawda i odprawy idą znacznie wolniej.

Oni łamią prawo
Tych, którzy jadą przez przejście w Krościenku, czeka długie stanie w kolejce na wjazd do Polski. Wg podróżnych to co najmniej kilkanaście godzin, a bywa, że i ponad 20. Obwiniają za ten stan głównie polskich celników.
- W marcu, w kwietniu, a nawet jeszcze w maju tu było normalnie – mówi jeden z polskich kierowców. – Ale od ostatnich paru miesięcy tu jest totalna samowolka.
- Ludzie, jak stoją po tamtej stronie granicy, to są w strachu – dodaje inna osoba. – Podjeżdża policja i chce pieniądze nie wiadomo za co. Tam nie ani jednej ubikacji…
- Wyobrażacie sobie dobę stać na granicy? – pyta następny podróżny. – Bez jedzenia. Bez możliwości załatwienia potrzeb fizjologicznych. Nie wolno nam z samochodów wychodzić i nie można – za przeproszeniem - nawet w krzaki pójść.
- Celnicy łamią prawo – stwierdza jeden z mężczyzn. – Prawo unijne mówi, że przekroczenie granicy musi nastąpić w ciągu 6-8 godzin. Czekanie na granicy trwa czasem 20-22 godziny. Za to odpowiadają służby celne. I to nie ukraińskie, ale nasze. W ciągu godziny kolejka przesuwa się o kilka aut. Celnik idzie do biura z jednym paszportem i nie ma go 10-15 min.
Nie jesteśmy przeciw celnikom
Przejście graniczne w Krościenku 19 października wizytowali w związku z rozbudową m.in. podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Wiesław Tarka, poseł na Sejm RP Marek Kuchciński, wojewoda podkarpacki Ewa Draus.
Kierowcy kilkunastu oczekujących na podjeździe do przejścia aut zablokowali na kilkadziesiąt minut dojazd i wyjazd. Żądali rozmowy z wojewodą i wiceministrem. Trzyosobowa delegacja protestujących po powrocie z rozmów nie miała zadowolonych min.
- Wiceminister nas wysłuchał i obiecał, że przekaże nasze uwagi osobie odpowiedzialnej za służby celne. W tej sprawie nic nie może zrobić, bo zajmuje się Strażą Graniczną, a nie celnikami. Pani wojewoda powiedziała, że dzisiaj wyjątkowo nie będziemy ukarani. Ale następnym razem za jakiekolwiek utrudnianie ruchu będą sankcje. Dodała, że jak nam się nie podoba stanie w kolejkach, to nie musimy jeździć – relacjonuje jedna z „delegatek”.
- Jeżeli to się nie zmieni, to zablokujemy przejście na 48 godz. albo na dłużej – zapowiada jeden z uczestników protestu podróżnych. – Nie chcemy być poniewierani. Nie po to wchodziliśmy do UE, żeby nas traktowano gorzej niż zwierzęta.
- Generalnie nie jesteśmy przeciw celnikom – deklaruje kolejny. – Oni powinni lepiej zarabiać, bo to nie jest przyjemna robota. Dlaczego nikt z decydentów nie chce z nimi poważnie rozmawiać?
Przeciw degradacji
Tak naprawdę akcja protestacyjna celników zaczęła się w czerwcu. Wówczas zawiązał się komitet protestacyjny, nazwany „porozumienie białostockim”, który wszczął spór zbiorowy z pracodawcami, czyli dyrektorami izb celnych. Po trwających ponad 3 miesiące negocjacjach strony nie osiągnęły porozumienia. W związku z tym doszło do rozszerzenia się zasięgu akcji sprzeciwu i przybrania przez nią nowych form.
Celnicy nie mogą strajkować, ponieważ zakazuje im tego prawo. Ich protest polega na oflagowaniu budynków, akcji informacyjnej oraz – jak powiedziała przewodnicząca Federacji Związków Zawodowych Służby Celnej Iwona Fołta – na „sumiennym, rzetelnym i drobiazgowym wykonywaniu obowiązków służbowych zgodnie z prawem”. Ta ostatnia forma protestu przypomina „strajk włoski”.
- W ostatnich latach nastąpiła degradacja naszego zawodu. Chodzi przede wszystkim o finanse. Od lat nie było podwyżek. Zarobki młodych funkcjonariuszy są niskie. Na przejściach jest zbyt mała obsługa. Jeden celnik wykonuje czynności na kilku stanowiskach pracy. Sporo ludzi się wykrusza. Średnio na naszym przejściu odchodzi z pracy jedna osoba miesięcznie – wyjaśnia zasadnicze powody protestu jeden z funkcjonariuszy Oddziału Celnego w Krościenku.
Nie jesteśmy kelnerami
Wg informacji związkowców, początkujący celnik zarabia 1,2 tys. zł netto. Przez 3 lata w czasie trwania tzw. służby przygotowawczej nie może liczyć na żadną podwyżkę. Pensja zasadnicza celników z dłuższym stażem wynosi średnio 1,7-2 tys. zł netto.
- Przez lata traktowano nas jak kelnerów – mówi jeden z celników. – Płacono nam niezbyt duże wynagrodzenia, bo uważano, że – podobnie jak kelnerzy – dochodzą nam „napiwki”. A my nie chcemy żadnych „napiwków”. Chcemy uczciwie robić to, co do nas należy, i za to otrzymywać przyzwoite wynagrodzenie.
Celnicy domagają się podwyżki wynagrodzeń o 1500 zł. Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Finansów celnicy mają dostać podwyżki od 1 stycznia 2008 r. W projekcie budżetu na 2008 r. zaplanowano wzrost kwoty bazowej o 2,3%. Dodatkowo na podwyżki dla pracowników izb oraz urzędów skarbowych i celnych przeznaczono 205 mln zł, co oznacza wzrost przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia o ok. 245 zł brutto. Niezależnie od tego wynagrodzenia celników – wg Ministerstwa Finansów - wzrosną też w wyniku obniżenia składki rentowej.
Ale wielkość zapowiedzianych podwyżek nie satysfakcjonuje protestujących celników.
Nie tylko pieniądze
Rzecz rozbija się nie tylko o pieniądze. Funkcjonariusze celni domagają się…
Fot. Trwa protest służb celnych. Uczestniczą w nim także celnicy z Krościenka.
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 23)
|
Towar może być wszędzie
Akcja protestacyjna służby celnej wcale nie oznacza, że przemycanie towaru przez granicę jest łatwiejsze. Świadczą o tym efekty pracy krościeńskich celników z zaledwie kilku dni w październiku. W swoich działaniach celnicy muszą popisać się wyobraźnią co najmniej dorównującą pomysłowości przemytników.

- W związku z tym, że na przejściu drogowym czeka się teraz na odprawę dosyć długo, wzrosło zainteresowanie pociągiem. Z pociągu wyciągamy ostatnio dużo towaru. Są to duże ilości papierosów, pochowanych w skrytkach konstrukcyjnych wagonów. Jak je znajdziemy, to nikt się do nich nie przyznaje – mówi jeden z funkcjonariuszy Oddziału Celnego w Krościenku.
Nie oznacza to jednak całkowitego zaprzestania prób przemytu przez przejście drogowe. Także i tutaj oprócz „drobnicy” odnotowano kilka grubszych spraw.
Ścianki z „Classicami”
Około północy 22 października do odprawy celnej na przejściu w Krościenku podjechał samochód dostawczy „Peugeot Expert”, kierowany przez obywatela Ukrainy. Celnicy poddali go kontroli szczegółowej. Okazało się, że celnicy mieli nosa. W ściankach samochodu było schowanych 600 paczek papierosów „Classic”.
- Za ten czyn właścicielowi peugeota oprócz przepadku przemycanych towarów akcyzowych groziła utrata samochodu. Uniknął tego, wpłacając natychmiast na poczet kary grzywny 4 tys. zł – mówi krościeński celnik.
Papierosy w baku
Następnego dnia ok. godz. 20.00 w volkswagenie passacie, kierowanym przez mieszkańca Krosna, celnicy ujawnili 240 paczek ukraińskich papierosów różnych marek, m.in. „LM”, „Prima”, „Classic” i „Next”. Były one ukryte w zbiorniku paliwa.
Papierosy zostały zajęte i przekazane do UC w Krośnie. Przemycający je krośnianin stanie zaś wkrótce przed Sądem Grodzkim w Ustrzykach D. Grozi mu co najmniej kara grzywny.
Podpodłogowe „LM-y”
Również 23 października niedługo przed północą do odprawy celnej podjechał samochód dostawczy „Seat Inca”, którym kierował obywatel Ukrainy. W czasie kontroli szczegółowej ujawniono w nim 636 paczek papierosów „LM”.
Przemycane papierosy były schowane pod specjalnie przerobioną do tego celu podłogą oraz w zbiorniku paliwa.
W związku z tym, że w seacie zostały dokonane przeróbki, dostosowujące go do celów przemytniczych, auto (wartości co najmniej 16 tys. zł) zostało zatrzymane do dyspozycji sądu. – O dalszych losach tego pojazdu zadecyduje sąd – stwierdza celnik. – Jest duże prawdopodobieństwo, że orzeknie o jego przepadku na rzecz skarbu państwa.
Cygary w siedzeniach
Nad ranem 24 października na odprawę celną doczekał się samochód dostawczy „Gazela”, prowadzony przez obywatela Ukrainy. Także i w tym przypadku kontrola szczegółowa okazała się celowa.
W tylnych siedzeniach samochodu było ukrytych 270 paczek ukraińskich papierosów różnych marek.
Kierowca gazeli nawet się specjalnie nie handryczył. Pogodził się z utratą towaru i na poczet kary wpłacił od razu 1500 zł.
Rankiem tego samego dnia celnicy poddali kontroli szczegółowej ładę. Kierujący nią obywatel Ukrainy próbował przemycić 230 paczek papierosów „Prima”. Trefny ładunek był schowany w zbiorniku paliwa.
Kierujący ładą poszedł w ślady swojego poprzednika. Nie bronił się przed przepadkiem „Prim” i wpłacił a konto kary 1500 zł.
Wszędobylskie „Monte Carlo”
Najbardziej pomysłowy w wymyślaniu przemytniczych skrytek okazał się jednak inny obywatel Ukrainy - właściciel fiata doblo. Celnicy, którzy 25 października ok. godz. 15.00 przeprowadzali kontrolę tego pojazdu, byli zaskoczeni jego kreatywnością.
Praktycznie w całej konstrukcji auta, m.in. w podłodze, w przestrzeni grodziowej, w podłużnicach – znajdowali paczki papierosów „Monte Carlo”. W sumie znaleźli i zajęli 459 paczek papierosów.
Także i ten „podróżny” bez wielkich ceregieli złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze i wpłacił od ręki 5 tys. zł.
T. S.
Fot. Ale piękna podłoga!
Fot. OC Krościenko
(więcej ,,GB" 22)
|
Zerwany most
Po wizji lokalnej 12 września 2007 r. Powiatowy Zarząd Dróg w Lesku z s. w Baligrodzie wyłączył na czas nieokreślony z ruchu most na Olszance, znajdujący się w ciągu drogi Uherce Mineralne - Bóbrka. Po gwałtownym przyborze wód w potoku naruszona została konstrukcja mostu, co groziło katastrofą budowlaną.

Na przełomie I i II dekady września w Bieszczadach przez kilka dni lało. Obfite opady spowodowały sporo szkód. To wtedy m.in. doszło do usuwiska na drodze Czarna - Polana, w wyniku czego została ona zamknięta. Kolejnym skutkiem jest wyłączenie z ruchu mostu na Olszance. Decyzja ta jest uciążliwa przede wszystkim dla mieszkańców Myczkowiec.
- Nasi drogowcy zgłosili, że most przechyla się w jedną stronę. Zaczęło się robić z niego śmigło. Fachowcy stwierdzili, że to niebezpieczne. Postawiliśmy zapory, lecz je wyłamano. Później aby uniemożliwić przejazd, wysypaliśmy na wjeździe na most wywrotkę piasku - mówi leski wicestarosta Stanisław Szelążek.
Baty za przymiarkę
Historia tego mostu jest dosyć burzliwa. Poprzedni most na Olszance został zniszczony 27 lat temu. Powódź, która wtedy nawiedziła tamten region, całkowicie go zerwała. Zrobiono wówczas prowizoryczny most drewniany, który miał służyć do czasu wybudowania nowego. Ale w naszym kraju prowizorki to często rozwiązania najtrwalsze…
Prowizoryczny most był przejezdny. Miał ograniczony tonaż. Samochody osobowe i busy mogły nim bezpiecznie jeździć. Kierowcy cięższych aut, lekceważąc znaki, pokonywali go na własne ryzyko.
- Przez lata nikt nawet palcem nie kiwnął, żeby ten nowy most powstał. Kiedy spróbowaliśmy się do tego przymierzyć, zbieramy za to baty - stwierdza S. Szelążek.
Już byliśmy w ogródku
Równo 2 lata temu leskie starostwo - po wcześniejszym wykonaniu dokumentacji projektowej - uzyskało pozwolenie na budowę nowego mostu. Zgłosiło to zadanie do "Interreg Polska-Ukraina-Białoruś". Most się w tym programie nie załapał. Ponownie - w czerwcu 2006 r. - złożono wniosek o dofinansowanie jego budowy w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. W trzy miesiące później przyszła odpowiedź pozytywna. Zarząd Województwa Podkarpackiego poinformował o przyznaniu dotacji na budowę mostu dotacji.
- Mieliśmy wówczas kosztorys na 4 mln zł - relacjonuje leski wicestarosta. - Dofinansowanie miało wynosić 2,4 mln zł. Trzeba nam było 1,6 mln zł na wkład własny. Wspólnie z gminą Solina tę kwotę zabezpieczyliśmy. Już byliśmy w ogródku…
Przetarg trzeba było unieważnić
W grudniu 2006 r. Wydział Zarządzania Funduszami Europejskimi przesłał starostwu leskiemu do podpisu umowę o dofinansowaniu projektu. Wydawało się, że budowa nowego mostu na wiosnę ruszy z kopyta. W lutym 2007 r. rozpoczęto procedurę przetargową, która miała wyłonić wykonawcę nowego mostu. Termin rozstrzygnięcia przetargu został wyznaczony na koniec marca.
Jeszcze w lutym do władz powiatu leskiego dotarła wiadomość, że Ministerstwo Rozwoju Regionalnego wstrzymało w województwie podkarpackim podpisanie 9 umów inwestycyjnych. Wśród nich był też most na Olszance. W tej sytuacji władze powiatu unieważniły przetarg.
- W międzyczasie zabiegaliśmy, zresztą bezskutecznie, o zwiększenie dofinansowania. Ale nawet, gdyby to się nie udało, to i tak jakoś byśmy sobie poradzili - stwierdza S. Szelążek.
Zabrakło pieniędzy
W maju Zarząd Województwa Podkarpackiego ponownie poinformował władze powiatu leskiego o przyznaniu dofinansowania do budowy mostu. W dzień później znów rozpoczęła się procedura przetargowa. Otwarcie ofert nastąpiło 20 czerwca. Od tego dnia było 30 dni na podpisanie umowy z wykonawcą.
Kosztorys do wniosku został zrobiony na początku 2006 r. Zadanie było zaplanowane na 4 mln zł. Przetarg rozstrzygano 1,5 roku później. Materiały budowlane w tym czasie poszły w górę, robocizna też. Inwestycja kosztowała już nie 4 mln, ale 4,8 mln zł. Samorząd gminy Solina zapewniał pomoc w wysokości 800 tys. zł. W budżecie powiatu zaplanowano 800 tys. zł. Brakowało jeszcze 800 tys. zł.
- Znowu zaczęło się gorączkowe szukanie pieniędzy. Zbliżał się termin podpisania umowy, a tych brakujących środków nie było - relacjonuje wicestarosta. - Jakąś konkretną decyzję trzeba było podjąć: albo podpisujemy umowę z wykonawcą, albo się wycofujemy.
Nie dostaliśmy ani gronia
Radni powiatowi doszli do wniosku, że nie będzie z czego dołożyć kolejnych 800 tys. zł. Rada nie udzieliła staroście zgody na zaciągnięcie następnego kredytu. W tej sytuacji nie miał on innego wyjścia, jak powiadomić wojewodę, że powiat leski rezygnuje z budowy mostu.
- Rada nie mogła podjąć innej decyzji - twierdzi S. Szelążek. - Sytuacja finansowa powiatu skomplikowała się z dwóch powodów. Pierwszy - to przejście Zespołu Szkół Leśnych pod Ministerstwo Środowiska, co zmniejszy nasz budżet o ok. 2,5 mln zł. Drugi - to niewywiązanie się Skarbu Państwa ze zobowiązań wobec powiatu. Państwo zalega nam 2,5 mln zł za przebudowy dróg Bukowiec-Dołżyca i Zawóz-Werlas. Drogi zrobiono, odebrano i rozliczono jeszcze w tamtym roku, a tzw. pieniędzy unijnych nie dostaliśmy. Chcąc zamknąć budżet, musieliśmy wziąć 2,5 mln zł kredytu. Obiecywali nam, że do końca kwietnia pieniądze dostaniemy. Do dzisiaj nie dostaliśmy ani gronia.
Fot. Jeszcze niedawno most na Olszance był przejezdny
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 21)
|
Nasze powiaty: biedni bogacze?
W tygodniku samorządowym "Wspólnota" (nr 33 z 18 sierpnia 2007 r.) opublikowany został ranking samorządów o najwyższych dochodach budżetowych w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Na bardzo wysokich miejscach w tym rankingu znalazły się powiaty bieszczadzki i leski. A na co dzień słyszymy, że oba te powiaty są biedne jak mysz kościelna.

Rok 2006 był - jak wynika z tekstu Pawła Swianiewicza "Najbogatsze samorządy" - udany dla samorządów. Wyraźny wzrost produktu krajowego brutto miał swoje odzwierciedlenie we wzroście samorządowych budżetów. Wynika to m.in. z faktu, że wpływy do kas gmin, powiatów i województw powiązane są z koniunkturą gospodarczą poprzez udziały samorządów w podatkach dochodowych.
Bardzo ważne jest to, że większe dochody nie były przejadane, lecz kierowano je przede wszystkim na inwestycje. W 2006 r. w porównaniu z rokiem wcześniejszym wydatki inwestycyjne były wyższe o kilkadziesiąt procent (w powiatach o ponad 40%, w gminach o 28%).
Sympatyczna historia
W gronie miast powiatowych o najwyższych dochodach zdecydowanie zwyciężyły - jak zawsze do tej pory - Polkowice z astronomiczną kwotą dochodów na jednego mieszkańca - 7119,24 zł. Zajmujące drugie miejsce Piaseczno ma już dochody zbliżone do ziemskich - 2937,91 zł.
Na 19 pozycji z dochodami 2372,73 zł na jednego mieszkańca znalazło się - jako jedyne miasto z Podkarpacia - Lesko. W rankingu za 2005 r. Lesko było 85, a rok wcześniej… 204.
Oczywiście, taki skokowy awans Leska był możliwy dzięki pozyskaniu przez samorząd poprzedniej kadencji dużych środków zewnętrznych, m.in. na budowę sieci kanalizacyjnej i na rewitalizację centrum miasta.
Robert Petka - b. burmistrz leski: Wysokie miejsce miasta i gminy Lesko wśród miast o najwyższych dochodach to sympatyczna historia. Okazuje się, że osiem lat naszej pracy przyniosło wymierne efekty.
Jak widać z obiektywnych rankingów, miasto i gmina Lesko przypomina rozpędzoną lokomotywę. Nasi następcy powinni zadbać jedynie o to, żeby ta lokomotywa nie straciła impetu. Życzę im, aby tak się stało.
Nie czuję tego bogactwa
Wśród powiatów o najwyższych dochodach znalazły się powiaty leski i bieszczadzki. Pierwszy w kategorii powiatowej był powiat węgorzewski z dochodami per capita 1090,52 zł. Powiat bieszczadzki z dochodami 1044,17 zł na osobę znalazł się na drugim miejscu w Polsce. W 2005 r. zajmował miejsce 15, ale w wcześniejszych latach plasował się już w pierwszej dziesiątce.
Krzysztof Gąsior - starosta bieszczadzki: To jest czysta arytmetyka. Sam byłem zaskoczony tak wysoką lokatą. Ale jak się podzieli dochody przez liczbę mieszkańców, to tak wychodzi.
Kilka lat temu dochody powiatu wynosiły ok. 17 mln zł. W ub. r. było to ponad 28 mln zł. Wzrost to przede wszystkim środki unijne na inwestycje drogowe i zaciągnięte głównie na wkład własny kredyty.
Niestety, to zwiększenie budżetu nie wynika z jakiegoś skokowego wzrostu dochodów własnych. Od lat są one na zbliżonym poziomie i wynoszą ok. 8 mln zł. Dlatego chcąc zrobić jakąś większą inwestycję, musimy ściągać środki z zewnątrz i wkład własny pokrywać kredytami.
Prawdę mówiąc, nie czuję się wcale starostą drugiego pod względem bogactwa powiatu w Polsce. A chciałbym się tak czuć.
Niebezpieczeństwo jest takie
Powiat leski w latach 2002-2004 zajmował miejsca 31, 19 i 29. Za 2005 r. wskoczył na trzeci stopień podium. W ostatnim rankingu z dochodami 974,44 zł na jednego mieszkańca został sklasyfikowany na czwartej pozycji.
Stanisław Szelążek - wicestarosta leski: Drugi rok z rzędu jesteśmy w czołówce. Cieszy mnie to, że w rankingu na szczycie są dwa powiaty, które powstały w wyniku podziału "dużego" powiatu bieszczadzkiego. Uważano, że sobie nie dadzą rady. Tymczasem okazuje się, że sobie radzą i to całkiem nieźle. Udowodniły, że potrafią skutecznie sięgać po unijne pieniądze na inwestycje.
Niebezpieczeństwo jest takie, że te inwestycje wpędzają nasze powiaty w długi, bo ze swoich dochodów nie możemy zabezpieczyć pieniędzy na wkłady własne. Mam nadzieję, że ustawa o finansach publicznych zostanie sensownie znowelizowana, co umożliwi powiatom podejmowanie inwestycji bez konieczności zadłużania się.
Mniej za więcej
Prawdą jest, że zdobycie wysokich miejsc w tym rankingu ułatwia niewielkie zaludnienie. Jednak nie jest to czynnik jedyny, który ma na to istotny wpływ.
Obydwa powiaty w ciągu ostatnich kilku lat bardzo mocno zaangażowały się w remonty i modernizacje dróg powiatowych. Na te cele udało im się ściągnąć relatywnie duże pieniądze w programach unijnych. Wymagało to zaciągania przez nie kredytów na tzw. wkłady własne. Kredyty te również wliczane były do budżetów, a więc one także windowały te powiaty do góry.
Obecnie oba powiaty - bieszczadzki i leski - mają już dosyć wysokie wskaźniki zadłużenia i - co za tym idzie - ograniczone zdolności kredytowe. Zatem teraz nie będą mogły podchodzić do dużych inwestycji, bo zadłużenie nie może bezkarnie przekroczyć 60% budżetu rocznego powiatu.
Czy słuszne było takie mocne "parcie na inwestycje" zaraz po wejściu do UE? Czy nie lepiej było poczekać na kolejne programy, w których - być może - relacje pomiędzy finansowaniem zewnętrznym a wkładem własnym będą korzystniejsze?
Jeśli było błędem, to raczej niewielkim. Ludzie domagali się jak najszybszych remontów najbardziej zrujnowanych dróg nie tylko dla własnej wygody. Jeśli Bieszczady rzeczywiście stawiają na turystykę, to muszą się w końcu dorobić porządnych dróg.
Poza tym w ostatnim okresie, a szczególnie w 2007 r., bardzo szybko rosły ceny robót i materiałów budowlanych. Zatem obecne i przyszłe inwestycje mogą bardzo wyraźnie wzrosnąć w wymiarze finansowym, natomiast nie będzie się to bezpośrednio przekładać na ich wymiar rzeczowy. Mówiąc prościej: za o wiele większe pieniądze zrobi się o wiele mniej.
T. Szewczyk
Fot. W obu powiatach samorządy położyły ogromny nacisk na remonty dróg
(więcej ,,GB" 20)
|
Do Polany naokoło
Od 13 września mieszkańcy Polany powinni jeździć Czarnej przez Rajskie, Wołkowyję, Polańczyk, Solinę, Uherce Mineralne i Ustrzyki Dolne. Taki jest oficjalny objazd po zamknięciu drogi wojewódzkiej pomiędzy Czarną a Polaną. Przyczyną tej decyzji jest usuwisko, do jakiego doszło wskutek padających przez kilka dni obfitych deszczów.

Zjechało 300 m
Rozmoknięty nasyp drogi obsunął się poprzedniego dnia ok. godz. 18.00. Spływające ze zbocza Kolaszni wody potoku nie mieściły się w przepuście. U podnóża nasypu drogi powstawał coraz większy ,,zalew". Woda z niego przesiąkała przez zimię i spowodowała obsunięcie się pod drugiej znacznej części nasypu. Zjechało całe pobocze. Poleciały także betonowe bariery ochronne…
- To wszystko zjechało jakieś 300 m w dół. Dopiero tam się zatrzymało - mówi jeden ze strażaków z OSP Czarna, pomagających wypompowywać wodę z "zalewu".
Strażacy ochotnicy z Polany i Czarnej, wspomagani przez zawodowców z Ustrzyk, zabezpieczali usuwisko i pompowali wodę od godz. 18.34 we środę do godz. 1.56 następnego dnia. W czwartek rano znów byli na miejscu i działali przez cały dzień.
Późnym popołudniem ustrzycki komendant KP PSP mł. bryg. Jan Marcinkowski podejmuje decyzję: - Przerywamy pompowanie. Przyjadą fachowcy i sprawdzą, jaki jest odpływ. Wtedy ustalą, co i jak dalej robić. Teraz już nie ma sensu męczyć ludzi i pomp…
Do Czarnej przez Solinę
W czwartek na usuwisku są przedstawiciele Podkarpackiego Zarządu Dróg Wojewódzkich z Rzeszowa, który jest administratorem drogi Czarna - Polana - Solina. Dokładnie oglądają uszkodzenia. Dyskutują, co zrobić w tej sytuacji.
- Tę drogę na pewno trzeba awaryjnie zamknąć - decyduje zastępca dyrektora Podkarpackiego Zarządu Dróg Wojewódzkich w Rzeszowie Jan Hołota. - Nawet nie wiadomo w tym momencie, gdzie i jak mocno nasiąkło. Dopiero jak to przeschnie, będziemy wiedzieć, jaka jest rzeczywista wielkość uszkodzenia. Nikt nie wie, ile tej drogi może jeszcze polecieć. Niby każde usuwisko jest tylko usuwiskiem, ale to nieprawda. Widziałem już co najmniej kilkadziesiąt usuwisk i każde zachowywało się inaczej. Na razie na tym odcinku zero ruchu! Pieszego też!
W związku z tym, że to awaria na drodze wojewódzkiej, trzeba wyznaczyć oficjalny objazd drogami wojewódzkimi. Mieszkańcy Polany powinni teraz jeździć do Czarnej przez Rajskie, Wołkowyję, Polańczyk, Solinę, Uherce Mineralne i Ustrzyki Dolne.
Co będzie dalej?
Na miejscu są też samorządowcy: starosta bieszczadzki, wójt gminy i sołtys Polany… Oni dobrze wiedzą, że taki objazd nikogo nie urządza. Trzeba szukać innego rozwiązania. Najkrócej byłoby drogą powiatową przez Polanę Ostre - Skorodne - Lutowiska.
- Uczniowie do gimnazjum, do szkół średnich jakoś muszą być dowiezieni. W razie choroby, wypadku czy porodu… Którędy karetka dojedzie? - pyta wójt Marcin Rogacki. - Do gminy, do banku, do ośrodka zdrowia… Jak ludzie dotrą? "Connex" dzisiaj pojechał z dziećmi przez Skorodne. Jeszcze jutro pojedzie. Ale co będzie dalej?
- Droga przez Skorodne jest w opłakanym stanie - stwierdza sołtys Polany Mirosław Konopka. - Przy takim natężeniu ruchu, jak jest obecnie (średnio 46 aut, w tym 3 autokary, na godzinę), ta droga się za parę dni rozsypie. Jak pojadą tam cięższe samochody, za chwile będzie nieprzejezdna.
Środek to masakra
Droga przez Skorodne jest w fatalnym stanie. Jak się nie musi, to się nią nie jedzie. Chyba że jest się poszukiwaczem bardzo mocnych wrażeń.
- Myśmy tej drogi w całości nigdy nie remontowali - informuje starosta Krzysztof Gąsior. - Trochę ją podremontowano od strony Polany i kawałek od Lutowisk. Cały środek to jest masakra. Nie remontowany od lat. Tam nic nie da naprawa doraźna. Trzeba by to szybko i porządnie wyremontować, a to są spore nakłady. Gdyby były pieniądze, to pewnie jeszcze w tym roku dałoby się to zrobić.
Chodzi o remont 9 km drogi. Drogowcy z powiatu robią zestawienie, co trzeba byłoby zrobić, i liczą, ile by to kosztowało. Później starosta będzie musiał ruszyć za pieniędzmi. Może Marszałek Podkarpacki pomoże?
Ile to potrwa?
Nie wiadomo, jak długo droga z Czarnej do Polany będzie zamknięta. Prawdopodobnie drogowcy nie zdecydują się na budowę jakiegoś prowizorycznego objazdu usuwiska. Kosztowałoby to - wg wstępnych szacunków - ok. 1,5 mln zł.
- Na takie tymczasowe załatwienie sprawy naprawdę szkoda pieniędzy - mówi jeden z fachowców. - To trzeba zrobić od razu docelowo. Nie wiadomo też, czy nie trzeba będzie tego odcinka puścić inaczej. Patrząc na procedury, jakie muszą być przeprowadzone (ekspertyzy, dokumentacja, pozwolenia, uzgodnienia, przetargi), to nie da się tego szybko zrobić, nawet jak będą pieniądze. Nikt się przecież nie podłoży. Zresztą za chwilę mamy zimę.
Wydaje się więc, że najszybciej będzie można tędy przejechać bez przeszkód w lecie przyszłego roku. Jak dobrze pójdzie!
T. Szewczyk
Fot. Na likwidację usuwiska trzeba będzie dosyć długo poczekać
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 19)
|
To jest sabotaż!
Rada Ministrów zmieniła rozporządzenie w sprawie opłat za korzystanie ze środowiska. Znowelizowane rozporządzenie przyjęto 6 czerwca br. W tydzień później opublikowano je w Dzienniku Urzędowym. W życie ma wejść od 1 stycznia 2008 r.

Do tej pory opłaty wnoszone na rzecz Urzędu Marszałkowskiego za korzystanie ze środowiska wynosiły 15,71 zł za 1 tonę odpadów, składowanych na wysypiskach śmieci. Że wysokość tej opłaty, zwanej marszałkowską, ma zostać zmieniona, nie było żadną tajemnicą. Zapowiadano, że zdecydowanie wzrośnie opłata za odpady nie segregowane. Jeśli chodzi zaś o opłatę za odpady segregowane, miała pozostać bez zmian: 15,71 zł za 1 t.
Wysokie opłaty za składowanie śmieci nie segregowanych i relatywnie niskie - za segregowane, to byłby sygnał, że rzeczywiście selekcję odpadów traktuje się poważnie, dopingowałyby ludzi, firmy, instytucje i urzędy do selekcji odpadów i do odzyskiwania z nich jak największej ilości surowców wtórnych.
Miliardy na wysypiskach
Kilka lat temu oszacowano, iż co roku na wysypiska śmieci w Polsce trafiają surowce wtórne wartości kilkudziesięciu miliardów zł. Konsekwentna segregacja odpadów pozwalałaby na odzyskanie znajdujących się w nich surowców wtórnych (wg ekspertów nawet 60-70%) i ponowne ich wykorzystanie. Zatem ma ona niebagatelny wymiar ekonomiczny.
Wyodrębnianie ze śmieci surowców wtórnych (szkła, plastików, złomu, makulatury) oraz odpadów niebezpiecznych czy organicznych jest działaniem korzystnym dla środowiska naturalnego. Po pierwsze, sprawia, iż znacznie mniej śmieci trafia na składowiska. To zaś powoduje wolniejsze ich zapełnianie i wydłużanie ich żywotności. Po drugie, po selekcji na składowiska nie trafiają niosące duże zagrożenie dla środowiska - przede wszystkim dla gleby i wód - trucizny, środki ochrony roślin, substancje chemiczne, baterie itp. Eliminowane są też tworzywa sztuczne i tzw. chemia gospodarcza, z których "rozpracowaniem" sama natura sobie nie radzi. Zbiórka makulatury zaś pozwala też na oszczędzanie lasów. To tylko niektóre korzyści ekologiczne z segregacji.
Poroniona nowelizacja
Wiele gmin, widząc celowość segregacji odpadów, już wcześniej wprowadziło duże dysproporcje pomiędzy opłatami za śmieci segregowane i zmieszane, np. w gminie Lutowiska za odpady sortowane płaci się 216 zł/1t, a za nie sortowane 540 zł/1 t. Chodziło o to, by za pomocą bodźców ekonomicznych wywołać pożądane zachowania mieszkańców.
Zgodnie z zapowiedziami ,,opłata marszałkowska" została zmieniona. Jednak jej zmiany poszły w zupełnie innym kierunku, niż się spodziewano. Nie tylko radykalnie podniesiono opłatę za śmieci mieszane, co nie jest niespodzianką, ale podwyższono też (tylko odrobinę mniej) opłatę za odpady segregowane, a to z kolei jest posunięciem całkowicie zaskakującym.
Od 1 stycznia 2008 r. za składowanie 1 tony odpadów nie segregowanych opłata będzie wynosić 75 zł. Natomiast za odpady segregowane trzeba będzie płacić po 60 zł za 1 tonę. Różnica w opłatach wynosi zatem 15 zł.
Przyjęte w znowelizowanym rozporządzeniu Rady Ministrów wielkości opłat nie przyczynią się do poprawy gospodarki odpadami. Wręcz przeciwnie.
- Gminy będą odstępować od segregacji - zapowiada ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Na wysypiska będą trafiać śmieci "za chałom". Nie trzeba być ekonomistą, żeby wykazać, że za 15 zł nie da się przesegregować tony śmieci.
Premia dla nierobów
Nowe rozporządzenie w żaden sposób nie motywuje samorządów, aby iść w kierunku ucywilizowania zagospodarowania odpadów. Po co wprowadzać selektywną zbiórkę odpadów? Po co składać różne rodzaje śmieci w różnokolorowych workach? Po co kupować, ustawiać i zapełniać zgodnie z przeznaczeniem kolorowe pojemniki? Po co budować stacje segregacji odpadów?
Jeśli to rozporządzenie wejdzie w życie, to robienie tego wszystkiego straci jakikolwiek sens, bo będzie tylko podnosić koszty zagospodarowania odpadów. Po prostu prościej i… taniej (!) będzie wrzucać śmieci do jednego kubła w domu, potem do jednego pojemnika na podwórku, załadowanie tego do jednego kontenera i wywiezienie na wysypisko.
Nowe, niezdrowe relacje pomiędzy opłatami za składowanie odpadów segregowanych i nie segregowanych to premia dla tych którzy zagospodarowanie odpadami olali, którzy w tej sprawie nie kiwnęli palcem i nie wydali na to ani grosza. Te samorządy, które "poszły w segregację" i poniosły na to duże, a niekiedy bardzo dużo nakłady, zostaną po wejściu nowych opłat wystrychnięte na dudków.
Jeśli weźmie się pod uwagę jedynie ekonomię, to po 1 stycznia 2008 r. selekcję odpadów będą uprawiać jedynie frajerzy albo idioci.
- To jest sabotaż! - kwituje nowe regulacje ustrzycki burmistrz.
T. Szewczyk
Fot. Nowe regulacje wysokości opłat za korzystanie ze środowiska stawiają także pod wielkim znakiem zapytania sens budowy i uruchamiania ustrzyckiej sortowni odpadów
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 18)
|
Śmieci nas nie przysypią
Za kilka dni największa i najkosztowniejsza inwestycja proekologiczna w Bieszczadach zostanie oddana do użytku. Stacja przeładunkowa i sortownia odpadów, zbudowane na terenie b. PPD ,,Ustianowa" w Ustrzykach D., w sierpniu przeszły rozruch technologiczny. Ich oficjalne oddanie do eksploatacji zaplanowane jest na 6 września.

- Praktycznie jeśli chodzi o infrastrukturę i zaplecze socjalne, mamy wszystko zakończone - mówi ustrzycki wiceburmistrz Jacek Przybyła. - Trwa rozruch. Podczas rozruchu ustawiane są wszystkie parametry, żeby to prawidłowo funkcjonowało. W czasie lustracji i rozruchu wyszły drobne rzeczy, które trzeba będzie poprawić jeszcze przed uruchomieniem. Pod kątem technologii i wykonawstwa odbiera tę inwestycję KDI Krosno, które jest inwestorem zastępczym.
Niedoróbki na gwarancji
Rozruch technologiczny inwestycji zaczął się 6 sierpnia. Najpierw poddano próbie linię odpadów zmieszanych. Pokazała ona, że trzeba na tej linii technologicznej przerobić wlot i wylot sita obrotowego. - Sito było wąskim gardłem i blokowało cały proces - stwierdza członek zarządu ustrzyckiego MPGK Stanisław Kozłowski. Po powiększeniu jego średnicy nie powinno być problemów.
Podczas tej próby przepuszczono stosunkowo niewielką ilość odpadów (ok. 5 ton). Udało się odzyskać jako surowce wtórne ok. 15%. - W dużej mierze odzysk zależy od tego, skąd śmieci zostały przywiezione - informuje kierowniczka stacji przeładunkowej i sortowni mgr inż. Agata Koncewicz. - Z odpadów z ,,zielonego rynku" niewiele dało się odzyskać. Natomiast w transporcie z osiedla PCK surowców wtórnych było już znacznie więcej.
Druga linia technologiczna, która służy do segregacji odpadów wstępnie sortowanych u źródła najpierw uruchomiona została "na sucho". Już ,,pod obciążeniem" poddano ją próbie 20 sierpnia. Okazało się, że i tutaj potrzebne będą niewielkie przeróbki.
Dopracowania wymagało również oprogramowanie wagi. Musi być ono dostosowane do aktualnie obowiązującego rozporządzenia Ministra Środowiska.
Gmina Ustrzyki D. przejmie inwestycję po jej odbiorze przez krośnieńskie KDI. Następnie od gminy przejmie ją w administrowanie MPGK.
- Gmina nie przyjmie inwestycji, dopóki wszystkie usterki, stwierdzone w czasie lustracji i prób technologicznych, nie zostaną usunięte - mówi J. Przybyła. - Ale gdyby jeszcze potem wyszły jakieś niedoróbki, to nic groźnego się nie stanie, bo inwestycja będzie mieć 3-letnią gwarancję.
Od papieru do metalu
W stacji segregacji odpady będą selekcjonowane na dwóch liniach technologicznych: odpadów zmieszanych i odpadów wstępnie segregowanych u źródła.
Trudno w tym momencie prorokować, jaką część odpadów uda się odzyskać jako surowce wtórne. W Polsce obecnie odzysk wynosi 10%. Specjaliści szacują, że można odzyskać do wtórnego przerobu nawet 60%-70%.
- W naszej sortowni będziemy selekcjonować szkło białe i szkło kolorowe, tworzywa sztuczne (głównie tzw. pety), chemię gospodarczą (m.in. pojemniki po płynach do mycia naczyń, po olejach silnikowych, po lodach) oraz makulaturę (z podziałem na karton i papier). Metale żelazne będzie selekcjonował separator magnetyczny, a nieżelazne będą już odzyskiwane ręcznie. Odpady niebezpieczne (np. baterie) zostaną również wyodrębnione i trafią do zajmującej się ich utylizacją firmy - informuje A. Koncewicz.
Do stacji przeładunkowej i sortowni trafią odpady z terenów obsługiwanych przez ustrzyckie MPGK, czyli z gmin Baligród (segregowane), Olszanica, Lesko (segregowane), Solina, Tyrawa Wołoska i Ustrzyki Dolne. Najprawdopodobniej wkrótce będą to również przywożone odpady z gmin Czarna i Lutowiska. Śmieci z tych gmin będą transportowane bezpośrednio do stacji.
- Nie ma zagrożenia, że nas nimi przysypią - dodaje A. Koncewicz. - Stacja ma taką moc przerobową, iż powinna sobie poradzić nawet wtedy, gdyby trafiały do niej wszystkie odpady z całych Bieszczadów.
Załoga wyłoniona
Rozruch technologiczny jest także okazja dla pracowników stacji do popracowania już na swoich stanowiskach.
- Załoga jest wyłoniona - informuje ustrzycki wiceburmistrz. - Więcej niż połowa pracowników (w tym także kierowniczka) to byli poszukujący pracy bezrobotni. Zostali zatrudnieni w wyniku realizacji przez naszą gminę projektu ,,Subsydiowane zatrudnienie". Projekt ten jest finansowany ze środków Europejskiego Funduszu Ekologicznego w ramach Zintegrowanego Programu Rozwoju Regionalnego.
- Na początku będzie tu pracować 13 osób - mówi prezes MPGK Romuald Rak. - Przewidujemy, że w przyszłości, kiedy ilość przyjmowanych odpadów wzrośnie, zostanie uruchomiona druga zmiana. Wtedy konieczne będzie przyjęcie do pracy jeszcze przynajmniej 7 osób.
Większość zatrudnionych będzie pracować na stanowiskach sortowaczy. Reszta załogi to obsługa ,,Manitou" oraz ciągników siodłowych "Volvo", a także dozór firmy.
Uroczyste otwarcie stacji przeładunkowej i sortowni odbędzie się 6 września o godz. 12.00.
T. Szewczyk
Fot. Spycharko-ładowarka "Manitou" z osprzętem kosztowała prawie 400 tys. zł
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 17)
|
Zmiany są konieczne
- Sytuacja jest trudna. Trudna kadrowo, lokalowo, sprzętowo i finansowo - mówi o kondycji SP ZOZ w Ustrzykach Dolnych jego dyrektor Maciej Flemming. - Można powiedzieć ze 100% pewnością, że z tego, co jest dzisiaj, nie jesteśmy zadowoleni. Zmiany są konieczne.

Czas nas goni
Jak się okazuje, poprzednia dyrekcja SP ZOZ nie miała żadnej koncepcji dotyczącej przyszłości, żadnego pomysłu na zahamowanie staczania się po finansowej równi pochyłej (na początku br. zadłużenie wzrastało już o 200 tys. zł miesięcznie) czy na odbicie się od dna. - Taki plan, który wskazywałby, w którą stronę należy iść i co chce się osiągnąć, musi być - stwierdza M. Flemming.
Ten plan jest w trakcie opracowywania. - Pracujemy nad tą jego częścią, która jest schematem wydatków związanych z rozszerzeniem zakresu usług, z potrzebami kadrowymi, z modernizacją szpitala, z unowocześnieniem wyposażenia. Chcemy to solidnie przygotować, przedstawić naszym władzom, samorządowi powiatu i samorządom gmin - dodaje dyrektor SP ZOZ.
Jednak nim ten całościowy plan sanacji będzie gotów i zostanie wcielony w czyn, szpital musi działać. Przecież niejako pracuje w ruchu ciągłym. - Czas nas strasznie goni. Tworzymy zręby planu, ale jednocześnie już realizujemy pewne rzeczy. Przyglądamy się, porządkujemy, szukamy przychodów i rozwijamy współpracę z samorządami.
Hamowanie na równi pochyłej
Aby firma w miarę normalnie działała, musi utrzymywać płynność finansową. Nad ustrzyckim szpitalem wisiała groźba jej utraty. SP ZOZ od jakiegoś czasu nie regulował nawet należności wobec ZUS. Zaległości wynosiły już ponad 800 tys. zł. Poprzedni szef niespecjalnie się tym przejmował. Nowy rozpoczął urzędowanie od wizyt w ZUS-ie. - Udało nam się wynegocjować z ZUS-em porozumienie. Wywiązujemy się z niego. Spłacamy zaległości na raty i płacimy należności na bieżąco - informuje M. Flemming.
Ogólne zadłużenie ZOZ-u wynosi obecnie ok. 6 mln zł, z czego ok. 1,8 mln zł stanowią długi wymagalne. - Dla nas teraz najważniejsze jest to, żeby regulować bieżące płatności - mówi M. Flemming.
B. dyrektor SP ZOZ już od dość dawna odliczał od zadłużenia ZOZ-u umorzenie pożyczki restrukturyzacyjnej. Jednak niewiele robił, by do umorzenia doszło. - Jeśli uda się spłacić 600 tys. zł, to dopiero wtedy uzyskamy umorzenie ok. 1,3 mln zł - mówi dyrektor SP ZOZ. - Chcemy z "długu restrukturyzacyjnego" zejść jak najszybciej.
Poprzednia dyrekcja zaczęła się ubiegać o zwrot pieniędzy wypłaconych z tytułu ustaw ,,203" i ,,113". Pozew w tej sprawie trafił do sądu. Ponieważ źle wskazano w nim pozwanego, sąd pozew oddalił. - Nie rezygnujemy z walki o te pieniądze - zapewnia M. Flemming. - Chodzi o ponad 8 mln zł. Działamy dwutorowo. Podejmujemy negocjacje z NFZ i może osiągniemy kompromis. Jednocześnie szukamy kancelarii adwokackiej, która pilnowałaby interesów naszego ZOZ-u. Jeśli nie będzie kompromisu, to o tym, jaką kwotę odzyskamy, zadecyduje sąd.
Nadchodzi faza rozmrażania
Wiele rzeczy w funkcjonowaniu ZOZ-u wymaga zmian. Aby miały one zdrowe podstawy, trzeba wiedzieć, jak wygląda sytuacja wyjściowa. W przygotowanym przez poprzednią dyrekcję wypracowaniu, zwanym szumnie "programem restrukturyzacyjnym", zakładano, że zrobienie tego i tego da takie to a takie oszczędności. Przyjmowane w nim dane brane były - jak to już niejednokrotnie pisałem - ,,z podsufitki".
- Zastanawiamy się nad kuchnią, pralnią, sprzątaniem, obsługą techniczną itd. Nie zakładamy żadnego rozwiązania a priori. Wszystko musi być najpierw solidnie policzone. Musimy wiedzieć, ile to naprawdę kosztuje. Dopiero później będzie można się zastanawiać, co robić dalej - mówi M. Fleming.
Jeśli np. z wyliczeń wyjdzie, że opłaca się kuchnię zmodernizować i zostawić w strukturze ZOZ, to tak się stanie. Jeśli okaże się, że jej wyprowadzenie na zewnątrz będzie tańszym rozwiązaniem, to zostanie ona wyprowadzona.
Zresztą cały schemat organizacyjny SP ZOZ-u jest weryfikowany. Po tej weryfikacji zostanie wypracowana nowa struktura, która ma być przejrzystsza i ma zapewnić efektywniejsze funkcjonowanie całości.
- Żeby jakąś strukturę zmienić, to najpierw trzeba ją ,,rozmrozić". Potem musi się zbudować nową i ją ,,zamrozić". Obecnie wchodzimy w fazę ,,rozmrażania" - mówi M. Flemming.
Myśmy sroce spod ogona nie wypadli
W najbliższym czasie SP ZOZ czeka informatyzacja. Do tej pory możliwości, jakie daje stosowanie komputerów czy Internetu, nie były nadużywane. Ustrzycki SP ZOZ - chyba jako jeden z niewielu - nie ma nawet swojej wizytówki w Internecie. - Wykorzystamy Internet. I to nie tylko na wizytówkę - zapowiada M. Flemming. - Niedługo będzie można przez Internet zarejestrować się u nas do lekarza.
Dyrekcja ustrzyckiego SP ZOZ-u wyszła też z inicjatywą organizowania przetargów za pomocą internetowej platformy przetargowej. - Ze swego doświadczenia zawodowego wiem, że prowadzone w ten sposób przetargi uniemożliwiają korupcję, a także są szybsze, bezpieczne i tańsze. Jestem średnim optymistą i myślę, że dzięki tej formie ceny poszłyby o jakieś 25% w dół - informuje M. Flemming.
Stroną merytoryczną zajęłyby się ZETO Rzeszów z Polską Wytwórnią Papierów Wartościowych SA z Warszawy. Koordynatorem byłby Urząd Marszałkowski. - Przez to przedsięwzięcie chcemy pokazać, że możemy wprowadzać bardzo nowoczesne rozwiązania, i udowodnić, że myśmy sroce spod ogona nie wypadli - mówi dyrektor ustrzyckiego SP ZOZ.
A potem zakasujemy rękawy
- Gdybyśmy mieli 15 mln zł na półce, to za rok można by było zrobić ze szpitala cacuszko. Tych pieniędzy jednak nie ma. Wszystkie pozytywne zmiany będą wymagać czasu, spójnego planu, szukania środków i szukania ludzi - podsumuje M. Flemming.
Fot. - Po decyzji wszyscy zakasujemy rękawy i zabieramy się do roboty - mówią dyrektorzy SP ZOZ-u
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 16)
|
Gniazda z niebieskimi
Na terenie ustrzyckiej gminy jest 40 tzw. gniazd, w których mieszkańcy pozbywają się odpadów stałych. Zwykle gniazdo stanowią dwa dzwony (żółty na plastik, zielony na szkło) i kontener na pozostałe odpady. Niedługo w gniazdach pojawi się element niebieski.

Gmina Ustrzyki Dolne należy pod względem praktykowania selektywnej zbiórki odpadów do podkarpackiej czołówki. W ub. r. Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej Sp. z o.o. w Brzegach Dolnych w Ogólnopolskim Konkursie Zbiórki Szkła Opakowaniowego zajęło drugie miejsce. Zebrano i przekazano do recyklingu 110 ton stłuczki szkła.
To aż grzech
Sukcesywnie coraz więcej mieszkańców segreguje śmieci i składa je do właściwych pojemników. Sprawia to, że - po pierwsze - mniej śmieci trafia na komunalne wysypisko. Po drugie - wyselekcjonowane szkło i tworzywa dostarczane są do odbiorców. Uzyskiwane za nie przychody zmniejszają koszty zagospodarowania odpadów. Dzięki temu ceny ich usuwania nie rosną w szokującym tempie.
- W tej chwili zbieramy plastik, szkło białe i szkło kolorowe. Problemem jest zbiórka makulatura - informuje ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - To aż grzech, że tyle makulatury trafia na wysypisko. Dlatego postanowiliśmy rozszerzyć selekcję odpadów na makulaturę.
Pół na pół
Gmina Ustrzyki Dolne przygotowała projekt ,,Rozszerzenie programu selektywnej zbiórki odpadów na terenie gminy" i zwróciła się do Wojewódzkiego Funduszu Środowiska i Gospodarki Wodnej w Rzeszowie z wnioskiem o pomoc w jego sfinansowaniu.
- Nasz wniosek został rozpatrzony pozytywnie - mówi burmistrz. - Otrzymamy z WFOŚiGW połowę pieniędzy na pokrycie kosztów całego zadania.
Koszty zostały wyliczone na ponad 50 tys. zł. Za te pieniądze zostanie zakupionych 40 niebieskich pojemników na makulaturę.
- Teraz poszukujemy firmy, która nam dostarczy te pojemniki - mówi członek Zarządu MPGK w Ustrzykach D. Stanisław Kozłowski. - Zostaną one ustawione tam, gdzie są dzwony na tworzywa i szkło - 27 w mieście i 13 w wioskach.
,,U źródła" lepiej
Mieszkańcy odznaczają się nie tylko coraz wyższą tzw. świadomością ekologiczną. Wiedzą doskonale i czują to w kieszeni, że utylizacja odpadów kosztuje. I to coraz więcej.
- Dlatego myślę, że podobnie jak to ma miejsce ze szkłem i tworzywami, tak i makulatura będzie trafiać do przeznaczonych na nią pojemników - dodaje H. Sułuja.
- Jak zbierzemy makulaturę ,,u źródła", to nie będzie ona zanieczyszczona - mówi kierowniczka ustrzyckiej stacji segregacji odpadów stałych Agata Koncewicz. - Jest to o wiele łatwiejsze i efektywniejsze niż odzyskiwanie z taśmy.
Makulatura będzie przez MPGK zbierana, a następnie belowana w stacji segregacji i sprzedawana jako surowiec wtórny. Wcześniej trzeba ją będzie jeszcze podzielić na kartony i papier. W skupie tektura jest droższa od papieru.
- Dzięki temu będą jakieś dochody, które zmniejszą koszty zagospodarowania odpadów. Jednocześnie balast będzie mniejszy i tzw. odpady biodegradalne będą mniejsze, a więc koszty ich transportu i składowania też będą niższe - uzupełnia S. Kozłowski.
T. Szewczyk
Fot. Wyselekcjonowana ,,u źródła" makulatura trafi do stacji segregacji odpadów stałych, która powinna ruszyć jeszcze w czasie wakacji
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 15)
|
Kocioł w dziupli
Jednocześnie na dwie posesje w Ustrzykach Dolnych 24 czerwca weszli funkcjonariusze PSG Krościenko. Na podstawie wcześniej przeprowadzonego rozpoznania ustalono, iż na ich terenie znajdują się ,,dziuple", w których przed dalszą dystrybucją gromadzi się towar, przemycany przez wschodnią granicę.

Przeprowadzone w porozumieniu z Prokuraturą Rejonową w Lesku przeszukania potwierdziły trafność tych ustaleń. Na terenie wytypowanych obu posesji ujawniono spore ilości papierosów i alkoholu bez polskich znaków akcyzy, wyprodukowanych na Ukrainie.
Na jednej z posesji znaleziono w budynku gospodarczym 499 paczek papierosów oraz 102,5 l alkoholu różnych marek. Wartość rynkowa tych towarów została oszacowana na 25 tys. 731 zł.
Właściciel tego budynku tłumaczył się, że wynajmował go obywatelowi Ukrainy i nie wiedział, do jakiego celu te pomieszczenia są wykorzystywane. Z przeprowadzonych czynności wynika, iż jest to tylko linia obrony, która nie odpowiada to prawdzie.
Z tego powodu właściciel posesji odpowie pod zarzutem, że działał ,,wspólnie i w porozumieniu" i to nie tylko z tym Ukraińcem, któremu ,,dziuplę" wynajął. Do sprawy dołączyło bowiem jeszcze sześcioro innych obywateli Ukrainy, którzy nie wiedząc, że doszło do wpadki i w budynku jest ,,kocioł", donosili partie świeżego towaru.
Obywatel Ukrainy, który był mózgiem tego przedsięwzięcia, został decyzją Wojewody Podkarpackiego wydalony z Polski na 3 lata. W stosunku do sześciorga pozostałych ,,dostawców" wszczęte zostały czynności o wpis do wykazu osób niepożądanych na terytorium RP.
W drugiej ,,dziupli" efektem przeszukania było ujawnienie 761 paczek papierosów i 8,7 l alkoholu. Wartość tych wyrobów wyceniono na 4 tys. 472 zł.
Właścicielowi drugiej posesji postawiony zostanie zarzut posiadania wyrobów akcyzowych bez polskich znaków skarbowych. Ponieważ niedawno był on ukarany za podobne przestępstwo, nie może raczej liczyć na pobłażliwość.
Obydwie sprawy zostały przekazane do dalszego prowadzenia Urzędowi Celnemu w Krośnie.
a. z.
Fot. To tylko część towaru zgromadzonego w budynku gospodarczym
Fot. PSG Krościenko
(więcej ,,GB" 14)
|
Ustrzyczanin z Londynu
Ustrzyccy radni miejscy w maju jednogłośnie przyjęli uchwałę o przyznaniu Mieczysławowi Hamplowi honorowego obywatelstwa miasta nad Strwiążem. Tytuł ten jest wyrazem szacunku dla jego poświęcenia i determinacji w wypełnianiu postanowień testamentu pułkownika Bronisława Nitki.

Z inicjatywą przyznania M. Hamplowi tytułu honorowego obywatela Ustrzyk D. wystąpili dyrektorzy Zespołu Szkół Publicznych nr 1, Zespołu Szkół Publicznych nr 2 - Narciarskiej Szkoły Sportowej w Ustrzykach D. oraz Szkoły Podstawowej w Ustianowej G. W imieniu własnym, uczniów i rodziców skierowali oni do Rady Miejskiej w Ustrzykach D. wniosek w tej sprawie.
Nikt by nie usłyszał
Mieszkający niemal od zakończenia wojny w Londynie M. Hampel jest wykonawcą testamentu płka B. Nitki, który zapisał cały dorobek życia dla szkół ,,w Ustrzykach Dolnych, Górnych lub Ustianowej".
Gdyby nie osobiste zaangażowanie M. Hampla z Polskiego Stowarzyszenia Powierniczego w Londynie, o ostatniej woli płka Nitki najprawdopodobniej nikt w Bieszczadach by nie usłyszał, a pozostawiony przez niego majątek wzbogaciłby skarbiec królowej brytyjskiej.
,,To dzięki zainteresowaniu i staraniom M. Hampla - jak napisali w swojej petycji dyrektorzy szkół - pieniądze, pochodzące ze spadku, trafiły do naszej gminy i naszych szkół. Przekazane środki finansowe wpłynęły na poprawę bazy szkół oraz warunków nauki uczniów w gminie Ustrzyki D. Do tej pory tak znacznych śródków finansowych w formie darowizny szkoły nasze nigdy nie otrzymały".
- Nie czarujmy się! Gdyby nie M. Hampel, z tego spadku płka Nitki nie widzielibyśmy ani grosza - stwierdził dyrektor ustrzyckiego ZSP 2 Bogdan Zwarycz.
Jak w pięciogwiazdkowym hotelu
Do tej pory ze spadku płka Nitki skorzystały trzy szkoły: SP w Ustianowej, ZSP nr 1 i ZSP nr 2 w Ustrzykach D. Najmniej z tego majątku uszczknęła ,,Dwójka"…
- Ale nie narzekamy. Dzięki pieniądzom ze spadku po płku Nitce - mówi B. Zwarycz - kupiliśmy stoliki i krzesła do jadalni oraz wyposażyliśmy kuchnię (szafy, garnki, termosy, urządzenia kuchenne). Zaś pieniądze, które mieliśmy zaplanowane na te zakupy, przeznaczyliśmy na remont pomieszczeń kuchennych.
Większy kawałek spadku przypadł SP w Ustianowej. Zaplanowane prace już się tu zakończyły. Dzieci w Ustianowej mają pięknie odnowioną i wyposażoną kuchnię i stołówkę. Gruntownie odnowiona została szkolna sala gimnastyczna i związane z nią pomieszczenia (szatnie, sanitariaty, natryski). - Jak w pięciogwiazdkowym hotelu! - krzyknął na widok nowych łazienek i sanitariatów jeden z odwiedzających ustianowską szkołę gości.
Przy Gimnazjum ZSP 1 w Ustrzykach D. prace modernizacyjne dobiegają końca. Budowlańcy finiszują, wykonując nowe odwodnienie. Wcześniej wymieniono stolarkę okienną w budynku gimnazjum i kształcenia zintegrowanego oraz zakupiono sprzęt kuchenny do szkolnej kuchni. Niedawno docieplono ściany budynku gimnazjum i wykonano nowe elewacje. - Nasi uczniowie będą się teraz uczyć w o wiele lepszych warunkach - stwierdza dyrektorka ZSP 1 Barbara Amarowicz.
W dowód wdzięczności i pamięci
M. Hampel z żoną Barbarą tuż przed końcem roku szkolnego przyjechał do Ustrzyk Dolnych. Towarzyszył mu działacz polonijny dr Piotr Nowak.
M. Hampel wraz z nimi odwiedził ,,swoje" szkoły. Jeszcze raz obejrzał to, co zrobiono za pieniądze ze spadku. W każdej z nich na honorowym miejscu umieszczono marmurową tablicę z napisem: ,,Pułkownikowi Bronisławowi Nitce - żołnierzowi z dywizji gen. S. Maczka, odznaczonemu Krzyżem Virtuti Militari, ofiarodawcy spadku na rzecz szkoły - oraz Mieczysławowi Hampelowi - wykonawcy testamentu w dowód wdzięczności i pamięci społeczność szkolna…"
- Jeżeli chodzi o testament płka Nitki, to ten rozdział zamykamy. Kończymy sprawę pieniędzy - mówi M. Hampel. - Ale nie zapominajmy o płku Nitce, bo to był wielki patriota, człowiek o wielkim sercu, który bardzo kochał Polskę.
To moje najwyższe odznaczenie
Na sesji ustrzyckiej Rady Miejskiej 21 czerwca M. Hampel przyjął tytuł honorowego obywatela Ustrzyk Dolnych. I choć do tej pory za swoją postawę na polu walki oraz za działalność społeczną otrzymał niejedno odznaczenie, to był tym wyróżnieniem wyraźnie wzruszony.
- To jest najwyższe odznaczenie, jakie otrzymałem - powiedział. - Nie podejmowałem się tego zadania po to, żeby osiągnąć jakieś zaszczyty. Czułem się swego rodzaju listonoszem, który ma do przekazania cenną przesyłkę. Musiałem się trzymać prawa brytyjskiego i zapisów testamentu. Dla człowieka, który był 60 lat poza krajem, wydawało się to bardzo trudne. Ale załatwiliśmy wszystko bez żadnych zgrzytów i niedomówień. Nie spodziewałem się tak dobrej współpracy z ustrzyckim burmistrzem i całym samorządem. Jestem tym wszystkim zbudowany.
Marzenia się spełniają
M. Hampel zakończył swoją misję związaną z wypełnieniem testamentu płka Nitki. Na czerwcowej sesji przekazał burmistrzowi Henrykowi Sułui czek na 710 tys. zł. Pieniądze te znajdą się na oddzielnym koncie i zostaną wykorzystane na adaptację b. przychodni przy ul. 29 Listopada na przedszkole. Dlatego czek z rąk burmistrza od razu przechwyciły przedszkolaki…
- Bardzo się cieszymy z tego daru - mówi dyrektorka Przedszkola nr 2 w Ustrzykach D. Jolanta Molek. - To znacznie ułatwi przebudowę tego budynku i przyspieszy nasze przenosiny. Marzymy o tym od dawna i - jak widać - marzenia się spełniają.
Warto dodać, że jeszcze 100 tys. zł ze spadku płka Nitki otrzymała gmina Lutowiska na remont szkoły w Stuposianach.
T. Szewczyk
Fot. Ustrzyckie przedszkolaki miały ogromne powody do radości
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 13)
|
Kąpielisko bez kąpieli?
Już rok temu otwarte kąpielisko w Ustrzykach Dolnych zostało uruchomione z poślizgiem. Pod koniec ub. r. jego dotychczasowy dzierżawca wycofał się z interesu. Wszystko wskazuje na to, że podczas tegorocznego lata nie będzie ono udostępnione miłośnikom kąpieli.

Ustrzyckie kąpielisko zostało wybudowane w czynie społecznym w latach 60. ub. w. Do początku lat 90. stanowiło część MOSiR-u i prowadzone było przez gminę. 15 lat temu zdecydowano się na puścić je w dzierżawę.
Krowa zdechła
Od czerwca 1992 r. do listopada 1999 r. dzierżawcą kąpieliska był Andrzej Wawrzyniak. Od 2000 r. wzięła je w arendę firma ,,Gold-Pol" Bogusława Pleskacza. Pod koniec 2006 r. również i on wycofał się z dalszej dzierżawy obiektu.
- Obaj dzierżawcy po jakimś czasie rezygnowali z prowadzenia kąpieliska - informuje Alicja Kisielewicz, kierowniczka Wydziału Geodezji i Gospodarki Gruntami UM w Ustrzykach D. - Trudno powiedzieć, że któryś z nich ponosił jakieś nakłady, które poprawiałyby stan tego obiektu. Można raczej powiedzieć, że było wręcz przeciwnie.
- Najprawdopodobniej obaj dzierżawcy doili krowę, dopóki się dało. Teraz, kiedy krowa zdechła, wróciła do gminy - stwierdziła radna miejska Bogumiła Szubra.
Zostało piękne położenie
Na wiosnę okazało się, że stan kąpieliska i towarzyszącej mu infrastruktury jest gorszy od opłakanego. Przez lata ustrzyckie kąpielisko uchodziło za jedno z najpiękniejszych w Polsce. Po dawnej świetności nie ma prawie śladu. Jedynie przepiękne położenie pozostało bez zmian.
W budynku głównym szyby powybijane. Okna i drzwi pozabijane deskami. Elewacje zniszczone. Dach mocno sfatygowany. Odcięty dopływ energii elektrycznej. Ogrodzenie zniszczone.
Niecka basenowa w złym stanie technicznym. Liczne ubytki. Ściany i schody do niecki głównej i brodziku zniszczone. Przepust zniszczony. Zjeżdżalnia zniszczona…
Stacji uzdatniania wody praktycznie nie ma. Filtr piaskowy nie nadaje się do użytku. Zasuwa, która piętrzy wodę, przegnita, połatana prowizorycznie kawałkami blachy i folią. Tifor (z datą 1963), służący do podnoszenia zasuwy, niesprawny. Okno budynku zabite deskami. Wewnątrz chlorowni jakieś połamane ławki. Instalacja wisi na sznurkach i drutach…
- W takim stanie ten obiekt absolutnie nie nadaje się do eksploatacji - oświadcza Kazimierz Matwiej, dyrektor Międzyszkolnej Krytej Pływalni ,,Delfin". - To wszystko należałoby wyremontować, ponaprawiać, pouzupełniać i wyposażyć. Dopiero wtedy można byłoby myśleć o napełnianiu wodą.
Teoretycznie możliwe
Bezpośrednio po sesji Rady Miejskiej (29 maja), poświęconej w dużej mierze aktualnej sytuacji kąpieliska i jego przyszłości, skierowano grupę pracowników, która zajęła się robotami porządkowymi i drobnymi naprawami na terenie kapieliska. - Sporo udało się już zrobić - mówi kierujący jej pracą Jana Świstak. - Ale jeszcze dużo roboty zostało.
Fachowcy z MPGK zajęli się naprawą instalacji elektrycznych. Pracownicy PEC przystąpili do naprawiania barierek, poręczy i ogrodzenia…
- Teoretycznie po niezbędnych remontach i naprawach napełnienie wodą byłoby możliwe, lecz wymagałoby to wcześniej poważnych nakładów - stwierdza K. Matwiej. - Do 2004 r. przepisy były mniej restrykcyjne i jakoś mogło to funkcjonować. Obecnie nie ma mowy o prowizorce. A tu nie ma stacji uzdatniania wody, nie ma filtracji i cyrkulacji. Przy braku tych urządzeń nie ma szans, żeby woda, wpływająca do basenu i wypływająca z niego do rzeki, spełniała obowiązujące normy.
Ani pięciu groszy
- Znam ten basen - mówi radny Zdzisław Rudziński. - Uważam, że aby go doprowadzić do dobrego stanu technicznego, trzeba byłoby wyłożyć z budżetu gminy kilkaset tys. zł. Już dokładamy co roku do ,,Delfina" ok. 600 tys. zł. Gdyby to ode mnie zależało, nie dałbym na kąpielisko ani 5 groszy. Uważam, że mamy jako gmina pilniejsze potrzeby.
Jednak osiągnięcie dobrego stanu technicznego jeszcze nie załatwiałoby problemu. - Takiego dużego basenu otwartego nie ma na całym Podkarpaciu - wyjaśnia ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Wynikają z tego kosztowne konsekwencje.
Na 50 m linii brzegowej powinien być jeden ratownik. Aby tej normy nie naruszyć, trzeba byłoby w ustrzyckim kąpielisku zatrudniać na jednej zmianie ośmiu ratowników. Poza tym aby je wypełnić, należy wlać 10 tys. m3 wody. Wodę musiałoby się wcześniej uzdatnić. A to kosztowałoby niemałe pieniądze.
W niecce basenu MKP ,,Delfin" mieści się 20 razy mniej wody (ok. 500 m3). Miesięcznie w celu jej uzdatnienia zużywa się 800 kg chloru. Można sobie policzyć, ile kosztowałoby samo chlorowanie wody dla kąpieliska.
Najbliższe lato
Dwa ogłoszone na wiosnę przetargi na dzierżawę obiektu okazały się…
Fot. To se na vrati?
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 12)
|
Nie ma odwrotu!
Olszanickie władze samorządowe ostro zabrały się do naprawy gminnych finansów. Zaczęto od restrukturyzacji oświaty. Ale zmniejszenie kosztów funkcjonowania szkół miało być tylko pierwszym krokiem w tym procesie. Teraz przyszedł czas na następne.

Nowy samorząd Olszanicy - zarówno radni, jak i wójt - ma świadomość, że bez radykalnych posunięć się nie obejdzie. Sytuacja finansowa gminy jest tak kiepska, że chcąc pokrywać wydatki bieżące i spłacać zaciągnięte wcześniej kredyty, musi się zaciągać kolejne zobowiązania. O wolnych środkach na inwestycje albo przynajmniej na tzw. wkład własny na razie nie ma mowy.
Odchudzanie urzędu
Wiadomo, że jeśli poważnych reform nie przeprowadzi się na początku kadencji, to później staje się to coraz trudniejsze. Dlatego nowe władze Olszanicy niemal bezpośrednio po ukonstytuowaniu się zabrały się do wprowadzania zmian. Zaczęło się od zawsze niepopularnego zaciskania pasa w oświacie…
- Ale zgodnie z zapowiedziami racjonalizacja kosztów gminy nie zakończy się na zmianach w oświacie - stwierdza olszanicki wicewójt Robert Petka. - Kolejnym etapem koniecznych oszczędności będzie redukcja kosztów funkcjonowania administracji. To znów bardzo bolesna decyzja, którą musimy podjąć. Wiąże się to m.in. ze zwolnieniami pracowników. Przeprowadzone analizy, nasze doświadczenie oraz porównanie z innymi, podobnymi jednostkami samorządu terytorialnego, wskazują jednoznacznie na konieczność poważnego zmniejszenia kosztów.
Jeszcze w maju wypowiedzenia ma otrzymać prawie jedna czwarta pracowników Urzędu Gminy w Olszanicy i gminnych agend.
Klamka zapadła
- Przy tej obsadzie, która była do tej pory, powinniśmy obsłużyć pół Warszawy - mówi olszanicki wójt Krzysztof Zapała. - Tymczasem jest trochę inaczej. Docierają do nas sygnały od mieszkańców, że to należy zmienić, więc podejmujemy decyzje, które to zmienią.
Redukcja liczby pracowników nie powinna wpłynąć negatywnie na jakość pracy urzędu. Wręcz przeciwnie. Te sprawy mieszkańców, które nie są skomplikowane, mają być załatwiane od ręki. Sprawy trudniejsze nie powinny zaś zajmować więcej czasu, niż to konieczne.
- W bardzo krótkim czasie musimy - po pierwsze - zbudować sprawny zespół ludzi, potrafiących wykonywać wszystkie zadania administracyjne w sposób zadowalający mieszkańców i - po drugie - umiejących skutecznie pozyskiwać pieniądze na rozwój gminy - mówi R. Petka. - Klamka zapadła. Nie ma odwrotu!
Koniec ze spychologią
Aby to osiągnąć, opracowano nową strukturę organizacyjną urzędu gminy. Po jej wdrożeniu będzie wiadomo, kto i za co dopowiada, kto i komu podlega oraz kto i kim kieruje.
Dotychczas kompetencje, zakresy odpowiedzialności, zasady podległości były nieprzejrzyste czy rozmyte. To sprawiało, że czasami jedną sprawą załatwiało trzech pracowników i żaden z nich nie czuł się do końca odpowiedzialny za jej bieg.
Po wprowadzeniu nowych rozwiązań będzie jasne, kto zajmuje się daną sprawą i kto odpowiada za jej załatwienie. Odcięta zostanie możliwość stosowania spychologii, uchylania się od podejmowania decyzji i od przyjmowania na siebie odpowiedzialności za ich konsekwencje.
- Chcemy w ramach tych zmian w gminnej administracji zrobić także inny ruch - dodaje K. Zapała. - Zamierzamy wprowadzić system motywacyjny. Będziemy płacić za efekty pracy, a nie za podpisanie listy obecności. Podstawą oceny pracowników będzie ich merytoryczność, merytoryczność i jeszcze raz merytoryczność.
Odbić się od dna!
- W maksymalnie krótkim czasie ta gmina musi się odbić od dna i wyjść na prostą: ustabilizować budżet i wykorzystywać wszystkie nadarzające się szanse rozwojowe. Dlatego nie zawahamy się podejmować kolejnych trudnych, kontrowersyjnych i niepopularnych decyzji - konkluduje R. Petka. - Najistotniejsze jest to, iż jest w tej sprawie jednomyślność radnych i wójta.
T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 11)
|
Gdyby nie budowa za 8 mln zł stacji przeładunkowej i sortowni śmieci, obudzilibyśmy się…
Z ręką w nocniku
Zbliża się do końca realizacja największej i najkosztowniejszej inwestycji proekologicznej w Bieszczadach. Za kilkadziesiąt dni stacja przeładunkowa i sortownia odpadów, budowana na terenie b. PPD ,,Ustianowa" w Ustrzykach D., powinny zacząć działać. Ich uruchomienie ma ostatecznie uporządkować zagospodarowania odpadów w naszym regionie.

Wysypisko podpadło
Wysypiska, na których składuje się powyżej 25 tys. ton odpadów, są uważane za instalacje mogące powodować znaczne zanieczyszczenie środowiska i podlegają pod Urząd Wojewódzki. Warunkiem ich dalszego funkcjonowania było uzyskanie tzw. pozwolenia zintegrowanego.
- Wysypisko w Brzegach D. podpadło pod pozwolenie zintegrowane - wyjaśnia Stanisław Kozłowski z Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Ustrzykach D. - Wynika to z zapełnienia wysypiska. W tej chwili są na nim złożone 62 tys. ton odpadów.
Pozwolenie zintegrowane należało uzyskać do końca kwietnia br. Jeśli się go nie zdobędzie, Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska wstrzymuje eksploatację wysypiska.
Nie ma szans, by składowisko w Brzegach takie pozwolenie uzyskało. Nie tylko przed końcem kwietnia, ale w ogóle. Zostało ono pobudowane wg starych przepisów, które nie odpowiadają normom unijnym.
- Wobec tego nasze wysypisko należałoby zamknąć z końcem kwietnia. Ale w wyjątkowych wypadkach możliwe jest przedłużenie eksploatacji wysypisk do końca października - dodaje S. Kozłowski. - My te warunki ,,wyjątkowości" spełniamy, gdyż rozpoczęliśmy już przygotowania do rekultywacji składowiska.
Obudzilibyśmy się z ręką w nocniku
Październikowy termin zamknięcia wysypiska w Brzegach pozwoli spokojnie wejść w eksploatację stacji przeładunkowej i sortowni.
- Decyzja o budowie stacji segregacji odpadów okazała się trafna - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Gdybyśmy nie podjęli jakiś czas temu żadnych działań, dzisiaj obudzilibyśmy się z ręką w nocniku. Nasze wysypisko komunalne musi być zamknięte. Wszystkie odpady będziemy musieli wywozić poza Bieszczady. Gdybyśmy się nie zdecydowali na budowę stacji, opłaty za śmieci musiałyby skokowo wzrosnąć. Dzięki tej inwestycji ten wzrost opłat powinien być mocno ograniczony.
Na wzrost opłat za odpady wpłynęłaby przede wszystkim zmiana wysokości tzw. opłaty marszałkowskiej. Od lipca br. za odpady nie segregowane opłata ta ma być pięciokrotnie wyższa od dotychczasowej - wzrośnie z 15 zł do 75 zł za 1 t odpadów. Opłata za odpady segregowane nadal będzie wynosić 15 zł za 1 t. Wszystkie odpady, które wyjadą z ustrzyckiej stacji segregacji, będą po selekcji, a więc objęte będą niższą opłatą marszałkowską.
Budowa idzie
Wyłonionym w przetargu wykonawcą stacji ustrzyckiej segregacji odpadów jest Krośnieńskie Przedsiębiorstwo Budowlane. Stacja ma kosztować 7 mln 946 tys. zł. Jej budowa w znacznej mierze jest finansowana ze środków pozyskanych z zewnątrz.
- Na tę inwestycję pozyskaliśmy dotację w wysokości 2 mln 363 tys. zł z Ekofunduszu. Dotację w wysokości 1 mln 77 tys. zł oraz 1 mln 930 tys. zł pożyczki otrzymaliśmy z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Uzyskaliśmy też 2 mln zł pożyczki od Narodowego FOŚiGW Koszty inwestycji zostaną pomniejszone o ponad 0,5 mln zł, gdyż od dotacji z Ekofunduszu nie nalicza się VAT-u - informuje H. Sułuja.
W ub. r. ,,przerobiono" ok. 4 mln 600 tys. zł. Pieniądze poszły na roboty ziemne i na ,,najgrubsze" roboty budowlane. Wybudowano budynek główny sortowni z rampą przeładunkową, budynek socjalny, portiernię. Pobudowano też kanalizację deszczową, sanitarną i sieć elektryczną.
Na ten rok zostało do wykorzystania ponad 3 mln 300 tys. zł. Obecnie wykonywane są drogi i place. W najbliższym czasie przewidywany jest zakup maszyn, urządzeń i pojazdów. Stacja ma być wyposażona w ciągniki siodłowe, naczepy kontenerowe, wywrotkę z dźwigiem, koparko-ładowarkę, wózki widłowe, linię załadowczo-sortowniczą, prasy, belownice itp.
- Rozpoczęcie instalacji urządzeń planowane jest na początek maja. Rozruch technologiczny i oddanie stacji do użytku powinny nastąpić w lipcu lub sierpniu - informuje H. Sułuja.
Wykonawca nieoficjalnie zapowiada, że - jeśli wszystko pójdzie dobrze - stacja zostanie uruchomiona…
Fot. Obecnie trwają roboty przy budowie dróg i placów
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 10)
|
,,Solina" pojedzie przez Ukrainę?
Mieszkańcy Bieszczadów pamiętają wyprawy sprzed lat pociągiem osobowym do Przemyśla albo pospieszną ,,Soliną" do Warszawy. Od Krościenka do Malhowic jechało się przez Związek Radziecki pod czujnym okiem czerwonoarmistów. Ten fragment jazdy gwarantował najmocniejsze przeżycia i sprawiał, że były to podróże niezapomniane. Sprawa reaktywacji tej linii od lat powraca niczym bumerang.

W Podkarpackim Urzędzie Wojewódzkim w Rzeszowie 12 kwietnia przedstawiciele władz województwa podkarpackiego, samorządowcy i kolejarze kolejny raz dyskutowali o możliwościach przywrócenia do życia linii kolejowej z Przemyśla do Zagórza przez terytorium Ukrainy.
Argumentów nie brakuje
Kwietniowa narada w PUW została zorganizowana z inicjatywy prezydenta przemyskiego Roberta Chomy i burmistrza ustrzyckiego Henryka Sułui.
- Linia kolejowa Przemyśl-Zagórz przez terytorium ZSRR, a pod koniec niepodległej Ukrainy była czynna do 1994 r. Wykorzystywano ją do przewozów osobowych i towarowych - mówi H. Sułuja. - Argumentów za jej ponownym uruchomieniem nie brakuje. Reaktywowanie tej linii przywróciłoby funkcjonowanie systemu dogodnych połączeń dla pasażerów z Polski, Ukrainy i Słowacji. Rewitalizacja linii przyczyniłaby się także do ożywienia położonych wzdłuż niej terenów, ułatwiłaby docieranie do atrakcyjnych turystycznie miejsc w Bieszczadach i poprawiła rentowność kolei.
Kursujący niegdyś tą trasą pociąg pospieszny ,,Solina" z Zagórza do Warszawy cieszył się dużą popularnością. Jego przywrócenie stanowiłoby alternatywne dla transportu kołowego połączenie Warszawy z Bieszczadami.
Uzasadnić zasadność
Reaktywowanie linii wymagałoby - oprócz determinacji w dążeniach do realizacji tego pomysłu oraz przychylnego nastawienia doń decydentów na różnych szczeblach - sporych nakładów finansowych.
Istnieje już graniczne przejście kolejowe w Krościenku. Od początku tego roku rozpoczęła się jego poważna rozbudowa, dzięki której powstanie m.in. terminal do odpraw pociągów. Tutaj zatem następne duże nakłady nie byłyby potrzebne.
Jednak podobne przejście musiałoby powstać ,,z drugiej strony", pod Przemyślem. - Planuje się budowę drogowego przejścia granicznego Malhowice-Niżankowice dla pojazdów o masie do 3,5 t. Istnieje także możliwość uruchomienia w przyszłości w Malhowicach kolejowego przejścia granicznego - poinformowała wojewoda Ewa Draus. - Wojewoda musi jednak udokumentować, że jest to działanie zasadne. Decyzja o uruchomieniu przejścia granicznego pociąga za sobą konieczność przeznaczenia na ten cel znacznych środków finansowych nie tylko na jego wybudowanie, ale również na utrzymanie.
Dobry objaw
Na przełomie wieków XX i XXI niemal co roku pojawiała się zapowiedź zawieszenia lub likwidacji kursowania pociągów na trasie Zagórz-Krościenko-Chyrów. Kolejarze, argumentując te zakusy, przytaczali statystyki. Wynikało z nich, że liczba pasażerów z roku na rok spada, a deficyt rośnie.
Od jakiegoś czasu groźba zamknięcia tej linii się już nie pojawia. Okazuje się, że wbrew przewidywaniom coraz więcej ludzi korzysta z tego pociągu… - Obecnie po linii kolejowej z Zagórza do Chyrowa kursują dwie pary pociągów dziennie - mówił Jerzy Churawski, dyrektor Podkarpackiego Zakładu Przewozów Regionalnych w Rzeszowie. - Przewóz pasażerów tą linią ma wyraźną tendencję rosnącą.
W ciągu ostatnich 4 lat liczba pasażerów wzrosła pięciokrotnie: 2003 r. - ok. 20 tys. osób, 2004 r. - 43 tys., 2005 r. - 85 tys., 2006 r. - 99 tys.
Na tej podstawie trudno jednak wyrokować, czy także pociągi Zagórz-Warszawa czy Zagórz-Przemyśl cieszyłyby się dużym zainteresowaniem podróżnych. Da się to chyba jedynie ,,sprawdzić bojem".
Szybciej się nie da!
- Obecnie linia kolejowa Przemyśl-Malhowice jest czynna na odcinku prawie 5 km (od Przemyśla do Pikulic). Z uwagi na zły stan techniczny pociągi towarowe jeżdżą tam z prędkością 20 km/h. Na reszcie tej trasy długości ok. 7,5 km (od Pikulic do Malhowic) jest jeszcze gorzej i ruch pociągów jest tam zawieszony - stwierdził dyrektor Zakładu Linii Kolejowych PKP w Rzeszowie Mieczysław Borowiec.
Torowiska na trasie Zagórz-Krościenko również są w okropnym stanie. Nie można się temu dziwić. Ostatni poważniejszy remont został przeprowadzony pod koniec lat 60. ub. wieku.
- Przez 40 lat zrobiono niewiele. Jeździmy tędy z szybkością 20 km/godz., bo tak jest bezpiecznie. To się prędko nie zmieni, bo nie ma pieniędzy na infrastrukturę kolejową. - mówił ponad rok temu podczas podobnej narady w Komańczy Andrzej Kościelniak, ówczesny dyrektor rzeszowskiego ZLK PKP.
- Na odcinku Uherce Mineralne - Ustrzyki D. średnia prędkość pociągu to mniej niż 20 km/godz. - wtórował mu wówczas Zbigniew Górniak, dyrektor Podkarpackiego Zakładu Przewozów Regionalnych PKP w Rzeszowie. - Pomiędzy Zagórzem i Chyrowem pociągi nie powinny w ogóle jeździć.
Natomiast - jak wynika z informacji strony ukraińskiej - odcinek toru normalnego Niżankowice - Chyrów jest w stosunkowo dobrym stanie technicznym. Na razie jednak nie wiadomo, co tak naprawdę kryje się pod wyrażeniem ,,stosunkowo dobry stan techniczny".
Musi być szybciej!
Wg wojewody E. Draus uruchomienie kolejowego przejścia granicznego Malhowice-Niżankowice byłoby uzasadnione, gdyby wcześniej…
Fot. Pociągiem Chyrów - Zagórz jeździ coraz więcej podróżnych
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 9)
|
Przejścia w kolejce
Podróżni, czekający na wjazd na teren przejścia granicznego, coraz częściej skarżą się, że dużo samochodów wjeżdża do kolejki. Część wpycha się ,,na chama", inni nienależne im miejsce w kolejce zajmują dzięki ,,współpracy wzajemnej".

Do kolejki bez kolejki
Sygnałów o wpychaniu się do kolejki bez kolejki jest więcej. Czasami próby zapobieżenia temu przybierają groźną postać. Niedawno młody człowiek, który usiłował temu przeszkodzić, został ,,wzięty na maskę" i był wieziony kilkadziesiąt metrów. Na dodatek prawdopodobnie to jego spotka kara ,,za stworzenie zagrożenia w ruchu drogowym".
- Od kilku miesięcy na przejściu źle się dzieje i to po stronie polskiej - mówił podczas sesji radny powiatowy Franciszek Konopelski. - Kiedy się czeka, auta z przodu wjeżdżają do kolejki. Nic im się nie zrobi. Zanim policja przyjedzie, to oni już będą po drugiej stronie granicy. Ci, co wpychają się bez kolejki, są w jakiś sposób zorganizowani.
Jednego dnia obserwowałem kolejkę do przejścia przez ok. 20 minut. W tym czasie w jej czubie znalazły się ,,dodatkowo" cztery auta. Kiedy kawalkada samochodów przesuwała się kilka metrów do przodu, jedno z aut przystawało. Wtedy w wolne miejsce wskakiwał samochód podjeżdżający lewym pasem. Wyglądało, że obaj kierowcy - wpuszczający i wpuszczany - są wcześniej umówieni na taki myk.
Zdenerwowani podróżni uważają, że porządku w kolejce powinna pilnować Straż Graniczna albo policja.
Nie odpychamy problemu
Straż Graniczna zgodnie z nazwą i ustawą jest formacją, która zajmuje się ochroną granicy i kontrolą ruchu granicznego. - Nie możemy się skupić na pilnowaniu kolejki - mówi jeden z oficerów PSG Krościenko. - Jednak w miarę możliwości staramy się utrzymywać porządek także poza przejściem. Nie odpychamy od siebie tego problemu. Interweniujemy w razie nieprawidłowości i reagujemy na sygnały podróżnych.
Na poparcie swoich stwierdzeń pogranicznicy przywołują statystyki. Tylko w ub. r. za wykroczenia w ruchu drogowym nałożyli 505 mandatów karnych na kwotę 54 tys. 860 zł. Oprócz tego za wykroczenia drogowe skierowali 52 wnioski o ukaranie do sądu grodzkiego.
- Problem polega i na tym, że podróżni dzwonią z informacją o jakimś zdarzeniu do kierownika anonimowo, a potem każdy umywa ręce i nie chce być świadkiem - dodaje funkcjonariusz SG. - Jak przygotowuje się wniosek do sądu, to trudno znaleźć ludzi, którzy godzą się poświadczyć, że do incydentu doszło. Zdarza się, że po sygnale, że ktoś wepchał się do kolejki, następuje interwencja, to zaraz pojawiają się osoby, które twierdzą, że ten ktoś w tym miejscu stał.
Nie jesteśmy w stanie
Podstawowe zadania policji to dbałość o bezpieczeństwo, porządek i ład publiczny. Teren powiatu bieszczadzkiego jest bardzo rozległy. A policjantów nie jest za dużo.
- Przy obecnym stanie osobowym nie możemy wystawić ciągłej służby na przejściu. Nie jesteśmy w stanie ciągle pilnować tam kolejki. Żeby był porządek, to policja musiałaby tam być przez cała dobę - stwierdza zast. komendanta powiatowego KPP w Ustrzykach D. nadkom. Aleksander Lubas.
Patrol policyjny - jak mówi wicekomendant - przyjeżdża na każde wezwanie w przypadku zakłócenia porządku lub naruszenia przepisów ruchu drogowego. O całodobowej obecności policji w rejonie przejścia nie może być mowy. Przynajmniej na razie.
Widok na poprawę
Na ostatnim posiedzeniu komisji ds. porządku publicznego przy staroście bieszczadzkim uzgodniony został wniosek do Wojewody Podkarpackiego. Zainteresowane porządkiem na przejściu instytucje wystąpiły o montaż urządzeń monitorujących odcinek od skrzyżowania w Krościenku do przejścia. Całodobowe nagrywanie tego, co zarejestrują kamery, dawałoby możliwość wychwytywania wszystkich przypadków naruszeń prawa.
- Wtedy wystarczyłoby, że policjanci codziennie obejrzeliby nagranie z ostatnich 24 godzin - stwierdza nadkom. A. Lubas. - Na tej podstawie ustalaliby sprawców nieporządku i występowali o ich ukaranie. Myślę, że po paru dniach z kolejką nie byłoby już kłopotów.
T. Szewczyk
Fot. Jedni pokornie stoją w kolejce, inni kombinują, by nie stać
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 8)
|
Nadchodzi szczyt utrudnień
Od stycznia rozpoczęły się prace związane z rozbudową przejścia granicznego w Krościenku-Smolnicy. Ich prowadzenie odbywa się bez zamykania przejścia. Jednak roboty te powodują utrudnienia w ruchu granicznym. Szczyt utrudnień przypadnie na okres od połowy kwietnia do końca września br.

Chybione prognozy
Nikt, kiedy przymierzano się do utworzenia przejścia granicznego w Krościenku, nie spodziewał się, że będzie się ono cieszyć tak dużą popularnością. Początkowo Ukraińcy zakładali, że będzie tu przekraczać granicę do 200 aut na dobę. Prognozy strony polskiej, które mówiły o 1000 pojazdów na dobę, uważano zaś za mocno przestrzelone.
Niemal od razu po otwarciu przejścia okazało się, że przewidywania strony ukraińskiej były całkowicie chybione. Szacunki polskie okazały się zaś trafne tylko dla 2003 r., kiedy to przez Krościenko przejeżdżało średnio 1100 aut na dobę. Jednak już w następnym roku w ciągu doby granicę pokonywało tutaj ponad 1700 aut. Wydawało się, że przystąpienie Polski do UE i związane z tym wprowadzenie wiz dla obywateli Ukrainy załamie ruch na przejściu. Załamanie było, ale krótkotrwałe. W ub. r. przez granicę w Krościenku przejeżdżało w ciągu 24 godzin średnio 2400 pojazdów.
Rozszerzanie funkcji
Rosnące błyskawicznie zainteresowanie przejściem granicznym w Krościenku powodowało konieczność sukcesywnego rozszerzania jego funkcji. Dziś już niewiele osób pewnie pamięta, że początkowo było to jedynie przejście czynne tylko w dzień. Potem przekształcono je w przejście całodobowe.
Niemal od początku funkcjonowania przejścia drogowego trwały zabiegi o rozszerzenie jego funkcji. Chodziło o to, by przez przejście mogły przejeżdżać nie tylko samochody osobowe, ale by je udostępnić także dla autokarów i samochodów ciężarowych o masie całkowitej do 7,5 t. Sfinalizowano to w styczniu 2006 r. Od ponad roku przez krościeńskie przejście kursują już autobusy i niewielkie samochody ciężarowe.
Równolegle toczyły się starania o przekształcenie kolejowego przejścia granicznego z międzynarodowego na międzypaństwowe. W końcu się to udało. Przez pierwsze lata z przejścia kolejowego mogli korzystać jedynie obywatele Polski i Ukrainy. Od lutego 2006 r. mogą tędy przejeżdżać obywatele wszystkich państw.
< b>
Ciągła rozbudowa
Rozszerzanie funkcji przejścia i rosnąca niemal lawinowo liczba korzystających z niego podróżnych wymuszały niejako konieczność ciągłej rozbudowy samego przejścia i jego otoczenia.
Prawie co roku na te przedsięwzięcia z różnych źródeł (m.in. programy pomocowe, budżet państwa, Fundusz Schengen, budżet gminy Ustrzyki D.) przeznaczane były mniejsze czy większe pieniądze. Dzięki temu m.in. pobudowano rondo w Krościenku, poprawiono nawierzchnie części dróg prowadzących do przejścia, przebudowano przejazd przez tory, wybudowano dodatkowe pasy dojazdowe do przejścia, zainstalowano oświetlenie elektryczne przy drodze od Krościenka do przejścia.
Jednak najpoważniejszy etap rozbudowy zaczął się w styczniu br. Jego zakończenie zaplanowane jest na koniec 2008 r.
Na obecny etap rozbudowy i modernizacji przejścia przewidziano ponad 10,5 mln zł z Funduszu Schengen. Za te pieniądze powstaną dwa nowe terminale - odpraw autokarów i odpraw pociągów. Dla tych nowych obiektów przewidziano budowę systemów sygnalizacji pożaru, łączności (instalacja telefoniczna, komputerowa, rozbudowa bezprzewodowego systemu telefonicznego), kontroli dostępu, sygnalizacji włamania-napadu i telewizji przemysłowej. Planuje się także modernizację oczyszczalni ścieków, budowę parkingu dla samochodów służbowych i aut, należących do pracowników przejścia.
- Po zakończeniu tego etapu rozbudowy będziemy mieć cywilizowane warunki odprawy - mówi jeden z oficerów PSG Krościenko. - Wreszcie skończy się też ,,afera" związana z brakiem ubikacji dostępnych dla podróżnych. Takie przybytki będą w obydwu terminalach!
Szczyt utrudnień
Przyjęta została zasada, że rozbudowa przejścia prowadzona będzie bez jego zamykania. Jednak realizacja tak dużej inwestycji musi wpłynąć na pracę przejścia. Nie da się uniknąć okresowych ograniczeń i utrudnień. Przewiduje się, że najbardziej uciążliwe utrudnienia dla podróżnych zaczną się od 15 kwietnia i potrwają do 30 września.
- W tym okresie na kierunku wjazdowym do Polski będą wyłączane okresowo pojedyncze pasy ruchu. Natomiast na kierunku wyjazdowym z Polski będą całkowicie nieczynne trzy pasy ruchu (nr 1, 2 i 3), ale jako dojazdowe do stanowisk kontrolerskich. Dojazd będzie się odbywał dwoma pozostałymi pasami (nr 4 i 5) i dopiero z tych dwóch pasów po pokonaniu jakiegoś odcinka auta będą się znów rozjeżdżać na pięć pasów - tłumaczy jeden z oficerów PSG Krościenko.
Przewiduje się, że od października br. do zakończenia robót na przejściu jakieś utrudnienia będą nadal występować, ale ich skala ma być już zdecydowanie mniejsza.
T. Szewczyk
Fot. Rozbudowa przejścia już się zaczęła
(więcej ,,GB" 7)
|
Ranking polskich ośrodków narciarskich
Dlaczego nie ma Ustrzyk?
,,Bieszczadzka" część rankingu polskich ośrodków narciarskich (,,Polskie Davos" - ,,Wprost" nr 2/2007) przybrała postać dziwaczną i odległą od rzeczywistości. Najwyżej z miejscowości bieszczadzkich sklasyfikowano Dwerniczek z jednym wyciągiem orczykowym i jedną trasą narciarską. Gdyby to odzwierciedlało przygotowanie Bieszczadów do uprawiania sportów zimowych, to narciarze nie mieliby tutaj po co przyjeżdżać. Tymczasem przyjeżdżają.

Jasło to hasło
M. Zdziechowska i W. Tukan stwierdzają, że ,,szanse na duże inwestycje ma też Wielkie Jasło", bo ,,w tej miejscowości, gdzie śnieg leży od grudnia do maja, ma powstać ośrodek narciarski na europejskim poziomie".
Otóż Wielkie Jasło (a właściwie - jak twierdzą znawcy Bieszczadów - Jasło) to żadna miejscowość, lecz jeden z bieszczadzkich szczytów (1153 m n.p.m.). Znajduje się na terenie Ciśniańsko-Wetlińskiego Parku Krajobrazowego i w bezpośrednim sąsiedztwie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Stanowi też część Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery ,,Karpaty Wschodnie" i ,,Natury 2000". Choćby dlatego jego ,,szanse na duże inwestycje" są nieduże, przynajmniej na razie.
Nie chodzi tu jedynie o protesty radykalnych ekologów (nazwanych w artykule ,,ekozbójnikami") i veto przyrodników. Aby można było na Jaśle rozpocząć jakiekolwiek narciarskie przedsięwzięcie, ktoś musiałby - przed pierwszym wbiciem łopaty - zapłacić za wyłączenie tych terenów z użytkowania gospodarczego. Trudno liczyć, że znajdzie się inwestor gotów wyłożyć na to pieniądze. I to podobno duże pieniądze!
Zatem głównie z tego powodu ,,ośrodek narciarski na europejskim poziomie" Wielkie Jasło to - przynajmniej na razie - wyłącznie hasło.
Na marginesie... To trochę dziwne, że w tekście omawiającym ranking istniejących ośrodków narciarskich sporo miejsca poświęca się czemuś, czego nie ma i - wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi - szybko nie będzie.
Dziwny wybór
Narciarze na Jasło nie przyjeżdżają i nieprędko przyjadą. Celem ich zimowych wypraw w Bieszczady nie jest też przede wszystkim Dwerniczek (36 miejsce w rankingu) z jednym wyciągiem orczykowym (650 osób/h) i z - wprawdzie oświetloną i ubijaną ratrakiem, ale tylko jedną - trasą (500 m) na Rusinowej Polanie.
Więcej miłośników białego szaleństwa przyciąga Arłamów (37 miejsce). Tu narciarze mają do dyspozycji dwa wyciągi orczykowe ,,Doppelmayr" (400 m i 500 m; 2400 osób/h) i trzy trasy (400, 500 i 700 m). Trasy są sztucznie naśnieżane, przygotowywane ratrakami i oświetlone. Są też wypożyczalnie i przechowalnie sprzętu, serwis narciarski i szatnia. Chętni mogą skorzystać z licencjonowanej szkółki narciarskiej.
Popularność Arłamowa wzmacnia jego pozanarciarska legenda. Kiedyś był to ośrodek wypoczynkowy Urzędu Rady Ministrów, niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Tutaj wypoczywali i polowali m.in. prezydent Jugosławii Josip Broz Tito i szach Iranu Reza Pahlawi. Tutaj przetrzymywano po internowaniu Lecha Wałęsę.
Magnesem dla narciarzy nie jest zaś z pewnością Cisna (38 miejsce). W tej wiosce funkcjonuje zaledwie jeden wyciąg orczykowy - pod Honem. Może on przetransportować 400 osób/h. Przy nim znajduje się jedna trasa narciarska (800 m), bez sztucznego naśnieżania i bez oświetlenia elektrycznego. Zatem znalezienie się w rankingu Cisnej wygląda na nieporozumienie.
Niesłusznie pominięci
W Bieszczadach i na Przedgórzu Bieszczadzkim jest co najmniej kilka ośrodków narciarskich większych od Dwerniczka czy Cisnej. To one raczej powinny znaleźć się w trzeciej lub czwartej dziesiątce rankingu.
Jeden z nich to Ośrodek Sportów Zimowych ,,Lesko-Ski" w Weremieniu. Znajduje się tu nowoczesny wyciąg talerzykowy z dwiema nitkami (750 osób/h), przy którym powstały dwie trasy (680 m, 750 m). Całość oświetlona, naśnieżana. Trasy utrzymane ratrakiem. Przy wyciągu parking, hotelik, grillbar i wypożyczalnia sprzętu narciarskiego.
Kolejny ośrodek, który w rankingu mógłby się zmieścić, to Karlików. Zainstalowano tu dwie nitki podwójnych orczyków (po 1125 m). Trasa główna (1200 m) przeznaczona jest dla średniozaawansowanych i zaawansowanych narciarzy. Oprócz tego działa niewielki wyciąg dla początkujących narciarzy z dostosowaną do ich umiejętności trasą. Sztuczne naśnieżanie, ratrakowanie, oświetlenie elektryczne, dyżury GOPR. Na miejscu gastronomia, parking, instruktor narciarstwa i serwis narciarski.
Na uwagę zasługuje także Ośrodek Rekreacyjno-Wypoczynkowy ,,Bystre" w Bystrem k. Baligrodu. Przy wyciągu talerzykowym (500 osób/h) wyznaczono dwie trasy zjazdowe: 500 m (dla początkujących) i 920 m (dla zaawansowanych; z homologacją FIS). Trasy oświetlone, ratrakowane. W budynku dolnej stacji uruchomiono kawiarnię i namiot piwny. Dla korzystających z wyciągu obszerny parking (bezpłatny). Na miejscu szkoła narciarska, wypożyczalnia, a na ,,po nartach" kryty basen z wodą ozonowaną, sauna, solarium i siłownia.
Grube przeoczenie
Na skandal zakrawa brak w rankingu Ustrzyk Dolnych. To najbardziej wysunięte na południowy-wschód Polski miasto (ponad 10 tys. mieszkańców) postawiło na turystykę i narciarstwo. Jest nazywane - nie bez podstaw - zimową stolicą Podkarpacia.
Przepustowość ustrzyckich wyciągów to ponad 9 tys. osób/h. Największą zdolność przewozową mają wyciągi na Gromadzyniu - 5200 osób/h. Na Małego Króla mogą przetransportować ponad 1000 osób/h. W ciągu godziny na Lawortę może wyjechać ponad 2800 miłośników narciarstwa.
Stację narciarską ,,Laworta" obsługuje jedyny w Bieszczadach wyciąg krzesełkowy (1300 m, 1200 osób/h), wspomagany przez dwa wyciągi orczykowe (1250 m, 1100 osób/h; 300 m, 350 osób/h). Główna trasa (1250 m) uzyskała homologację FIS (slalom, slalom gigant).
Stacja narciarska ,,Gromadzyń" ma dwa wyciągi orczykowe (po 700 m), wyciąg talerzykowy (300 m) i ,,mały" (200 m). Na stoku są trzy trasy: 750 m (homologacja FIS na slalom), 800 m i 900 m. Na zboczu Gromadzynia pobudowano rynnę snowboardową. Jedyną na Podkarpaciu!
Obydwa stoki są oświetlone, sztucznie śnieżone i ratrakowane. Stacje oferują wypożyczalnie sprzętu i serwis. Stoki zabezpieczają ratownicy GOPR i Młodzieżowa Grupa Ratowników PCK. Dla zainteresowanych szkoła narciarska X-Scream. U podnóża znajdują się bary, restauracje i bezpłatne parkingi.
Na Małym Królu - trzeciej górze nad Ustrzykami - czynne są jeszcze trzy wyciągi (200 m, 300 m i 450 m) z własnymi trasami narciarskimi.
Od kilku lat Ustrzyki są zimą odwiedzane tez przez tysiące narciarzy z Ukrainy. Wg szacunków właścicieli wyciągów, hoteli, pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych goście zza wschodniej granicy stanowią ok. 30%-40% zimowych turystów. Najwięcej jest wśród nich mieszkańców Lwowszczyzny i Zakarpacia - ,,obłasti" sąsiadujących z Bieszczadami. Coraz częściej przyjeżdżają też goście z odleglejszych rejonów Ukrainy - z Kijowa czy Odessy.
Liczba i jakość wyciągów i tras narciarskich sprawiają, że Ustrzyki D. powinny znaleźć się w pierwszej dziesiątce rankingu. Dlaczego nie ma ich w ogóle? Na to pytanie trudno znaleźć sensowną odpowiedź.
Tadeusz Szewczyk
Fot. Ustrzyki Dolne z kilkunastoma wyciągami narciarskimi w ogóle nie zostały uwzględnione w rankingu ,,Wprost"
Fot. A. Bujalski
(więcej ,,GB" 6)
|
Wiceburmistrz ustrzycki starostą bieszczadzkim
Ewa Sudoł w ostatnim dniu lutego przestała być starościną bieszczadzką. Tego samego dnia radni na jej następcę wybrali Krzysztofa Gąsiora, dotychczasowego wiceburmistrza ustrzyckiego.

Decyzja o rezygnacji z funkcji starosty, złożona przez E. Sudoł na poprzedniej sesji, została przez nią podtrzymana. Oznaczało to automatyczne podanie się do dymisji całego zarządu powiatu i konieczność wyłonienia nowego. Nowy zarząd w dwóch trzecich pokrywa się ze starym.
Ciężarówka pieniędzy
- Moja współpraca z radą powiatu w ciągu 5 lat układała się dobrze – podsumowała swoje relacje z radą powiatu E. Sudoł. – W różnych sytuacjach musieliśmy wspólnie szukać rozwiązań i jakoś sobie radzić. Prawie zawsze udawało nam się znaleźć jakieś wyjście dobre dla naszego powiatu.
- Czarny dzień dla nas dzisiaj – mówił radny Franciszek Konopelski. – Po kilkudziesięciu dniach zarząd powiatu podaje się do dymisji. Nie znam ani przyczyn, ani skutków tych decyzji i nie chcę ich znać. Pani starosta uniosła się honorem. Nie wiem, czy E. Sudoł będzie efektywnie zastąpiona. Oceniam jej pracę bardzo wysoko. W ciągu ostatnich lat do naszych wsi na drogi spłynęło tyle pieniędzy, że ciężarówka by ich nie dała rady przewieźć. Będę głosował przeciw przyjęciu jej rezygnacji.
Podobnie jak F. Konopelski, przeciw odwołaniu E. Sudoł i pozostałych członków zarządu powiatu głosowało jeszcze trzech radnych. Jedna radna wstrzymała się. Za przyjęciem dymisji padło dziewięć głosów.
Następca wyłoniony
- W imieniu Bieszczadzkiego Stowarzyszenia Samorządowego i Stowarzyszenia ,,Niezależni” zgłaszam kandydaturę Krzysztofa Gąsiora – powiedział przewodniczący rady powiatu Piotr Korczak. – Jest on dobrze wszystkim znany. W okręgu wyborczym nr 2 zdobył mandat radnego powiatowego z ładną liczbą głosów. Mandatu nie objął, bo został wiceburmistrzem ustrzyckim. Zna dobrze problematykę powiatu bieszczadzkiego. Wierzę, że będzie godnym następcą E. Sudoł.
Za powołaniem K. Gąsiora na starostę powiatu bieszczadzkiego zagłosowało jedenaścioro radnych, trzy głosy były przeciw.
- Zostałem wybrany na starostę pięknego powiatu bieszczadzkiego – mówił bezpośrednio po głosowaniu K. Gąsior. – Liczę, że będę miał oparcie w radzie. Chcę kontynuować to, co zostało zaczęte przez starościnę., żeby nasz powiat się rozwijał i szybko nadrabiał wszystkie zapóźnienia.
K. Gąsior zaproponował Zygmunta Krasowskiego na wicestarostę etatowego i Tadeusza Kocura na członka zarządu powiatu. Ich kandydatury poparło po jedenaścioro radnych przy trzech głosach sprzeciwu.
Wstępna przymiarka
Starosta K. Gąsior będzie się zajmował głównie finansami powiatu, komunikacją i drogownictwem, budownictwem, leśnictwem, rolnictwem, ochroną środowiska, bezpieczeństwem i ochroną porządku oraz Samodzielnym Publicznym Zespołem Opieki Zdrowotnej w Ustrzykach D. Również w jego gestii znajdzie się współpraca transgraniczna.
Natomiast wicestarosta Z. Krasowski skupi się na geodezji, oświacie, kulturze, sporcie i promocji powiatu. Do jego kompetencji będzie należeć także nadzorowanie funkcjonowania Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Ustrzykach D., Powiatowego Urzędu Pracy w Ustrzykach D. i Domu Pomocy Społecznej w Lutowiskach.
- To jest wstępna przymiarka – stwierdza K. Gąsior. – Możliwe są tu jeszcze pewne przesunięcia. Myślę, że w najbliższym czasie ten podział kompetencji zostanie dokładnie określony.
Głowa boli
- Głowa mnie boli – mówi K. Gąsior po pierwszym dniu starostowania. – Problemów jest dużo. Sytuacja finansowa powiatu jest taka, jak jest. Jakoś powinniśmy przeżyć. Na ten rok zaplanowano w budżecie pieniądze głównie na spłaty kredytów. Jest też trochę środków na inwestycje. W krótkim czasie trzeba pobudować windę w szpitalu. To chyba będzie pierwsze zadanie inwestycyjne, jakie podejmiemy w tym roku.
Chciałbym także jak najszybciej uporządkować sprawę siedziby starostwa. W najbliższych dniach spróbujemy to przeanalizować i podejmiemy decyzję. W grę wchodzą trzy rozwiązania. Chodzi o to, żeby zmniejszyć koszty utrzymania starostwa i skupić jak największą liczbę wydziałów w jednym miejscu, żeby interesanci nie musieli biegać po całym mieście.
T. Szewczyk
Fot. Między nami starostami - E. Sudoł i K. Gąsior
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 5)
|
Na rozbudowę przejścia granicznego w Krościenku i modernizację dróg dojazdowych do przejścia przewidziano ponad 42 miliony złotych!
Do ułatwień przez utrudnienia
Ponad 10 mln zł zostanie w najbliższym czasie wydanych na rozbudowę przejścia granicznego w Krościenku. Jednocześnie nastąpi poprawa stanu technicznego dróg prowadzących do przejścia i bezpieczeństwa uczestników ruchu drogowego, przede wszystkim pieszych.

W styczniu 2006 r. na drogowym przejściu granicznym Krościenko rozszerzono ruch o pojazdy o masie całkowitej do 7,5 t, w tym autobusy. Wcześniej mogły tędy przejeżdżać pojazdy o masie do 3,5 t. W miesiąc później rozszerzono ruch graniczny w kolejowym przejściu o międzynarodowy ruch osobowy. Poprzednio było to przejście międzypaństwowe Polska-Ukraina. W związku z tymi zmianami pojawiła się konieczność uzupełnienia infrastruktury przejścia, zarówno drogowego, jak i kolejowego.
Jeszcze w 2006 r. województwo podkarpackie otrzymało dodatkowe pieniądze (21 mln zł) z Funduszu Schengen, które przeznaczono na rozbudowę i modernizację przejść granicznych na granicy polsko-ukraińskiej w Krościenku i Medyce. Podzielono je pomiędzy oba przejścia mniej więcej po połowie.
Forsa na rozbudowę
W tym roku na rozbudowę przejścia granicznego w Krościenku przeznaczy się funduszy unijnych ponad 10 mln 500 tys. zł.
- Za te pieniądze na terenie przejścia pobudowany zostanie terminal odpraw autokarów. Kolejny nowy terminal (budynek oraz wiata peronowa z oświetleniem) będzie związany z odprawami granicznymi na przejściu kolejowym. Od uruchomienia przejścia kolejowego przed prawie 13 laty do tej pory odprawy graniczne pociągów odbywają się pod chmurką – mówi jeden z oficerów Placówki Straży Granicznej w Krościenku.
Bryły obydwa budynków będą utrzymane w podobnym stylu do obecnego budynku głównego Dla nowych obiektów przewidziano budowę systemów sygnalizacji pożaru, łączności (instalacja telefoniczna, komputerowa, rozbudowa bezprzewodowego systemu telefonicznego), kontroli dostępu, sygnalizacji włamania-napadu i telewizji przemysłowej. Systemy te będą zintegrowane z już istniejącymi na przejściu.
Planuje się ponadto modernizację oczyszczalni ścieków, budowę parkingu dla samochodów służbowych i aut, należących do pracowników przejścia.
Ten etap rozbudowy rozwiąże także ,,nieszczęsną sprawę” braku na przejściu ubikacji dostępnych dla podróżnych. Są zaplanowane w obu terminalach!
Będą utrudnienia
Tegoroczny etap rozbudowy przejścia już się właściwie rozpoczął. Przetarg nieograniczony na wykonawstwo został rozstrzygnięty. Wygrała go firma ,,Erbud” S.A. Umowę podpisano 27 grudnia 2006 r. Pracownicy ,,Erbudu” w styczniu pojawili się na przejściu i zabrali się do roboty…
- To jest duża inwestycja. Związane z nią roboty musza w jakimś stopniu wpłynąć na funkcjonowanie przejścia – mówi oficer z krościeńskiego PSG. – Planujemy, że będzie się je wykonywać bez zamykania przejścia. Na pewno w związku z rozbudową wystąpią utrudnienia dla przekraczających granicę. Okresowo będzie zmniejszona liczba pasów odpraw. Jednak będziemy się starali odprawiać podróżnych tak, jak do tej pory i liczymy, że nie dojdzie do wydłużenia czasu oczekiwania na odprawy.
Samorządy się starają
Równolegle z rozbudową przejścia mają być prowadzone prace, służące poprawie stanu dróg dojazdowych. – Nasze starania o to w Podkarpackim Zarządzie Dróg Wojewódzkich w Rzeszowie oraz w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Warszawie i w Rzeszowie trwają od co najmniej kilku miesięcy – mówi burmistrz ustrzycki Henryk Sułuja.
W grudniu ub. r. samorządy Ustrzyk D., Birczy, Czarnej i Lutowisk wspólnie wystąpiły do Zarządu Województwa Podkarpackiego z wnioskiem o poprawę stanu dróg wojewódzkich Krościenko - Kuźmina i Ustrzyki D. – Ustrzyki G.
Ta sprawa została również podjęta przez H. Sułuję 23 stycznia b.r. w Rzeszowie podczas konferencji samorządów na temat założeń do regionalnego programu operacyjnego.
Droga na cacy
Starania samorządów nie poszły na marne. Droga wojewódzka Krościenko – Kuźmina znalazła się wśród najważniejszych zadań w drogownictwie na Podkarpaciu na najbliższe lata. Przewidziano na nią 8 mln euro, tj. ok. 32 mln zł.
- Z rozmów z dyrektorem PZDW w Rzeszowie Bogdanem Tarnawskim wynika, że w tym roku zostanie przygotowana dokumentacja, a w następnym ruszą roboty – informuje burmistrz Ustrzyk D.
Gmina Ustrzyki D. przygotowała dla PZDW propozycje…
Fot. Do końca tego roku przejście w Krościenku będzie także placem budowy
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 4)
|
Starościna bieszczadzka Ewa Sudoł złożyła rezygnację
Chcę odejść z godnością
Nic nie zapowiadało takiego przebiegu sesji Rady Powiatu Bieszczadzkiego w ostatnim dniu stycznia. Wydawało się, że apogeum stanowiła dyskusja o pozycji wicestarosty. Tymczasem punktem kulminacyjnym okazał się jej finał.

Wszystko szło bezkolizyjnie do momentu przedstawienia przez Wiesława Jasińskiego rezultatów pracy kierowanej przez niego komisji statutowej. Wszystkie propozycje, które dostosowywały statut powiatu do obecnej sytuacji, zyskały aprobatę całej rady. Zaiskrzyło, kiedy wyłonił się koncept powołania wicestarosty etatowego. W poprzedniej kadencji wicestarosta był ,,na ryczałcie".
Żeby odciążyć starostę
- Wicestarosta etatowy powinien odciążyć starostę, przejmując na siebie część obowiązków i za nie realnie odpowiadając - mówi przewodniczący rady Piotr Korczak. - To była propozycja, która pojawiła się jeszcze w poprzedniej kadencji, ale wtedy nie doszła do skutku. Teraz do niej wróciliśmy.
- Wicestarosta etatowy jest w każdym powiecie. Jest w Sanoku, w Lesku i w Przemyślu - wtórował mu Franciszek Konopelski. - Zygmunt Krasowski jest bardzo dobrym urzędnikiem. Dobrze kieruje oświatą w gminie (nie rozwalono żadnej szkoły) i myślę, że byłby dobrym wicestarostą.
Można by zaczekać
- Starosta mówi, że tegoroczny budżet będzie skromny i trudny - przypomniał Marek Andruch, wicestarosta w poprzedniej kadencji. - Czeka nas spłacanie kredytów. Ponad 100 tys. zł zdjęto z Powiatowego Urzędu Pracy. Toczyliśmy boje przy ustalaniu regulaminów szkół. Walczyliśmy o podniesienie wynagrodzenia dla administracji szkolnej, która od kilku lat nie miała żadnych podwyżek. Chodziło o ok. 30 tys. zł. W kontekście tych braków powoływanie teraz wicestarosty etatowego nie jest dobrym pomysłem. To będzie kosztować na okrągło jakieś 100 tys. zł. Myślę, że można byłoby z tą zmianą zaczekać do czasu, kiedy budżet powiatu na to pozwoli.
- Brak pieniędzy to będzie pewnie stały feler samorządów - replikował W. Jasiński. - Myślę, że osoba na ryczałcie jest mniej zaangażowana i ma mniejszą odpowiedzialność. Wicestarosta etatowy wzmocniłby zarząd w sensie siły przebicia, zwiększenia możliwości zdobywania środków zewnętrznych.
Moje zdanie jest niestotne
Ryszard Urban poprosił starościnę Ewę Sudoł o wyrażenie opinii o zmianie zasad funkcjonowania wicestarosty.
- Moje zdanie w tej sprawie jest nieistotne - powiedziała starościna. - Ja jestem wynajęta przez radę. Jaką decyzję radni podejmą, taka będzie. Jeśli chodzi o skutki finansowe, to trudno w tym momencie coś powiedzieć, bo nie wiadomo, jakie będą pobory wicestarosty.
Czytając między wierszami, da się ustalić, że E. Sudoł nie była entuzjastką przejścia wicestarosty z ryczałtu na etat. Zresztą już na poprzedniej sesji sygnalizowała, że ma do tego pomysłu negatywne nastawienie.
Jednak wicestarosta etatowy przeszedł - 11 radnych głosowało za, 3 było przeciw i 1 radna się wstrzymała.
Proszę mnie odwołać
W kolejnym punkcie obrad starościna przedstawiała radnym informację o stanie bezpieczeństwa w powiecie bieszczadzkim. Jej zakończenie zaskoczyło wszystkich...
- Jeśli już jestem przy głosie, to chciałabym złożyć rezygnację z dniem dzisiejszym - powiedziała. - Proszę, żeby w jak najszybszym terminie zwołać sesję i mnie odwołać. Jest nowa kadencja, zaczął się nowy rok budżetowy, nie chciałabym podejmować decyzji, które będą wiążące dla nowego starosty i dla nowego zarządu powiatu na cały rok.
Na sali zapanowała cisza. Przerwał ją P. Korczak, mówiąc: - Sytuacja jest trochę zaskakująca i dziwna.
Sytuacja rzeczywiście była ,,zaskakująca i dziwna". I to nie tylko ,,trochę".
Strzał w kolano
E. Sudoł do powiatu przyszła z gminy, gdzie pełniła funkcję skarbnika. Przechodziła w trudnym momencie, kiedy duży powiat bieszczadzki dzielił się na dwa - bieszczadzki i leski.
W dużej mierze dzięki niej rozwód Leska i Ustrzyk przebiegł bez zgrzytów. Jej kompetencje i rzeczowość jako ,,osoby sprawującej funkcje organów powiatu" doceniała także druga strona.
To sprawiło, że ,,rozwód" nie zaognił lesko-ustrzyckiego konfliktu, lecz go mocno przygasił.
Do dzisiaj lescy samorządowcy powiatowi wysoko oceniają jej postawę w tamtym okresie. - Powiat bieszczadzki chyba strzelił sobie w kolano - mówi jeden z nich na wieść o rezygnacji starościny.
Dobrze wykonałam zadanie
E. Sudoł - najpierw jako ,,osoba sprawująca funkcje organów powiatu", później jako starościna - dobrze wywiązywała się ze swoich powinności. Była skuteczna i stanowcza.
- Tworzyliśmy starostwo niemal od podstaw. Odchodząc stąd, mam satysfakcję z dobrze wykonanego zadania - mówi starościna. - Owszem, są niedociągnięcia, są rzeczy, które można byłoby naprawić, usprawnić. Nigdy nie jest idealnie.
Bieszczadzkie starostwo jako jedno z niewielu przeszło przez dwa etapy ,,Przejrzystej Polski". Było wielokrotnie kontrolowane przez m.in. Najwyższą Izbę Kontroli, Regionalną Izbę Obrachunkową, Podkarpacki Urząd Wojewódzki, Urząd Kontroli Skarbowej. - Wszystkie kontrole wyszły bardzo dobrze - stwierdza E. Sudoł. - Niektóre protokoły pokontrolne wyglądają jak laurki. Jestem z tego bardzo dumna.
Broniąc interesów ,,swojego" powiatu, nie bała się głośno protestować, gdy uważała, że coś jest nie tak, jak być powinno. Wszyscy szybko zorientowali się, że nie da sobie w kaszę dmuchać.
W ostatnich latach...
Fot. - Nie była to dla mnie łatwa decyzja - mówi E. Sudoł.
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 3)
|
Rok 2006 na przejściu granicznym
Pięcioro na minutę
Powodzenie przejścia granicznego pomiędzy Polską a Ukrainą w Krościenku w 2006 r. nie zmalało. Znowu odnotowano tu rekordową liczbę odprawianych podróżnych i pojazdów.

Na przejściu drogowym i kolejowym funkcjonariusze PSG Krościenko odprawili w ciągu 2006 r. ponad 2 mln 402 tys. osób. Oznacza to, że w ciągu doby granicę przekraczało tutaj średnio 6582 ludzi. Kiedy się stoi w kolejce do odprawy, czas się dłuży i ma się wrażenie, że idzie to strasznie wolno. Ale w ciągu 1 godziny granicę w jedną i drugą stronę przekracza średnio 275 osób. Prawie pięć na minutę!
W 2006 r. granicę w Krościenku przekroczyło 876 tys. 995 pojazdów. Dziennie przejeżdżały zatem średnio 2 tys. 403 pojazdy, czyli ponad 100 aut na godzinę. To także jest nowy rekord na krościeńskim przejściu.
Za różne przestępstwa związane z ruchem granicznym zatrzymanych zostało 76 osób. Funkcjonariusze PSG Krościenko udaremnili przemyt artykułów o wartości ponad 337 tys. zł. Głównie były to wyroby akcyzowe: papierosy (53 tys. 403 paczki) i alkohol (ponad 491 l). Oprócz tego zatrzymano m.in. 104 pary obuwia sportowego wartości ponad 10 tys. zł i 2 samochody wartości 37 tys. zł.
a. z.
Fot. Czasem na odprawę czeka długa kolejka samochodów
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 2)
|
Zbliża się czwarta wojna powiatowa?
Czy w najbliższym czasie czeka nas czwarta bieszczadzka wojna powiatowa? Na chłopski rozum wydaje się to mało realne i niepotrzebne. Cztery wojny w jednej sprawie w ciągu nieco ponad 30 lat wydają się lekką przesadą. Przecież zaledwie cztery lata temu zakopane zostały topory po zakończeniu trzeciej wojny i wytyczono w Bieszczadach nowe granice między powiatami. Ale chłopski rozum i rozum polityków to dwa różne rozumy.

Tuż po Nowym Roku w prasie centralnej (m.in. ,,Rzeczpospolita") i regionalnej (m.in. ,,Nowiny") ukazały się materiały na temat ,,przeglądu funkcjonowania samorządu". Przegląd ów ma być przeprowadzony przez Sejm na wniosek Prawa i Sprawiedliwości.
Podobno komisja sejmowa samorządu terytorialnego w ciągu pół roku ma dokonać analizy funkcjonowania wszystkich szczebli samorządowych. Potem zostaną wypracowane wnioski, których wcielenie w życie ma usprawnić funkcjonowanie samorządów. Podobno już komisja ta zleciła przygotowanie fachowcom ds. samorządów i samorządności stosownych ekspertyz.
Nie wkładać kija w mrowisko >
Za najsłabszy szczebel samorządu uchodzą powiaty. Dlatego też najprawdopodobniej im właśnie poświęci się najwięcej uwagi. Wraca, podnoszona na początku rządów SLD w poprzedniej kadencji, sprawa redukcji liczby powiatów. Wtedy też mówiło się, że SLD przymierza się do zmniejszenia liczby powiatów ziemskich z 379 do 220.
- Pamiętam dobrze to, jak SLD doszedł do władzy i też mówił o powiatach - stwierdza wicestarosta leski Stanisław Szelążek. - Później szybko się z tego pomysłu wycofał. Mam nadzieję, że te przymiarki powiatowe PiS, o których się zaczęło teraz mówić, to plotka. Tam, gdzie te powiaty rodziły się z trudem, jesteśmy na ten temat szczególnie wyczuleni. Myślę, że politycy powinni skupić się na innych rzeczach, a nie wkładać znów kij w mrowisko.
Potrzebny spokój
Kiedy ,,za AWS" przeprowadzano reformę administracyjną i tworzono powiaty, przyjęto zasadę 5-10-50. Oznaczało to, że powiat miało stanowić co najmniej 5 gmin, liczących w sumie przynajmniej 50 tysięcy mieszkańców. Siedzibą powiatu miało miasto co najmniej 10-tysięczne. Obecnie mówi się, że powiaty powinny liczyć przynajmniej 100 tysięcy mieszkańców. Zatem mniejsze jednostki musiałyby się łączyć, żeby uzyskać tę liczbę dusz, lub przyłączać do tych, które już ją mają.
Najmniejszych szans na zachowanie samodzielnego bytu, nie miałyby powiaty leski i bieszczadzki. Obydwa musiałyby zniknąć z mapy i wejść do powiatów sanockiego lub przemyskiego. Takie rozwiązanie im się nie uśmiecha.
- Niech centrala pozwoli spokojnie działać administracji samorządowej i nie wrzuca znów tematów, którymi będziemy się gorączkować, zamiast robić swoje - mówi starościna bieszczadzka Ewa Sudoł. - Nie widzę powodów, żebyśmy się mieli znowu do kogoś przyłączać. Uważam, że nasze powiaty radzą sobie całkiem nieźle. Takich pieniędzy, jakie ściągnęliśmy jako dwa osobne powiaty, na pewno nie zdobylibyśmy jako jeden powiat.
To temat zastępczy
- Mnie już ze strony PiS nic nie zadziwi. Być może sprawa powiatów jest tematem zastępczym, który podrzucono po to, by ludzie zajęli się powiatami, zamiast zajmować się innymi istotnymi sprawami - uważa posłanka na Sejm RP Elżbieta Łukacijewska. - Pojawieniu się takiego tematu zawsze towarzyszą emocje, zamieszanie. Nie wyobrażam sobie, żeby walka o powiaty, która w naszym regionie miała taki ostry przebieg, znowu się powtórzyła, z tą różnicą, że przedtem chodziło o utworzenie dwóch powiatów, a teraz będzie szło o ich obronę.
Gdyby to nie było tuż po wyborach samorządowych, w których wyłoniono nowe władze powiatów, gdyby temu towarzyszyła rzetelna analiza, gdyby podjęta została dyskusja nad tym, jak małym powiatom pomóc w rozwiązywaniu ich kłopotów finansowych, to można byłoby założyć, że chodzi o sprawy merytoryczne. Ponieważ jest inaczej, podejrzewam, że pojawienie się hasła ,,powiaty" jest dla PiS elementem gry politycznej.
T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 1)
|
Milion poszedł z dymem
Akcja ratowniczo-gaśnicza trwała ponad 15 godzin. Brały w niej udział 22 samochody ratowniczo-gaśnicze i samochód z podnośnikiem. W gaszenie i usuwanie skutków pożaru zaangażowanych było 115 strażaków zawodowych, ochotników i kursantów. Ogień objął halę o powierzchni ponad 500 m2 i o kubaturze ok. 3000 m3. W środku znajdowało się ponad 300 m3 drewna bukowego. Do gaszenia zużyto ok. 15 tys. m3 wody. Straty wynoszą powyżej 1 mln zł.

Tak w liczbach przedstawia się podsumowanie pożaru suszarni drewna, do jakiego doszło rankiem 8 grudnia na terenie Przedsiębiorstwa Produkcyjno-Handlowego ,,Dankros" sp. z o.o. w Ustianowej.
Duży i niebezpieczny
- Był to pożar bardzo duży i bardzo niebezpieczny - stwierdza komendant KP PSP w Ustrzykach D. mł. bryg. Jan Marcinkowski. - Swobodny rozwój pożaru musiał być dość długi. W suszarni było przeszło 300 kubików drewna, ułożonego w pryzmach i w większości suchego. Na dodatek pracujące w suszarni wentylatory, dopóki nie zostały unieruchomione, przyspieszały rozprzestrzenianie się ognia.
Powiadomienie o pożarze wpłynęło do ustrzyckiej KP PSP o godz. 5.24. W minutę później do akcji wyjechały pierwsze samochody. - Na pierwszy rzut poszło to, co mieliśmy. Od nas pojechały trzy wozy gaśnicze - ciężki i dwa średnie, razem 9 tys. l wody - i podnośnik - informuje dowódca ustrzyckiej jednostki ratowniczo-gaśniczej mł. bryg. Zygmunt Fuksa.
Nie było szans
- Ogień został zbyt późno zauważony - stwierdza J. Marcinkowski. - Pożar, kiedy dojechały do niego pierwsze jednostki, ogarnął już prawie całą halę. W środku paliło się ułożone w pryzmy drewno.
- Cała suszarnia jest wypełniona drewnem - mówi w czasie pożaru jeden z pracowników ,,Dankrosu". - Tu jest lekko 300 kubików drewna. Jakieś 80% to drewno suche. Dzień wcześniej doładowaliśmy jeszcze drewno z parzelni. Ono jest mokre i jak dostało żaru, to już się będzie palić do końca. Nic go nie zagasi.
- Strażacy myśleli, że uratują to drewno w suszarni - dodaje kolejny pracownik. - Ale tam już nie ma szans. To trzeba było od razu spisać na straty.
Wtedy byłaby tragedia
- Najbardziej boimy się, żeby ogień nie poszedł na inne hale i żeby nie doszło do wybuchu silosu z trocinami - mówi w czasie akcji jeden z ustrzyckich strażaków. - Wtedy byłaby tragedia.
Do suszarni przylega kotłownia. Nad nią góruje ogromny silos, w którym znajdują się trociny. Ze zbiornika przez cały czas unosi się gęsty dym. Wewnątrz już jest ogień. Strażacy w aparatach chroniących drogi oddechowe podają z podnośnika do wnętrza silosu wodę i pianę.
- Trociny i pył drzewny to mieszanka, która może się spalać wybuchowo. Chodzi o to, żeby do wybuchu nie doszło - mówi ustrzycki komendant powiatowy.
Przez cały czas wieje mocny wiatr. Strażacy od zawietrznej pracują w gęstym, gryzącym dymie. Nie dla wszystkich wystarcza aparatów do ochrony dróg oddechowych. Dym uniemożliwia oddychanie. Często prądownice przekazywane są z rąk do rąk. Nie można dopuścić do tego, by ogień przeniósł się na sąsiednie budynki. Hala przetarcia, hala płyt klejonych czy stolarnia z warsztatami też by się dobrze paliły...
Od nawietrznej strażacy wchodzą do wnętrza hali. Wychodzą na pryzmę i leją do środka pianę. W chwilę po tym, jak się wycofali, na pryzmę runął dach...
Za małe siły i środki
- Siły i środki, jakimi dysponuje nasza KP PSP wraz z jednostkami z naszego powiatu wchodzącymi do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego, są do prowadzenia działań gaśniczych przy tak dużym pożarze niewystarczające - mówi mł. bryg. J. Marcinkowski. - Tu trzeba było wprowadzić od razu przynajmniej 10 prądów wody. My mogliśmy na początku podać 3-4 prądy. Dopiero później, jak dojechali strażacy z Sanoka i Leska, było tyle, ile trzeba. W drugiej fazie akcji mieliśmy już wystarczającą ilość sprzętu i ludzi, żeby można sobie było z tym pożarem skutecznie radzić.
Klienci czekają
- Suszarnia wraz ze zgromadzonym w niej materiałem się spaliła. Straty wstępnie szacuję na ok. 1 mln zł - ponad 500 tys. zł materiał i ok. 500 tys. zł suszarnia z wyposażeniem - mówi kierownik ustianowskiego ,,Dankrosu" Piotr Dębicki. - Zbiornik z trocinami i kotłownię udało się uratować. Pozostałe budynki też. Teraz musimy znaleźć jakieś rozwiązanie, żeby jak najszybciej uruchomić produkcję. Musimy, bo klienci czekają.
Na razie nie wiadomo, co było przyczyną pożaru. W celu jej ustalenia została powołana specjalna komisja.
(więcej ,,GB" 25)
|
Rady na rozruchu
Nowe rady gmin i powiatów już po pierwszych sesjach. Sesje inauguracyjne zwołują przewodniczący rad poprzedniej kadencji w ciągu 7 dni od ogłoszenia wyników wyborów. Nowi burmistrzowie i wójtowie zasiądą na fotelach w ciągu 7 dni od oficjalnego ogłoszenia wyników wyborów w drugiej turze. Starostowie mogli być wyłaniani już podczas pierwszych obrad rad powiatów.

Nowe rady gmin i powiatów oraz skład sejmiku województwa zostały wybrane 12 listopada. Również tego dnia w Bieszczadach wybrano większość wójtów i burmistrzów.
O koński włos
Swoich wójtów w drugim podejściu do urn - 26 listopada - wybierali jedynie mieszkańcy gmin Olszanica i Lutowiska.
W Olszanicy o fotel po Tadeuszu Franczyku w ponownym głosowaniu ubiegali się Bogdan Knuth i Krzysztof Zapała. Ostatecznie z batalii tej zwycięsko wyszedł K. Zapała, za którym opowiedziało się 62,1% głosujących. Jego rywal zdobył 37,9% głosów.
Niezwykle wyrównany przebieg miała walka w gminie Baligród. Po pierwszej turze było wiadomo, że następcą Tadeusza Wrony ma szanse zostać Robert Stępień lub Agata Pomykała. W pierwszej turze A. Pomykała zdobyła prawie 5% głosów więcej od swego kontrkandydata i uchodziła za faworytkę. Prawdopodobnie podliczanie głosów przez Gminną Komisję Wyborczą w Baligrodzie trzymało w napięciu bardziej niż dobry thriller. Ostatecznie okazało się, że za A. Pomykałą opowiedziało się 730 wyborców. Na R. Stępnia zagłosowały 734 osoby. Zatem o jego zwycięstwie zadecydowały... 4 głosy!
Wydawać by się mogło, że nie może już być bardziej wyrównanego pojedynku niż ten w Baligrodzie. Tymczasem jeszcze bardziej emocjonujący przebieg miała druga tura wyborów w gminie Zagórz. Dotychczasowy burmistrz Jacek Zając otrzymał w pierwszym podejściu 46% głosów. W dogrywce jego rywalem był Bogusław Jaworski, za którym 12 listopada opowiedziało się 32% głosujących.
W drugim rozdaniu J. Zając miał 2628 zwolenników. Na jego kontrkandydata głosowało 2629 wyborców. Jeden głos (!) zadecydował o tym, że nowym burmistrzem zagórskiej gminy został Bogusław Jaworski.
Bez tarć w powiatach
W obu powiatach - leskim i ustrzyckim - nie powinno być problemów z wyłonieniem starostów i pozostałych członków zarządów. W wyniku wyborów z 12 listopada w obu radach są ugrupowania, które mają wystarczającą siłę, by obsadzić wszystkie ważniejsze role. Wiąże się to z równoczesnym wzięciem pełnej odpowiedzialności za bieg powiatowych spraw.
W powiecie leskim KWW ,,Porozumienie Samorządowe - Nasz Powiat" będzie mieć w radzie 8 przedstawicieli. Wydaje się, że także 2 radnych z KWW ,,Razem dla Powiatu Leskiego" i 2 z KW Polskie Stronnictwo Ludowe nie stanie się twardą opozycją. Pozostali 3 radni z bloku KW Prawo i Sprawiedliwość oraz KWW ,,Powiat dla Obywateli" chyba nie będą mieć większego wpływu na rozwój sytuacji w powiecie leskim.
Zblokowane listy KW Bieszczadzkie Stowarzyszenie Samorządowe, KW Stowarzyszenie ,,Niezależni", KWW Bieszczadzki Blok Społeczno-Samorządowy, KWW ,,Bieszczady - Nasz Dom" i KWW ,,Młode Bieszczady" dały w sumie 9 radnych powiatu bieszczadzkiego. Jest to większość, która umożliwia wzięcie w powiecie całej władzy i całej odpowiedzialności za skutki jej sprawowania. Drugi blok, złożony z KWW Chrześcijańsko-Ludowy Blok Wyborczy i KW Prawo i Sprawiedliwość, ma 5 radnych. Mogą oni stanowić opozycję. Jaki przyjmie ona charakter, trudno dziś wyrokować. Skład rady powiatu bieszczadzkiego uzupełnia radny z listy KWW ,,Przyjazne Bieszczady".
Różnie w gminach
W bieszczadzkich gminach sytuacja w radach poukładała się różnie. W gminach szczególnie ważne jest to, aby wójtowie lub burmistrzowie mieli w radach wsparcie. Efektywnemu kierowaniu gminą raczej nie sprzyja sytuacja, gdy rada przez cały czas stara się wójtowi czy burmistrzowi sypać piach w szprychy.
Rady w większości bieszczadzkich gmin zostały zdominowane przez jedno ugrupowanie. W niektórych pojedyncze ugrupowania mają minimalną większość. W jeszcze innych w celu wyłonienia takiej większości potrzebne będzie szukanie sojuszników.
Renata Szczepańska jako wójcina gminy Cisna powinna mieć, jeśli chodzi o współdziałanie z radą, sytuację komfortową. Z ,,jej" listy - KWW ,,Razem dla Gminy" - do rady weszło bowiem 11 radnych.
Jeszcze lepiej powinna się układać współpraca pomiędzy wójtem a radą w gminie Lutowiska. Włodzimierz Podyma, startujący w wyborach z KWW ,,Strażacy Ochotnicy Gminy Lutowiska", może liczyć na 12 radnych z tego samego komitetu.
Większych problemów ze strony rady nie powinien obawiać się ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. KW Bieszczadzkie Stowarzyszenie Samorządowe, który wysunął jego kandydaturę, wprowadził do rady miejskiej 10 radnych.
KWW Porozumienie Społeczne Solina, stanowiący zaplecze społeczno-polityczne solińskiego wójta Zbigniewa Sawińskiego, ma w radzie gminy 9 radnych.
Na wsparcie 8 radnych, wybranych z listy KWW ,,Nasze Miasto i Gmina - Nasz Wspólny Dom", może liczyć burmistrz Leska Barbara Jankiewicz.
Również lojalnego współdziałania 8 radnych z listy KWW ,,Rozwój Gminy Baligród" może oczekiwać nowy wójt Baligrodu R. Stępień.
W nieco trudniejszej sytuacji znajduje się wójt Czarnej Marcin Rogacki, z którego KWW ,,Razem dla Czarnej" weszło do rady gminy 7 osób. Aby mieć minimalną choćby większość, należałoby zdobyć jeszcze przynajmniej ,,jedną szablę".
Zanosi się, że na linii wójt - rada gminy najmocniej może iskrzyć w gminie Olszanica. KWW ,,Razem dla Przyszłości", z którego wywodzi się Krzysztof Zapała, ma tylko 4 radnych. Natomiast KWW ,,Rozwój Gminy Olszanica", który wspierał jego rywala Bogdana Kuntha, dysponuje w radzie 6 głosami. Wydaje się, że nowy wójt olszanicki ma spośród wójtów i burmistrzów bieszczadzkich najtrudniejszą pozycję startową.
T. Szewczyk
Fot. Co z tego wyjdzie?
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 24)
|
Wybory bieszczadzkich wójtów i burmistrzów
Z niespodziankami
O godz. 6.00 do godz. 20.00 w niedzielę 12 listopada wybieraliśmy w Bieszczadach - podobnie jak w całym kraju - nowe samorządy. Najwięcej emocji budziły bezpośrednie wybory wójtów i burmistrzów.

Sześcioro dotychczasowych wójtów i burmistrzów postanowiło ubiegać się o reelekcję. Dwóch (Baligród i Olszanica) zdecydowało się wycofać z walki o następną kadencję.
W bieszczadzkich gminach do batalii o fotele szefów gmin stanęło od dwóch do pięciu kandydatów. Po dwie osoby ubiegały się o te funkcje w Cisnej i Solinie, po trzy - w Baligrodzie, Czarnej, Lesku i Ustrzykach Dolnych. Czworo kandydatów zmierzyło się w Lutowiskach, a pięcioro w Olszanicy.
W gminie Solina niczym taran przez wybory przeszedł dotychczasowy wójt Zbigniew Sawiński (KWW ,,Porozumienie Społeczne Solina"). Uzyskał 82,78% głosów. Na jego rywalkę Aleksandrę Biernat (KW Prawo i Sprawiedliwość) zagłosowało 17,22% wyborców.
Nierówny pojedynek z wójciną gminy Cisna Renatą Szczepańską (KWW ,,Razem dla Gminy") stoczył Robert Piszczek (KWW ,,Gospodarna Gmina"). R. Szczepańska zdobyła poparcie 78,85% wyborców. Pozostali - 21,15% - opowiedzieli się za jej konkurentem.
Również nie będzie dogrywki w gminie Lutowiska. Wójt Włodzimierz Podyma (KWW ,,Strażacy Ochotnicy"), choć miał troje kontrkandydatów, zdobył 64,01% głosów. Jerzy Gawle (KWW ,,Przyjazne Bieszczady") miał 20,07%. Za Markiem Bąkiem (KWW ,,Bieszczady Ziemia Obiecana") opowiedziało się 14,19% wyborców. Jadwiga Sauter (KW Samoobrona RP) zdobyła poparcie 1,73% głosujących.
Marcin Rogacki (KWW ,,Razem dla Czarnej") - wójt gminy Czarna także zapewnił sobie reelekcję w pierwszej turze, zyskując 69,98% głosów. Jego najgroźniejszemu rywalowi Mieczysławowi Kaźmierczykowi (KWW Chrześcijańsko-Ludowy Blok Wyborczy) zaufało 24,8% wyborców. Trzeci kandydat Ferdynand Lis musi się zadowolić wynikiem 5,22%.
Mieszkańcy gminy ustrzyckiej docenili pracowitość i operatywność burmistrza Henryka Sułui (KW Bieszczadzkie Stowarzyszenie Samorządowe), zapewniając mu również reelekcję już pierwszej turze z poparciem 65,05% wyborców. Drugi wynik - 23,97% - uzyskał Ryszard Urban (KWW Chrześcijańsko-Ludowy Blok Wyborczy). Najmniej głosujących opowiedziało się za Aliną Buzuk (KWW ,,Przyjazne Bieszczady") - 10,98%.
Do niespodzianki sporego kalibru doszło w gminie Lesko. Zdobycie 39,77% głosów przez dotychczasowego burmistrza Roberta Petkę (KWW ,,Ponad Podziałami 2006") nie wystarczyło do pozostania w grze. Fotel po nim przejmie Barbara Jankiewicz (KWW ,,Miasto i Gmina - Nasz Wspólny Dom"), którą obdarzyło zaufaniem 53,39% wyborców. Na Andrzeja Olesiuka (KW Prawo i Sprawiedliwość) padło 6,84% głosów.
Stołek wójta baligrodzkiego, opuszczony przez Tadeusza Wronę, pozostanie pusty do 26 listopada. Także i tutaj rozstrzygnięcie jest dość zaskakujące. Uważany za faworyta Czesław Gawłowski (KWW ,,Wspólna Gmina Baligród"), który już kiedyś rządził baligrodzką gminą, uzyskał 26,23% głosów. Jego kontrkandydat Robert Stępień (KWW ,,Rozwój Gminy Baligród") zdobył przychylność 34,48% wyborców. Agata Pomykała (KWW ,,Szansa na Sukces dla Gminy Baligród") legitymuje się najlepszym wynikiem wyborczym - 39,28%. W drugiej turze dojdzie do pojedynku R. Stępnia z A. Pomykałą.
Na nowego gospodarza poczeka też gabinet wójta olszanickiego, zwolniony przez Tadeusza Franczyka. Żaden z pięciu chętnych do jego zasiedlenia nie uzyskał w pierwszym rozdaniu wystarczającego poparcia. Bogumił Bigaj (KW Samoobrona RP) zdobył 9,98% głosów. Na Zofię Grzybowską (KWW ,,NI") zagłosowało 12,84% wyborców. Lucyna Jasińska (KW Prawo i Sprawiedliwość) odnotowała wynik o 0,14% wyższy. Bogdana Knutha (KWW ,,Rozwój") wybrało 23,45% głosujących. Krzysztof Zapała (KWW ,,Razem ku Przyszłości") miał 40,75 zwolenników. O tym, czy olszanicką gminą pokieruje B. Knuth, czy K. Zapała, elektorat zadecyduje w ostatnią niedzielę listopada.
T. Szewczyk
Fot. W wyborach brali też udział najmłodsi mieszkańcy
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 23)
|
Babciu, ale tu fajnie!
Kończy się przebudowa drugiej części parku w centrum Ustrzyk Dolnych. To, co zaplanowano na ten rok, ma być gotowe przed Świętem Niepodległości. Finał przebudowy całego parku ma nastąpić wiosną przyszłego roku.

Kiedy robiłem zdjęcia do tego tekstu, obok mnie przejeżdżała starsza pani z chłopczykiem (na oko w pobliżu 2 lat) w wózku dziecięcym. Wjechała do odnowionej części parku. ,,Babcia sobie siądzie na ławce, a ty pobiegaj" - powiedziała, wysadzając małego z wózka. Chłopiec porozglądał się wokół: ,,Babciu, ale tu fajnie!"
Wydaje się, że coraz więcej ludzi dochodzi do wniosku, że ,,tu fajnie". - Dawniej jak się wjeżdżało do Ustrzyk, to centrum wyglądało jak dżungla. Już teraz jest zupełnie inaczej - mówi pani Maria, mieszkanka Ustrzyk od prawie 26 lat. Oczywiście, pewnie są i tacy, którym zmiany w centrum nie przypadły do gustu. Ale jeszcze się taki nie urodził...
- Kończymy drugi etap przebudowy parku. Został zwiększony jej zakres. Początkowo nie braliśmy pod uwagę fontanny. Jednak doszliśmy do wniosku, że najrozsądniej będzie od razu wykonać wszystkie prace, które są potrzebne do jej zainstalowania - mówi ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Na wiosnę, jak tylko pozwolą na to warunki atmosferyczne, fontanna zostanie zamontowana.
Drugi etap przebudowy parku wykonuje - podobnie jak pierwszy - ,,Prohanbud" z Uherzec Mineralnych. Firma ta wygrała przetarg, zobowiązując się do wykonania zaplanowanych prac za 1 mln 205 tys. zł. Za te pieniądze m.in. pobudowano kanalizację deszczową i wodociąg, przebudowano instalację elektryczną i zamontowano nowe oświetlenie, doprowadzono też zasilanie w energię elektryczną dla potrzeb różnych imprez, położono kostkę brukową, położono kostkę brukową, płyty granitowe i kostkę granitową, zbudowano schody i scenę. Integralną częścią tej inwestycji była także przebudowa ulicy powyżej parku. Ulica ta ma być udostępniona dla ruchu kołowego (przejazd i parkingi).
W związku z decyzją o przygotowaniu urządzeń ,,pod fontannę" ustalona w przetargu kwota została zwiększona o 62 tys. zł. Na wiosnę - oprócz uruchomienia fontanny - przewiduje się nasadzanie zieleni oraz ustawienie nowych ławek i koszy.
T. S.
Fot. Do końca października pogoda ,,Prohanbudowi" sprzyjała
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 22)
|
Strach w buszu
W ostatnim czasie prawie w każdej ,,GB" pojawiają się informacje o szkodach wyrządzanych przez wilki w inwentarzu bieszczadzkich rolników. Drapieżniki zachowują się tak, jakby wiedziały, że są objęte ochroną gatunkową i nikt im krzywdy nie zrobi. Mieszkańcy bieszczadzkich wsi chcieliby, aby przepisy o ochronie gatunkowej rozszerzyć także na nich.

Ostatnie teksty w ,,wilczej sprawie" mówiły o atakach drapieżników na zwierzęta domowe w Ustianowej, Jałowem, Bandrowie, Serednicy i Jureczkowej. Wcześniej pisaliśmy o wilczych wyczynach w Paszowej, Lutowiskach, Rabem, Kalnicy, Cisnej, Wetlinie czy Zadwórzu... Chyba już nie ma takiej wsi w Bieszczadach, w której nie ma ofiar wilczych kłów.
Jest strach
Straty ponoszone przez bieszczadzkich hodowców są poważne. Sami Iwanisikowie z Jureczkowej stracili w dwóch wilczych atakach 43 owce. Bieszczadzcy rolnicy coraz częściej przestają wierzyć w sens swojej pracy. Coraz częściej też mieszkańcy wsi boją się nie tylko o swój inwentarz. Teraz już boją się także o siebie i o swoje rodziny...
- Czujemy zagrożeni przez wilki - stwierdza Władysław Nosal z Bandrowa Narodowego. - Tu żyją ludzie. Tu są dzieci. I jest strach.
- Najgorzej będzie w zimie. Jak dzieci będą wracać do domu, to już będzie ciemno. Do naszej części wsi idzie się prawie jak w lesie. Nie wiem, co to będzie - dodaje Irena Trojnar.
- Ja już wieczorami z domu wcale nie wychodzę. Boję się wilków - powiada Janina Grzesik, również bandrowianka.
Upodobały sobie Bandrów
Wilki chyba jakiś czas temu upodobały sobie Bandrów. Dość regularnie odwiedzały gospodarstwo Lubomira Płechy, uszczuplając mu owcze stado. Z czasem Płecha, widząc, że z wilkami nie wygra, poddał się i zrezygnował z trzymania owiec.
Jak skończyła się wyżerka u Płechy, wilki zaczęły szukać jej u innych. Jedynie w sierpniu br. zabrały psy z podwórka Tadeusza Trojnara, dwukrotnie zaatakowały owce u Owsianych, poraniły źrebaka u Trojnarów (trzeba go było uśmiercić) i cielaka u Łabów (też trzeba go było uśmiercić).
We wrześniu też nie było spokoju... Wilki znów odwiedziły gospodarstwo Trojnarów. Tym razem ich łupem padł pies. - Wstałam rano, wyszłam na podwórko i psa już nie było - opowiada Irena Trojnar. - Musiało to być nad ranem, bo przez całą noc jeszcze szczekał. To była suczka Dina. Była u nas od małego. Miała z 10 lat i na starość wilk ją zjadł. Była taka wierna. Szkoda jej.
Również z obejścia Grzesików niedawno wilki porwały psa. - Suczkę Punię nam z podwórka wzięło. Spod samych drzwi domu - relacjonuje Janina Grzesik. - Pewnie się sadziła do wilka, to ją zabrał.
- Tu w Bandrowie tylko w ostatnią zimę wilki zabrały spod domów ze 30 psów - twierdzi Tadeusz Kuryło.
Kolejny atak wilków u Grzesików nastąpił 28 września. Tym razem ucierpiał źrebak. Trzymiesięczny ogierek. Kary. - Pasł się blisko domu. Był z kobyłą i z koniem - opowiada pani Janina. - Wilki złapały go kłami na półdupkach i na żebrach. Przyjechał weterynarz i go pozszywał. Wczoraj mu szwy ściągali. Dostaje leki. Trzeba go smarować maścią. Ale rany mu ropieją. Mówi weterynarz, że powinien przeżyć. Ale nawet jak wydobrzeje, to już z niego dobrego konia nie będzie.
Żyjemy jak w buszu
- Byka nam niedźwiedź kiedyś zabił. Teraz wilki się do nas wzięły. U córki koza się pasła pod domem i też ją zabrało. Jagnię uciekło, a starą zeżarło. Wilk ją razem z łańcuchem w pole pociągnął - żali się pani Janina.
- Jakiś miesiąc temu gość jechał drogą na rowerze - opowiada Tadeusz Kuryło. - Spotkał Waldka Grzesika i się pyta: ,,Panie, czyj to taki wielki pies?" Waldek patrzy, a to wilk. - Szedł sobie za krowami. W biały dzień. Na drodze. Niczego się nie bał - potwierdza pan Waldemar.
- Tu wszystkiego jest od groma: niedźwiedzie, wilki, żmije - podsumowuje J. Grzesikowa. - Żyjemy jak w buszu.
Pomysły się kończą
Bandrowianie już nie wiedzą, jak się mają bronić przed wilkami. Pastuchy elektryczne nie pomagają, nawet potrójne. - Całe pastwisko ogrodzone jest pastuchem elektrycznym. Ale to nic nie daje, bo one już się niczego nie boją i pod same drzwi pochodzą - mówią gospodarze. Z siatką też wilk sobie poradzi: albo przeskoczy, albo się podkopie.
Wieczorami zapala się ogniska z daleka od domu i pilnuje, żeby się jak najdłużej tliło. Ale ogień po jakimś czasie gaśnie... Psy to już nie ochrona, lecz pokarm raczej... - Skąd my będziemy brać te psy, jak nam wilki ciągle zjadają? - pyta T. Kuryło.
Niektórzy próbują wprowadzać nowatorskie sposoby odstraszania. - Nakupiłam tych lampek, co w dzień się ładują, a w nocy świecą. Ustawiam 10 lampek w różnych miejscach - opowiada o swoich wynalazkach Irena Trojnar. - Wieszamy też na noc dzwonki w różnych częściach gospodarstwa. Już nie wiemy co robić, żeby je odstraszyć. Pomysły nam się kończą.
T. Szewczyk
Fot. Nawet tuż pod domem zwierzęta nie są bezpieczne
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 21)
|
To nie wysypisko śmieci!
Na terenie b. PPD ,,Ustianowa" w Ustrzykach Dolnych powstaje obecnie największa i najkosztowniejsza inwestycja proekologiczna w Bieszczadach - budowa stacji przeładunkowej i sortowni odpadów. Roboty idą w dobrym tempie. Jej - przewidziane na przyszły rok uruchomienie - rozwiąże zagospodarowania odpadów w naszym regionie.

- Nie mamy innego wyjścia jak rozwiązanie kompleksowe. Nasze wysypisko śmieci w Brzegach D. jest zakwalifikowane do zamknięcia w 2007 r. Po długich dyskusjach i rozpatrzeniu różnych wariantów podjęta została decyzja o budowie na terenie b. PPD ,,Ustianowa" stacji przeładunkowej i sortowni odpadów - informuje ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Montaż finansowy
Nikt się nie łudził, że będzie to inwestycja tania. Już w fazie podejmowanie decyzji o budowie stacji zaczęło się więc rozglądanie, skąd wziąć na nią pieniądze.
- Wiadomo było, że jest to zadanie kosztowne i naszej gminy nie będzie stać na pokrycie pełnych kosztów z własnego budżetu - stwierdza H. Sułuja. - Pierwsze wnioski skierowaliśmy do Ekofunduszu. Zarząd Ekofunduszu podszedł do sprawy poważnie. Jego przedstawiciele byli w Ustrzykach D. i na miejscu zapoznali się z problematyką gospodarki odpadami w Bieszczadach oraz przeprowadzili lustrację terenu przewidzianego pod budowę stacji. Dla Ekofunduszu jednym z najistotniejszych argumentów było to, że cały obszar Bieszczadów objęty jest różnymi formami ochrony przyrody. Z tego powodu wstępnie zadeklarowano dofinansowanie z tego źródła.
Ostatecznie Ekofundusz przydzielił na budowę ustrzyckiej stacji segregacji odpadów 2 mln 363 tys. zł dotacji. Do tego należy jeszcze doliczyć zwolnienie z VAT na kwotę ponad 500 tys. zł.
Kolejnymi krokami w montażu finansowym były wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie oraz Wojewódzkiego FOŚiGW w Rzeszowie. ,,Warszawski" fundusz przydzielił gminie Ustrzyki D. preferencyjną pożyczkę w wysokości 2 mln zł. Pożyczka ta jest w 30% umarzalna. Fundusz ,,rzeszowski" udzielił natomiast 1 mln zł dotacji i ok. 1 mln zł pożyczki.
W sumie zatem ustrzycka gmina na budowę stacji segregacji śmieci uzyska z zewnątrz ponad 4,5 mln zł.
- Tak dużą pomoc finansową z zewnątrz uzyskaliśmy dzięki temu, że ta stacja ma rozwiązać docelowo gospodarkę odpadami w całych Bieszczadach - podsumowuje montaż finansowy H. Sułuja.
Od projektu do budowy
Zaraz po decyzji o budowie stacji zaczęły się prace projektowe. Projekt wraz z kosztorysem wykonała za 150 tys. zł firma ,,Trivalor" z Warszawy.
Później kilka miesięcy trwało postępowanie przetargowe, którego celem było wyłonienie wykonawcy. Wzięło w nim udział sześć firm. Różnica kosztów, jakie zostały zaproponowane w ich ofertach, wynosiła 4,5 mln zł.
Przetarg na budowę stacji ostatecznie wygrało Krośnieńskie Przedsiębiorstwo Budowlane z Krosna. Wartość kosztorysowa inwestycji wynosiła ponad 9 mln zł. KPB zobowiązało się ją wybudować i wyposażyć za 7 mln 160 tys. zł.
W tym roku jeszcze przed zimą zostaną pobudowane kanalizacje deszczowa i ściekowa, część dróg dojazdowych, hala główna, portiernia, rampa przeładunkowa oraz budynek socjalny. Prace te mają kosztować ok. 4 mln zł.
W zimie oraz na wiosnę za ok. 3 mln zł będą prowadzone roboty wykończeniowe, grodzenie, zakupy sprzętu i wyposażenia, instalowanie maszyn i urządzeń. Stacja będzie wyposażona m.in. w linię załadowczo-sortowniczą, prasy, belownice, naczepy kontenerowe, ciągniki siodłowe, wywrotkę z dźwigiem i ładowarkę z koparką.
To nie wysypisko śmieci!
Zgodnie z dyrektywami unijnymi na wysypiska śmieci nie mogą trafiać odpady mieszane. W związku z tym należy z nich wyselekcjonować m.in. odpady niebezpieczne (np. telewizory, komputery, puszki po farbach, baterie, akumulatory), odpady zawierające surowce wtórne (np. makulatura, szkło, szmaty, złom), odpady wielkogabarytowe (np. meble) i odpady biodegradalne (np. słoma, trawa, liście, odpadki żywności).
Technologia, która zostanie zastosowana w ustrzyckiej stacji segregacji, przewiduje przywóz odpadów, skierowanie ich na linię sortowniczą, wyselekcjonowanie odpadów niebezpiecznych i wielkogabarytowych oraz odzyskanie surowców wtórnych. Reszta (tzw. balast) po zgnieceniu zostanie wywieziona ciągnikami z naczepami kontenerowymi na wysypisko śmieci.
- Jak najdłużej będziemy chcieli wywozić balast do Brzegów D. Po zamknięciu tego wysypiska trzeba będzie wyłonić w przetargu to wysypisko, na które balast będzie później wywożony - wyjaśnia ustrzycki burmistrz.
Usunie problem, da zatrudnienie
Budowa stacji segregacji śmieci jest największą inwestycją, jaką gmina Ustrzyki D. prowadzi w 2006 r. Jej rozruch technologiczny ma nastąpić w połowie 2007 r.
W stacji segregacji odpadów powinno znaleźć zatrudnienie ok. 10 osób. Mogą powstać przy niej także nowe podmioty gospodarcze, które zajmą się na miejscu zagospodarowaniem surowców wtórnych.
- Myślę, że budowa tej stacji jest trafną decyzją. Usunie ona bardzo trudny problem zagospodarowania odpadów na wiele lat. Dzięki temu rozwiązaniu nasza gmina będzie nadal w czołówce gmin przyjaznych środowisku.
T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 20)
|
Szpital nie może być nastawiony na przetrwanie! Musi się przestawić na rozwój!
Szpital nasz powszedni
W ,,GB" 16/2006 ukazał się kolejny artykuł poświęcony staro-nowym problemom ustrzyckiego szpitala. Ponieważ w przeszłości na łamach ,,GB" zabierałem głos w sprawach związanych z tą tematyką, pozwolę sobie jeszcze raz wypowiedzieć się w tej trudnej (aby nie użyć mocniejszych słów) dla całego powiatu bieszczadzkiego kwestii.
Wirówka nonsensu

Od jakiegoś czasu na najwyższych stanowiskach ustrzyckiego szpitala trwa wirówka personalna. Wymiana kierownictwa tej placówki nie przynosi pozytywnych zmian. Problem leży nie tyle w osobie nowego dyrektora czy jego zastępcy, ale raczej w zupełnym braku koncepcji funkcjonowania jednego z - chyba w tym momencie - największych ustrzyckich pracodawców.
Ten brak koncepcji cechuje nie tylko nowych dyrektorów szpitala, ale - co przykro powiedzieć - także odpowiedzialnych za stan szpitala przedstawicieli władz lokalnych. Gdy patrzę na to, w jaki sposób jest sprawowany nadzór właścicielski nad tak wrażliwą społecznie placówką, jaką jest szpital w Ustrzykach D., zaczynam myśleć, że bez przebudzenia się władz nie tylko w szpitalnych, ale i powiatu sytuacja się nie zmieni.
Ustrzycki szpital, mogący stać się w skali województwa podkarpackiego placówką rozwojową, ostatecznie może się stoczyć do takiego poziomu, że przy najbliższej ogólnokrajowej restrukturyzacji sieci lecznictwa zamkniętego zostanie zamknięty.
Brak koncepcji innego niż dotychczas funkcjonowania ustrzyckiego szpitala jest wynikiem braku szerszej wizji odnoszącej bieżącą i przyszłą działalność szpitala do kontekstu zmian demograficznych, społecznych i cywilizacyjnych regionu bieszczadzkiego, będących z kolei pochodną zmian, jakie zachodzą w całym polskim społeczeństwie.
Szpital nie może być nastawiony na przetrwanie. Musi się przestawić na rozwój!
Nazywanie "restrukturyzacją" zlecania niektórych czynności pomocniczych na zewnątrz placówki oraz zwalnianie pracowników jak popadnie świadczy tylko o jednym: karygodnym u każdego dyrektora braku wizji przyszłości firmy, której kierowania się podjął. A jako iż o powołaniu na to stanowisko decydują wysocy lokalni urzędnicy, odpowiedzialność za taki a nie inny wybór spada też na nich.
Zmarnotrawione pieniądze
"Świeży dług" w wysokości 600 tys. zł! Cieszmy się, że tylko tyle, bo za chwilę będzie milion, potem półtora, dalej dwa itd. Starostwo "na ratunek" szpitalowi poręczyło kredyt w wysokości 1 mln zł. Czemu tak mało? Nie lepiej było od razu 2,5 mln wziąć? Fatyga jedna, a 2,5 mln starczyłoby na nieco dłuższą ,,zabawę w restrukturyzację".
W tym, trwającym już nie wiem jak długo, kontredansie wokół szpitala zdumiewa mnie coś innego. Przecież nie od dzisiaj wiadoma jest kiepska sytuacja niektórych oddziałów szpitala. Jak to się dzieje, że żaden z dyrektorów nie śmiał ruszyć tej sprawy?
Realna restrukturyzacja to właśnie dostosowanie zastanej struktury szpitala do potrzeb środowiska społecznego, w którym szpital działa. Nie oznacza to w żadnym wypadku zwolnień, zwłaszcza wśród średniego personelu, który powinien zostać wręcz powiększony, aby zapewnić pacjentom poczucie opieki i bezpieczeństwa
Restrukturyzacja oznacza zmianę i poszerzenie oferty szpitala, dostosowanie jej do przemian, jakie już zaszły i ciągle zachodzą w lokalnej strukturze społecznej, a także wyjście z ofertą poza środowisko lokalne.
Bez tego każde publiczne, a więc nasze wspólne pieniądze przekazane na ratowanie szpitala są zwyczajnym marnowaniem grosza.
Realna restrukturyzacja
Odpowiedzialni za szpital powinni się spalić ze wstydu, czytając ten artykuł. Jak to bowiem jest, że - wydawałoby się - kompetentni ludzie nie są w stanie wykrzesać z siebie sensownych rozwiązań, które z podupadającej placówki uczyniłyby dobrze prosperującą instytucję, dającą stabilne miejsca pracy w niej zatrudnionym i pośrednio przynoszącej dochody lokalnej społeczności już to przez zwiększenie ruchu chorych (przyjmowanie pacjentów spoza regionu bieszczadzkiego), już to przez finansową samowystarczalność.
Jeśli pediatria i chirurgia "nie wyrabiają kontraktu", to trzeba je zlikwidować, a nie podpisywać umowy, z których wywiązać się nie daje. Kto powiedział, że likwidując jedne oddziały, nie można w ich miejsce uruchamiać innych?
Przykłady? Proszę bardzo. Niech ktoś znajdzie w całym podkarpackim województwie dobrego proktologa! A uruchomienie wspólnie z warszawskim Centrum Onkologii i regionalnym oddziałem NFZ profilaktycznych badań kolonoskopowych? Pieniądze w NFZ na to są. Zapewniam. Czemu więc nie pomyśleć o uruchomieniu oddziału proktologii?
A oddział geriatrii? Starzejemy się na potęgę, rehabilitacja w szpitalu jest na dobrym poziomie, można więc ten oddział rozwinąć i w przyszłości "wypączkować" z niego właśnie oddział geriatryczny. A na dodatek można pomyśleć o stworzeniu zakładu dietetyki i odchudzania, przyjmującego pacjentów zarówno "funduszowych", jak i prywatnych. A detoksykacja i leczenie uzależnień? Na to też są pieniądze.
Jeśli zaś szpital okazać się może jak na nasze potrzeby zbyt obszerny, część łóżek przeznaczyć by można pod pobyty stałe. I np. wspólnie z Towarzystwem Leczenia Ran uruchomić niemal całkiem nową w skali Polski placówkę, specjalizującą się w leczeniu szczególnie trudnych i ciężkich przypadków. Przecież można pokusić się o takie zreorganizowanie deficytowej chirurgii, aby na jej bazie uruchomić tę niezwykle potrzebną działalność. Onegdaj w ramach konstancińskiego STOCER-u istniał specjalistyczny oddział leczenia szczególnie ciężkich typów ran odleżynowych i pooperacyjnych, ale był się rozpierzchł po śmierci dyrektora STOCER-u prof. Weissa.
Czy nikt nie pomyślał, aby np. we współpracy z Poznańskim Stowarzyszeniem Zielarskim spróbować wdrożyć w ustrzyckim szpitalu wykorzystujące ziołolecznictwo metody terapii? Mamy ku temu wręcz wymarzone warunki środowiskowe.
A uruchomienie w Ustrzykach D. przyszpitalnego hospicjum całodobowego? Jest zaplecze - rehabilitacja, chirurgia. Mając "niewydolną" finansowo pediatrię, można by pomyśleć o dziecięcej specjalizacji.
To właśnie podejmowanie tego typu działań nosi nazwę restrukturyzacji. I nie ma to nic wspólnego z załatwianiem wewnętrznych porachunków personalnych i kurczowym trzymaniem się stanowisk.. .
Marek Wolski
(więcej ,,GB" 19)
|
W Bandrowie rolnicy przestają wierzyć w sens swojej pracy i z rodzinami żyją w ciągłym strachu, ale za to...
Wilki mają urozmaicone menu
- Pan nie potrafi mnie zrozumieć, bo panu nikt nie zjadł przyjaciela - mówi ze łzami w oczach Tadeusz Trojnar z Bandrowa. I trzeba go zrozumieć. Podobnie, jak trzeba rozumieć pretensje, rozżalenie, gniew i rozpacz jego sąsiadów, którzy już nie wiedzą, jak mają się bronić przed wilkami.

- Nie wiem, kto stoi za wilkami - stwierdza Władysław Nosal z Bandrowa, który przekazał gospodarstwo swoim następcom, ale nadal żyje jego problemami. - Bez względu na to, czy rządzi prawica, czy lewica, wilki są najważniejsze. Już któryś z kolei minister ,,analizuje sytuację", a problem narasta. W to, że rząd coś zrobi, przestajemy wierzyć. Będziemy musieli wymyślić jakąś skuteczną formę protestu.
Wg bandrowskich rolników już wcześniej były kłopoty z wilkami. Jednak to, co dzieje się obecnie, przechodzi ludzkie pojęcie.
Znaleźliśmy żołądek i kiszki
Gospodarstwo Stanisława Owsianego wilki pierwszy raz zaatakowały w nocy z 5 na 6 sierpnia. W dzień owce pasą się na zagrodzonym pastwisku w pobliżu domu. Na noc zapędza się je do 5-arowego okólnika, ogrodzonego siatką wysoką na 1,5 m. Okólnik jest kilka metrów od ściany domu. - Około północy pies zaczął szczekać. Wyskoczyłem z łóżka. Owce wywaliły siatkę okólnika i uciekały - opowiada hodowca. - Jedna leżała zaduszona. Wilka już nie było.
Drugą wyprawę do Owsianych na baraninę wilki zorganizowały sobie nocą z 9 na 10 sierpnia. Okoliczności były identyczne jak poprzednio. Owce były zamknięte w okólniku. Koło północy pies zaczął ujadać. - Wyleciałem z domu, popatrzyłem: owce stały - relacjonuje S. Owsiany. - Myślałem, że wszystko w porządku. Wróciłem do domu. Rano liczę owce i jednej brakuje. Zaczęliśmy jej szukać. Znaleźliśmy żołądek i kiszki. Resztę zabrały.
Nie mam wyjścia
Tadeusz Trojnar, który mieszka jakieś 300 m od Owsianych, też ma dość wilków. Jego gospodarstwo jest ogrodzone z trzech stron. Z czwartej przeszkodę stanowi rzeka. Wydawałoby się, że jest bezpiecznie. Ale gdzie tam...
W sierpniu wilki zabrały mu dwa psy. - Jednej nocy około wpół do drugiej słychać było pisk - opowiada rolnik. - Pozbierałem się szybko i poleciałem zobaczyć na łąkę, czy jest kobyła ze źróbkiem. Była. Źrebak też był. Wracam, a tu nie ma psa przy budzie. To była Gumka. Miała luźną obrożę. Wilki wyciągnęły ją z obroży i zabrały. To pisk Gumki mnie obudził.
Za 3-4 dni wilki przyszły znowu do obejścia T. Trojnara. - Za drugim razem zabrały mi Reksia. To był trzyletni foksterier. Panie, jażem płakał za nim. To był mój ulubiony pies. Nie ma lepszego przyjaciela od psa. Taki porządny piesek i mi go zabrały.
Teraz pan Tadeusz kobyłę ze źrebakiem zamyka na noc w stajni. Mówi, że to nie jest dobre, żeby konie w letnie noce w stajni trzymać. Ale jak nie chce ich stracić, to musi.
Został mu jeszcze jeden pies. Wabi się Rambo. - Tego za bardzo nie lubię, ale muszę go chyba teraz polubić - mówi rozżalony rolnik. - Nie mam wyjścia.
Na te wilki nie ma rady
Gospodarstwo Tadeusza Trojnara sąsiaduje z gospodarstwem Łabów. Łabowie to młodzi ludzie, którzy przejęli gospodarkę od rodziców i zamierzają z niej żyć. Zajmują się hodowlą bydła. Prowadzą stado zarodowe. Mają się czym poszczycić. Przeciętna wydajność to rocznie ponad 6 tys. l mleka od krowy. Teraz boją się, że wilki pokrzyżują im plany.
- Dwa lata temu kawałeczek od domu dwie jałówki nam zjadły - opowiada ojciec pani Lucyny Władysław Nosal. - Obecnie mamy cztery cieliczki, pięknie odchowane. Jednej już nie ma. Wilk ją załatwił.
Wilki w gospodarstwie Łabów przypuściły atak w nocy z 8 na 9 sierpnia. Wieczorem domownicy słyszeli jakiś szum. Psy były niespokojne. - Poszliśmy z mężem na łąkę, potem nad rzekę. Świeciliśmy lampką. Nic nie było widać - opowiada Lucyna Łaba. - Cielęta były koło domu na pastwisku. - Później jeszcze ok. drugiej w nocy żona była u krowy, która miała się cielić. Cielaki dalej leżały na łące - dodaje pan Władysław.
Rano okazało się jednak, że wilki były. - Jedno cielę leżało poranione. To było trzymiesięczne cielę. Całą szynkę z tyłu miało wygryzioną. Tam, gdzie krowa ma wymię, też miało wygryzione - opowiada Zofia Nosal.
Cielę jeszcze żyło. Bardzo się męczyło. O tym, czy się nadaje do leczenia, czy nie, orzeka weterynarz. Przyjechał koło południa. Stwierdził, że nie ma szans, żeby wyżyło. Uśpił.
- Nasze gospodarstwo utrzymuje się z produkcji mleka - mówi Lucyna Łaba. - Takie nastawienie wiąże się z odchowem najlepszych cieląt. Ta cieliczka była od dobrej matki i została zostawiona jako jedna z czterech na remont stada.
Wilki, żeby u Łabów dostać się do cieląt, muszą po drodze pokonać...
Fot. Niedługo zostaną nam tylko zwierzęta wyplatane z brzozy i wikliny - mówi I. Trojnar
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 18)
|
Na termodernizację 10 placówek gmina Ustrzyki Dolne otrzyma z zewnątrz ponad 2 miliony 300 tys. złotych!
Wielka forsa dla oświaty
Prawie 577 tys. euro otrzyma gmina Ustrzyki Dolne na termomodernizację budynków użyteczności publicznej. Za te pieniądze, uzupełnione z budżetu gminy, wykonane zostaną prace w dziesięciu placówkach oświatowo-wychowawczych.

Złożony przez Urząd Miejski w Ustrzykach D. wniosek ,,Redukcja zanieczyszczeń powietrza – termomodernizacja budynków użyteczności publicznej w gminie Ustrzyki D.” uzyskał 27 lipca br. rekomendację Komitetu Sterującego Mechanizmu Finansowego EOG i Norweskiego Mechanizmu Finansowego.
Jeden z prawie siedmiuset
Przez procedurę formalną przeszło 696 wniosków z całego kraju. Komitet Sterujący poddał je ocenie merytorycznej. Ostatecznie jego rekomendację uzyskało 59 wniosków, które od ekspertów otrzymały najwięcej punktów. Zawarte w nich projekty dostaną dofinansowanie na kwotę ponad 47 mln euro.
Blisko 577 tys. euro uzyska projekt ustrzycki. Kwota ta stanowi 85% kosztów wszystkich inwestycji nim objętych. Cały kosztorys inwestycji zawartych w projekcie opiewa na prawie 2 mln 668 tys. zł. Dofinansowanie zewnętrzne wyniesie (po kursie euro z 16 sierpnia) ponad 2 mln 233 tys. zł. Resztę - 15% kosztów - trzeba będzie dołożyć z budżetu gminy.
- Okazuje się, że nasza gmina jest bardzo skuteczna, jeśli chodzi o pozyskiwanie środków z zewnątrz – stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. – To są bardzo potrzebne pieniądze, bo na oświatę.
Z wielu źródeł
Do tej pory zewnętrzne dofinansowanie gminnej oświaty udało się pozyskać z kontraktu wojewódzkiego, Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu, z programu ,,Sapard”, z budżetu Marszałka Województwa Podkarpackiego, z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, z Agencji Nieruchomości Rolnych, od firmy ,,Deceunick” i od Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych S.A.
Pieniądze te były wykorzystane na remonty, modernizacje i doposażenie szkół w Wojtkowej, Wojtkówce, Ropience, Krościenku, Ustianowej, Łobozewie, Równi, ZSP 1 i ZSP 2 w Ustrzykach D. i Środowiskowego Domu Samopomocy w Ustrzykach D.
Ładniejsze i tańsze
Za pieniądze, które gmina ustrzycka otrzyma z Mechanizmu Sterującego EOG i Norweskiego Mechanizmu Finansowego, przeprowadzona zostanie modernizacja dziesięciu placówek oświatowo-wychowawczych: szkół w Ropience, Ustianowej, Krościenku, Równi, Wojtkówce, Łodynie, Hoszowie, internatu przy ZSP 2 w Ustrzykach D., Przedszkola nr 1 w Ustrzykach D. i Środowiskowego Domu Samopomocy w Ustrzykach D.
Objęte projektem zadania ukierunkowane są na oszczędzanie energii cieplnej. Oszczędności te uzyska się poprzez modernizację instalacji centralnego ogrzewania, ocieplenie stropów i ścian oraz wymianę stolarki okiennej i drzwiowej.
Przeprowadzenie tych prac nie tylko poprawi wygląd budynków, ale obniży znacznie nakłady na ich eksploatację. Przewiduje się, iż zapotrzebowanie na energię cieplną zmniejszy się średnio o 37%.
Będzie czego pozazdrościć
Zakończyły się prace przy budowie dachu nad łącznikiem i remont części elewacji na SP w Równi (za pieniądze od PWPW S.A.). Już został ogłoszony przetarg na roboty wewnętrzne w SP w Łobozewie. Jeszcze w tym roku zaplanowane są wymiany okien w SP w Hoszowie oraz w sali gimnastycznej w ZS w Ropience. Te zadania będą już wykonywane w ramach projektu ,,Termomodernizacja budynków użyteczności publicznej w gminie Ustrzyki D.”
- Stanu technicznego naszych szkół już teraz nie musimy się wstydzić – mówi H. Sułuja. – Myślę, że po wykonaniu wszystkich prac ujętych w projekcie będziemy pod tym względem na poziomie, którego większość gmin będzie mogła nam pozazdrościć.
T. Szewczyk
Fot. Szczęśliwa dziesiątka
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 17)
|
Trzeba wyrabiać kontrakt!
Na koniec maja b.r. ustrzycki SP ZOZ miał ok. 600 tys. zł ,,świeżego", tegorocznego długu. Najgorsze jest to, że każdy miesiąc przynosił grubo ponad 100 tys. zł zadłużenia. A jeszcze gorsze od tego najgorszego jest to, że właściwie nie ma żadnego dobrego pomysłu na zmianę tej sytuacji.

Program nie wypalił
Firmowany przez dyr. SP ZOZ-u Roberta Roczniaka program restrukturyzacji, przedstawiony po objęciu przez niego fotela po Zdzisławie Węgrzyńskim, od początku skazany był na porażkę. Zaplanowane w nim posunięcia, polegające głównie na zleceniu niektórych usług (sprzątanie, pranie, gotowanie) firmom zewnętrznym, wyglądały dobrze i przynosiły oszczędności, ale... tylko na papierze. W życiu nie wyszło. Poprzednicy R. Roczniaka już wcześniej próbowali to zrobić, ale szybko zorientowali się, że zamiast oszczędności, przyniosłoby to zwiększenie kosztów.
Niewiele dało też zatrudnienie jako zastępczyni dyrektora ds. ekonomicznych Sabiny Ostrowskiej, zwolnionej przez dyr. SP ZOZ-u w Lesku Alicję Szczepańską w trybie dość nagłym i pewnie nie bez powodu. Pani Sabina prochu nie wymyśliła. Jedynym jej pomysłem na poprawę kondycji ZOZ-u jest... zwalnianie pracowników.
Konkretnym i mocno kontrowersyjnym ,,posunięciem restrukturyzacyjnym" nowej dyrekcji było karne zwolnienie grupy położnych. Karne, bo była to niewątpliwie kara za zdecydowanie się przez nie na egzekucję komorniczą należnych od ZOZ-u pieniędzy.
Ale nawet ten drastyczny krok nie zdał się na wiele. Zobowiązania ZOZ-u nie zostały dzięki niemu zredukowane. W połowie roku wynosiły ponad 5,5 mln zł. Głównie były to zaległości wobec ZUS, gminy, funduszu socjalnego oraz z tytułu dostaw i usług
- Jedynym pocieszeniem w tej sytuacji jest fakt, że zobowiązania wymagalne szpitala zmniejszyły się z ponad 4 mln zł do 2,8 mln zł - zauważa starościna bieszczadzka Ewa Sudoł. - W ostatnim roku zaś SP ZOZ odnotował po raz pierwszy od kilku lat zysk bilansowy.
Trzeba wyrabiać kontrakt!
Podstawową przyczyną przyrastania zadłużenia jest niewykonywanie przez ustrzycki ZOZ zawartego z NFZ kontraktu.
W tej chwili ,,kontrakt wyrabiają": ginekologia i położnictwo, rehabilitacja, oddział wewnętrzny oraz pogotowie ratunkowe. Mocno do tyłu są pediatria i chirurgia. Nie wykonuje kontraktu także część poradni specjalistycznych. Z przyjętych zobowiązań wywiązują się poradnie: diabetologiczna, kardiologiczna., przeciwgruźlicza, ginekologiczno-położnicza i leczenia bólu. Reszta jest pod kreską.
- Możemy jako powiat wiele zrobić - stwierdza E. Sudoł. - Możemy wesprzeć szpital inwestycyjnie, poprawić bazę, wzbogacić wyposażenie, ale my kontraktu nie wypracujemy.
- Uszczupla się kadra lekarska, a NFZ zawiera kontrakty przede wszystkim na lekarzy - tłumaczył ten stan R. Roczniak. - Młodzi lekarze odchodzą. W ostatnim czasie odeszło 3 lekarzy. W tej chwili zostało 20. Odpływ kadr medycznych grozi niewykonaniem kontraktu. Staramy się pozyskiwać lekarzy, ale wymagania finansowe lekarzy ze specjalizacją są wysokie, za wysokie dla naszego ZOZ-u. Nasze ogłoszenia o poszukiwaniu lekarzy ukazują się w prasie medycznej, ale nie przynoszą skutku.
Chcąc doraźnie pomóc SP ZOZ-owi, powiat poręczył dlań 1 mln zł kredytu. Pieniądze te mają być...
(więcej ,,GB" 16)
|
Telefony z Ukrainy godzinami blokują numer alarmowy ustrzyckiego pogotowia, uniemożliwiając połączenie się tym, którzy oczekują na pomoc
Krecia robota czy głupota?
Od kilku miesięcy kilka osób na Ukrainie, prawdopodobnie z rejonu położonych tuż przy granicy z Polską Sianek, notorycznie dzwoni z telefonów komórkowych pod numer alarmowy pogotowia ratunkowego w Ustrzykach Dolnych. Z tego powodu mieszańcy powiatu bieszczadzkiego, chcący skorzystać z pomocy ustrzyckiego pogotowia, mogą się jej nie doczekać.

Blokowali ponad 11 godzin!
Najwięcej takich telefonów było w maju. Z jednego numeru ukraińskiego 17 maja z ustrzyckim pogotowiem ktoś łączył się 82 razy. Oprócz tego były w tym dniu połączenia z innych numerów. Wskutek tego telefon alarmowy był zablokowany od godz. 15.58 do godz. 21.38. Bez przerwy. Jeszcze gorzej było 14 maja. Seria zaczęła się o godz. 10.00, a skończyła o godz. 21.26. Ponad 11 godzin!
Potem przez jakiś czas był względny spokój. Zdarzały się ,,fałszywe" telefony, ale z mniejszą częstotliwością i w krótszych seriach. A w lipcu znowu się zaczęło! Cała seria telefonów 14 lipca. Kolejne zmasowane dzwonienie 19 lipca. Tego dnia w ciągu zaledwie 2 minut ktoś z tego samego numeru ukraińskiego dzwonił... 9 razy.
- Nie zdarzyło się, żeby wzywano z tych telefonów pomocy - mówi oddziałowa pogotowia Janina Czeleń. - Gdyby tak było, to byśmy rozumieli...
Wyzwiska, trzaski i... hymn
Dzwoni alarmowy. Dyspozytorka podnosi słuchawkę: ,,Pogotowie, słucham". Z drugiej strony przez chwilę cisza, a potem: ,,Ty suko!".
Dzwoniący do ustrzyckiego pogotowia Ukraińcy obrażają dyspozytora, lekarzy i ratowników. Wykrzykują pod ich adresem różne wyzwiska. - Gdyby u nas ktoś tak do kogoś powiedział, to sprawa zaraz byłaby w sądzie - mówi dyspozytor Waldemar Niedźwiecki.
Czasem w słuchawce słuchać jedynie jakieś szumy, gwizdy albo trzaski. Jednego dnia dyspozytorowi ustrzyckiego pogotowia telefony z Ukrainy co chwilę przypominały, jak brzmiał hymn Związku Radzieckiego...
Nie ma wyjścia?
Na razie nie widać wyjścia z tej sytuacji. Dyrekcja ustrzyckiego ZOZ-u interweniowała w Telekomunikacji Polskiej S.A. i powiadomiła policję. TP S.A. - jak mówią pracownicy pogotowia - nic nie zrobiła, twierdząc, że... nie może nic zrobić. Policja wdrożyła postępowanie. Część załogi już składała zeznania...
Pracownicy ustrzyckiego pogotowia nie mogą zrozumieć, co powoduje tymi maniakami. Czym się kierują, dzwoniąc po kilkadziesiąt razy przez kilka czy kilkanaście godzin pod ich numer alarmowy? Jaki mają cel? - To są idiotyczne wygłupy - stwierdza W. Niedźwiecki. - Oni chyba sobie nie zdają sprawy z tego, co robią - dodaje J. Czeleń.
Ludzie szukają dojścia
Te ,,idiotyczne wygłupy" mogą mieć tragiczne skutki. Już zdarzyło się, że w nagle konieczny był przyjazd pogotowia i nie dało się do stacji dodzwonić. Na razie jeszcze nie doszło do tragedii...
Jeśli jest blokada telefonu alarmowego ustrzyckiego pogotowia, to nikt nie może się z nim połączyć, dzwoniąc pod numer 999. Ludzie szukają dojścia, telefonując pod numer niealarmowy (na wszelki wypadek podajemy: 013-461-1620). Jeżeli się dłużej poczeka, dzwoniąc pod numer alarmowy, to zdarza się, że odbiera go pogotowie w Sanoku, Lesku lub Przemyślu. - Oni odbierają zgłoszenie, przekazują do nas radiostacją i my jedziemy - wyjaśnia dyspozytor.
T. Szewczyk
Fot. - Na tej stronie są same ,,zagraniczne" telefony - pokazuje dyspozytor ustrzyckiego pogotowia
Fot. T. Szewczyk
Komunikat
Komenda Powiatowa Policji w Ustrzykach Dolnych prowadzi postępowanie przygotowawcze w sprawie ustawicznego i złośliwego blokowania numeru telefonu alarmowego 999 Pogotowia Ratunkowego w Ustrzykach Dolnych.
W związku z tym zwracamy się z prośbą do osób, które w ostatnim okresie czasu próbowały bezskutecznie za pomocą numeru alarmowego 999 zawiadomić Pogotowie Ratunkowe w Ustrzykach Dolnych o natychmiastowej potrzebie udzielenia pomocy, o kontakt z Komendą Powiatową Policji w Ustrzykach Dolnych - pok.124, tel. (013) 460 8332.
Komendant Powiatowy Policji
w Ustrzykach Dolnych
mł. insp. mgr Stanisław Dziedzic
(więcej ,,GB" 15)
|
Niepokój ,,parkowców"
Jeżeli plany Ministerstwa Środowiska i Ministerstwa Finansów miałyby zostać wprowadzone w życie, to od 1 stycznia 2007 r. w BdPN będzie zatrudnione będą dwie trzecie dotychczasowej załogi. W muzeum BdPN w Ustrzykach sprzątać będą naukowcy, bilety sprzedawać pracownicy edukacyjni, a drobni remontami i naprawami w obiekcie zajmować się będzie… Nie wiadomo kto. Od początku lipca 23 parki w Polsce prowadzą akcję protestacyjną polegającą na wywieszeniu informacji i oflagowaniu obiektów parkowych.

Ten czarny scenariusz wynika z ograniczeń finansowych oraz zmian organizacyjnych, jakie mogą zostać przeprowadzone w parku w najbliższym czasie. Najbardziej w BdPN uderza likwidacja gospodarstwa pomocniczego (GP), zatrudniającego 37 osób. W samym tylko Ośrodku Naukowo-Dydaktycznym BdPN w GP pracuje 9 osób. Gros osób w "terenie", zajmujących się pracami gospodarczymi, przy utrzymaniu szlaków, obsłudze ruchu turystycznego, to również osoby zatrudnione w GP.
Jeszcze w pierwszej połowie czerwca większość komisji zakładowych NSZZ Solidarność, w tym również Bieszczadzkiego Parku Narodowego, wystosowała protest do ministra środowiska, w którym czytamy m. in.: ,,Po wejściu Polski do Unii Europejskiej znacznie wzrosły koszty utrzymania - szczególnie na obrzeżach kraju, a więc tam, gdzie w większości położone są parki narodowe. Przy braku realnych podwyżek płac (ostatnia rzeczywista podwyżka miała miejsce w 1996 r.) warunki materialne pracowników parków znacznie się pogorszyły. Likwidacja gospodarstw pomocniczych zdestabilizuje pracę wielu jednostek organizacyjnych parku, co spowoduje ograniczenie jego działalności".
- Bieszczadzki Park Narodowy jest z roku na rok pod coraz większą presją ruchu turystycznego. Do ochrony otoczenia przyrodniczego szlaków pieszych i konnych w parku potrzeba sprawnych i dobrze przygotowanych pracowników i znacznych nakładów finansowych. A gdzie takich znaleźć, skoro nakłady na płace nie wzrastają od dziesięciu lat, a dodatkowo grozi jeszcze ich redukcja o 10%. Analiza zatrudnienia dokonana przez Sekcję Krajową NSZZ Solidarność Parków Narodowych wykazała, że na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat zatrudnienie w administracji państwowej wzrosło o 10%, podczas gdy w parkach narodowych spadło o 3,5 %.
- Nie od rzeczy jest też wspomnieć o ludzkim wymiarze problemu. BdPN, zatrudniający ponad 100 osób, to często jedyne miejsce zatrudnienia dla tych ludzi. Utrata miejsca pracy to dramat wielu rodzin, tracących w tym momencie materialne podstawy egzystencji - dodaje Ryszard Prędki, przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w BdPN.
Pismo do premiera Kazimierza Marcinkiewicza, domagające się odwołania decyzji o obniżce płac i likwidacji gospodarstw pomocniczych, wystosowała również Sekcja Krajowa Pracowników Parków Narodowych. Podobne stanowisko w tej sprawie ma również drugi działający w BdPN Związek Leśników Polskich Parków Narodowych.
Emocje zostały ostudzone 7 lipca w Warszawie, gdzie doszło do spotkania dyrektorów parków narodowych i głównych księgowych z ministrem środowiska.
Według ministra Jana Szyszki pismo o 10% redukcji budżetu w parkach, które wzbudziło obawy pracowników parków i związków zawodowych miało jedynie na celu zbadanie sytuacji, co by było, gdyby faktycznie miało dojść do redukcji. W ślad z nim ministerstwo rozesłało drugie, w którym prosi o wykazanie potrzeb kadrowych i finansowych parków.
Dane, jakie dostarczyli dyrektorzy, pokazują skalę potrzeb instytucji zajmujących się ochroną przyrody i pokazują potrzebę zwiększenia, a nie zmniejszenia budżetu oraz zwiększenia obsady kadrowej, zwłaszcza w sytuacji prób likwidacji GP. Zresztą i ta ostatnia kwestia nie jest jeszcze przesądzona. Próby likwidacji GP wynikają z potrzeby dostosowania polskiego prawa do unijnego, które nie przewiduje istnienia takiej instytucji.
Zgodnie z zapowiedzią, jaką dyrektorzy usłyszeli w Warszawie, ministerstwo środowiska jest ostatnią instytucją zainteresowaną ograniczeniem środków na ochronę przyrody i parki narodowe.
W tym samym czasie w Zawoi w Babiogórskim Parku narodowym spotkali się przedstawiciele Związku Leśników Polskich Parków Narodowych, analizując sytuację i wypracowując swoje stanowisko.
- Nie chcąc zaostrzać konfliktu, na razie związek odstąpił od ostrej akcji protestacyjnej polegającej chociażby na blokowaniu szlaków turystycznych. Mamy świadomość, że byłoby to dużą uciążliwością dla ludzi przyjeżdżających na wypoczynek. Na razie w trzech parkach, tj. tatrzańskim, karkonoskim i roztoczańskim, zostanie przeprowadzona akcja, podczas której turyści będą otrzymywali ulotki o treści naświetlającej problemy i zagrożenia, jakie niosą za sobą plany ministerstw finansów i środowiska - mówi Jacek Kranz, przewodniczący Komisji Zakładowej ZLPPN w BdPN.
Adam Leń
W parkach narodowych zatrudnionych jest niewiele ponad 1500 pracowników. Zyski, wynikające z redukcji etatów i obniżki budżetu, będą niewspółmiernie niskie w stosunku do kosztów społecznych, jakie pociągną za sobą takie rozwiązania. I to oba ministerstwa powinny brać pod uwagę, podejmując ostateczną decyzję.
/Ela/
Fot. P. Gwóźdź
(więcej ,,GB" 14)
|
Milion w zalewie
Mieszkańcy gminy Solina liczą na dobre lato. Jeśli pogoda dopisze, to w sezonie letnim nad Zalew Soliński mają przyjechać setki tysięcy ludzi. Może ich być nawet - jak się szacuje - około miliona.

Jedzenie i spanie
- Liczymy, że tak będzie - mówi Ireneusz Łukacz, p.o. dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury, Sportu i Turystyki w Solinie z s. w Polańczyku. - Mamy na terenie gminy wystarczającą liczbę restauracji i punktów gastronomicznych. Jest też ponad 300 obiektów świadczących usługi hotelarskie. Dysponujemy obecnie największą bazą noclegowo-hotelowo-wypoczynkową w województwie podkarpackim.
Jednocześnie w znajdujących się na terenie solińskiej gminy hotelach, pensjonatach, ośrodkach wypoczynkowych, gospodarstwach agroturystycznych, pokojach gościnnych i polach namiotowych może przebywać ok. 28 tysięcy turystów i wczasowiczów. - O spanie i jedzenie nie trzeba się martwić - stwierdza I. Łukacz.
Nie samym chlebem
Dla mieszkańców i gości solińskiej gminy przygotowano bogatą ofertę imprez kulturalno-rozrywkowych. Szczególnie ,,wypasiony" będzie program tegorocznego Solińskiego Lata.
- Z roku na rok staramy się poszerzać formułę Solińskiego Lata - mówi dyrektor GOKSiT-u. - Teraz imprezy odbywają się nie tylko w soboty i niedziele, ale zaczynamy je już od piątku. Poza tym przygotowaliśmy też cykle wielodniowe, np. w lipcu mamy jedenastodniówkę, a w sierpniu dziesięciodniówkę.
Solińskie Lato'2006 rzeczywiście ma szeroką formułę. Znalazły się w nim m.in. turniej wsi, biesiada regionalna, plenerowe projekcje filmów, występy kabaretów, festyny integracyjne, odpusty i koncerty solistów i zespołów, pokazy iluzjonistyczne, zabawy taneczne...
Większość imprez będzie się odbywać na górnym parkingu w Polańczyku, a w razie niepogody w ustawionym tam namiocie (ok. 200 m2). Niektóre zostały ulokowane także w innych miejscowościach, m.in. w Myczkowcach, Łopience, Wołkowyi, Zawozie, Górzance i Berezce.
Działające przy GOKSiT Centrum Informacji Turystycznej będzie czynne przez cały tydzień: w soboty i niedziele od godz. 10.00 do 18.00, a w pozostałe dni - od 7.00 do 18.00.
Dla miłośników pieszych wędrówek przygotowano sieć ścieżek spacerowych. W tym roku jeszcze przed nastaniem lipca zostanie wyznaczonych i oznakowanych 29 km nowych szlaków dla wędrowników. Dzięki temu spacerowicze będą mieć do dyspozycji 75 km ścieżek.
Za mało strzeżonych
W tym roku na obrzeżach Zalewu Solińskiego nie przybędzie strzeżonych kąpielisk. Podobnie jak w poprzednich latach ratownicy WOPR będą czuwać nad korzystającymi z wód zalewu w trzech miejscach. Kąpieliska strzeżone to ,,Cypel" i ,,Patelnia" w Polańczyku oraz ,,Zatoka za Pocztą" w Wołkowyi. Prawdopodobnie w Chrewcie będzie jeszcze jedno kąpielisko strzeżone, ale tam nad bezpieczeństwem kąpielowiczów mają czuwać ratownicy spoza WOPR-u.
- Tak jak w latach ubiegłych WOPR i policja będą także patrolować cały zalew na motorówkach - dodaje I. Łukacz. - W tym roku nasza gmina otrzymała od PZU w ramach akcji ,,Bezpieczne lato" skuter wodny z platformą ratowniczą. Przekazaliśmy go WOPR-owi.
W upalne dni wypoczywający nad Zalewem Solińskim z pewnością będą korzystać także z dzikich kąpielisk. Muszą mieć jednak świadomość, że wiąże się to z dużym ryzykiem. Niemal co roku w wodach Zalewu Solińskiego traci życie kilka osób. Nierzadko są to ludzie, którzy wchodzą do wody, będąc pod wpływem alkoholu.
T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 13)
|
Parku część druga
Park ustrzycki został już ponownie rozgrzebany. Wynika to z konieczności położenia ciepłociągu, który będzie dostarczał ,,ciepło" do budynków przy ul. 1 Maja, a także do budynków, które mają powstać przy ul. Wyzwolenia (na placu po ,,starej mleczarni").

Kiedy Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej zakończy montaż ciepłociągu, na teren parku wejdą pracownicy, którzy już konkretnie zajmą się przebudową północnej części parku.
Po przetargu
Na wykonanie tych prac już został rozstrzygnięty przetarg. Wygrał go ,,Prohanbud" z Uherzec Mineralnych. Firma ta była także wykonawcą pierwszej części zadania.
,,Prohanbud" zadeklarował, że przebuduje drugą część parku za 1 mln 205 tys. zł. W kosztorysie prace te zostały wycenione na ok. 1 mln 340 tys. zł.
- W trakcie projektowania budżetu na 2006 r. przewidzieliśmy środki na kontynuację przebudowy parku. Dlatego inwestycja ta nie jest zagrożona - informuje burmistrz ustrzycki Henryk Sułuja.
Dziwna decyzja
Zanosiło się na to, że przebudowa drugiej części parku zostanie sfinansowana ze środków unijnych. Gmina Ustrzyki D. zgłosiła to zadanie do Programu Sąsiedztwa Polska-Białoruś-Ukraina Inerreg/Tacis.
Wspólny Sekretariat Techniczny, oceniający wszystkie wnioski, które wpłynęły do programu, przyznał ustrzyckiemu projektowi 74 pkt. Lokowało go to na trzecim miejscu na liście krajowej i na pierwszym na liście wojewódzkiej. Wydawało się, że forsa z zewnątrz na jego realizację jest pewna. A chodziło o niemałe pieniądze, bo o ponad 1 mln zł.
Mimo tak wysokiej oceny, ustrzycki wniosek został utrącony przez Komitet Sterujący. Komitet ten rekomendował do dofinansowania niżej oceniony wniosek, który został przygotowany przez Przemyśl.
- Byliśmy pewni na 98%, że te pieniądze dostaniemy - mówi H. Sułuja. - Skierowanie środków na gorzej punktowany wniosek z Przemyśla jest dla nas dużym zaskoczeniem in minus. Złożyliśmy w tej sprawie odwołanie do Ministerstwa Rozwoju Regionalnego. Liczymy, że w jego wyniku nasze zadanie trafi przynajmniej na listę rezerwową.
Nie czekając na to, jakie będą skutki odwołania, podjęto decyzję o przystąpieniu do drugiego etapu przebudowy parku.
Co zostanie zrobione?
Druga część parku będzie harmonizować z tym, co zrobiono do tej pory. Również prace będą przebiegać wg podobnego harmonogramu. Najpierw wykonane zostaną roboty ,,podziemne": odwodnienie, kanalizacja deszczowa, linia energetyczna zasilająca nowe oświetlenie i wodociąg dostarczający wodę do fontanny. Potem utwardzone zostaną place i alejki, które wyłoży się - tak jak w południowej części rynku - kostką nostalitowo-granitową. W północnej części parku pobudowana zostanie scena o powierzchni ok. 100 m2. Oczywiście, zainstalowane zostaną także nowe lampy.
Również całkowicie przebudowana zostanie część ul. Rynek (od skrzyżowania z ul. Pionierską do skrzyżowania z ul. Wyzwolenia). Nie przewiduje się zamknięcia tej części ulicy dla ruchu kołowego. Nadal będzie można nią jeździć i nadal będą przy niej wydzielone miejsca parkingowe.
Jeszcze na jesień przewiduje się nasadzenia części drzewek i krzewów oraz wysianie trawy. Natomiast nowe ławki i kosze na śmieci trafią do tej części parku najprawdopodobniej na wiosnę.
Ponieważ tegoroczny przetarg został rozstrzygnięty wcześniej niż w ub. r., przewidziane na ten rok prace powinny się zakończyć w połowie października.
A co z fontanną?
Fontanna to ma być największy bajer w północnej części parku. Jej wartość kosztorysowa wynosi prawie 100 tys. zł. Prawdopodobnie trzeba na nią będzie jeszcze trochę poczekać.
- Wszystkie prace związane z fontanną zostaną od razu zrobione. Jednak sama fontanna stanie najprawdopodobniej dopiero w przyszłym roku - mówi H. Sułuja. - Jeśli nasze odwołanie będzie skuteczne, to zrobi się ją w tym roku.
T. Szewczyk
Fot. Po wycince drzew przyszła kolej na ułożenie ciepłociągu
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 12)
|
Bieszczady, nie ślepnijcie!
Przez dwa dni grupa lekarzy okulistów z Polskiego Towarzystwa Profilaktyki Jaskry będzie prowadzić badania w Bieszczadach. Ich celem jest wykrycie osób chorych na jaskrę. Badania będą nieodpłatne.

- Podkarpacie, jeśli chodzi o badania w kierunku jaskry, jest nietknięte. Nikt tutaj do tej pory takich badań nie prowadził - mówi prof. dr hab. med. Krystyna Czechowicz-Janicka, prezes Polskiego Towarzystwa Profilaktyki Jaskry.
Przez WHO jaskra uważana jest za najpoważniejszą i najczęstszą przyczynę ślepoty. U nas nie poświęca się temu zbyt wiele uwagi. Wielu ludzi żyje z jaskrą, nie wiedząc nawet o tym. Prowadzona przez Polskie Towarzystwo Profilaktyki Jaskry akcja ,,Polsko, nie ślepnij!" ma na celu zmianę tego stanu rzeczy.
Jaskra zabija wzrok
Przyjmuje się, że w Polsce jest ok. 800 tys. ludzi chorych na jaskrę. Przed akcją ,,Polsko, nie ślepnij!" leczyło się tylko 64 tys. osób. W wyniku dotychczas przeprowadzonych etapów tej akcji, liczba leczących się wzrosła dwukrotnie.
Jednak nadal kilkaset tysięcy ludzi w naszym kraju żyje, nie zdając sobie sprawy ze swojej choroby. Jak się szacuje, ok. 20% z nich to już są ludzie ślepi na jedno lub dwoje oczu.
- Jaskra zabija wzrok - stwierdza prof. K. Czechowicz-Janicka. - Choroba ta prowadzi do zniszczenia nerwu wzrokowego i nieodwracalnej ślepoty. Odnawiać nerwów jeszcze nie umiemy. Jak się oślepnie, to jest się już ślepym. Nie ma ratunku.
Profilaktyka i wczesne rozpoznanie
Przy jaskrze bardzo ważna jest profilaktyka i wczesne wykrywanie choroby. Medycyna nie potrafi jej wyleczyć, ale może znacznie wydłużyć okres, jaki upływa od rozpoznania choroby do ślepoty. Im wcześniejsze jest rozpoznanie, tym łatwiej i skuteczniej można opóźniać ten proces.
- Dlatego bardzo zależy nam na tym, aby przebadać jak najwięcej osób - mówi prof. K. Czechowicz-Janicka. - Chcielibyśmy, aby na badania dotarli ci ludzie, którzy są najbardziej narażeni na jaskrę, czyli należą do tzw. grupy ryzyka. Badaniom powinny się szczególnie poddać te osoby, które mają lub miały w rodzinie chorych na jaskrę. Przyjmuje się, że w ok. 80% przypadków jaskrę się dziedziczy.
Kiedy i gdzie?
Bezpłatne badania będą prowadzone 10 i 11 czerwca (sobota-niedziela) w godz. 10.00-16.00 w Lesku i w Ustrzykach Dolnych. Mieszkańcy powiatu leskiego będą się mogli przebadać w poradni okulistycznej w przychodni specjalistycznej przy ul. Kazimierza Wielkiego 4 w Lesku. Dla mieszkańców powiatu bieszczadzkiego badania zostaną zorganizowane w gabinecie okulistycznym ,,Pod Orlikiem" przy ul. Rynek 20 w Ustrzykach D.
- Celem tych badań nie jest dobieranie okularów - podkreśla prof. K. Czechowicz-Janicka. - Lekarze okuliści przeprowadzą wywiad z badanymi oraz wykonają nowoczesną aparaturą badanie ciśnienia w oku i badanie dna oka. Osoby, które zostaną na tej podstawie uznane za ,,podejrzane", będą skierowane na dalsze, bardziej specjalistyczne badania. W ich wyniku podejrzenia te albo się potwierdzą, albo zostaną rozwiane. Myślę, że uda nam się przebadać kilkaset osób.
T. Szewczyk
Fot. - Jaskra zabija wzrok - mówi prof. Krystyna Czechowicz-Janicka
Fot. T. Szewczyk
Sprawdź, czy jesteś w grupie ryzyka!
- ktoś w rodzinie jest lub był chory na jaskrę;
- skończyłeś/-łaś 35 lat;
- masz niskie ciśnienie ogólne;
- masz zaburzenia gospodarki tłuszczowej;
- masz podwyższony poziom cukru we krwi;
- cierpisz na jakąkolwiek chorobę naczyniową;
- żyjesz w permanentnym stresie;
- miewasz częste bóle głowy;
- masz stale zimne ręce i stopy;
- jesteś krótkowidzem.
Jeżeli masz od jednego do trzech podanych wyżej czynników ryzyka, należy badać oczy dwa razy w ciągu roku. Jeśli masz ich więcej, bezzwłocznie skontaktuj się z lekarzem.
(na podst. materiałów PTPJ)
(więcej ,,GB" 11)
|
W gospodarstwie Barbary i Józefa Iwanisików z Jureczkowej wilki w ciągu jednej nocy zagryzły 31 owiec! - Ochrona ochroną, ale wszystko musi mieć swoje granice - mówi hodowca.
Wilczy apetyt
- Hodowlą owiec zajmuję się już od 15 lat. Nieraz się słyszało o atakach wilków, ale to w Rabem czy Lutowiskach. Często z żoną powtarzaliśmy, że dzięki Bogu nie u nas. No i wywołaliśmy wilka z lasu - opowiada rozgoryczony Józef Iwanisik z Jureczkowej.

W nocy z 10 na 11 maja wilki zagryzły 31 owiec z liczącego ok. 120 sztuk stada pana Józefa. Pastwisko Iwanisika znajduje się tuż przy trasie Ustrzyki Dolne-Przemyśl. To kilkunastohektarowy obszar ogrodzony siatką. - Od wiosny nie zaganiamy stada na noc do stajni, bo tam byłoby za gorąco. Owce nocują w zagrodzie za drogą, naprzeciwko domu - mówi Barbara Iwanisik. - Trasa jest ruchliwa, bo prowadzi do przejścia granicznego z Ukrainą. W dodatku dookoła pełno domów. Kto by się spodziewał takiej rzezi w środku wsi? - dodaje.
Niektóre jeszcze żyły
Około 4. nad ranem gospodarzy zaalarmowali pogranicznicy. Patrol zauważył leżące przy drodze martwe owce. - Myślałam, że może wyszły na jezdnię i trzeba je zagonić do zagrody. Kiedy okazało się, że to wilki, nawet nie wychodziłam z domu. Nie chciałam na to patrzeć. Po prostu usiadłam i rozpłakałam się. Poszli mąż z synem - opowiada pani Barbara.
Widok był makabryczny. Porozszarpywane owce leżały na przestrzeni kilku hektarów. Jedną pan Józef odnalazł na podwórku sąsiada. Pozostałe rozwleczone były po potokach, po łąkach.
Niektóre zwierzęta już nie żyły, ale większość była dotkliwie poraniona. Te beczały przeraźliwie. - Trzeba je było dobić. Najbardziej żal mi było tych młodniaczków. Najgorzej ich było żal. Wilki wybrały sobie najładniejsze sztuki:15 owiec-matek, w tym dwie kotne i dużo jagniątek - mówi zrezygnowany hodowca.
Obserwują i czekają
Szacowanie spustoszenia jakiego dokonały trwało cały dzień. Na miejsce przybyli: lekarz weterynarii z Ustrzyk Dolnych oraz przedstawiciele Straży Łowieckiej. Zdaniem myśliwych wilki nie zabijały z głodu, gdyż tylko dwie owce były doszczętnie zjedzone. Prawdopodobnie wadera uczyła swoje młode polować. - To niemożliwe, żeby jedna samica tak zdziesiątkowała stado. Musiało ich być więcej. Może nawet cała wataha - przypuszcza pan Józef.
Iwanisikowie wolą już nie ryzykować. Owce pasą się tuż przy domu, a na noc zaganiane są do owczarni. Hodowca martwi się jednak, że w pomieszczeniu jest za gorąco i zwierzęta mogłyby się podusić. - Chyba trzeba będzie szyby powybijać, bo co zrobić? Nie będę przecież co noc czuwał, a tu wszystko jeszcze czuć baranami - dodaje J. Iwanisik. - Wilki mogą mieć tu legowisko. Może cały czas obserwują i tylko czekają.
Żyjemy w strachu
Gospodarz obawia się kolejnych wilczych ataków. To jedyne tak liczne stado w okolicy, dlatego też jest szczególnie zagrożone. - My teraz w strachu żyjemy. Nikt tu nie chodzi ani na grzyby, ani na polowania. Wilki czują się pewnie, rozpanoszyły się i podchodzą coraz bliżej - stwierdza. - Ochrona ochroną, ale wszystko musi mieć swoje granice. Trzeba to jakoś kontrolować. Mniej bym się dziwił, gdybym miał pastwisko gdzieś daleko pod lasem, ale żeby tak blisko drogi, tuż pod domem?! To się nie mieści w głowie.
Wilczy apetyt rośnie. Przypadek z Jureczkowej nie jest pierwszy i zapewne nie ostatni, a spór między ekologami i hodowcami trwa. Problem w tym, żeby wilk był syty i owca cała, ale na to najwidoczniej trzeba jeszcze poczekać.
Tekst i zdjęcia: Joanna Piekarska i Katarzyna Podolak
(więcej ,,GB" 10)
|
Lubi ludzi i ,,lifta"
Dla dziesięciorga młodych mieszkańców Ustrzyk Dolnych i jednego psa ten niedzielny wypad pod Rajskie stał się przeżyciem. Najpierw groźnym, a potem sympatycznym. A wszystko za sprawą młodego żubra.

- Siedzieliśmy przy ognisku - opowiada Mateusz. - Kuba, który stał dalej z synkiem Kacprem, zaczął nas wołać, a potem krzyczeć, żebyśmy uciekali. Okazało się, że zbliża się żubr. Uciekliśmy do bliższego auta. Siedem osób i pies zamknęło się w środku, a trzy... w bagażniku.
Żubr wszedł na polankę. Zbliżył się do koca, na którym było jedzenie i napoje. Obwąchał wszystko. Przewrócił sobie pyskiem litrowego jabłkowego lifta i... wypił go. Później zaczął gryźć pozostawioną na trawie koszulę Kamila.
- Próbowaliśmy go odstraszyć. Wcale się nie bał i ani myślał odejść. Zaczęliśmy powoli wychodzić. Żubr okazał się przyjazny - mówi Marcin. - Stał obok, a my graliśmy w zośkę. Dawaliśmy mu trawę. Jadł z ręki.
Przyszła pora odjazdu. Młody żubr nie chciał rozstawać się z ludźmi. Biegł za autami. Marcin jechał z przodu i ostrzegał napotkane osoby, że nadchodzi żubr. Niektórzy nie wierzyli, inni się chowali. Potem jechało drugie auto, a za nim pędził żubr. Wtedy uciekały też niedowiarki.
- Dojechaliśmy do domków letniskowych w Rajskiem - kontynuuje Jacek. - Tam wpuściliśmy żubra do ogródka przy jednym z domków. Jego mieszkańcy obiecali, że powiadomią straż leśną albo BdPN.
Później okazało się, że ów przyjazny żubr to niedawno wypuszczony na wolność Pubal. Rok temu po powodzi został uratowany przez leśników i był pod ich opieką. Jest ufny wobec ludzi. Ale jego dotychczasowi opiekunowie liczą, że z czasem jednak zdziczeje.
t. s.
Fot. Żubr zbliżył się do koca...
Fot. M. Ciślik
(więcej ,,GB" 9)
|
Wilgoć mamy okropną
,,Kiedy na ustrzyckim dworcu pasażerowie – krajowcy i obcokrajowcy - wysiadają z pociągu lub autobusu, to jednym z pierwszych budynków, jakie widzą, jest kamienica w sąsiedztwie stacji. Wrażenie, jakie sprawia nie jest – mówiąc bardzo delikatnie – najlepsze”.

Tak zaczynał się materiał ,,Kolej na szybki remont” w ,,GB” nr 1/2006. Pisaliśmy w nim, że budynek przy ul. Dworcowej 11 ,,wymaga pilnego i gruntownego remontu”, bo ,,teraz należy do najbardziej zaniedbanych domów w mieście”. Okazuje się jednak, że budynek nie tylko fatalnie wygląda...
Winien ogródek?
- Wilgoć mamy okropną – mówi jedna z mieszkanek przydworcowej kamienicy. - Zwracałam się PKP z prośbą o zaradzenie temu. Pisałam do Krakowa, tam gdzie płacimy czynsz. Rok minął i nie mam żadnej odpowiedzi. Był tu administrator z ramienia PKP, z Zagórza. Powiedział, że wilgoć to wina ogródka.
W jej mieszkaniu niemal wszystkie pomieszczenia są zawilgocone. Najgorzej jest w kuchni i w pokoju od strony północnej. W kuchni ściany, szczególnie narożniki, są nie tylko zamoknięte, ale pokrywa je czarny ,,meszek”. Prawie przez całą zimę nie można też było korzystać z ubikacji. W czasie mrozów ściany przemarzły i rury pozamarzały. - Niby mieliśmy klozet, ale go nie było – mówi lokatorka mieszkania.
Woda w piwnicy
Fundamenty nasiąknięte są wodą, która przecieka przez nie do piwnic. W piwnicach w czasie roztopów codziennie tworzą się kałuże. Czasami, żeby je choć na chwilę zlikwidować, trzeba wynieść kilkanaście wiader wody.
- Jak jest odwilż albo mocne deszcze, to woda się leje po ścianach piwnicy strużkami – opowiada mieszkanka zapomnianego przez PKP budynku. - Od dwóch tygodni codziennie wynosi się z piwnicy co najmniej po kilka wiader wody. Jak nie ma roztopów, to i tak ściany są ciągle mokre, nasiąknięte wodą.
W sąsiedniej piwnicy jest podobnie. – Niedawno kupiłam węgiel, dlatego wydaje się, że tej wody jest niewiele – mówi jej właścicielka. – Jak się bierze węgiel, to z szufli się leje.
I jest, jak jest
Próby zmiany tego stanu przez samych mieszkańców niewiele dają. Narażają ich jedynie na wydatki...
- W 2001 r. zrobiłam kapitalny remont mieszkania na swój koszt. Nie było na co czekać, bo tynki wewnątrz już odpadały. Fachowcy skuli je do samej cegły. Cegły były nasiąknięte wodą. Nasączyli je jakimiś specjalnymi środkami, które miały zapobiegać wilgoci. Majster, który to robił, od razu mówił, że to chyba niewiele da, bo potrzebne jest porządne odwodnienie budynku i jego dobra izolacja – mówi właścicielka mieszkania.
I rzeczywiście. Majster miał rację. Wkrótce ściany znów nasiąkły i plamy wilgoci robiły się coraz większe. Na niedawno pomalowanych ścianach na powrót pojawiły się ciemne, prawie czarne plamy.
- W kuchni na podłodze wymieniłam płyty. Teraz już nasiąkły wodą. Niedługo zgniją. Ściany próbujemy zmywać. Ale za chwilę to świństwo wychodzi. Na jesieni psikaliśmy ściany specjalnym płynem. Nic to nie dało i jest, jak jest.
Wkrótce remont?
O konieczności remontu budynku przy ul. Dworcowej 11 ustrzycki burmistrz od kilku lat przekonuje jego właściciela. Korespondencja w tej sprawie pomiędzy Urzędem Miejskim a PKP to już spory plik. Niedawno pojawił się cień nadziei.
Oddział Nieruchomości PKP S.A. Zakład w Krakowie w piśmie z grudnia 2005 r. zadeklarował ,,pozytywne rozpatrzenie możliwości przeprowadzenia prac remontowo-estetyzacyjnych” i ,,ujęcie realizacji tego przedsięwzięcia w planie robót na rok 2006/2007”.
- Ten remont jest bardzo potrzebny – mówi lokatorka zawilgoconego mieszkania. - Syn ma astmę. Nie może żyć w takiej wilgoci. Boję się o wnuki. Dla nich też nie jest to dobre.
T. S.
Fot. Remont i malowanie niewiele pomogły. Ściany znów wyglądają tak, jak przed remontem
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 8)
|
A po burzy spokój
Dwie rady powiatowe tego samego dnia w tej samej sprawie podjęły niemal identyczne uchwały. Radni powiatowi bieszczadzcy i lescy jeszcze nigdy nie byli tak jednomyślni. Nawet wówczas, gdy stanowili jedną radę jednego wielkiego powiatu bieszczadzkiego.

Obie rady powiatów – leska i bieszczadzka – 28 marca przyjęły uchwały na temat wprowadzenia, a właściwie utrzymania zakazu używania jednostek pływających o napędzie spalinowym na wodach Zalewu Solińskiego. Leska uchwała obejmuje również Zalew Myczkowiecki.
Wicestarosta leski Stanisław Szelążek zapowiadał, że ,,zanim lody stopnieją, ta sprawa już będzie do końca uregulowana” i że – wg niego - ,,nadal będzie obowiązywać zakaz pływania po zalewie motorówkami z wyjątkiem wyjątków”. Również starościna bieszczadzka Ewa Sudoł uważała, że ,,należy utrzymać dotychczasowe zasady i nie powinno się wpuszczać motorówek na zalew”.
Uchwały obu rad powiatowych są zgodne z tymi zapowiedziami. Nadal ,,Solina” pozostaje strefą ciszy i obowiązuje całoroczny zakaz pływania po zalewie łodziami motorowymi. Zakaz ten nie obejmuje policji, straży pożarnej, straży rybackiej, wodnych służb ratowniczych, służb ochrony środowiska i inspekcji sanitarnej pod warunkiem, że wykonują one czynności służbowe.
Radni powiatu leskiego przychylili się do sugestii gminy Solina i zastrzegli, że woprowcy będą mogli pływać motorówkami wyłącznie w godz. 6.00-22.00. Korzystanie przez nich z motorówek w czasie ciszy nocnej będzie dopuszczalne jedynie w przypadku ich udziału w akcjach ratowniczych.
Na ,,leskich wodach terytorialnych” służby ochrony środowiska, a także jednostki używane przez naukowców w czasie prac badawczych będą musiały każdorazowo uzyskiwać w starostwie zgodę na pływanie. Z motorówek mogą też korzystać właściciele zarejestrowanych wypożyczalni sprzętu wodnego, które mają powyżej 25 jednostek pływających (jedna motorówka na wypożyczalnię).
Spod zakazu wyłączone zostały statki żeglugi pasażerskiej. Wszystkie statki i łodzie motorowe mają być napędzane silnikami wyprodukowanymi po 1990 r. Zezwolenia na ich używanie wygasają z końcem 2006 r. Od 2007 r. jednostki ,,cywilne” muszą przejść na silniki o napędzie elektrycznym.
- Za tymi zakazami i ograniczeniami przemawia przede wszystkim konieczność ochrony krajobrazu, roślin i zwierząt – wyjaśnia E. Sudoł. – Poza tym na terenach rekreacyjno-wypoczynkowych bardziej atrakcyjna od huku silników jest względna cisza. Na wypoczynek przyjeżdżają tu głównie ludzie z wielkich miast, którzy mają dość zgiełku na co dzień. Uważam, że przyjęta przez nas uchwała godzi potrzebę ochrony przyrody z interesem ludzi korzystających w różny sposób z wód Zalewu Solińskiego i z jego otoczenia.
t. s.
Fot. Zgodnie z zapowiedziami nowe regulacje zostały przyjęte, zanim lody na zalewie puściły
Fot. A. Bujalski
(więcej ,,GB" 7)
|
Burza w szklance wody?
Gdyby dzisiaj ktoś chciał sobie popływać po Zalewie Solińskim skuterem wodnym czy ślizgaczem, miałby do tego pełne prawo. Rozporządzenie wojewody, które ustanawiało zalew strefą ciszy, przestało obowiązywać. A nowej regulacji na razie nie ma...

Nim spłyną lody
- Obawiamy się, że strefy ciszy na Solinie nie będzie - mówi Andrzej Partyka z Polańczyka. - Jak tu wpuszczą motorówki i skutery wodne, to będzie nieciekawie. Naszym atutem jest spokój i dzikość, a nie Mc Donald i ryk silników.
- Mam niewielką działkę z dostępem do brzegu zalewu - mówi jeden z mieszkańców Wołkowyi. - Jestem przeciw wpuszczeniu na wodę motorówek. Ale mój sąsiad nie ukrywa, że jest zainteresowany tym, żeby mogły tu pływać.
- Rozporządzenie wojewody rzeczywiście straciło moc prawną - stwierdza wicestarosta leski Stanisław Szelążek. - Ale na razie jezioro jest skute lodem i nikt na nim nie może pływać. Myślę, że jak lody stopnieją, to ta sprawa już będzie do końca uregulowana.
Gminy są przeciw
Jezioro Solińskie leży na obszarze trzech gmin: Solina, Czarna i Ustrzyki Dolne. Dlatego samorządy gminne określają swoje stanowiska w sprawie być albo nie być strefy ciszy nad zalewem...
- Zdecydowanie jestem przeciw jej wyeliminowaniu. Wielu turystów przyjeżdża w Bieszczady po to, żeby tu wypocząć w spokoju - mówi Henryk Sułuja, burmistrz ustrzycki. - Nasza gmina ma ujęcie wody pitnej na Jeziorze Solińskim. Udostępnienie zalewu dla motorówek, skuterów wodnych itp. wpłynęłoby negatywnie na czystość tych wód. Nie wspomnę już o negatywnym wpływie na florę i faunę jeziora i jego otoczenia.
Również gmina Solina jest przeciw motorówkom na zalewie. Swoje stanowisko w tej sprawie Rada Gminy Solina przekazała już do Rady Powiatu w Lesku.
- Myślę, że rady obydwu powiatów nie zniosą obostrzeń, które były zawarte w rozporządzeniu Wojewody Podkarpackiego - oświadcza wójt soliński Zbigniew Sawiński. - Naszym zdaniem celowe byłoby nawet zaostrzenie tych zasad poprzez np. całkowity zakaz (z wyłączeniem policji) pływania motorówkami w godzinach nocnych (od godz. 22.00 wieczorem do godz.6.00 rano) czy bezwzględny nakaz używania paliwa ekologicznego lub silników elektrycznych.
Na rewolucję się nie zanosi
Ostatecznie o tym, czy Zalew Soliński pozostanie strefą ciszy, czy też zostanie ona zniesiona, będą decydować starostowie powiatów leskiego i bieszczadzkiego. Rady obydwu powiatów w najbliższym czasie mają przyjąć w tej sprawie stosowne uchwały. Jakie będzie ich stanowisko?
- Na razie nasza rada nie podjęła jeszcze decyzji - informuje starościna bieszczadzka Ewa Sudoł. - Zdaniem moim i pracowników Wydziału Ochrony Środowiska należy utrzymać dotychczasowe zasady. Nie należy wpuszczać motorówek nie tylko z powodu hałasu, ale i dlatego, że Zalew Soliński jest źródłem wody pitnej dla wielu mieszkańców naszego regionu.
- Na dziś nie ma jeszcze uchwały Rady Powiatu. Myślę, że zostanie ona podjęta na sesji 28 marca - mówi wicestarosta leski Stanisław Szelążek. - Owszem, jest silny nacisk, ale przeciw wpuszczeniu motorówek na jezioro. Dziennie mamy po 2-3 protesty w tej sprawie. Moim zdaniem rozporządzenie wojewody będzie utrzymane, czyli nadal będzie obowiązywać zakaz pływania po zalewie motorówkami z wyjątkiem wyjątków. Nie sądzę, żeby tutaj była jakaś rewolucja. Obawy wędkarzy, żeglarzy, pływaków czy kajakarzy są chyba trochę na wyrost.
T. Szewczyk
Fot. Na razie wody zalewu są skute lodem i nikt na nich nie może pływać. Co będzie, jak lody stopnieją?
Fot. A. Bujalski
(więcej ,,GB" 6)
|
Nie ma powodów do paniki
Dotarcie ptasiej grypy to Polski jest tylko kwestią czasu. Najprawdopodobniej ona już u nas jest, tylko do tej pory tego nie stwierdzono. Czy jest także w Bieszczadach? Na razie nikt tego nie może potwierdzić. Również nikt nie może temu zaprzeczyć.

Późną jesienią i w czasie zimy w dość krótkich odstępach czasu pojawiały się komunikaty o obecności ptasiej grypy w kolejnych krajach europejskich. Stwierdzono ją m.in. w Rosji, Ukrainie, Turcji, Serbii, Rumunii, Grecji, Francji, Szwecji, Bośni, Słowenii, Austrii, na Węgrzech, Słowacji i w Niemczech. Martwe łabędzie w Niemczech znaleziono w połowie lutego w pobliżu Schwedt, zaledwie 10 km od granicy z Polską.
Już zapukała
Kiedy stwierdzono u padłych w Niemczech łabędzi wirusa H5N1, wiadomo było, że ptasia grypa już do nas zapukała...
Polska nie jest przykrytą szczelną kopułą enklawą. Nad naszym krajem krzyżują się trasy przelotu wielu dzikich ptaków. Ptasia grypa może dotrzeć do nas z każdego kierunku. Równie dobrze mogą ją przynieść dzikie kaczki, gęsi czy łabędzie, jak i bociany. A czas wiosennych przylotów i przelotów właśnie się na dobre rozpoczął...
- Jak będzie się rozwijała sytuacja? Nikt tego nie wie. Przypuszczam, że jeśli w naszym kraju wystąpi ptasia grypa, to w pierwszej kolejności stanie się to w północno-zachodniej Polsce. Tam są duże skupiska ptactwa dzikiego i tam też w niewielkiej odległości od naszej granicy stwierdzono już ogniska tej choroby wśród ptaków – mówi powiatowy lekarz weterynarii dla powiatu bieszczadzkiego Józef Amarowicz. - Na dzień dzisiejszy (28 lutego) w Polsce nie stwierdzono obecności tego wirusa. To nie znaczy, że go nie ma.
Czy będzie groźna?
Powszechnie uważa się, że to tylko kwestia czasu, kiedy ptasia grypa do nas dotrze. Czy będzie groźna? Zależy to przede wszystkim od tego, jak się na jej przyjęcie przygotujemy i jak będziemy się zachowywać, kiedy już się pojawi.
Najważniejsze zasady postępowania zawiera rozporządzenie ministra rolnictwa i rozwoju wsi z 17 lutego 2006 r. Nie jest tak restrykcyjne jak to, które obowiązywało jesienią. Nie straszy się w nim grzywnami ani mandatami za złamanie nakazu trzymania drobiu pod kluczem. Teraz można go nawet wypuszczać na zewnątrz. Musi jednak przebywać na ogrodzonym terenie, gdzie nie będzie miał kontaktu z dzikim ptactwem. Zakazany jest handel drobiem na placach targowych. Nie wolno też organizować wystaw ptaków.
Rolnicy muszą być świadomi zagrożenia i muszą zachować zalecone środki bezpieczeństwa. Jednak trzymanie drobiu w zamkniętych pomieszczeniach to jeszcze nie wszystko. W przypadku stwierdzenia w gospodarstwie ptasiej grypy, wszystkie ptaki muszą być natychmiast wybite. Będą uśmiercane tlenkiem lub dwutlenkiem węgla i spalane.
- Uważam, że w naszym powiecie w razie czego powinniśmy sobie dać radę – uspokaja J. Amarowicz.
Bez paniki
Fachowcy podkreślają, że ptasia grypa jest chorobą zwierząt a nie ludzi. Oczywiście, trzeba zachować zalecane środki ostrożności (patrz obok) i informować o znalezieniu martwych ptaków odpowiednie służby.
- Nie ma powodów do paniki – stwierdza J. Amarowicz. - Zarażenie się ptasią grypą bezpośrednio od ptaków jest trudne. Mało prawdopodobne jest, aby doszło do niego przy naszych nawykach higienicznych. Nie ma też powodów, by rezygnować z jedzenia drobiu.
T. S.
Już po zamknięciu tego numeru ,,GB” rano 5 marca telewizja TVN24 poinformowała, że znaleziony w Toruniu martwy łabędź był zarażony wirusem ptasiej grypy H5. Nie wiadomo było jeszcze, czy była to groźna dla człowieka odmiana N1.
Fot. Te sympatyczne kaczki, które zimowały na Strwiążu, wyglądały na zdrowe
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 5)
|
WILCZY APETYT
- Trzy dni przed zagryzieniem Reksia patrzyłam z wnuczkiem przez okno - opowiada Teresa Dwornicka z Jałowego. - Po drugiej stronie drogi na pagórku siedziało wilczysko. Chyba sobie pooglądał teren i potem przyszedł po naszego psa.

W czasie tegorocznej zimy wilki rozsmakowały się w psach. Wiadomości o zagryzieniu psów przez wilki docierają z różnych części Bieszczadów. Jeszcze nigdy do tej pory od wilczych kłów nie zginęło tyle psów. Dołączyły do nich psy - ponad 10 - z Jałowego i - będącego od kilku lat częścią Ustrzyk Dolnych - Jasienia. Większość została zagryziona w styczniu.
Nie wiadomo, co im się stało
- Najpierw wilki zabrały mi suczkę Niunię. Miała mieć małe. Rozdarły ją i zjadły. Łono zostało. Były w nim trzy małe. Małe później zostały wybrane z łożyska przez kruki - opowiada Kazimierz Ślączka. - W jakiś czas po Niuni wilki zjadły mi Bolka. To był piękny pies, krasy. Że on się dał złapać, to się dziwię, bo tak szybko biegał.
Po Bolku na polu sąsiada K. Ślączki zostało jedynie trochę kłaków i ogon. Ogon Bolek miał kudłaty, pewnie dlatego wilkom nie posmakował. - Skurczysyny - mówi o wilkach pan Kazimierz - aż pod sam dom mi podchodziły. Teraz jak ofladrowałem, to już nie przyłażą.
Dwa psy straciła w takich samych okolicznościach, mieszkająca kilkadziesiąt metrów od Ślączki, Danuta Sadkowska: - W styczniu wilki zżarły nam Lolka. Wcześniej porwały Rudego. Psy biegały koło domu. Sąsiad słyszał w nocy, że wilki grasowały, wstawał i wychodził na podwórko. Następnego dnia znalazł tylko sierść po Lolku. Wcześniej nigdy wilki pod nasz dom nie podchodziły. A w tym roku nie wiadomo, co im się stało...
Już się nie pobawi
Wiktor Domaradzki z Jałowego wygrzebuje spod śniegu błyszczący łańcuszek: - Do tego łańcucha była przywiązana Diana. Wilki urwały łańcuch i ją zabrały. Diana była siedmiomiesięcznym dalmatyńczykiem. Synowa Bronisława i Krystyny Domaradzkich kupiła ją u hodowców pod Krosnem. Była ozdobą gospodarstwa i ulubienicą dzieci. Bardzo lubiła się z nimi bawić.
- Słyszałam, jak zapiszczała w nocy z 21 na 22 stycznia. Pewnie wtedy ją złapał. Ona była młoda. Na noc ją się przywiązywało, żeby gdzieś na wieś nie poszła - opowiada pani Krystyna. - Urwis, nasz drugi pies, tak się wystraszył, że wygryzł dziurę w drzwiach do kotłowni i tam się schował.
- Rano ojciec mówi, że nie ma Diany - kontynuuje Wiktor Domaradzki. - Koło budy były plamy krwi. Łańcuszek urwany. Były ślady wilków. Poszliśmy po tych śladach. Za potokiem na śniegu krew. Dalej jeszcze co 20-30 m widać było krew. Co to dla niego taki dalmatyńczyk. On go za jednym razem kłapnął.
Włosy mi się zjeżyły
W następną noc - z 22 na 23 stycznia - wilki zawitały u Józefy i Michała Pączków. Ich gospodarstwo leży w samym środku Jałowego, kilkadziesiąt metrów od skrzyżowania drogi Ustrzyki D.-Czarna z drogą do Bandrowa. Od domostwa Domaradzkich dzieli ich ze 300 m.
- Nawet nie było nic słychać. Rano nie było przy budzie ani psa, ani łańcucha. Myśleliśmy, że się urwał - relacjonuje pani Józefa. - Poszłam koło stajni. Wtedy zobaczyłam ślady wilka. Włosy mi się na głowie zjeżyły. Już wcześniej jeden pies nam zginął bez śladu. Teraz drugi. Przy budzie było widać, że była szarpanina.
Jakieś 30 m za stodołą...
Fot. - Do tego łańcuszka była przywiązana Diana - mówi Wiktor Domaradzki
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 4)
|
,,Harnaś" się spalił
We środę 25 stycznia o godz. 23.35 Michał M. zgłosił telefonicznie ustrzyckiej KP PSP, że pali się budynek stacji narciarskiej ,,Gromadzyń". Jego kolega Szymon D. w tym czasie pobiegł wynosić sprzęt narciarski z pomieszczeń wypożyczalni. - Gdyby nie te kraty w oknach, to pewnie udałoby się uratować więcej - mówi.

W PSP natychmiast zadysponowano wyjazd trzech zastępów gaśniczych. Były na miejscu po 3 minutach. W tym czasie pożarem - jak mówią strażacy - była już objęta cała konstrukcja dachu. Na miejsce skierowano jeszcze dodatkowe siły z jednostek OSP w Łodynie i Jasieniu. Przyjechały też dwa samochody z OSP Czarna.
Paliło się jak cholera
Płonął budynek, od którego historia wyciągów na stokach Gromadzynia właściwie się zaczęła. To tutaj mieściła się ,,maszynownia" legendarnego ,,Harnasia" - pierwszego wyciągu orczykowego nie tylko w Ustrzykach, ale i w całych Bieszczadach. Od jakiegoś czasu - oprócz dawnej ,,maszynowni" - mieściły się w nim wypożyczalnia sprzętu narciarskiego i niewielki barek z kominkiem.
Dach na całości był kryty gontem, który prawdopodobnie był konserwowany ropą, bo - jak to ujął jeden z uczestniczących w akcji strażaków - ,,palił się jak cholera". Wewnątrz budynku we wszystkich pomieszczeniach nie brakowało łatwopalnych mebli czy elementów wyposażenia. W środku były też dwie butle z gazem. Jedną strażacy wynieśli. Druga wybuchła, co dodatkowo spotęgowało ogień.
Kpt. Przemysław Kruk z ustrzyckiej KP PSP: - Prowadzenie akcji utrudniał silny mróz, ok. - 20 st. C. Mieliśmy kłopoty z poborem wody z pobliskiego stawu i z jej podawaniem. Na stawie była pokrywa lodowa grubości ponad 0,5 m. Poza tym kawałki lodu, nawet niewielkie, blokują prądownice i utrudniają podawanie skutecznego strumienia wody.
Nie było czym oddychać
Przemysław Szukalski - współwłaściciel wypożyczalni sprzętu narciarskiego: Przyjechałem ok. 2 minut po strażakach. Zaraz po przyjeździe wskoczyłem do pomieszczenia wypożyczalni. Sufit już się palił. Wewnątrz było bardzo dużo dymu. Nie dało się już oddychać. Wybiegając stamtąd, złapałem jeszcze sprzęt, który stał przy drzwiach.
Ogień rozprzestrzenił się bardzo szybko. Jego jęzory strzelały wysoko w górę. - Od nas koło północy widać było łunę nad wyciągiem - mówi jedna z mieszkanek osiedla PCK.
Pęknięta lina i gwoździe
Wojciech Szott - rzecznik prasowy stacji narciarskich ,,Laworta" i ,,Gromadzyń": Głównie dzięki poświęceniu pracowników część sprzętu z wypożyczalni udało się uratować. Straty wg wstępnych szacunków wynoszą ok. 150 tys. zł. Budynek nie był ubezpieczony. Jeden z pracowników cudem uniknął śmierci. Pęknięta lina przeleciała mu tuż koło głowy.
W sumie w gaszeniu pożaru brało udział 26 strażaków. Na miejscu było siedem wozów gaśniczych. Akcja ratowniczo-gaśnicza trwała ponad 4 godziny. Ale jeszcze rankiem nad spalonym budynkiem unosiły się smużki dymu. Jeszcze coś się tliło, dopalało...
Fot. Wypożyczalnia spaliła się całkowicie,
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 3)
|
Dwie strony socjalu
- Jak przychodzą roztopy, jak spadnie deszcz, to całe mieszkanie jest zalane. Mury są przesiąknięte wodą. Wszystko mokre, pleśnieje - żali się Marta Łusik. Wraz z sześcioma innymi rodzinami trafiła ona w 2005 r. do budynku socjalnego w Liskowatem.

Rodzina Łusików składa się z sześciu osób. Rodzice i czwórka dzieci. Kamila ma 8 lat, Edytka - 6 lat, Kacper - 4 lata, a najmłodszy chłopiec - 5 miesięcy. Obie dziewczynki mają astmę. - Przedtem mieszkaliśmy w bloku w Trzciańcu. Tam też było zawilgocone. Tam obie zachorowały - mówi M. Łusik. Kacper jest alergikiem. Niemowlak ma właśnie zapalenie oskrzeli i dostaje antybiotyki. - Podejrzewam, że to z tej wilgoci - dodaje.
Nie ma luksusów
W liskowackim socjalu nie ma luksusów. Korytarz sprawia przygnębiające wrażenie. Ściany odrapane, schody zniszczone. Na piętrze w korytarzu leży gruz. Nad nim w powale widoczna spora dziura.
- Tu trzeba przeprowadzić porządny remont, ocieplić ściany i wymienić dach. To nic nie da, że jak ktoś zgłosi, że cieknie, to przyjadą z PGM, przykręcą kawałek blachy i uważają, że sprawa załatwiona - dodaje M. Łusik.
Budynek to dawna szkoła. Przystosowano go na mieszkania socjalne. Adaptacja - jak mówią mieszkańcy polegała na pomalowaniu ścian i podłóg. - Nikt nie patrzył, w jakim stanie te podłogi i ściany były - twierdzą. - Zamalowane i załatwione. Jak się rozpala w piecach, to dymi i czuć czad.
Nie mamy pieniędzy
Łusikowie w kuchni sami postawili piec. Wodę do mieszkania doprowadzili sami. Na własny koszt. - Dostaliśmy dużą halę. Stawiamy ścianki działowe. Na razie to nie jest wykończone - mówią.
Mąż M. Łusik pobiera z opieki społecznej zasiłek stały - 160 zł miesięcznie. Do tego są jeszcze zasiłki rodzinne na dzieci. Od czasu do czasu otrzymują zasiłki okresowe lub celowe z opieki społecznej. - Za to musimy przeżyć, kupować jedzenie, ubrania, leki... - stwierdza M. Łusik. - Nie mamy takich pieniędzy, żeby zrobić solidny remont we własnym zakresie.
W budynku w podobnych warunkach mieszka siedem rodzin. Pięć z dziećmi. Podobno jedna rodzina tylko zwiozła tu meble. Powiedzieli, że tu się nie da mieszkać. Siedzą gdzieś kątem u krewnych.
Socjal to nie nagroda
Barbara Mirecka - dyrektorka Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej w Ustrzykach D., administrującego budynkiem w Liskowatem: - Prawie wszyscy, którzy trafili do lokali socjalnych w Liskowatem, mieli mieszkania z wszystkimi wygodami w Ustrzykach lub w Trzciańcu. Długo nie płacili czynszów, mieli poważne zaległości i zostali eksmitowani albo -widząc, że sobie nie radzą - sami zdecydowali się na przeprowadzkę.
Lokatorzy mieszkań socjalnych narzekają na złe warunki. Nie mówią jednak o tym, ile płacą za te mieszkania. Czynsz miesięczny wynosi kilka złotych. Wszystkie czynsze nie wystarczają nawet na pokrycie kosztów oświetlenia w korytarzu.
Lokal socjalny to nie nagroda. Rzeczywiście nie ma w tym budynku wielu udogodnień. Dajemy takie mieszkania socjalne, jakimi gmina dysponuje. Na remont budynku gmina nie miała wielkich pieniędzy. Poprawiono jednak obróbki blacharskie, uszczelniono dach, doprowadzono wodę do budynku i odnowiono poszczególne lokale. Prace te kosztowały ok. 50 tys. zł. To jest...
Fot. - We wszystkich pomieszczeniach jest wilgoć i dzieci mi od tego chorują - mówi Marta Łusik
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 2)
|
Pensjonat w ruinie
Na ustrzyckim ,,starym pogotowiu" postawiono już krzyżyk. Parę lat temu Bieszczadzka Agencja Rozwoju Regionalnego przymierzała się do jego przejęcia. Po obejrzeniu fachowiec stwierdził: ,,Nie ma co remontować. Ruina! O wiele taniej byłoby wyburzyć i postawić coś od nowa".

Po przenosinach pogotowia ratunkowego jego dotychczasowa siedziba przy ul. Fabrycznej szybko zaczęła się sypać. Nikt się tym budynkiem nie opiekował. Jedno z mieszkań na piętrze na jakiś czas zajął - nie do końca legalnie - ktoś, kogo rodzina wyrzuciła z domu. Potem od czasu do czasu podobno nocowali tu przybysze ze wschodu, którym nie udało się znaleźć innego lokum. Ostatnio przechodzenie w jego pobliżu niosło ,,zagrożenie dla życia lub zdrowia". Do środka wchodzili ci, którym na życiu już specjalnie nie zależy.
Nikt go nie chciał
Formalnie ,,stare pogotowie" stanowiło własność marszałka województwa podkarpackiego. Nie było pomysłu na zagospodarowanie. Nie było forsy na remont. Marszałek próbował je opchnąć na przetargu. Ponoć nawet byli zainteresowani. Tylko do wizji lokalnej. Jak zobaczyli, rezygnowali...
Dopiero na kolejnym przetargu - w grudniu 2004 r. - ,,stare pogotowie" znalazło nabywcę. Kupiło je PHU ,,Skole" z Krakowa. Należy do małżeństwa - Doroty i Ryszarda Kasperczyków. Nowi właściciele postanowili, że z ruiny zrobią... pensjonat.
Skarbów nie było!
- To była tragedia. Strach było chodzić - opowiada kierownik budowy Czesław Darocha. - Balkony pospadały. Dach dziurawy. Spora część konstrukcji dachu przegnita. Ganek frontowy się walił. Piwnice kompletnie zniszczone.
Przy porządkowaniu skarbów żadnych nie znaleziono. Kawałki gazet z różnych okresów, niektóre jeszcze po ukraińsku, kupa śmieci, stare pierzyny, majtki, rajtki, dziurawe garnki, stare graty na strychu... Z wnętrza wywieziono 126 samochodów ciężarowych śmieci i gruzu.
Jak krakowski zabytek
Budynek formalnie nie jest zabytkiem. Ale zgodnie z zaleceniem delegatury Wydziału Ochrony Zabytków w Krośnie przy remoncie należy zachować zewnętrzną formę, sposób krycia dachu oraz podział okien.
Już sporo zrobiono... Pobudowano nowe ławy fundamentowe. Zrobiona została izolacja pozioma. Do tej pory nie było żadnej. Wszystkie ściany w piwnicy zostały oczyszczone, zazbrojone siatką i zalane betonem.
Budynek odwodniono. Zrobiono podwójny drenaż. Z zewnątrz ściany zostaną docieplone wełną mineralną. Stolarka jest prawie gotowa. Z drewna zrobił ją ustrzycki ,,Pamoplast".
Ganek frontowy został odtworzony. Kończy się krycie dachu. Same kosze, same zakamarki, strasznie dużo obróbek blacharskich. Z zewnątrz budynek odkopano, oczyszczono i osuszono. Na koniec zrobiono...
(więcej ,,GB" 1)
|
To wygląda ekstra
- Jak w okresie Wszystkich Świętych poprzyjeżdżali ludzie, którzy długo nie byli w Ustrzykach, mówili, że miasto się niesamowicie zmieniło. Byli zaskoczeni, że tyle udało się zrobić. Największe wrażenie robiła przebudowa parku - mówi jeden z ustrzyckich przedsiębiorców. - Tu trzeba przyjść wieczorem, jak świecą lampy. Wtedy to wygląda ekstra - dodaje Wiesław Ł.

Wiosną tego roku, kiedy strażacy przystąpili do wycinki drzew, reakcje mieszkańców były różne. Część uważała, że wszystko powinno pozostać po staremu. Część twierdziła, że przebudowa parku to dobry pomysł.
Trudna, ale trafna
Teraz wydaje się, że nawet spory odsetek zwolenników starego porządku przekonał się, że centrum Ustrzyk zmienia się na korzyść. Podobno nawet członkowie tzw. egzekutywy parkowej już są ,,za" i czekają, kiedy w przebudowanej części parku staną nowe ławki.
- Przebudowa parku była decyzją trudną - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Miałem świadomość, że działania te spotkają się z krytyką niektórych mieszkańców. Ale dzisiaj mogę powiedzieć, że sporo tych, którzy wyrażali się o tym pomyśle nieprzychylnie, zmieniło zdanie. Była to zatem trafna decyzja.
Prace, które zostały w parku zrobione do tej pory, kosztowały ok. 1 mln zł. Pieniądze te zostały wyłożone z budżetu gminy. Ich wykonawcą jest firma ,,Prohanbud" z Uherzec Mineralnych.
Po wycięciu części drzew i usunięciu karp wykonawca zabrał się do prac związanych z ,,infrastrukturą podziemną". Przebudowano kanalizację deszczową. Przełożono kabel energetyczny i telekomunikacyjny. Pod ziemią zostało zbudowane zasilanie oświetlenia parku oraz doprowadzenie do ujęcia wody.
- To była trudna, droga i najmniej widowiskowa część robót - mówi ustrzycki wiceburmistrz Krzysztof Gąsior. - Przez park idą różne sieci, m.in. ciepłociąg, wodociąg, kanalizacja, które trzeba było sensownie uporządkować.
Wraz z robotami ziemnymi prowadzone były prace przy niwelacji terenu i budowie ciągów komunikacyjnych. Zdjęto nawierzchnię asfaltowa przy południowej pierzei rynku. Dzisiaj jest tu (prawie gotowy) deptak, wyłączony z ruchu pojazdów. W parku wykonano nowe alejki. Zostały one wyłożone kostką brukową ,,nostalit", płytami i kostką granitową.
W listopadzie zasadzone zostały nowe drzewka i krzewy. Na wiosnę powinna już być nowa trawa, a na klombach - kwiaty. O tym, jak to będzie ostatecznie wyglądać, decyduje ogrodnik, czuwający nad tą częścią prac.
W przebudowanej części parku świecą już nowe lampy. Dotarły do Ustrzyk z Włoch w ustalonym terminie.
- Trochę obawialiśmy się, czy nowe lampy spodobają się mieszkańcom. Ale chyba się spodobały - dodaje K. Gąsior.
Byś może nie wszystko to, co zostało zaplanowane na jesień, zostanie zakończone. Ale i tak pogoda w listopadzie, a nawet na początku grudnia była łaskawa dla wykonawcy.
- Gdyby od początku pracowało tu tylu ludzi, co pod koniec, to wszystko byłoby już dawno zakończone i dopieszczone - mówi jeden z ustrzyckich emerytów, spędzających wiele godzin w parku i na co dzień obserwujących postęp prac.
Fot. Ostateczny efekt prac w parku będzie widać dopiero na wiosnę przyszłego roku
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 25)
|
,,Uniprofil" do prokuratury!
Do Prokuratury Rejonowej w Lesku na początku listopada wpłynęło zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Jego autorem jest burmistrz Ustrzyk Dolnych. Doniesienie wynika z tego, że częstochowska spółka ,,Uniprofil" po zaniechaniu produkcji w swojej ustrzyckiej filii i zupełnym zdewastowaniu obiektów wszystko olewa. Obecny ich stan zaś ,,zagraża życiu i zdrowiu osób postronnych".

Jakiś czas temu - jak opowiadał mi jeden z bieszczadzkich przewodników - do Ustrzyk trafiła wycieczka z Zamojskiej Fabryki Mebli. Firma ta kiedyś kooperowała z Przedsiębiorstwem Przemysłu Drzewnego ,,Ustianowa". Wycieczkowicze z Zamościa poprosili, żeby w programie wycieczki znalazło się także to, co pozostało po PPD. Kiedy ich tam zaprowadzono, byli zszokowani tym, co zobaczyli. Szczególnie ruszył ich widok tego, co zostawił po sobie ,,Uniprofil".
Obiecanki-cacanki
W 2003 r. pracownicy ,,Uniprofilu" przez 48 dni i nocy pilnowali zakładu. Wtedy to pod koniec maja dowiedzieli się, że ,,Częstochowa" likwiduje ich filię, że mogą iść na trawę, bo są deficytowi. Wcześniej w jednej z gazet poczytali sobie, że są ,,niesprawni manualnie", że nie umieją pracować. Zaczęto im dorabiać gębę nierobów, pijaków i złodziei.
A jeszcze parę miesięcy wcześniej zapewniano, że przyszłość przed nimi świetlana. Miał być całkiem zmodernizowany park maszynowy. Miała ruszyć produkcja nowych wyrobów. Miało wzrosnąć zatrudnienie. Mówiło się, że załoga wkrótce będzie liczyć 300 osób. Donosiła o tym jedna z lokalnych gazetek.
Na ten numer ze świetlaną przyszłością dał się nawet nabrać ówczesny burmistrz ustrzycki. Uwierzył zapewnieniom prezesa ,,Uniprofilu", że wszystko będzie cacy, jak tylko pozwoli się firmie złapać oddech. ,,Złapanie oddechu" miało nastąpić po umorzeniu przez ustrzycką gminę ,,Uniprofilowi" zaległości podatkowych. I w imię tej pięknej przeszłości umorzono ,,Uniprofilowi" jakieś 1 mln 200 tys. zł.
Złodzieje i kombinatorzy
,,Uniprofil" żadnej z przedumorzeniowych obiecanek nie spełnił. Wręcz przeciwnie. Załoga była sukcesywnie zwalniana. Produkcję coraz bardziej ograniczano. Z czasem doszło nawet do odcięcia wody i prądu. Pozostałym jeszcze w firmie ok. 50 pracownikom zaprzestano zaś wypłacania wynagrodzeń za świadczoną pracę.
Zaczęło się szabrowanie wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Demontowano i sprzedawano na złom wszystkie maszyny i urządzenia. Te, które nie mieściły się w drzwiach, wydzierano z hal przez ściany. Podczas demontażu kilkupiętrowej prasy wybuchł groźny pożar. Pożar ugaszono, prasę rozebrano i spieniężono. Pocięto na kawałki nawet szyny z kolejowej bocznicy i wywieziono je na złom. Wydarto też podkłady kolejowe i je opylono. Podobnie stało się z płytami betonowymi, które utwardzały plac przed halami.
Ostatnie maszyny, resztki surowca i gotowych wyrobów wywieziono w lipcu 2003 r. pod osłoną ochroniarzy i... policji. Tak skończyła się burzliwa historia Zakładu Pracy Chronionej ,,Uniprofil". Tak zakończył się też pewnie jeden z najdłuższych w Polsce protestów robotniczych.
Ludziom nie udało się uratować firmy. Ale odzyskali przynajmniej część należnych im pieniędzy. Obronili też swoje dobre imię. Udowodnili, że to nie oni byli złodziejami i kombinatorami. Złodziejami i kombinatorami okazali się ci, którzy uważali się za biznesmenów, prezesów, kierowników...
Jeden z mniejszych uniprofilowych złodziei uznany został za winnego we wrześniu 2004 r. po procesie w II Wydziale Karnym Sądu Rejonowego w Lesku. Skazano go na 1,5 roku pozbawienia wolności...
Fot. Ogromna dziura wypełniona jest czarną mazią
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 24)
|
Co z ,,zielonym rynkiem"?
Ustrzycki bazar nie uchodzi za wizytówkę miasta. Już dość dawno pojawiały się pomysły jego przeniesienia. Do tej pory się tylko o tym mówiło. Teraz przychodzi czas na decyzje. Jednak pomysłu przenosin ,,zielonego rynku" nie aprobuje większość zainstalowanych na nim handlowców.

Przebudowa centrum
Obecnie opracowywany jest projekt zagospodarowania centrum Ustrzyk Dolnych. Zajmuje się tym arch. Jacek Mermon z Przemyśla. To on jest autorem projektu przebudowy ustrzyckiego rynku i projektantem zabudowy planowanej przy ul. Wyzwolenia i ul. Szkolnej.
- W nowym projekcie centrum mają być m.in. określone funkcje poszczególnych jego części i ich zabudowa oraz ma być uporządkowany ruch pojazdów - wyjaśnia ustrzycki wiceburmistrz Krzysztof Gąsior. - Obejmowałby on ul. Rynek, ul. Korczaka, ul. Szkolną, ul. Wyzwolenia i ul. Bełską. Uwzględniałby także obecny ,,zielony rynek".
Bulwar nad Strwiążem
Wg koncepcji przedstawionej przez projektanta priorytetem byłoby odsłonięcie Strwiąża. Nad jego brzegami miałby powstać bulwar. Ciągnąłby się od budynku starostwa do parku ,,Pod Dębami". Bulwar miałby stanowić miejsce spacerów, truchtania i wypoczynku dla mieszkańców i dla turystów.
Oczywiście, jego budowa wiązałyby się z oczyszczeniem koryta rzeki i stałą dbałością o jego właściwy stan. Wiązałoby się to także z koniecznością zmiany nastawienia mieszkańców do Strwiąża. Obecnie dla wielu z nich rzeka jest miejscem, do którego trafia wszystko, co niepotrzebne.
W prace nad projektem zostanie zaangażowana Komisja Zagospodarowania Przestrzennego i Ochrony Środowiska Rady Miejskiej oraz powołana przez burmistrza komisja urbanistyczna.
,,Odsłonięcie Strwiąża" wymagałoby przeniesienia wszystkich sklepików i straganów z ,,zielonego rynku" w inne miejsce. Obecnie ,,zielony rynek" od frontu nie wygląda najciekawiej. Od tyłu widok jest jeszcze gorszy.
Chcemy zostać
Propozycja projektanta nie spodobała się większości ludzi, którzy żyją z ,,zielonego rynku". Mają tu swoje sklepiki, budki czy stragany i utrzymują się z handlu. Mówią, że każda nowa lokalizacja to dla nich duże koszty. Koszty te przekraczają ich możliwości finansowe i - w ich ocenie - są niepotrzebne.
- Nie mamy pieniędzy na przenosiny ani tym bardziej na budowę nowych sklepów - mówi jeden z handlowców. - Chcemy zostać tu, gdzie jesteśmy.
Przedstawiciele ,,zielonego rynku" 24 października spotkali się z J. Mermonem. Mieli okazję wyłuszczyć mu wszystkie swoje argumenty...
Fot. Trwa dyskusja nad przyszłością ustrzyckiego ,,zielonego rynku"
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 23)
|
Od wykrycia malwersacji w ustrzyckim PGM wkrótce miną dwa lata i wreszcie...
Sprawa jest w sądzie
Niedługo miną dwa lata od zawiadomienia wymiaru sprawiedliwości o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w Przedsiębiorstwie Gospodarki Mieszkaniowej w Ustrzykach Dolnych. Sprawa w końcu znalazła się na sądowej wokandzie. Trudno powiedzieć, kiedy nastąpi jej finał. Jednej stronie zależy, żeby jak najszybciej, drugiej - przeciwnie.

Niedawno - 27 października - w Wydziale II Karnym Sądu Rejonowego w Lesku odbyła się trzecia rozprawa w sprawie malwersacji w PGM. Oskarżona Maria K., b. kasjerka ustrzyckiego PGM, była na niej nieobecna. Do sądu - jak wynika z uzyskanych przez nas informacji - nie dotarło w terminie żadne wyjaśnienie przyczyny jej nieobecności. Najprawdopodobniej kiedy przed leskim sądem odbywała się rozprawa, Maria K. po raz kolejny, bodaj szósty, przebywała w Podkarpackim Szpitalu Psychiatrycznym w Żurawicy.
Nigdy w życiu...
Kłopoty psychiatryczne Marii K. zaczęły się w październiku 2003 r. Jest to o tyle ciekawe, że mniej więcej w tym samym czasie Marii K. zaczął się palić grunt pod nogami. Wtedy robiło się koło niej coraz cieplej, bo wprowadzanie komputeryzacji zapowiadało nieuchronne wypłynięcie na wierzch machlojek w kasie PGM.
- Pracowałam z nią przez 28 lat, najpierw w MPGK, później w PGM - mówi dyrektorka PGM Barbara Mirecka. - Przez cały ten czas Maria K. była kasjerką. Przyjmowała czynsze od mieszkańców i prowadziła dokumentację księgowo-kasowo-rozliczeniową. Znała się dobrze na swojej robocie.
B. Mirecka dodaje, że metoda działania Marii K. przy malwersacjach świadczy o niemałym sprycie i była trudna do wykrycia. Wpłat za czynsze dokonuje co miesiąc ok. 700 osób. Z tego ok. połowy wpłacało pieniądze bezpośrednio do kasy.
- Trudno by ktoś stał przez cały miesiąc przy okienku i kontrolował, kto, ile i za który miesiąc wpłacił - stwierdza B. Mirecka. - Nie wszyscy lokatorzy wpłacają w terminie. Mają zaległości miesięczne, dwumiesięczne i większe.
Przy zaległościach trzymiesięcznych lokatorom wysyłane są wezwania do zapłaty. Co jakiś czas takie wezwania, sporządzone na podstawie danych przygotowanych przez Marię K., B. Mirecka podpisywała. Praktycznie nie zdarzało się, by trafiały one do osób, które rzeczywiście nie miały poślizgów. Za solidnością kasjerki przemawiało i to, że raz na wykazie ,,spóźnialskich" znalazł się... jej syn.
Zatem Maria K. doskonale wiedziała, które zaległości są ,,jej", a które ,,najemców". Prawdopodobnie musiała prowadzić dwie księgowości: oficjalną i nieoficjalną, prywatną. Taką hipotezę potwierdzałby fakt, że na koniec poszczególnych lat indywidualne kartoteki lokatorów były ,,wyprostowane". Na ich podstawie wydawało się, że wszystko jest w porządku. Kasa też.
Zaufanie przełożonych do Marii K. wzmacniało to, że była żoną policjanta z miejscowej KPP, na dodatek naczelnika sekcji kryminalnej.
- Nigdy w życiu nie spodziewałam się, że ona po tylu latach współpracy zrobi coś takiego mnie i firmie - mówi szefowa PGM.
Chodzi o co najmniej 238 tys. zł.
Kombinacja polegała na tym, że Maria K. - jak ustalił biegły rewident - w 355 kartach najemcy umieściła fikcyjne zapisy o zaksięgowaniu w rzekomych raportach kasowych lub bankowych kwot z tytułu najmu lokali. Ponadto od 158 lokatorów przyjęła pieniądze, których nie wpłaciła do kasy PGM. Oprócz tego w raportach kasowych i dowodach wpłaty wpisywała nieprawdziwe daty i numery dowodów wpłat i dołączała je do tych niewłaściwych raportów kasowych. W sumie dzięki tym machlojkom przywłaszczyła sobie na szkodę PGM - jak ustalił biegły - mienie w łącznej kwocie prawie 238 tys. zł. Co najmniej.
Wydawało się, że po tych wszystkich ustaleniach Maria K. spuści uszy po sobie, przyzna się do winy, dobrowolnie podda się karze i zobowiąże do wyrównania szkód. Tymczasem nic z tych rzeczy...
Jeszcze zanim mleko się wylało, Maria K. trafiła... do szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych w Żurawicy. Tam spędziła prawie cały ostatni kwartał 2003 r. Jej ,,choroba" zaczęła się od momentu, kiedy B. Mirecka zażądała przedstawienia pełnej dokumentacji do weryfikacji.
Śledztwo było długie
Kontrola dokumentów i stanu kasy potwierdziła, że doszło do ,,poważnych nieprawidłowości". B. Mirecka o podejrzeniu popełnienia przestępstwa powiadomiła 9 grudnia 2003 r. burmistrza i jego zastępcę. W dzień później złożyła zawiadomienie do prokuratury. Tego samego dnia burmistrz złożył w ustrzyckiej KPP wniosek o podjęcie w tej sprawie czynności, ustalenie winnych, określenie wysokości nadużyć i zabezpieczenie mienia na poczet ewentualnych strat. Zwrócił się też do Regionalnej Izby Obrachunkowej w Rzeszowie o przeprowadzenie kontroli w PGM.
Potem przez ponad rok sprawą zajmowała się prokuratura. Pod koniec ub. r. Prokuratura Okręgowa w Krośnie w odpowiedzi na pytania burmistrza o zaawansowanie postępowania odpowiedziała, że ,,śledztwo przeciwko Marii K. jest w końcowej fazie", ,,aktualnie akta są u biegłego ds. księgowości w celu wyliczenia strat poniesionych przez PGM w Ustrzykach Dolnych" i ,,po wykonaniu niezbędnych czynności śledztwo zostanie zakończone".
W listopadzie ub. r. między PGM a adwokatem Zdzisławem Witkowskim z Katowic zostało podpisane porozumienie. Na jego podstawie Z. Witkowski reprezentuje przed wymiarem sprawiedliwości interesy PGM i ma zająć się windykacją należności...
Fot. Z kasy PGM wyprowadzono co najmniej 238 tys. zł
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 22)
|
W Bieszczadach po pierwszej turze wyborów prezydenckich...
Kaczyński przed Tuskiem
Mieszkańcy gminy Czarna mają w tym roku prawdziwy maraton wyborczy. Najpierw w dwóch turach wybierali wójta. Później brali udział w wyborach parlamentarnych. W drugą niedzielę października wzięli udział w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Ci z nich, którzy konsekwentnie korzystają z prawa wyborczego, w niedzielę 23 października zameldują się w lokalach wyborczych po raz piąty, by wybrać nowego prezydenta RP.

Przed pierwszą turą wyborów prezydenckich bardzo intensywna była przede wszystkim kampania telewizyjna. Chyba głównie poprzez programy telewizyjne - informacyjne, publicystyczne i stricte wyborcze - elektorat zdobywał wiedzę o kandydatach na prezydenta, a ich sztaby zabiegały o przychylność elektoratu.
Znacznie mniej widoczna była - w porównaniu z wyborami parlamentarnymi - wojna plakatowa. W Bieszczadach właściwie rozlepiono tylko (i to w niezbyt wielkich ilościach) plakaty Lecha Kaczyńskiego i Marka Borowskiego.
Kiepska frekwencja
Zdaje się, że w przypadku mieszkańców gminy Czarna jest już widoczne ,,zmęczenie materiału". W pierwszej turze wyborów prezydenckich w tej gminie frekwencja była najniższa w Bieszczadach. Wyniosła zaledwie 39,16%. Ale niewiele większa część wyborców - 39,92% - pofatygowała się do urn w gminie ustrzyckiej.
Najwyższy odsetek wyborców - 47,6% - zagłosował w gminie Solina. Jednak i tutaj frekwencja była niższa od średniej krajowej, która w pierwszej turze wyniosła 49,74%. Średnia podkarpacka była nieco wyższa od krajowej - równe 50%. Na tym tle średnia bieszczadzka - 43,27% - wygląda raczej mizernie.
Warto zwrócić uwagę na fakt, że w powiecie leskim w pierwszej odsłonie wyborów październikowych wzięło udział o ponad 5% więcej wyborców niż w bieszczadzkim. Warto jeszcze podkreślić fakt, że podobnie jak w całym kraju, tak i we wszystkich gminach bieszczadzkich frekwencja w wyborach prezydenckich była o kilka procent wyższa niż podczas wyborów parlamentarnych. Wzrost ten wyniósł od nieco powyżej 4% w gminie Ustrzyki Dolne do ponad 8% w gminie Baligród.
Liderzy odwróceni
W pierwszej turze wyborów prezydenckich w całym kraju zwyciężył Donald Tusk, który otrzymał 36,33% głosów. Na drugim miejscu znalazł się Lech Kaczyński, na którego zagłosowało 33,10% wyborców. Ci dwaj kandydaci przeszli też do drugiej tury wyborów.
Gdyby o rezultatach wyborów prezydenckich decydowało samo Podkarpacie, to również ci dwaj kandydaci znaleźliby się w dalszej rozgrywce. Jednak w Podkarpackiem zwyciężył wyraźnie kandydat PiS, któremu zabrakło zaledwie 0,63% głosów do 50%. Za Donaldem Tuskiem opowiedziało się jedynie 23% podkarpackich wyborców.
W Bieszczadach w pierwszej turze też zwyciężył Lech Kaczyński, ale tutaj jego wynik - 38,18% - był znacznie słabszy niż w całym województwie. Na drugiej pozycji znalazł się Donald Tusk, którego za najlepszego kandydata na prezydenta uznało 30,67% bieszczadzkich wyborców.
L. Kaczyński wygrał pierwszą turę w sześciu gminach bieszczadzkich. Największa część wyborców - 43,68% - opowiedziała się za honorowym prezesem PiS w gminie leskiej. Lider PO zwyciężył natomiast w dwóch pozostałych gminach bieszczadzkich. W gminie Cisna oddano nań 46,1% głosów, a w gminie Lutowiska - 38,18%. W gminie Baligród D. Tusk przegrał zaś nie tylko z L. Kaczyńskim, ale i z A. Lepperem.
Na dalszych miejscach
W całym kraju trzeci wynik - 15,11% - uzyskał lider Samoobrony. Również w Bieszczadach był on trzeci z 17,73% głosów. Najwięcej jego zwolenników zagłosowało w gminie Baligród, gdzie zebrał 25,39% głosów. Najbardziej odporni na niego okazali się wyborcy z gminy Cisna - 10,84% głosów.
Czwarty w skali Polski był Marek Borowski, za którym głosowało 10,33% elektoratu. Także w Bieszczadach szef SDPL zajął czwartą lokatę, ale z nieco słabszym wynikiem - 8,17%.
Z kolei Jarosław Kalinowski, który w pierwszej turze był piąty, w kraju uzyskał wynik nieco gorszy (1,8%) niż w Bieszczdach (2,24%). Janusz Korwin-Mikke został wskazany przez 1,43% wyborców w Polsce, a w rejonie bieszczadzkim przez 1,16%. Henryka Bochniarz zyskała akceptację 1,26% aktywnego elektoratu. W Bieszczadach jedyna kandydatka w wyścigu do fotelu prezydenckiego zdobyła poparcie 0,99% wyborców.
Pozostali kandydaci (Liwiusz Ilasz, Stanisław Tymiński, Leszek Bubel, Jan Pyszko i Adam Słomka) uzyskali w skali kraju poparcie niższe od śladowego (poniżej 0,3%). W Bieszczadach odsetki ich zwolenników też nie były wyższe.
T. Szewczyk
Fot. Za chwilę zacznie się liczenie
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 21)
|
Jak wybierały Bieszczady?
Sejm bieszczadzki bez PSL-u
Gdyby o składzie Sejmu decydowali jedynie wyborcy z Bieszczadów, to składałby się on z przedstawicieli nie sześciu, lecz pięciu partii politycznych. W poselskich ławach zasiedliby reprezentanci Platformy Obywatelskiej, Prawa i Sprawiedliwości, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Samoobrony RP i Ligi Polskich Rodzin. Polskie Stronnictwo Ludowe znalazłoby się poza parlamentem.

Kampania przedwyborcza w Bieszczadach polegała głównie na rozwieszaniu plakatów we wszystkich miejscach, które się do tego mniej lub bardziej nadawały. Kandydaci wisieli na tablicach i słupach ogłoszeniowych, w witrynach sklepów i zakładów usługowych, na drzewach (niestety), na balkonach, na słupach, na przystankach... Czyhali na wyborców w skrzynkach pocztowych i na wycieraczkach...
Najszybsza rotacja była na tablicach i słupach ogłoszeniowych. Tam potencjalnych posłów i senatorów czasami już po kilkunastu minutach przykrywała warstwa następnych. Kandydackie machiny wyborcze nie zważały nawet na oficjalne obwieszczenia komisji wyborczych i rozlepiały na nich wizerunki swoich faworytów.
Rzadziej niż podczas poprzednich wyborów parlamentarnych skręcali w Bieszczady liderzy ugrupowań partyjnych. Właściwie jedynie Jan Rokita z Platformy Obywatelskiej spotkał się 14 września z mieszkańcami powiatu bieszczadzkiego.
Oczywiście, docierały w Bieszczady audycje radiowe i programy telewizyjne, w których kandydaci mówili, co narobią, jak się ich wybierze. Obiecanek nie brakowało.
Kandydatów było w bród
W całym kraju o mandaty poselskie ubiegało się 10 tys. 658 kandydatów. O pojedynczy fotel w gmachu przy ul. Wiejskiej starały się więc ponad 23 osoby (w tym statystycznie 6 kobiet). Troszkę mniejszy tłok do Sejmu był w okręgu wyborczym krośnieńsko-przemyskim. Tutaj 17 komitetów wyborczych wystawiło 232 kandydatów. Do wzięcia było 11 mandatów poselskich. Zatem szansę pobycia posłem miał co 21. kandydat.
Na listach 7 komitetów wyborczych znaleźli się kandydaci zamieszkali w Bieszczadach. Do Sejmu wybierało się ich 13. Aż 8 z nich to mieszkańcy Ustrzyk D. Chyba nigdzie w Polsce nie było tak wysokiego współczynnika zakandydacenia.
Na liście Ligi Polskich Rodzin pod nr 20. figurował technik mechanik z Olszanicy Jerzy Czerniga. O 6 miejsc wyżej, ale w zestawieniu kandydatów Prawa i Sprawiedliwości znalazł się Ryszard Urban - technik geodeta, kierownik Środowiskowego Domu Samopomocy w Ustrzykach D. Na liście Sojuszu Lewicy Demokratycznej pod 13. figurował weterynarz z Leska Paweł Kusal, a tuż pod nim ustrzycki handlowiec Marek Prorok. Na dwóch pierwszych miejscach umieściła Bieszczadników Platforma Obywatelska. Otwierała posłanka z Dołżycy i b. wójcina Cisnej Elżbieta Łukacijewska. Za nią umieszczono mieszkańca Ustrzyk D. Adama Pęzioła, który był m.in. wicewojewodą krośnieńskim, wojewodą przemyskim i opolskim. Nr 18. w tym samym ugrupowaniu przyznano Radosławowi Jakimie - prawnikowi z Leska. Kandydatury aż czworga mieszkańców Ustrzyk D. wysunęła Polska Partia Narodowa. Pod 3. był mechanik Zbigniew Bołkowski, pod 5. - ślusarz Antoni Bulanda, pod 6. - techniczka ochrony środowiska Katarzyna Karkoszka, a pod 9. - księgowa Weronika Toporowska. Sołtys Uherzec Mineralnych, technik penitencjarny Eugeniusz Urbaniak dostał na liście Polskiego Stronnictwa Ludowego 21. miejsce. Wykaz bieszczadzkich kandydatów zamyka nauczycielka z Ustrzyk D. Magdalena Grządziel, która znalazła się na liście KW Centrum pod nrem 8.
Jak Bieszczady głosowały?
Duża liczba miejscowych kandydatów wcale nie przełożyła się na frekwencję. W obu powiatach była ona niższa od krajowej. W powiecie leskim zagłosowało nieco ponad 38% uprawnionych, a w bieszczadzkim - niespełna 35%. Powyżej średniej krajowej zagłosowali jedynie mieszkańcy gminy Cisna, gdzie do urn pofatygowało się ponad 42% wyborców. Po wyborach uznano, że w całej Polsce frekwencja była katastrofalnie niska. W Bieszczadach było jeszcze gorzej - średnia ,,bieszczadzka" wynosi 36,7%.
W powiecie leskim przed wyborami wydawało się, że indywidualnie powinna wygrać E. Łukacijewska. I tak też się stało. Jednak ,,nie wyciągnęła" ona PO na pierwsze miejsce. Nieco więcej głosów zdobyło PiS, głównie dzięki dobrym wynikom Stanisława Zająca i Marka Kuchcińskiego. Trzecie miejsce przypadło SLD, dla którego ponad połowę głosów zgromadził P. Kusal. Samoobrona RP znalazła się na czwartym miejscu. W powiecie leskim próg 5% przekroczyła jeszcze LPR. Choć PSL uzyskał ponad 8% w gminie Olszanica, to w całym powiecie do przekroczenia 5% trochę mu zabrakło. Sołtys Uherzec Mineralnych przegrał u siebie z E. Łukacijewską! Wynik uzyskany przez posłankę z Dołżycy w całym okręgu zapewnił jej pierwsze miejsce w PO i przedłużenie posłowania na najbliższą kadencję. Będzie ona - podobnie jak poprzednio - jedyną przedstawicielką Bieszczadów w parlamencie.
Najwięcej osób w powiecie bieszczadzkim głosowało na A. Pęzioła. Jego dobry wynik indywidualny przełożył się na pierwsze miejsce PO w powiecie. Głosy te jedynie wzmocniły listę. A. Pęzioł ostatecznie uzyskał czwarty wynik spośród kandydatów PO w okręgu krośnieńsko-przemyskim i nie został posłem. Druga lokata w powiecie bieszczadzkim przypadła PiS. Tutaj lokomotywą okazał się R. Urban, który zebrał ponad połowę głosów, jakie padły na to ugrupowanie. Trzecim pod względem liczby zdobytych głosów komitetem wyborczym był SLD. Ustrzycki kandydat z tej listy M. Prorok raczej nie może swoim wynikiem powalić na kolana. Wynik SLD w powiecie bieszczadzkim jest o ponad 4% niższy od rezultatu w powiecie leskim. Chyba należałoby zatem przestać mówić o prawicowym Lesku i lewicowych Ustrzykach. Również Samoobrona RP i LPR przekroczyły w powiecie bieszczadzkim próg 5%. Obydwa te ugrupowania uzyskały tu wyniki gorsze niż u sąsiadów północno-zachodnich sąsiadów. PSL-owi do 5% zabrakło ponad 1%. Toteż i w Sejmie wybranym przez mieszkańców powiatu bieszczadzkiego dla ludowców zabrakło miejsca. Polska Partia Narodowa, która miała na swojej liście aż czworo mieszkańców z Ustrzyk D., nie okazała się czarnym koniem tych wyborów. Nie przekroczyła w skali powiatu nawet 1%.
Senat bez emocji
Wśród kandydatów na senatorów nie było żadnego reprezentanta Bieszczadów. Wyniki głosowania w obu powiatach były podobne. Najwięcej głosów padło na kandydatów PiS - Andrzeja Mazurkiewicza i Stanisława Piotrowicza. A ponieważ w całym okręgu elektorat głosował mniej więcej tak samo, obaj ci panowie zostali senatorami.
T. Szewczyk
Fot. Na tablicach kandydaci wisieli w kilku warstwach
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 20)
|
Bieszczady stratne
Powiat bieszczadzki miał otrzymać dofinansowanie w kwocie 4 mln zł za najlepszy projekt w województwie podkarpackim dotyczący modernizacji dróg. Nie otrzymał nic. Dlaczego? Komitet Sterujący postanowił podzielić fundusze tak, aby nie doprowadzić do znacznej dysproporcji i stworzenia atmosfery niezadowolenia wśród wnioskodawców.

Powiat bieszczadzki złożył projekt dotyczący dofinansowania w ramach Programu Sąsiedztwa Polska-Białoruś-Ukraina. Był on najlepszy w województwie podkarpackim, a trzeci w Polsce. Jednak Komitet Sterujący przyznał środki finansowe projektom, które zostały gorzej ocenione przez panel ekspertów i na liście rankingowej rekomendowanej przez Wspólny Sekretariat Techniczny w Warszawie znajdowały się niżej niż wniosek powiatu bieszczadzkiego.
Starościna bieszczadzka protestuje
Taka decyzja rozłościła Ewę Sudoł, starostę powiatu bieszczadzkiego, która wraz z Zarządem Powiatu Bieszczadzkiego złożyła protest. - Przedstawiciele województwa podkarpackiego zadecydowali, że środki finansowe otrzymają projekty niżej sklasyfikowane niż powiat bieszczadzki - powiedziała Ewa Sudoł, nie kryjąc zdenerwowania. - Mamy ogromne pretensje do marszałka jako gospodarza tego województwa, że po raz kolejny za jego zgodą marginalizuje się powiat bieszczadzki, który zgodnie ze strategią województwa jest "zdecydowanie wiodącym obszarem rozwoju turystyki".
E. Sudoł wytknęła marszałkowi to, że w swoich publicznych wystąpieniach wielokrotnie powtarzał, że powiat bieszczadzki nie otrzymał dofinansowania inwestycji drogowych w Zintegrowanym Operacyjnym Programie Rozwoju Regionalnego, ponieważ jego wnioski były za słabe. - Obecnie nasz wniosek był najlepszy w województwie i mimo to nadal nie dostaliśmy ani złotówki - zaakcentowała E. Sudoł. - Liczymy na to, że marszałek unieważni decyzję Komitetu Sterującego, która została podjęte z naruszeniem prawa i ze szkodą dla województwa podkarpackiego, a szczególnie powiatu bieszczadzkiego.
Marszałek decyzji nie zmieni
Z kolei Julian Ozimek, wicemarszałek województwa podkarpackiego, a zarazem przewodniczący Komitetu Sterującego, odpiera zarzuty. Przypomniał, że program Sąsiedztwa INTERREG III A realizowany jest na granicy z Ukrainą i Słowacją. Natomiast powiat bieszczadzki złożył wnioski projektowe do obu programów, tj. Polska-Białoruś-Ukraina INTERREG IIIA/TACIS CBC 2004-2006 i Program Polska-Białoruś-Republika Słowacka 2004-2006. Według niego, ilość środków do dyspozycji Komitetów Sterujących nie była wystarczająca do zaspokojenia wszystkich najlepszych projektów. Stąd Komitet Sterujący, który wybrał projekty programu Polska-Republika Słowacka, poprzedziło posiedzenie Komitetu Sąsiedztwa. - Z zadowoleniem przyjąłem informację, że projekt powiatu bieszczadzkiego został zakwalifikowany do dofinansowania w ramach projektu Polska-Republika Słowacka - oznajmił Julian Ozimek. - Dbając o równomierną dystrybucję środków finansowych, uznałem, że przekazanie znacznej sumy pieniędzy temu samemu powiatowi z okrojonego funduszu Programu Sąsiedztwa doprowadziłoby do znacznej dysproporcji i stworzenia atmosfery niezadowolenia wśród wnioskodawców.
Wicemarszałek podkreślił przy tym, że przy podjęciu decyzji o przyznaniu środków przez Komitet Sterujący nie doszło do naruszenia prawa. Według niego, regulamin Komitetu Sterującego przewiduje podjęcie decyzji w oparciu o przesłanki inne niż rekomendacja Wspólnego Sekretariatu Technicznego. Podjęta decyzja wydaje się być ostateczna i marszałek województwa jej nie zmieni.
To, co nadal psuje wizerunek Bieszczadów, a więc m.in. zły stan dróg, nadal będzie "wyróżniało" ten zakątek Polski. Zanosi się, że Bieszczady wbrew strategii województwa długo jeszcze nie będą "zdecydowanie wiodącym obszarem rozwoju turystyki".
W. Domiszewski
Fot. Bieszczadom figa!
Opr. graf. M. Szewczyk
(więcej ,,GB" 19)
|
Wilki przyszły nad ranem
- Miałem 50 sztuk. Dwa tygodnie temu trochę baranów sprzedałem. Zostało 30 owiec. Dzisiaj nad ranem przyszły wilki. Zostało mi mniej niż 20 - opowiada zdenerwowany Stanisław Nahajowski z Ustianowej.

Do tej pory ataki wilków na owce w Ustianowej się nie zdarzały. Tutejsi rolnicy byli przekonani, że się nie zdarzą. Owszem, wiedzieli, że owce są porywane w Rabem, Paszowej, Zadwórzu, Lutowiskach, Bandrowie i innych wioskach bieszczadzkich. Ale wierzyli, że Ustianowa, która wprawdzie leży pomiędzy pokrytymi lasami Żukowem i Małym Królem, ale przy ruchliwej drodze krajowej, nie stanie się miejscem ich ataków. Wierzyli w to do 31 sierpnia.
Urządziły sobie polowanie
Tego dnia rano wilki zaatakowały właśnie w gospodarstwie Nahajowskich. Urządziły sobie polowanie na ogrodzonym wokół drewnianym płotem pastwisku tuż pod domem. W środku wsi. Kilkadziesiąt metrów od boiska szkolnego. Sto metrów od szkoły i niewiele więcej od drogi krajowej Lesko-Ustrzyki. W linii prostej pewnie nie więcej jak ze 2 kilometry od ustrzyckiego rynku.
- Człowieka może szlag trafić - mówi z rozgoryczeniem ustianowski hodowca. - Pod samym domem. W środku wsi. A jedną nawet to w już w środku, w owczarni udusiły.
W zagrodzie, gdzie owce nad ranem przebywały, w różnych miejscach leży nieżywych osiem owiec-matek. Wśród nich czarna Fucia - przewodniczka stada.
Zagryzły Fucię i porwały Emilka
- Fucia to była nasza ulubiona owca - opowiada Stanisława Nahajowska. - Wystarczyło wyjść przed dom i krzyknąć: ,,Fucia! Fucia!". A Fucia już za chwilę maszerowała do stajni, a za nią całe stado. Nie ma Fuci i nie ma jej owieczki, którą nam dała na wiosnę.
Jako dziewiąta na placu leży właśnie owieczka po Fuci. Wszystkie pozostałe mają tylko ślady wilczych kłów na szyi. Wilki je tylko podusiły. Ta po Fuci zaś ma zeżarty prawie cały łeb... Natomiast po baranku, którego Nahajowscy jako jedynego nie sprzedali, bo ,,nie miał wagi", nie zostało ani śladu.
- ,,Emilek" został przez wilki poniesiony do lasu. Nie ma po nim nawet śladu - dodaje S. Nahajowski. - To był młody baranek, jedyny, jaki został w stadzie. Wczoraj skończył 2 miesiące.
Czy warto?
Nahajowscy w ciągu kilku minut rankiem 31 sierpnia stracili 10 owiec. Dwie kolejne zostały poranione. - Jedna może się z tego wyliże, ale z drugiej już nic nie będzie - stwierdza hodowca. Uważa, że liczba ofiar wilczych kłów byłaby jeszcze większa, gdyby pozostałe owce nie schroniły się w przylegającej do ściany domu szopie.
- Boję się, że na tym się nie skończy - mówi S. Nahajowski. - Jak wilki już raz ruszyły, to teraz nie będziemy znać ani dnia, ani godziny, gdy znów zaatakują.
W najbliższym czasie zamierzali kupić tryka. Dzięki niemu stado ich owiec miało się powiększyć. Teraz zastanawiają się, czy warto. Nie będą harować po to, żeby wilki miały co jeść.
T. Szewczyk
Fot. - Człowieka może trafić - mówi S. Nahajowski, patrząc na to, co się stało
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 18)
|
Czasem wystarczy garstka
Niedziela 21 sierpnia była jednym z najważniejszych i najradośniejszych dni dla wspólnoty greckatolickiej w Bieszczadach od czasu odzyskania przez nią cerkwi w Ustrzykach Dolnych. Tego dnia uroczyście kończono remont świątyni. Jej poświęcenia po odnowieniu dokonał ks. arcybiskup Jan Martyniak - metropolita przemysko-warszawski obrządku greckokatolickiego.

- Naszą Cerkiew chciano zlikwidować. Ale nie udało się. Dzisiaj nasz patriarcha przenosi się do Kijowa, tam gdzie w 988 r. przyjęliśmy chrzest*. Tam, gdzie byliśmy, wracamy. Gdzie był nasz patriarcha, tam znowu będzie. Wywożono nas na Sybir, na Kamczatkę, do Workuty... Wydawało się, że to już koniec. Ale nasza Cerkiew żyje. Powstają nowe diecezje w różnych stronach. Mamy metropolie, mamy duchownych, mamy świątynie - mówił w kazaniu ks. abp J. Martyniak. - Jest tu was niewielka garstka, lecz nie o ilość chodzi. Przecież to garstka była świadkiem życia Jezusa Chrystusa, Jego słów, Jego nauki. A dzisiaj na świecie jest tych Chrystusowych świadków ponad miliard. Najważniejsza jest silna wiara i życie w zgodzie z Bogiem. Ci, co z Bogiem nie są w zgodzie, niszczą ludzkość. To w wyniku ich działań rodzą się nieszczęścia - terroryzm, eutanazja, brak poszanowania dla życia ludzkiego...
Pod przewodnictwem ks. abpa J. Martyniaka odprawiona została w cerkwi służba Boża. Razem z władyką sprawowali ją ks. Ireneusz Kondrów - proboszcz Greckokatolickiej Parafii Św. Proroka Eliasza w Hłomczy k. Sanoka, który roztacza także opiekę nad cerkwią i wiernymi w Ustrzykach Dolnych, gwardian klasztoru franciszkanów w Sanoku o. Stanisław Glista oraz - mający swoje korzenie rodzinne w Bieszczadach - ks. Mikołaj Dacko z Parafii Rzymskokatolickiej Św. Urszuli Ledóchowskiej w Gdańsku-Chełmie. W uroczystościach uczestniczyli nie tylko mieszkańcy Ustrzyk Dolnych i wiosek podustrzyckich, ale byli przyjechali też grekokatolicy z innych gmin, m.in. Lutowisk, Olszanicy, Leska, a nawet Sanoka.
- To jest dzień dla naszej wspólnoty wyjątkowy, bo jest wśród nas nasz arcypasterz. Ale jest to też dzień dla tej cerkwi wyjątkowy, bo kończymy właśnie jej remont - mówił ks. I. Kondrów. - Dużą pomoc w tym dziele otrzymaliśmy od naszego władyki, który sprzedał swój dom i przekazał pieniądze na remont tej świątyni.
Po mszy świętej na przycerkiewnym placu pod krzyżem upamiętniającym 1000-lecie chrztu Rusi odbył się obrzęd poświęcenia wody. Później duchowni wraz ze wszystkimi uczestnikami nabożeństwa obeszli w procesji świątynię, a ks. abp J. Martyniak poświęcił ją z zewnątrz. Potem dokonał poświęcenia wnętrza cerkwi oraz poświęcił owoce, zboża, zioła i kwiaty przyniesione przez wiernych na nabożeństwo.
- Dbajcie o tę świątynię, starajcie się, żeby była jak najładniejsza, dokończcie jej odbudowę i upiększanie - powiedział na koniec nabożeństwa abp J. Martyniak. - Ale teraz musicie liczyć głównie na siebie. Ja wam już materialnie nie pomogę, bo drugiego domu nie mam. Mam - tak jak my wszyscy - jeszcze dom w niebie, jeżeli Pan uzna, że nań zasługuję.
Jak wynika z uzyskanych informacji, koszty remontu ustrzyckiej cerkwi zostały w części pokryte także z Funduszu Kościelnego oraz z ofiar wiernych.
T. S.
* Właśnie w niedzielę 21 sierpnia równocześnie z uroczystościami w cerkwi ustrzyckiej odbywało się uroczyste przeniesienie stolicy Cerkwi greckokatolickiej ze Lwowa do Kijowa. Kijowskie uroczystości zostały zorganizowane na placu obok wznoszonej w stolicy Ukrainy katedry greckokatolickiej.
Fot. Liturgii przewodniczył ks. abp Jan Martyniak (cer2 -160x110)
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 17)
|
Ale lało!
O godz. 15.38 dyżurny leskiej Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej przyjął informację o drzewie powalonym na szosę za Hoczwią. Straż interweniowała. O 16.10 znów drzewo na szosie. Tym razem w Mchawie. Kolejna interwencja. O 16. 35 informacja, że woda wdziera się do sklepu w Zahoczewiu. Jaka woda?

Prognoza dla Bieszczadów na 26 lipca przewidywała średnią wielkość opadów 30 mm3 na cm2. Tyle - w miarę równomiernie - powinno spaść w ciągu doby między 8.00 a 8.00.
W Bieszczadach grzmiało. Najpierw ruszył się wiatr. Potem spadł grad. Błyskawice przecinały niebo nad leżącymi na wielkiej pętli Mchawą, Podskałą, Zahoczewiem, Nowosiółkami, nad Kielczawą, Cisowcem, Górzanką, Żerdenką i Żernicą. Nie lepiej było na terenach gminy Solina, Komańcza i Zagórz.
Lunęło. Błyskawicznie wypełniły się koryta rzek i potoków. Woda spływała płaszczyzną pól i zalesionych stoków. Spływały skarpy, kamienno-błotne lawiny zatarasowały główną bieszczadzką arterię. Runęły słupy energetyczne i telefoniczne.
W Podskale korona kładącego się w poprzek drogi drzewa zrujnowała sporą część domu, ucierpiało poszycie i konstrukcja dachu. Wraz z osuwającą się ziemią wypadł z drogi samochód osobowy. Błyskawiczna pomoc wydobyła go z pułapki. Z wypału w Mchawie woda uniosła dwie żelazne retorty. Z Zahoczewia porwała dwie dziesięciotonowe przyczepy, jedną wypełnioną złomem. Z nurtem Hoczewki spłynął most wiodący do Żerdenki, odcinając od świata mieszkające tam 13 rodzin. W Cisowcu woda podmyła fragment domu. W powstałą w ścianie wyrwę wtłoczyła porozrywane elementy zabudowań gospodarskich. Na tle tej skali zniszczeń zalane uprawy, pola, ogrody, wypłukane stawy, uniesione materiały budowlane, opał i surowiec tartaczny traktowane są w kategoriach lżejszych dolegliwości. Na zablokowanej szosie utknęły dziesiątki samochodów osobowych, ciężarówki, autokary wycieczkowe i kursowe autobusy PKS. Opóźnienia sięgały 2 godzin.
Do akcji wkroczyły służby: strażacy PSP i lokalnych OSP, policja, energetycy, drogowcy. Zmobilizowano ciężki sprzęt do odblokowania dróg. Dokonywano błyskawicznych szacunków stanu technicznego podmytych mostów, wypłukanych poboczy, bezpieczeństwa przejazdu najbardziej zagrożonymi odcinkami. Trwała walka z leżącymi na szosie drzewami, setkami metrów sześciennych naniesionego błota i kamieni. Jednocześnie znakowano niebezpieczne fragmenty drogi. Plastikowe taśmy pełniły rolę znakomicie widocznych zapór. Różna podległość administracyjna - drogi wojewódzkie, powiatowe i gminne - nie była w tym przypadku biurokratyczną barierą nie do pokonania. Połączono wysiłki, działano wspólnie. Policyjne wozy, nim drogowcy zdążyli uporać się z kolejnym odcinkiem drogi, blokowały wjazd na zagrożone mosty.
O 18.00 leski starosta Marek Scelina zebrał sztab kryzysowy. Stawili się przedstawiciele służb i administracji. Rekonesansu w terenie dokonał zespół: starosta, st. kpt. Wojciech Krzywowiąza z KP PSP w Lesku, kierownicy Powiatowego Zarządu Dróg Jan Ozga i Wydziału Spraw Obywatelskich Kazimierz Janków.
O godz. 23. 30 gotowa była ,,Informacja o skutkach gwałtownych opadów deszczu na terenie powiatu leskiego w dniu 26. 07. 2005 r." Wynika z niej, iż ucierpiał szereg miejscowości na terenie trzech gmin. Nowosiółki, Zahoczewie, Mchawa, Roztoki, Cisowiec, Żernica, Żerdenka, Kielczawa, Stężnica w gminie Baligród, Polańczyk, Górzanka, Rybne, Solina w gminie Solina oraz Hoczew, Średnia Wieś, Bachlawa w gminie Lesko. Dwie gęsto zapisane strony, katalog szkód, głównie drogowych: osuwisko, podmycie mostu, podmycie korony drogi, wymycie skarp, zwalone drzewa, zamulone i zniszczone przepusty, wymycie nawierzchni, podmyte bariery i pobocza...

,,Na godz. 23. 15 wszystkie drogi są w całości lub jednostronnie przejezdne (z wyjątkiem dojazdu do Żerdenki) z ograniczeniami związanymi z osuwiskami i podmyciem dróg. Wszystkie przepusty zostały udrożnione, a uszkodzenia na drogach oznakowane. Woda z podtopionych gospodarstw została wypompowana. Informację sporządzono (...) wg stanu na godz. 23.30. - st. kpt. W. Krzywowiąza".
Kolejny dzień dla powiatowego sztabu kryzysowego rozpoczął się o godz. 6.30. O godz. 9.00 J. Ozga dostarczył szczegółowe wyniki lustracji rejonu Solina - Rybne, gdzie poprzedniego wieczoru ciemności uniemożliwiły wykonanie czynności kontrolnych. W tej strefie podobnie: dwa osuwiska 100 i 150 m3, zniszczone dwa przepusty i wszystkie dojazdy do posesji, nawierzchnia asfaltowa zerwana na odcinku 500 m. Całościowy, choć siłą rzeczy na razie jedynie szacunkowy remanent szkód został dokonany. Starosta M. Scelina umawia się ze starostą sanockim, burmistrzem Zagórza i wójtem gminy Komańcza - samorządowcami z terenów również dotkniętych przez żywioł - na robocze spotkanie w celu wypracowaniu wspólnego stanowiska w wystąpieniu do wojewody.
Na drogach uwijają się wojewódzkie i powiatowe ekipy drogowe. Łatwo dostrzec oznakowane pojazdy posterunku gazowniczego w Lesku czy leskiego Nadzoru Wodnego: na objazd ruszył kierownik i przybyły z Przemyśla inspektor. W Zahoczewiu baligrodzki wójt Tadeusz Wrona dozoruje przygotowanie instalacji pożyczonej od miejscowego nadleśnictwa kratownicowej kładki z wojskowym rodowodem: - Na dziś musi to wystarczyć, dla mieszkańców Żerdenki potrzebny jest choćby substytut porwanego przez wodę mostu.
Tuż obok monterzy z pomarańczowej ciężarówki energetyki przerzucają nową linię nad ciągle jeszcze wezbranym dopływem Hoczewki. W południe Tadeusz Żebracki, kierownik Posterunku Energetycznego w Lesku, ma już za sobą najpilniejsze roboty: - Wczoraj pracowaliśmy od 17.00 do 24.00 pełnym składem czterech dwuosobowych zespołów. Dziś do 12.00 przywróciliśmy zasilanie w całej strefie naszego działania, ale ekipy pozostaną w terenie jeszcze do wieczora.
Dyżurny operacyjny KP PSP w Lesku mł. kpt. Mariusz Kaliniewicz mówi, że...
Fot. Most w Zahoczewiu omal nie został całkiem zniszczony
Fot. G. Demel
Fot. Energetycy mieli pełne ręce roboty
Fot. G. Demel
(więcej ,,GB" 16)
|
EkoFundusz przyznał ponad 2 miliony zł dotacji na budowę w Ustrzykach Dolnych stacji przeładunkowej i sortowni odpadów. Dzięki temu w ,,gospodarce śmieciowej” zbliżyło się...
Ostateczne rozwiązanie
Jeszcze w tym roku powinna się rozpocząć budowa na terenie b. PPD ,,Ustianowa” w Ustrzykach D. nowoczesnej stacji przeładunkowej i sortowni odpadów stałych. Zakończenie tej inwestycji zaplanowane na koniec 2006 r. ma ostatecznie rozwiązać ,,problem śmieciowy” nie tylko w ustrzyckiej gminie.
- Użytkowane obecnie składowisko odpadów w Brzegach Dolnych jest przestarzałe. Eksploatacja głównego sektora za rok, dwa będzie musiała być zakończona – stwierdza Stanisław Kozłowski z Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Ustrzykach D. - Drugi sektor jest znacznie mniejszy od głównego. Jego przystosowanie załatwiałoby sprawę śmieci najwyżej na kilka lat i wymagałoby na starcie nakładów podobnych jak budowa stacji przeładunkowej. Poza tym pozostałyby do rozwiązania problemy unieszkodliwiania odpadów ulegających biodegradacji, wydzielania odpadów niebezpiecznych. Zatem i tak trzeba byłoby przy składowisku wybudować sortownię i punkt zbiórki odpadów niebezpiecznych.
Powstanie dużego i spełniającego unijne normy składowiska na terenie gminy Ustrzyki D. i gmin ościennych nie wchodzi w rachubę. Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Środowiska z 24 marca 2003 r. składowiska odpadów nie mogą być lokalizowane na terenach chronionych. Obszar powiatu bieszczadzkiego jest niemal w całości objęty różnymi formami ochrony.
Poza tym - zgodnie z Krajowym Planem Gospodarki Odpadami - do końca 2006 r. zamkniętych zostanie ok. 300 składowisk. W tej liczbie jest również wysypisko w Brzegach Dolnych. W krótkim czasie w każdym województwie ma powstać od 5 do 15 dużych składowisk. Każde z nich będzie odbierać odpady od 150 tys. do 300 tys. mieszkańców.
- Biorąc pod uwagę te uwarunkowania, wypracowano koncepcję budowy stacji przeładunkowej z sortownią, która ma zapewnić jak największy odzysk surowców wtórnych i wywożenie poza Bieszczady jedynie tzw. balastu. Będzie tam również punkt zbiórki odpadów niebezpiecznych, odpadów AGD (m.in. pralki, lodówki, komputery, telewizory) i odpadów wielkogabarytowych (np. meble) – dodaje S. Kozłowski.
Termin rozpoczęcia budowy ustrzyckiej stacji przeładunkowej z sortownią zbliża się wielkimi krokami...
- Jest już pozwolenie na budowę dla całości obiektów. W tej chwili trwają końcowe uzgodnienia branżowe i wylicza się ostateczny koszt inwestycji. Po prawie roku pomyślnie zakończyły się negocjacje z EkoFunduszem – informuje ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja.
Rada Fundacji EkoFundusz 29 czerwca zaakceptowała dofinansowanie budowy ustrzyckiej stacji przeładunkowej i sortowni odpadów dotacją w wysokości 2 mln 363 tys. zł. W ciągu pół roku od tej decyzji muszą być przeprowadzone postępowania przetargowe i podpisane umowy z wykonawcami.
- Dotacja od EkoFunduszu to dla nas duże pieniądze i jej przyznanie jest bardzo ważnym etapem w gromadzeniu środków na tę inwestycję – stwierdza H. Sułuja. – Ale to jeszcze nie koniec montażu finansowego. Już niemal rok temu złożyliśmy wniosek o dotację i pożyczkę do Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Rzeszowie. W najbliższych dniach mają zapaść ostateczne decyzje co do ich wysokości. Myślę, że będą one zgodne z naszymi oczekiwaniami.
Pozwolenie na budowę umożliwia staranie się o pieniądze w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. To są środki unijne. Z tego programu można uzyskać dofinansowanie do 60% wartości inwestycji. Ustrzycki samorząd także i z tego źródła zamierza pozyskać pieniądze.
- Zrobimy wszystko, żeby jak najwięcej pieniędzy ściągnąć z zewnątrz przy jak najmniejszym wkładzie własnym – deklaruje ustrzycki burmistrz.
Wartość całej inwestycji na podstawie studium wykonalności była szacowana na ponad 5 mln zł. Ile to będzie naprawdę kosztować? Odpowiedź na to pytanie powinna paść niebawem.
T. Szewczyk

Ustrzycka stacja przeładunkowa i sortownia odpadów stałych to przedsięwzięcie o charakterze ponadgminnym, a nawet ponadpowiatowym. Do tej pory porozumienie w sprawie korzystania z niej zostało zawarte z gminami: Cisna, Czarna, Lutowiska, Olszanica i Solina. Nie wyklucza się jego rozszerzenia jeszcze na inne gminy.
Zastosowane w stacji przeładunkowej i sortowni nowoczesne rozwiązania techniczne i organizacyjne mają sprawić, że nie będą ona pod żadnym względem uciążliwe dla otoczenia.

- Oglądaliśmy podobne sortownie w różnych miejscowościach, m.in. w Dukli, Żywcu, Puławach. Nie stwierdziliśmy jakichś uciążliwości zapachowych – stwierdza S. Kozłowski z ustrzyckiego MPGK. - Nasza stacja przeładunkowa pozwoli na właściwą dezynfekcję odpadów i kontenerów. Poza tym żadne odpady, które mogłyby śmierdzieć, nie będą przetrzymywane dłużej niż 1 dzień w okresie letnim i 2 dni w okresie zimowym.
Zakończenie inwestycji przewidywane jest na koniec 2006 r. Docelowo powinno tu znaleźć zatrudnienie ok. 12 osób.
Fot. Wysypisko śmieci w Brzegach D. będzie musiało zostać zamknięte
Fot. T. Szewczyk
Fot. Stacja przeładunkowa z sortownią odpadów stanie na tym placu
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 15)
|
Nowa lepiej od starej
W rankingu ogólnopolskim województwo podkarpackie znalazło się na ósmym miejscu pod względem liczby zdanych matur. W okręgu podległym OKE w Krakowie Podkarpacie zajęło ostatnie miejsce. W Małopolsce maturę zdało 90,2% maturzystów, na Lubelszczyźnie - 87,7%, a na Podkarpaciu - 86,7%. Wyraźnie od tych rezultatów odbiegają wyniki uzyskane przez maturzystów z Zespołu Szkół Licealnych w Ustrzykach Dolnych.

W tym roku w ustrzyckim ZSL maturę zdawało 140 abiturientów - 108 w liceum ogólnokształcącym i 32 w liceum profilowanym (zarządzanie i informacja).
- Rano tuż po ogłoszeniu wyników w internecie udało nam się sprawdzić tylko klasy ogólnokształcące. Dowiedzieliśmy się, że troje naszych uczniów nie zdało matury - opowiada zastępca dyrektora ZSL Andrzej Szczerbicki. - Nie zdążyliśmy sprawdzić wyników klasy profilowanej. Jechaliśmy do Krosna po dokumenty z duszą na ramieniu, bo wiedzieliśmy, że na Podkarpaciu w tym typie klas maturę oblała jedna trzecia uczniów. Okazało się, że u nas zdali wszyscy.
W ustrzyckim ZSL zatem na 140 maturzystów nie zdało jedynie troje. Zatem poradziło sobie z nowym egzaminem maturalnym 97,9% zdających. Jest to jeden z najwyższych wskaźników w województwie podkarpackim.
O dobrym przygotowaniu abiturientów ZSL do egzaminu dojrzałości świadczy również fakt, że zdecydowana ich większość nie poprzestała na poziomie podstawowym. Lecz zdecydowała się na poziom rozszerzony.
- Tegoroczna matura była bardzo poważnym sprawdzianem dla szkoły, dla całego środowiska - dyrekcji, nauczycieli i uczniów. Od tego roku wyniki matur są porównywalne, bo w całym kraju abiturienci zdawali jednakowe matury, a efekty ich pracy oceniały osoby z zewnątrz - stwierdza dyrektor ZSL Arkadiusz Lupa. - Można powiedzieć, że osiągnięty przez naszą szkołę wynik jest dobry. Skala niepowodzenia naszych uczniów przy nowej maturze jest o wiele niższa, aniżeli była przy starej.
T. S.
Fot. Ostatnie raz razem
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 14)
|
Mieszkańcy Bieszczadów oddali...
CZEŚĆ LWOWSKIM ORLĘTOM
Czterdziestoosobowa grupa mieszkańców powiatu bieszczadzkiego wzięła udział w uroczystościach otwarcia i poświęcenia Cmentarza Orląt we Lwowie. Ci, którzy zdecydowali się na ten wyjazd, przeżyli niezwykle podniosłe chwile. - Nasza obecność wynikała z wewnętrznej potrzeby. Nikt nam nie kazał tam jechać. Wręcz przeciwnie - wielu odradzało. Jednak w takim dniu trzeba było tam być, aby oddać hołd tym, którzy "polegli, abyśmy wolni byli" - powiedział jeden z uczestników wyprawy do Lwowa.

Wyjazd do Lwowa był obywatelską inicjatywą kilku osób, które wzięły na siebie ciężar organizacji. Uczestnikami byli mieszkańcy Ustrzyk i okolic, w tym grupa ponad 20 strażaków z Państwowej Straży Pożarnej w Ustrzykach Dolnych. Finansowo wyjazd wsparły Urząd Miejski, Starostwo Powiatowe oraz Bieszczadzka Agencja Rozwoju Regionalnego w Ustrzykach Dolnych.
Wbrew powszechnym przypuszczeniom ani w samym Lwowie, ani na cmentarzu nie było tłoku. Miało się wrażenie, że mogło w uroczystościach uczestniczyć znacznie więcej osób, niż wzięło w nich udział.
Grupa z Ustrzyk dzięki specjalnemu zezwoleniu mogła przekroczyć granicę w Krościenku, co znacznie usprawniło przejazd do Lwowa. Pierwsze godziny nie zapowiadały bezpośredniego udziału w uroczystościach. Mieszkańcy Bieszczadów dotarli do Cmentarza Łyczakowskiego, gdzie zostali zatrzymani przez służby porządkowe, które poinformowały, iż dalej nie można iść. W tym czasie kilkaset metrów dalej trwała już msza święta na Cmentarzu Orląt. Jednak dzięki przedsiębiorczości delegacji udało się bocznymi ścieżkami, pomiędzy grobami dotrzeć do miejsca uroczystości, tak że bieszczadzka delegacja wzięła udział w całości oficjalnych obchodów otwarcia cmentarza.
Po uroczystościach był czas na krótki spacer po Lwowie i zwiedzenie miejsc związanych z historią tego miasta... Katedra rzymskokatolicka, katedra ormiańska, Teatr Opery i Baletu, rynek - to główne punkty wycieczki po Lwowie.
W drodze powrotnej uczestnicy wyjazdu zwiedzili również pozostałości po zamku w Laszkach Murowanych, gdzie przed prawie 500 laty Dymitr Samozwaniec oświadczył się Marynie Mniszchównie i skąd wyruszył do Krakowa orszak weselny.
- Nie wyobrażałem sobie, aby w tej uroczystości nie uczestniczyli mieszkańcy Bieszczadów, mieszkańcy terenów, które przez wieki należały do województwa lwowskiego. Wiele osób czekało na tę chwilę od lat. Osobiście, z racji pełnionych funkcji wielokrotnie brałem udział w oficjalnych uroczystościach na cmentarzu. Jednak ta uroczystość była pewnym dopełnieniem tych wcześniejszych pobytów. To, co uderzało, to nastrój powagi i skupienia. Widziałem starszych mieszkańców, lwowiaków, którzy przybyli na te uroczystość z wielu miejsc oraz harcerzy z Polski, Wołynia, Podola, dla których udział w otwarciu był ogromnym przeżyciem - powiedział główny organizator wyjazdu Adam Pęzioł.
Szkoda, że termin otwarcia cmentarza zbiegł się z zakończeniem roku szkolnego i w uroczystościach nie wzięli udziału nauczyciele i uczniowie. Chociaż z drugiej strony, czy nie można było zorganizować dla grupy młodzieży wyjazdu, podczas którego młodzi ludzie otrzymaliby świadectwa ukończenia szkoły w takim miejscu. Czy można znaleźć lepsze miejsce i czas na lekcję historii?
Adam Leń
Fot. Wiele osób czekało na tę chwilę od lat
Fot. S. Leszega
(więcej ,,GB" 12)
|
Jak smakowała ustrzycka ,,Kawa czy herbata?"
- Wypadliście super. To była promocja Ustrzyk i Bieszczadów jak ta lala. A myśmy z tym ,,Miastem marzeń" w g...o wdepnęli - powiedział mi jeden z mieszkańców jednego z zaprzyjaźnionych z Ustrzykami miast. I niech to na razie wystarczy za komentarz.

Anna Pawłowska ,,Kawę czy herbatę?", nadawaną na żywo z Ustrzyk Dolnych. - Będziemy o tym uroczym miejscu, o tym niezwykłym mieście dzisiaj opowiadać...
W ciągu ponad dwóch godzin przed kamerami TVP 1 przewinęło się co najmniej kilkudziesięciu mieszkańców ustrzyckiej gminy, Bieszczadów i zaproszonych gości. Mówili o tym, o czym przy pokazywaniu naszego regionu za często się nie wspomina.
Po przedstawieniu miejsca akcji przez burmistrza Henryka Sułuję właściciel stacji narciarskiej Gromadzyń Bronisław Mrugała mówił, co Ustrzyki mogą zaoferować miłośnikom narciarstwa.
Szef Stacji Badawczej Fauny Karpat Muzeum i Instytutu Zoologii PAN doc. dr hab. Kajetan Perzanowski opowiadał zaś o wielkich ssakach bieszczadzkich - żubrach, dzikach, jeleniach i wilkach.
W tym samym czasie wewnątrz karczmy ze śpiewem do gotowania zabierały się już ,,Zamłynianki". Dowodząca nimi Danuta Wawryszczuk, ,,Kobieta Roku 2003" w plebiscycie tygodnika ,,Życie na Gorąco", dialogując z Pawłem Pochwałą, zapowiedziała, że telewidzowie ujrzą, jak robi się knysze (najszybciej na pytanie ,,konkursu knyszowego" odpowiedziała telewidzka z Warszawy) i bigos po jałowsku (to dziwny bigos, bo kapustę zastąpiła w nim cebula).
Po krótkim spacerze z kamerą po Ustrzykach o ekologicznych aspiracjach Ustrzyk mówił...
Fot. Prof. J. Curzydło przedstawiał wyniki swoich badań
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 12)
|
W niedzielę 29 maja mieszkańcy gminy Czarna wybierali nowego wójta
Będzie druga tura
Mieszkańcy gminy Czarna 29 maja będą wybierali nowego wójta. O wójtowską posadę ubiegało się pięciu kandydatów. Żaden z nich nie zdobył więcej niż połowy głosów. W związku z tym trzech kandydatów wypadło z gry. Dwaj, za którymi opowiedziało się najwięcej wyborców, zmierzą się w drugiej turze.

Na zwolnionym wskutek przejścia Władysława Podrazy na emeryturę fotelu wójta gminy miało ochotę zasiąść pięciu kandydatów. Kandydaturę dotychczasowego przewodniczącego rady gminy, 49-letniego mieszkańca Czarnej Górnej Mieczysława Kaźmierczyka wysunął Komitet Wyborczy Wyborców ,,Nasza Gmina". Ma on wykształcenie średnie i obecnie szefuje straży leśnej w Nadleśnictwie Lutowiska. KWW ,,Przyszłość i Rozwój" poparł 34-letniego Dariusza Krowiaka z Polany, który ma wyższe wykształcenie i pracuje w Urzędzie Gminy Czarna. Tam prowadzi sprawy związane głównie z budownictwem. Warszawianin Paweł Petka, 42 lata, również legitymuje się wyższym wykształceniem i ,,jest wykładowcą prawa i konsultantem ds. środków pomocowych w Ośrodku Studiów i Analiz Gospodarczych". Jego kandydaturę zaproponował KWW ,,Aktywna Gmina". Najmłodszy z kandydatów Maciej Rogacki, 27 lat, jest mieszkańcem Czarnej Górnej. Mając wyższe wykształceniem, pracuje w jednym z ustrzyckich banków. Został zgłoszony przez KWW ,,Jedność". Piątym kandydatem był 42-letni Ryszard Szydło, także mieszkaniec Czarnej Górnej, zajmujący się prywatną działalność handlową. Za nim optował się KWW ,,Jawność".
Kampania przedwyborcza była dość spokojna, mało widowiskowa i chyba nie zrujnowała żadnego z kandydatów. Możliwość nagarnia bezpłatnych audycji telewizyjnych wykorzystał chyba jedynie P. Petka, który w ładnie przygotowanym materiale głównie obiecywał zagospodarowanie lokalnych surowców i efektywne starania o środki zewnętrzne. Jeden z kandydatów obrał metodę ,,od klamki do klamki". Odwiedzał elektorat w domach, namawiając do głosowania na siebie. Na druk ulotek i plakacików wyborczych zdobył się chyba jedynie M. Rogacki. Jego podobizny z zachętą do głosowania na kandydata nr 4 wisiały na tablicach informacyjnych i - niestety - na drzewach.
Właściwie do momentu zliczenia głosów przez Gminną Komisję Wyborczą, której przewodził Tadeusz Lubera, nie było wiadomo, kogo mieszkańcy gminy obdarzą swoim zaufaniem. Nie było faworyta. Dlatego też ludzie jako tako zorientowani w gminnej polityce byli niemal pewni, że przy pięciu kandydatach głosy się rozłożą i druga tura murowana.
Niedziela 29 maja przebiegała spokojnie. Nic nie zakłóciło wyborów. Ludzie w siedzibach komisji wyborczych w Czarnej Górnej i Dolnej oraz w Polanie i Michniowcu pojawiali się w większej liczbie jedynie po mszach świętych. Większość tych, którzy zechcieli skorzystać z prawa wyborczego, uczyniła to przed południem. Późnym popołudniem i pod wieczór głosujących było zdecydowanie mniej. W lokalu wyborczym w Czarnej Górnej pojawiło się tego dnia sporo ludzi młodych, co (jak powiedziała jedna z osób zaangażowanych w wybory) jest - po pierwsze - pozytywnym zjawiskiem, bo świadczy o ich zainteresowaniu, kto będzie kierował gminą i - po drugie - może przynieść niespodziankę. I taka niespodzianka jest...
Ostatecznie gminna frekwencja wyniosła 46,5%. Zatem w wyborach wzięła udział prawie połowa uprawnionych do głosowania. W obwodach Czarna Dolna i Michniowiec najwięcej głosów zebrał M. Kaźmierczyk. W Polanie wbrew wstępnym przewidywaniom nie wygrał mieszkający tu D. Krowiak, lecz P. Petka. Natomiast w Czarnej Górnej, gdzie głosowała ponad połowa wszystkich wyborców, zwyciężył M. Rogacki. A zatem ta mobilizacja młodych okazała się skuteczna.
W całej gminie najwięcej głosów - 256 - zgromadził M. Kaźmierczyk. M. Rogacki z 201 głosami zajął drugie miejsce. Ci dwaj kandydaci zmierzą się ze sobą w drugiej turze wyborów. Ten, za którym 12 czerwca opowie się więcej wyborców, zostanie nowym wójtem Czarnej.
Trzecie miejsce z 177 głosami zajął P. Petka. R. Szydło zdobył zaufanie 111 wyborców. Za D. Krowiakiem głosowały 104 osoby.
Wyborcy z Czarnej Górnej oprócz wójta wybierali radnego, który zastąpi w radzie gminy Stanisława Krzemienia. O mandat radnego ubiegali się: Wojciech Bałajewicz (24 lata, KWW ,,Idzie Młodość"), Jan Moszkowski (47 lat, KWW ,,Nasza Gmina") i Piotr Jaremczuk (37 lat, KWW ,,Jawność"). Najwięcej głosów uzyskał P. Jaremczuk i to on uzupełni skład rady.
T. S.
Fot. Fotel wójta Czarnej pozostaje na razie pusty
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 11)
|
Przejście czynne
Przejście graniczne Krościenko-Smolnica było zamknięte przez niespełna tydzień - od rana 9 maja do wieczora 14 maja. W tym czasie na dojeździe do przejścia trwały bardzo intensywne prace, których prowadzenie przy czynnym przejściu byłoby niemożliwe. Koncentrowały się one głównie na przebudowie przejazdu przez tory kolejowe, znajdującego się bezpośrednio przed przejściem.

- Na przejeździe w tym czasie wymienione zostały szyny i podkłady oraz poprawiono całą podbudowę - informuje kierownik Oddziału Drogowych Przejść Granicznych Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego Lesław Sztaba.
Obecne prace na krościeńskim przejściu nie ograniczają się tylko do przebudowy przejazdu. Już wcześniej rozpoczęło się poszerzanie drogi dojazdowej do przejścia w celu uzyskania dodatkowego pasa postojowego. Poszerzenie jezdni spowodowało konieczność wyprofilowania skarpy i wzmocnienia brzegu Strwiąża, aby nie dochodziło do podmywania drogi.
Ponadto przy drodze od ronda w Krościenku do przejścia budowane jest oświetlenie uliczne. Ma ono poprawić bezpieczeństwo na dojeździe do granicy.
- Instalujemy na odcinku długości ok. 2,5 km 73 lampy - mówi właściciel wykonującej oświetlenie firmy ,,Elmix" z Tarnowca Zdzisław Głowacki. - Lampy będzie można zaświecić jeszcze przed końcem maja.
Oprócz tego w planie jest jeszcze budowa w rejonie przejścia lądowiska dla helikopterów.
Cała inwestycja finansowana jest ze środków unijnych - z Funduszu Schengen. Jej wartość wynosi ok. 1 mln 200 tys. zł. Inwestorem jest Wojewoda Podkarpacki, zaś głównym wykonawcą - Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjno-Drogowych z Krosna.
Uruchomienie przejścia w sobotę 14 maja nie oznacza zakończenia prac. Roboty będą nadal prowadzone przy czynnym przejściu. Stanowi to utrudnienie zarówno dla ekip wykonujących te prace, jak i dla korzystających z przejścia podróżnych.
- Wszystkie zaplanowane prace powinny się zakończyć do połowy czerwca - dodaje L. Sztaba.
Zamknięcie przejścia na tydzień uświadomiło mieszkańcom Bieszczadów, a szczególnie gminy ustrzyckiej, jaką rolę ono odgrywa. Ruch samochodowy na drodze krajowej, która biegnie przez centrum Ustrzyk Dolnych, był w tym okresie znacznie mniejszy. Na ,,zielonym rynku" i w pobliskich uliczkach praktycznie nie było ,,zagranicznych handlowców". Zrobiło się o wiele spokojniej.
Jednocześnie cena paliwa ,,w drugim obiegu" poszła momentalnie w górę. Na początku podskoczyła do 3 zł za 1 l, a pod koniec tygodnia trzeba było za etylinę ,,z importu" płacić już po 3,5 zł. Podrożały również papierosy ,,bez polskich znaków akcyzy", najpierw o 50 groszy na paczce, a potem o 1 zł. Podobnie było z ,,importowanym" alkoholem.
- Nie zrobiliśmy przed zamknięciem przejścia żadnych zapasów - opowiada mieszkanka Ustrzyk. - Musieliśmy pożyczyć cztery paczki papierosów od sąsiada. Pod koniec tygodnia mąż się zastanawiał, czy nie będzie musiał jechać po paliwo do CPN-u.
Zmalały też w ciągu tego tygodnia ,,bez przejścia" obroty w ustrzyckich sklepach i przede wszystkim w hurtowniach. Nie było w ogóle klientów z Ukrainy, a i ,,siła nabywcza" wielu mieszkańców była w tym czasie słabsza.
- Przejście jest u nas chyba największą ,,firmą" - mówi jeden z ustrzyczan. - Gdyby je zamknięto na dłużej, mogłoby dojść do kryzysu ekonomicznego.
T. S.
Fot. 1. Przejazd przez tory został całkowicie przebudowany
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 10)
|
- Wszelkie działania, jakie wykonujemy w krajobrazie, powodują długotrwałe i często nieodwracalne skutki - mówi prof. K. Kukuła. - Nasze wnuki albo będą nam je wypominać, albo będą za nie wdzięczne.
Co nam powiedzą wnuki?
Fundacja Bieszczadzka ,,Partnerstwo dla Środowiska" zorganizowała 22 kwietnia w Lesku konferencję "Wpływ walorów krajobrazowych i zagospodarowania przestrzennego na rozwój społeczny i gospodarczy regionu turystycznego - Bieszczadów". Jej celem była popularyzacja programu Bieszczadzkiego Zespołu Architektoniczno-Przyrodniczego i integracja środowiska lokalnego wokół tego pomysłu.

W skrócie można powiedzieć, że organizatorom konferencji zależało, by kompetentni naukowcy wspólnie z przedstawicielami organizacji pozarządowych, samorządów lokalnych, przedsiębiorców, szkół, leśników, parku narodowego i parków krajobrazowych zastanowili się, co dalej robić, aby wykorzystać istniejące atuty dla rozwoju Bieszczadów bez szkodzenia Bieszczadom.
- Ten region jest wyjątkowy pod wieloma względami - stwierdza prof. Krystyna Pawłowska z Politechniki Krakowskiej. - Tutaj pewne szanse, których wypatruje wiele gmin w Polsce, nie są płonne, ale prawdziwe. Samorządy lubią wpisywać turystykę do strategii. Jeśli jednak można wskazać w Polsce taki region, który ma szansę w turystyce, to na pewno należy podać Bieszczady.
O bieszczadzkich plusach i minusach, o sposobach wzmacniania walorów i redukowania negatywów mówili także inni zaproszeni na konferencję naukowcy. Prof. Piotr Patoczka z Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej podkreślał, że współczesna architektura w Bieszczadach powinna nosić wyraźne cechy miejscowe i musi wyrastać z wielowiekowej tradycji kulturowej, historycznej i religijnej tego regionu. Nie może się wprowadzać do bieszczadzkiego krajobrazu elementów, które są w nim wyraźnie obce, które w nim ,,zgrzytają". O tym, że uwzględnianie rozwiązań dyktowanych przez tradycję regionu jest nie tylko pożądane, ale i korzystne, przekonywał prof. Marek Kowicki z Politechniki Krakowskiej. Przedstawił on m.in. makietę domu jednorodzinnego, w którym wykorzystano wiele rozwiązań stosowanych w tradycyjnych chatach łemkowskich. Domy wznoszone zgodnie z tym projektem poprzez zachowanie regionalnego stylu budownictwa znakomicie ,,siedziałyby" w bieszczadzkim krajobrazie, a niskie koszty ich eksploatacji i zastosowanie do budowy ekologicznych materiałów służyłyby kieszeni i zdrowiu ich właścicieli. O możliwościach wykorzystania regionalnej tradycji architektonicznej w tworzeniu infrastruktury turystycznej mówił także referat przygotowany przez prof. Wojciecha Kosińskiego z Politechniki Krakowska (odczytany przez jednego z jego doktorantów). Ważność związków między dziedzictwem kulturowym a wartością regionu podkreślał prof. Jerzy Czajkowski z Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Nieco inny charakter niż wystąpienia ,,architektów" i ,,historyków" miały głosy ,,przyrodników". Prof. Jerzy Piórecki z Uniwersytetu Rzeszowskiego uczelni mówił zaś o zagrożeniach bioróżnorodności regionalnej Karpat Wschodnich spowodowanych ekspansją roślin obcego pochodzenia. Pozytywnym i (głównie) negatywnym skutkom ingerencji człowieka w naturalne stosunki wodne poświęcił swoje wystąpienie prof. Krzysztof Kukuła z tej samej uczelni.
- Wszelkie działania, jakie wykonujemy w krajobrazie powodują długotrwałe i często nieodwracalne skutki - stwierdza prof. K. Kukuła. - Nasze wnuki albo będą nam je wypominać, albo będą za nie wdzięczne.
Na koniec konferencji dla wszystkich jej uczestników poczęstunek z potraw regionalnych przygotowały członkinie zespołu ,,Uherczanki" i Koła Gospodyń Wiejskich z Uherzec Mineralnych. Nad tym by wszystko było, jak należy, a nawet jeszcze lepiej, czuwał uherczański sołtys Eugeniusz Urbaniak.
- Zabudowa i sposób przestrzennego zagospodarowania obszarów wiejskich to jeden z ważniejszych wyznaczników atrakcyjności turystycznej Bieszczadów - podsumowuje dyrektor Fundacj Bieszczadzkiej ,,Partnerstwo dla Środowiska" Przemysław Ołdakowski. - Poważnymi przeszkodami hamującymi rozwój turystyki w naszym regionie są m.in. niszczenie lub pozostawianie własnemu losowi obiektów zabytkowych, wprowadzanie przypadkowych form zabudowy oraz chaos w planowaniu przestrzennym siedlisk ludzkich, brak ich zharmonizowania z krajobrazem, z przyrodą, zerwanie łączności z tradycyjną architekturą. Do tego dochodzą inne ,,błędy", jak choćby wprowadzanie gatunków roślin obcych ekosystemowi bieszczadzkiemu, niewłaściwe gospodarowanie zasobami wodnymi czy niespójna gospodarka ściekami i odpadami.
T. Szewczyk
Fot. - Im większa partycypacja społeczna na wszystkich etapach tworzenia czegoś, tym mniejsze zagrożenie poważnymi konfliktami - mówi prof. K. Pawłowska
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 9)
|
(więcej ,,GB" 8)
|
- Nadleciał od strony Sanoka, wykonał zwrot i szykował się do przyziemienia na łące. Tuż nad ziemię ogon podskoczył w górę, a łopaty wirnika wbiły się w ziemi? - relacjonują naoczni świadkowie wypadku.
Skrzydlata pomoc spadła z nieba
Przed piętnastą, jak zwykle, szkolny autobus wyruszył spod rzepedzkiego gimnazjum. Kursem przez Komańczę odwieźć miał dzieci z kierunku Łupkowa. Specyfiką komanieckiej gminy są niewielkie, lecz rozcięgnięte wsie, ulokowane wzdłuż kiepskich, bocznych dróg. W jedną z takich właśnie - w głąb Radoszyc - wjeżdżał gimbus, gdy 16-letnia Beata źle się poczuła. Nauczyciele i rodzina potwierdzają, iż od dwóch lat dziewczyna cierpi na padaczkę.
Kilkakrotnie wzywano już do niej pogotowie, nieraz była też hospitalizowana. Zarówno kierowca - Stanisław Mordarski, rówieśnicy, jak i towarzysząca im na trasie nauczycielka wiedzieli, że na Beatę zwracać należy szczególną uwagę. Stąd postój, by w najbliższym domu poprosić o herbatę do popicia leków, które jak zwykle miała przy sobie, stąd propozycja cofnięcia się do ośrodka zdrowia w Komańczy. Propozycja, którą Beata odrzuciła. Zakładając, iż po lekach poczuje się lepiej, chciała jechać do domu - do Smolnika.
W kilka minut później - między Radoszycami a Osławicą - straciła przytomność. Kierowca z nauczycielką wynieśli ją z autobusu.
- Ze służbowej komórki zadzwoniłem na 112. Prosiłem o jak najszybszą pomoc -wspomina kierowca. Pierwszej fachowej pomocy udzieliła wracająca z pracy w łupkowskim Zakładzie Karnym pielęgniarka, po chwili wsparła ją lekarka, z tego samego ZK.
Po 15-20 minutach dolinę wypełnił charakterystyczny, świszczący pomruk silników śmigłowca Mi-2. Doskonały dla pilota punkt orientacyjny, wyraźny na tle śniegu kontur pomarańczowego gimbusa wyznaczał rejon, wokół którego należy rozejrzeć się za miejscem do lądowania. - Nadleciał od strony Sanoka, wykonał zwrot i prawdopodobnie szykował się do przyziemienia na rozległej łące nad szosą. Tuż nad ziemię ogon podskoczył w górę, a łopaty wirnika wbiły się w ziemi? - relacjonują naoczni świadkowie wypadku.
Dramatyczne zdarzenie, przerażający widok rozpadającej się maszyny, troska o załogę, a do tego pierwotny, wciąż nie rozwiązany problem nieprzytomnej dziewczynki, leżącej na szosie przed gimbusem. Szybka decyzja: lekarka i pielęgniarka zostają z Beatą, szkolny kierowca i mąż pielęgniarki - Janusz Bober biegną z gaśnicami w stronę wraku. Nim udaje im się przedrzeć przez 100 metrów kopnego śniegu, otwierają się drzwi śmigłowca, wychodzi postać w czerwonym kombinezonie.
- Gaśnic nie trzeba. Wszystko jest zabezpieczone - uspokaja pilot wracając w głąb kabiny, skąd pomaga wydostać się lekarzowi. Pielęgniarza - z rękę przytrzaśniętą pogiętymi blachami - trzeba uwalniać od zewnątrz, wykopując śnieg spod drzwi. Wszyscy o własnych siłach docierają do szosy. Pielęgniarz, mimo iż sam odniósł rany, pyta, gdzie jest chora, do której byli wzywani. Czuje się na siłach i chce wykonać swój obowiązek. Po chwili na miejscu zjawia się miejscowa policja i Straż Graniczna. Lekarka z pielęgniarką dzielą swój czas między tracącą co chwilę przytomność Beatę a załogę śmigłowca. Trwa oczekiwanie na karetki sanockiego pogotowia ratunkowego. Tego czasu - jak w bitwie - nikt nie jest w stanie określić. Jednym wydaje się, że trwało to wieki, innym, że pomoc przybyła szybciej niż zazwyczaj.
Następnego dnia, już spokojniej i na zimno opowiadając o zdarzeniu, wszyscy dodają: - Szybko? Bez śmigłowca już zawsze będzie zbyt wolno. Pierwsza karetka - tak zdecydowały względy medyczne - zabiera lekarza, u którego stwierdzono uraz kręgosłupa, druga - Beatę. Gimnazjaliści, którzy w sposób niezwykle zdyscyplinowany cały czas przesiedzieli w autobusie, ruszają teraz w dalszą drogę. Dorośli świadkowie czekają na prokuratora i pierwsze przesłuchania. Straż przy wraku pełnią: policja, OSP i SG. Ratownicy GOPR na polecenie szefostwa Lotniczego Pogotowia Ratunkowego ewakuują sprzęt medyczny z rozbitego śmigłowca.
Do przybycia lotniczej komisji wszystko inne pozostać musi jednak w niezmienionym stanie. Pierwszych fachowych oględzin dokonuje we wtorek wewnętrzna, krakowska ekipa Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Fachowcy z Komisji Badania Wypadków Lotniczych odpowiedzialni za ustalanie przyczyn katastrof w lotnictwie cywilnym mają przybyć na miejsce dopiero w środę rano. W policyjnym wozie gra radio. Reporter opisuje przebieg wypadku, informuje też o innym śmigłowcu, który tego samego dnia ma znaleźć się na sanockim lądowisku. To ważna informacja, choć w Komańczy trudna do potwierdzenia.
Katastrofa nie przyniosła ofiar w ludziach. Beacie, do której wzywano śmigłowiec, także udzielono fachowej pomocy. W tej sytuacji łatwiej rozmawiać o innych, długofalowych i powszechnych problemach. Gdy po drogowym czy nawet lotniczym wypadku służby techniczne sprzątają fragmenty pogiętych blach, mówi się tylko o ludziach, bo i nie wypada żałować maszyny, gdy ucierpiał człowiek. W przypadku latającej karetki jest inaczej.
- Bez śmigłowca czujemy się niepewnie. Proszę wziąć pod uwagę Smolnik, Maniów, Moszczaniec - jeśli mówię tylko o naszej gminie. Kiepskie - szczególnie zimą - drogi, a przede wszystkim odległość: 60-70 km od stacji pogotowia ratunkowego. W tej sytuacji, jeśli bazować tylko na zwykłych karetkach, nie można mówić o jakichkolwiek standardach czasu udzielenia pomocy medycznej. Będziemy walczyć wspólnie z innymi samorządami o nowy śmigłowiec dla sanockiego LPR - zgodnie oświadczają włodarze gminy Komańcza wójt Stanisław Bielawka i jego zastępca Jerzy Krysiak. To stanowisko potwierdza sanocki starosta Bogdan Struś. Bliskie też jest zapewne innym...
Grzegorz Demel
Fot. Do przybycia lotniczej komisji wszystko musi pozostać w niezmienionym stanie
Fot. Łukasz Krogulecki
(więcej ,,GB" 6)
|
Jeśli obecne natężenie ruchu na przejściu w Krościenku utrzyma się przez cały rok, to przejedzie tędy ponad milion samochodów i prawie dwa i pół miliona ludzi.
Strumień jest coraz większy
Gdy ponad 10 lat temu uruchamiano kolejowe przejście graniczne Krościenko-Smolnica, nikt nie przewidywał, jak ono się rozwinie. Gdyby ktoś wówczas powiedział, że będzie tędy przejeżdżać po kilka tysięcy samochodów i ludzi na dobę, uznano by go pewnie za psychola.

Przejście kolejowe Krościenko - Smolnica ruszyło w maju 1994 r. Sąsiadujące z nim przejście drogowe, początkowo czynne tylko w dzień, oddano do użytku w listopadzie 2002 r. Całodobowe uruchomiono pod koniec sierpnia 2003 r. Od tamtego czasu strumień aut, ludzi i towarów, który tędy płynie, jest coraz większy.
Ludzie
Granicę polsko-ukraińską na przejściu drogowym i kolejowym w Krościenku - Smolnicy w 2004 r. przekroczyły 1 mln 408 tys. 624 osoby. Rok wcześniej odprawiono 834 tys. 753 podróżnych. Oznacza to, że w ciągu roku ruch osobowy wzrósł o prawie 70%.
Wśród podróżnych, jadących przez Krościenko - Smolnicę z Polski na Ukrainę i z Ukrainy do Polski, wyraźnie dominują obywatele polscy. W 2004 r. odnotowano ich ponad 961 tysięcy. W 2003 r. z przejścia w Krościenku skorzystały ponad 582 tysiące Polaków. Tak więc liczba Polaków przekraczających tutaj granicę wzrosła o 65%.
Cudzoziemców (czyli obywateli Ukrainy, ponieważ przejście ma na razie charakter międzypaństwowy) było w ub. r. 447,5 tysiąca. W 2003 r. odprawiono ich ponad ćwierć miliona. W ich przypadku nastąpił wzrost o ponad 77%.
Proporcje te wyglądają inaczej na przejściu kolejowym. Kolej cieszy się znacznie większą popularnością u Ukraińców. Średnio na jednego polskiego pasażera ,,pociągu międzynarodowego" Zagórz - Chyrów przypada trzech obywateli ukraińskich. W ub. r. koleją przejście pokonało prawie 35 tysięcy Ukraińców i niespełna 13 tysięcy Polaków.
W poprzednim roku średnio na dobę odprawiano w Krościenku na obu przejściach 3859 osób. Oznacza to, że w porównaniu do 2003 r. ,,średnia dobowa" liczba podróżnych wzrosła o blisko 1000 ludzi.
Pojazdy
Warto przypomnieć, iż początkowo, kiedy trwały prace przy budowie infrastruktury przejścia drogowego, strona polska zakładała, że będzie z niego korzystać maksymalnie 1000-1100 aut na dobę. Strona ukraińska przyjmowała natomiast, że będzie ich... 200. Szacunki ukraińskie od samego początku okazały się chybione. Prognozy strony polskiej też dość szybko stały się nietrafne.
Przez przejście w Krościenku przejechało w ub. r. 621 tys. 140 środków transportu. W 2003 r. liczba ta była znacznie niższa - 366 tys. 760. Oznacza to, że w ciągu roku liczba aut na przejściu wzrosła o 70%. Oznacza to także, że w ub. r. w ciągu doby odprawiano średnio 1700 pojazdów. Rok wcześniej na 24 godziny wychodziło ,,tylko" 1000 aut.
W ostatnich trzech miesiącach granicę w Krościenku - Smolnicy przekracza przeciętnie w ciągu doby ok. 6,5 tysiąca osób. Podróżują one prawie 3 tysiącami samochodów.
- Pomimo wysokich mrozów liczba podróżnych się nie zmniejsza - stwierdza komendant Granicznej Placówki Kontrolnej SG w Krościenku mjr Czesław Gonet. - Praktycznie przez cały czas samochody jadą przez granicę w obie strony.
Gdyby ten stan się utrzymał, to w tym roku liczba podróżnych grubo przekroczyłaby 2 miliony, zaś pojazdów należałoby się spodziewać ponad milion.
Kolejki
Wzrost liczby podróżnych sprawia, że po obu stronach granicy tworzą się kolejki. Średni czas oczekiwania na odprawę wynosi 3 godziny. Niektórzy podróżni próbują dostawać się do strefy odpraw poza kolejnością. Zainstalowane na przejściu kamery pozwalają to wychwycić. Jak dojeżdżają do budek, odsyła się ich zwykle na koniec kolejki.
Gorzej jest w nocy. Po stronie ukraińskiej dojazd do przejścia nie jest oświetlony. Tam też dochodzi do kłótni, przepychanek, a nawet do bójek i uszkodzeń pojazdów. Po polskiej stronie jest spokojniej. Ale i tutaj są próby wpychania się na siłę do kolejki, zajmowania miejsc dla kumpli, podjeżdżania do strefy odpraw bez odstania swojego. Po naszej stronie dochodziło też do przewracania aut czy spychania ich do rowu. Mówi się, że najczęściej sprawcami kolejkowych awantur są - jak ich nazywają na przejściu - ,,rabarbary" i ,,resoraki". Określenia te wzięły się od liter na tablicach rejestracyjnych.
Czasami po obu stronach granicy czeka jednocześnie kilkaset samochodów. Dlatego sprytniejsi, zanim zdecydują się na jazdę, dzwonią na przejście...
- Odbieramy dziennie setki telefonów z pytaniami o długość kolejki i czas oczekiwania - potwierdza komendant GPK Krościenko. - Jest to bardzo uciążliwe dla funkcjonariuszy SG, bo odrywa ich od pracy.
Dzwoniący najczęściej pytają, czy po polskiej stronie kolejka sięga ,,za ule", zaś po stronie ukraińskiej, czy kończy się ,,przed batyskafem".
Aby dowiedzieć się o czasie oczekiwania, nie trzeba dzwonić na przejście. Wystarczy zajrzeć do internetu na ,,przejściową" stronę (www.kroscienko.one.pl).
Towary
Jak się szacuje (dość ostrożnie zresztą), ok. 95% ludzi przejeżdża przez krościeńskie przejście w celach głównie handlowych. Regułą (niemal bez wyjątków) jest to, że na Ukrainę jadą auta z pustymi bakami, a do Polski - z pełnymi. Druga reguła jest taka, że prawie każdy podróżny, jadący z Ukrainy, ma na stanie co najmniej ,,przydział". Na ,,przydział" składają się artykuły monopolowe: 1 l alkoholu i karton papierosów.
Próbowano to ograniczyć administracyjnie, wprowadzając przepis, że mieszkańcy gmin przygranicznych mają prawo do przewiezienia tylko jednej paczki papierosów. Jeśli wieźli karton (10 paczek), to musieli mieć dowód, że kupili go nie bliżej niż 30 km od granicy. Egzekwowanie tego padło, bo w ukraińskich sklepach bardzo szybko zaczęto wydawać paragony z pieczątkami z różnych miejscowości położonych z dala od granicy. ,,Jak ktoś chciał, to mu nawet pieczątkę z Krymu mogli przybić" - mówi jeden z pograniczników. Przepis ten więc niby nadal obowiązuje, lecz jest praktycznie ,,martwy".
Polacy coraz częściej oprócz ,,przydziału" wiozą z Ukrainy...
Fot. - Czy kolejka po stronie ukraińskiej kończy się przed ,,batyskafem"? - pytają dzwoniący na przejście.
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 5)
|
,,Medstrachowki" były bezprawne
Od jakiegoś czasu Polacy, jadący na Ukrainę przez przejście graniczne Krościenko-Smolnica, nie są zmuszani do kupowania ,,medstrachowki", czyli ubezpieczenia zdrowotnego. Tak więc przy przekraczaniu granicy w Krościenku już nie należy uiszczać po stronie ukraińskiej żadnych opłat.

Na początku lutego Administracja Mościskiego Odcinka Ukraińsko-Polskiej Granicy poinformowała, że ,,opłaty zdrowotne" pobierane są bezprawnie, a ,,wykupienie ubezpieczenia zdrowotnego ukraińskich firm przez obywateli RP nie jest obowiązkowe".
Polscy podróżni, którzy pokonywali granicę polsko-ukraińską w Krościenku-Smolnicy, po przejechaniu jakichś 400 m byli zatrzymywani przez ubranych po cywilnemu przedstawicieli ukraińskiej firmy ubezpieczeniowej, zwanych potocznie sołtysami. Musieli u nich kupować książeczki ,,ubezpieczenia zdrowotnego". Kosztowało to 12 hrywien z książeczką (albo 5 bez książeczki). Książeczki uprawniały ich posiadaczy do korzystania ze świadczeń medycznych w niektórych placówkach ukraińskiej służby zdrowia. Ale tylko teoretycznie... W praktyce nie uprawniały nikogo do niczego.
Jeśli ktoś nie chciał się ,,ubezpieczyć", był wyzywany i straszony przykrymi konsekwencjami. W odwodzie ,,sołtys" miał zazwyczaj dodatkowych ,,ubezpieczycieli", którzy przychodzili mu w sukurs. W tej sytuacji nieraz dochodziło do kłótni i przepychanek. Niektórych opornych po prostu zawracano do Polski.
Sprawa ,,ubezpieczeń" i ,,ubezpieczycieli" była wielokrotnie przedmiotem interwencji Straży Granicznej i władz województwa podkarpackiego. Swego czasu była nawet poruszana w interpelacjach poselskich w Sejmie RP. O wyjaśnienie tej kwestii również Konsul Generalny RP we Lwowie występował do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy i do Rady Obwodowej we Lwowie. W odpowiedzi na jego wystąpienie nadeszło na początku ub. r. pismo z Lwowskiej Prokuratury Obwodowej. Zastępca prokuratora obwodowego Lwowskiej Prokuratury Obwodowej O. I. Kozaczuk twierdził w nim, że na podstawie postanowienia nr 1021 Rady Ministrów Ukrainy ,,O usprawnieniu toku okazywania pomocy medycznej obcokrajowcom, którzy przebywają czasowo na terenie Ukrainy" i rozporządzenia nr 225 Ministra Opieki Zdrowotnej Ukrainy pracownicy ZSA ,,Akcyjna Kompania Ubezpieczeniowa niesienia natychmiastowej pomocy medycznej obcokrajowcom" ,,realizują obowiązkowe ubezpieczenie medyczne obcokrajowców", a ,,koszt polisy ubezpieczeniowej wyznaczany jest przez odpowiednie rozliczenie, zatwierdzone przez prezesa Zarządu PAKU ,,Ukrainmedstrach" w uzgodnieniu z Komitetem ds. Nadzoru Działalności Ubezpieczeniowej". Ze stanowiska prokuratury wynikało, iż ,,medstrachowka" była jedyną legalną opłatą, jaka obowiązywała Polaków po przekroczeniu granicy. Natomiast pobierane swego czasu opłaty drogowe, parkingowe czy ekologiczne uznane zostały wówczas przez prokuraturę za niezgodne z prawem. Teraz okazuje się, że i ,,medstrachowka" też była bezprawna.
Jednak przymusowe nabywanie ,,polis ubezpieczeniowych" przetrwało na przejściu Krościenko-Smolnica najdłużej. Polacy, jadący na Ukrainę przez przejścia w Medyce czy Korczowej, nie musieli kupować ich już od jesieni ub. r. Nieoficjalnie mówi się, że wycofanie się Ukraińców z pobierania tych opłat w Smolnicy wiąże się ze zmianą ukraińskiego komendanta przejścia. Po nastaniu nowego szefa po ukraińskiej stronie przejścia rozdawano przez jakiś czas polskim podróżnym ulotki informujące o tym, że zmuszanie ich do opłacania ,,medstrachowki" jest niezgodne z prawem.
- Nie ma obowiązku wykupywania po stronie ukraińskiej ubezpieczeń - potwierdza komendant GPK Krościenko mjr Czesław Gonet. - Jeśli ktoś chce, to może sobie wykupić, ale nie można do tego nikogo zmuszać.
W swoim piśmie Administracja Mościskiego Odcinka Ukraińsko-Polskiej Granicy poinformowała także, iż ,,po przekroczeniu granicy podróżujący mogą być zatrzymani do kontroli tylko przez umundurowanych pracowników Straży Granicznej Ukrainy i Milicji".
A tak na marginesie... Jeżeli rzeczywiście pobieranie opłat za ,,polisy ubezpieczeniowe" było bezprawne, to wszyscy, którzy zostali zmuszeni do ich wykupienia, powinni mieć mozliwośc odzyskania pieniędzy. W sumie uzbierało się chyba ładnych parę milionów hrywien. Jest więc o co zabiegać. A tak na drugim marginesie... Ciekawe do kogo ta forsa tak naprawdę trafiała?
T. S.
Fot. Po ukraińskiej stronie przejścia Krościenko-Smolnica ,,sołtysi" już nie czatują
Fot. T. Szewczyk
|
Związek Wyznaniowy Gmin Żydowskich wystąpił o zwrot nieruchomości w Ustrzykch Dolnych
Sprawa jest złożona
Związek Wyznaniowy Gmin Żydowskich w RP prowadzi działania ukierunkowane na odzyskiwanie mienia, które kiedyś należało do Żydów. Od jakiegoś czasu trwają starania o przejęcie synagogi, cmentarza żydowskiego i placu po łaźni rytualnej w Lesku. Jednak na Lesku się nie zatrzymano. Teraz przyszła kolej na Ustrzyki Dolne.

Do ustrzyckiego burmistrza 20 grudnia ub. r. wpłynęły pisma Komisji Regulacyjnej ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich z Warszawy. Komisja zawiadamia w nich ,,o wszczęciu postępowania regulacyjnego w przedmiocie przeniesienia na rzecz Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP własności nieruchomości" położonych w Ustrzykach Dolnych.
Przedmiotem zainteresowania komisji są: cmentarz żydowski, ,,działka nr 1397, gdzie znajdowała się synagoga", nieruchomość, gdzie mieścił się budynek Stowarzyszenia Gemilas Chesed, nieruchomość, na której była siedziba Stowarzyszenia Jad Charuzim, a także działka z domem kahalnym oraz działka z łaźnią rytualną.
- Sprawa cmentarza nie budzi żadnych wątpliwości. Kirkut jest i możemy go w każdej chwili przekazać - stwierdza ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. - Sprawa pozostałych nieruchomości jest bardziej złożona.
,,Działka nr 1397, gdzie znajdowała się synagoga", to plac, na którym stoi Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna. Ci, którzy w Ustrzykach żyją dłużej, wiedzą, że budynek biblioteki powstał na miejscu przedwojennej synagogi. Po wojnie pozostały jej ruiny z najlepiej zachowaną ścianą wschodnią. I właśnie, chcąc upamiętnić dawną funkcję obiektu, nie wyburzono tej ściany, lecz zachowano jako część ściany biblioteki.
- Nieruchomość ta utrzymywana jest przez nasze państwo - mówi H. Sułuja. - Poza tym wnioskodawca do swojego wniosku nie dołączył żadnego tytułu własności do tej i do innych nieruchomości. Jeśli chodzi o pozostałe nieruchomości, które znalazły się we wnioskach Komisji Regulacyjnej ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich, to nie mamy żadnych informacji ani dokumentów potwierdzających ich istnienie i wskazujących ich lokalizację. Nie wiadomo, gdzie mieściły się siedziby Gemilas Chesed, Jad Charuzim, dom kahalny czy mykwa. W tej sytuacji trudno nam merytorycznie ustosunkować się do wniosków w tych sprawach.
Ustrzycki burmistrz podkreśla, że Ustrzyki Dolne wróciły do Polski w 1951 r. w ramach ,,korekty granic" i związanej z tym ,,wymiany terenów przygranicznych". Zanim ten fakt nastąpił, pomiędzy ZSRR a PRL zawarta została umowa międzynarodowa. Na mocy jej uregulowań państwo polskie przejęło wszystkie nieruchomości znajdujące się tym obszarze jako wolne od jakichkolwiek obciążeń. W tej sytuacji trudno uznać wysunięte przez komisję roszczenia za uzasadnione.
T. S.
Fot. Kirkut jest i można go przekazać
Fot. M. Szewczyk
|
Równia z patronem
Szkoła Podstawowa w Równi przestała być bezimienna. Od 20 stycznia br. nosi imię Jana Staszla. Wybór patrona w dużej mierze wiąże się z podpisaniem przez tę placówkę umowy o współpracy z Polską Wytwórnią Papierów Wartościowych w Warszawie. Jan Staszel był z PWPW związany przez ponad pół wieku.

Uroczystości nadania szkole imienia zaczęły się od mszy świętej koncelebrowanej w równiańskim kościółku przez ks. Pawła Biernata i ks. Jana Smołę pod przewodnictwem ks. Józefa Bieńka - dziekana ustrzyckiego. W nietypowej homilii, która przybrała kształt dialogu, księża Jan i Paweł, zastanawiali się nad najistotniejszym przesłaniem, jakie wynika z biegu życia Jana Staszla. Uznali, że jest nim nakaz nasycenia życia pasją - głębokim zamiłowaniem do czegoś, szlachetną namiętnością i jednocześnie trudem, cierpieniem i wyrzeczeniami.
Słowo ,,pasja" powtarzało się później, już w szkole, wielokrotnie w wystąpieniach uczestników uroczystości. I nie należy się temu dziwić. Jan Staszel był pasjonatem w pozytywnym znaczeniu tego słowa, a zdarzeniami z jego życia można byłoby z powodzeniem wypełnić kilka życiorysów.
Ze wzruszeniem o swoim ojcu mówiła Magdalena Staszel, która odsłoniła upamiętniającą go tablicę w holu szkoły. Tablicę poświęcił ks. prałat Józef Bieniek.
Tablica i cały wystrój odnowionego na to święto holu zostały zaprojektowane i wykonane przez plastyków z PWPW pod kierunkiem Macieja Kopeckiego - wybitnego grafika, znanego projektanta znaczków pocztowych. Wcześniej przez kilka tygodni w holu trwały prace remontowe, związane z wymianą podłogi, kaloryferów, okien, części drzwi, malowaniem ścian... Zostały one sfinansowane głównie ze środków przekazanych na ten cel przez PWPW.
Gośćmi szkoły w Równi w tym ważnym dla niej dniu byli m.in. Leszek Deptuła - marszałek województwa podkarpackiego, Maciej Flemming - prezes Zarządu PWPW S.A. w Warszawie, Jerzy Żuber vel Michałowski - dyrektor działu BHP, ochrony przeciwpożarowej i ochrony środowiska PWPW, gen. Henryk Majchrzak - komendant Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej, płk Marceli Kuca - b. zastępca komendanta BiOSG, Jolanta Tudrój-Darska - przedstawicielka Wojewody Podkarpackiego i Podkarpackiego Kuratora Oświaty, Ewa Sudoł - starościna bieszczadzka, Halina Nosal - przewodnicząca Rady Miejskiej w Ustrzykach Dolnych, Jolanta Słaby - wizytatorka Podkarpackiego Kuratorium Oświaty, Piotr Korczak - przewodniczący Rady Powiatu Bieszczadzkiego, Henryk Sułuja - burmistrz ustrzycki, Krzysztof Gąsior - wiceburmistrz, radni powiatowi i miejscy, dyrektorzy placówek oświatowych z ustrzyckiej gminy oraz sponsorzy szkoły. Oczywiście, nie zabrakło też rodziców, nauczycieli i uczniów. Pomimo ferii byli chyba wszyscy.
Bardzo ciepło i w dużym skupieniu przyjęty został program artystyczny, w którym wystąpili uczniowie z klas I-VI: Anna Bobrecka, Justyna Ogrodzka, Justyna Dajczak, Anita Orłowska, Monika Wilczak, Paulina Jędrzejec, Jagoda Kozdrowska, Przemek Wójcik i Marcin Długi. Zaprezentowany przez nich montaż słowno-muzyczny przybliżył sylwetkę Jana Staszla, a wplecione weń wiersze i utwory muzyczne mocno zagrały na uczuciach. Wydaje się, że dzięki temu ,,Jano" będzie żył nie tylko ,,we wspaniałych drogach, które pozostawił na ścianach gór", ale i w pamięci wszystkich uczestników uroczystości.
T. S.
Fot. W części artystycznej wystąpili uczniowie kl. I-VI
Fot. T. Szewczyk
|

Jan Staszel ,,Jano" (Kościelisko 1915 - 2003 Warszawa) - taternik, alpinista, polarnik, dziennikarz, poliglota i wieloletni pracownik Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Zaliczany do asów taternictwa i alpinizmu. Wspinaczki rozpoczął jako nastolatek. W Tatrach z jego nazwiskiem wiąże się kilkadziesiąt nowych dróg i najambitniejszych pierwszych wejść zimowych. W 1934 r. z Pawłem Voglem w ciągu 13 dni pokonał 3/4 grani Tatr Wysokich, z powodu niepogody przerywając próbę na Rysach. W 20 lat później, w r. 1955, zrealizował swoje marzenie: w pięcioosobowym zespole dokonał pierwszego przejścia grzebienia całych Tatr.
Kilkakrotnie wspinał się w Alpach (cztery wyjazdy w l. 1936-56) i na Spitsbergenie (trzy wyprawy w l. 1957-60). Na Spitsbergenie miał kilka pierwszych wejść ścianami, w tym drogi robione samotnie. Jeden ze szczytów na Spitsbergenie otrzymał na jego cześć nazwę Staszeliesen. Podróżował do ostatnich dni życia.
Pracował w zarządach Klubu Wysokogórskiego. Często kierował kursami i obozami. Był ratownikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i przewodnikiem górskim. Jako szkoleniowiec wychował rzesze taterników. Będąc poligrafem z zawodu pomagał w wydawaniu ,,Taternika". Publikował swoje teksty i fotoreportaże m.in. w ,,Taterniku", ,,Przeglądzie Sportowym", ,,Turyście", ,,Filmie" i ,,Życiu Warszawy".
Podczas wojny obronnej w 1939 r. dowodził sekcją karabinów maszynowych. Po kapitulacji uciekł z transportu do obozu jenieckiego i wrócił w rodzinne strony. Podczas okupacji był kurierem, który chodził przez granicę z Polski na Węgry i Słowację.
W 1945 r. znalazł pracę w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych w Krakowie, a od 1950 r. w Warszawie. W 1955 r. uzyskał dyplom inżyniera poligrafa. Z PWPW związał całe swoje zawodowe życie, pracując na różnych stanowiskach.
Prezes Polskiego Związku Alpinistycznego Janusz Onyszkiewicz, żegnając 12 lutego 2003 r. J. Staszla na Cmentarzu Komunalnym w Warszawie, powiedział: ,,Jak malarze żyją w swoich obrazach a pisarze w książkach, on żyć będzie we wspaniałych drogach, które pozostawił na ścianach Tatr."
Od 20 stycznia 2005 r. J. Staszel jest patronem Szkoły Podstawowej w Równi.
(opr. t. s.)
|
Zamieszanie nad kotłem
Sporo zamieszania zrobiło się wokół stołówek szkolnych. Od nowego roku miał wejść w życie program rządowy ,,Posiłek dla potrzebujących”. Jest rozporządzenie, ale nie ma pieniędzy. Z drugiej strony zaś Trybunał Konstytucyjny uznał, że dofinansowanie stołówek szkolnych przez samorządy jest ,,niekonstytucyjne” i go od nowego roku zabronił. Nie wiadomo, co z tego wszystkiego się ostatecznie wykluje.

- W ub. r. weszliśmy w pilotażowy program ,,Posiłek dla potrzebujących”. W listopadzie i grudniu skorzystało z niego 781 osób. Wydaliśmy na te posiłki prawie 58 tys. zł - mówi kierowniczka ustrzyckiego MGOPS Grażyna Lechowicz.
Dożywianiem w ramach programu objęto w ustrzyckiej gminie dzieci i młodzież z rodzin o dochodach miesięcznych do 474 zł netto na członka rodziny. W szkołach podstawowych i gimnazjach z ,,programowego” dożywiania korzystało 581 uczniów. Po raz pierwszy w ramach tego programu można było zapewnić także dożywianie dla uczniów szkół średnich. W BZSZ posiłki (robione podczas zajęć praktycznej nauki zawodu pod kierunkiem Marii Gawlik) jadło 52 uczniów. Bar ,,Ewa” dożywiał jeszcze 43 uczniów, a bar ,,Kuchcik” 59 uczniów ze szkół ponadgimnazjalnych. Pieniędzy wystarczyło jeszcze na udzielenie zasiłków na zakup żywności 46 osobom.
Ale program wraz z końcem roku się skończył i nie wiadomo, co dalej...
- Od początku 2005 r. dzieci z podstawówek i gimnazjów żywimy tak jak dotychczas. We wszystkich stołówkach szkolnych dożywianie ruszyło od 3 stycznia, gdy uczniowie wrócili z przerwy świątecznej - dodaje G. Lechowicz. - Opłacamy kilka obiadów dla uczniów ze szkół pondgimnazjalnych znajdujących się w szczególnie trudnej sytuacji. Na więcej nie mamy pieniędzy.
Program ,,Posiłek dla potrzebujących” miał wejść w życie od 1 stycznia 2005 r. Jest w tej sprawie specjalne rozporządzenie Rady Ministrów z 19 października 2004 r. Jednak rozporządzeniem za jedzenie się nie zapłaci.
- Na razie nie mamy pieniędzy. Będą pieniądze, będzie dożywianie - stwierdza szefowa ustrzyckiego GOPS. - Od lat uważałam, że młodzież ze szkół średnich powinna korzystać z dożywiania, bo oni są w okresie dojrzewania, część z nich dojeżdża i wychodzi z domu wcześnie, a wraca późno. Nie wszyscy mają drugie śniadanie...
Nie tylko nie uruchomiono środków na ,,Posiłek dla potrzebujących”. Pojawiła się groźba, że również sporo uczniów ze szkół podstawowych zostanie odsuniętych od talerzy.
Do tej pory rodzice opłacali jedynie tzw. wsad do kotła. Koszty utrzymania personelu kuchennego, opłat za prąd, węgiel czy gaz nie wchodziły do ceny ich posiłków. Dzięki temu obiady w szkolnych stołówkach można było zjeść po ok. 2 zł. Miesięcznie rodzic płacił za dziecko do 50 zł.
Od nowego roku jednak - jak orzekł Trybunał Konstytucyjny - samorządy nie będą mogły pokrywać kosztów związanych z przygotowaniem posiłków. Wejście tego rozstrzygnięcia w życie spowodowałoby drastyczną podwyżkę cen posiłków. To z kolei spowodowałoby rezygnację części dzieci z dożywiania, co znowu oznaczałoby konieczność podniesienia cen posiłków itd. Skończyłoby się to pewnie zamykaniem stołówek i jadłodajni szkolnych, które z takim trudem uruchomiono w większości szkół.

Szczególnie mocno we znaki dałoby się to uczniom szkół podstawowych i gimnazjów bieszczadzkich. Ze szkolnego dożywiania korzysta ponad połowa z nich (od 47% w gminie Solina do 69% w gminie Ustrzyki D.). Koszty dożywiania prawie trzech czwartych dożywianych uczniaków pokrywane są ze środków pomocy społecznej, na które składają się dotacje z województwa i pieniądze z budżetów gmin.
- U nas w 2004 r. na dożywianie dzieci i młodzieży przeznaczyliśmy ponad 178 tys. zł, w tej sumie ponad 120 tys. zł pochodziło z budżetu gminy - informuje G. Lechowicz.
Także inne gminy przekazują ze swoich budżetów na ten cel poważne środki (patrz tabela), uznając, że są to wydatki w pełni uzasadnione.
W tej sytuacji Związek Bieszczadzkich Gmin Pogranicza (Baligród, Cisna, Czarna, Komańcza, Lutowiska, Olszanica, Solina i Ustrzyki D.) stanowczo sprzeciwił się rozwiązaniom uniemożliwiającym gminom finansowanie działalności stołówek szkolnych. Swoje stanowisko przekazał władzom wojewódzkim i ministrowi edukacji. Uruchomił też podkarpackich parlamentarzystów, żeby tę sprawę mocno drążyli.
Gminy wydawały własne środki na doprowadzenie świetlic, stołówek, kuchni do stanu używalności, na zakup wyposażenia, wynagrodzenia personelu, pokrywanie kosztów wody, energii elektrycznej itd. Teraz - jak twierdzą - ,,cały ten wysiłek może pójść na marne”.
,,Specyfika Bieszczadów - napisali samorządowcy z ZBGP w swoim stanowisku - wymaga zastosowania rozwiązań przystających do tutejszych realiów. Dlatego Związek Bieszczadzkich Gmin Pogranicza zwraca się z prośbą o wydanie rozporządzenia przywracającego stan sprzed 31 grudnia 2004r., gdyż tylko wtedy bieszczadzkie samorządy będą mogły wypełniać swą powinność wobec tutejszej społeczności w zakresie dożywiania uczniów. Wprowadzenie innych rozwiązań w sytuacji bieszczadzkich gmin jest po prostu nierealne”.
T. Szewczyk
Fot. Nie wiadomo, ile będą kosztować posiłki w 2005 r.
|
Choinki prosto z lasu
Na kilkanaście dni przed Bożym Narodzeniem można się było zaopatrzyć w choinkę świerkową pochodzącą prosto z lasu. W 27 nadleśnictwach z terenu RDLP w Krośnie przygotowano na rynek ponad 4 tysiące młodych świerków ze specjalnych plantacji choinkowych.

Plantacje te zakłada się najczęściej na gruntach użytkowanych przejściowo, np. pod liniami wysokiego napięcia, lub na gruncie rolnym. Dla zainteresowanych przygotowano również choinki sosnowe, cieszące się coraz większym powodzeniem.
- Co roku sprzedajemy od 3 do 4,5 tysiąca choinek, których normatywna wysokość wynosi od 1,5 do 5 m. Najwięcej sprzedajemy drzewek o wys. do 2,5 m - informuje Andrzej Miara, naczelnik Wydziału Marketingu RDLP w Krośnie. - Za choinkę pokojową trzeba zapłacić w nadleśnictwach 15-40 zł. Bywają również zamówienia specjalne na drzewka wyższe (5-10 m), np. do ustawienia w kościołach i miejscach publicznych. Ceny kształtują samodzielnie poszczególne nadleśnictwa, kierując się zasadami rynku, uwzględniając poniesione koszty założenia plantacji oraz pozyskania drzewek.
Dużym powodzeniem wśród kupujących cieszą się gałązki jodły używane na świąteczne stroiki. Stroisz jodłowy można pozyskać legalnie ze ściętych drzew na zrębach. Jeden metr przestrzenny stroiszu kosztuje od 50 do 110 zł w różnych nadleśnictwach.
- Żywa choinka to tradycyjny element polskich Świąt Bożego Narodzenia. Drzewko świerkowe nawet jeśli po kilku tygodniach opadnie zupełnie z igieł, pozostaje wciąż elementem przyjaznym człowiekowi - mówi Jan Kraczek, dyrektor RDLP w Krośnie. - Choinka plastikowa jest natomiast "bezduszna" i wprowadza do domu "chemiczną" atmosferę. Dlatego hodujemy drzewka świąteczne, aby zaspokoić oczekiwania wielu polskich rodzin. Pozyskanie choinek w Lasach Państwowych w najmniejszym stopniu nie narusza równowagi ekosystemu leśnego.
EdM
Fot. Jadą choinki z lasu
Fot. E. Marszałek
|
Sierpień w listopadzie
,,Wielkie zwycięstwo opozycji” - tak określono orzeczenie Sądu Najwyższego Ukrainy, który 3 grudnia anulował zwycięstwo premiera Wiktora Janukowycza w walce o prezydenturę. Trybunał uznał, że w drugiej turze wyborów 21 listopada, w której Janukowycz - wg komunikatów Centralnej Wyborczej Komisji - nieznacznie pokonał lidera opozycji Wiktora Juszczenkę, doszło do licznych fałszerstw. Powtórkę drugiej tury wyznaczono na 26 grudnia.
Zanim jednak doszło do takiego werdyktu Sądu Najwyższego Ukrainy, zwolennicy Wiktora Juszczenki przez niemal dwa tygodnie konsekwentnie walczyli o anulowanie wyników drugiej tury wyborów, zarzucając obozowi władzy, z którym związany jest Janukowycz, dopuszczenie się licznych oszustw wyborczych.
W ciągu tych niespełna dwóch tygodni doszło do radykalnej przemiany społeczeństwa ukraińskiego. Zresztą już przed drugą turą było widać, że Ukraińcy uwierzyli, iż kartka wyborcza ma swoją siłę i że Juszczenko, choć nie miał równych z Janukowyczem warunków prowadzenia kampanii wyborczej, może zostać prezydentem...
- Kampania wyborcza na Ukrainie nie może być określana jako sprawiedliwa, spełniająca demokratyczne standardy. Kandydaci nie mieli równych możliwości jej prowadzenia, nie mieli jednakowego dostępu do mediów - mówi dr Oleksandr Suszko z Instytutu Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych Ukraińskiej Akademii Nauk, dyrektor Centrum Pokoju, Reform i Polityki Zagranicznej w Kijowie. - Dla mnie jako wyborcy i obywatela wynik procentowy wyborów nie jest najważniejszy. Dla mnie ważniejsze było to, jak zachowa się społeczeństwo, jak zwykli ludzie będą pilnować, żeby nie było oszustw. Czasami przed lokalami wyborczymi do rana stało po kilkadziesiąt osób, które pilnowały, żeby nie doszło do fałszerstw. To była całkiem nowa jakość.
,,Całkiem nową jakość” widać także w tym, co dzieje się po drugiej turze wyborów. Protesty przeciw matactwom wyborczym i manifestacje poparcia dla Juszczenki nie ograniczają się jedynie do tego, co możemy oglądać w relacjach telewizyjnych z Placu Niepodległości w Kijowie. Ta fala ogarnęła całą - mówiąc umownie - centralną i zachodnią Ukrainę.
Że tak rzeczywiście jest, dowodzi choćby manifestacja, jaka odbyła się 25 listopada w pobliżu polsko-ukraińskiego przejścia granicznego Krościenko-Smolnica. Po stronie ukraińskiej, tuż za szlabanem granicznym, zebrało się kilkuset mieszkańców rejonu samborskiego. Byli wśród nich również przedstawiciele lokalnych władz, lecz zdecydowaną większość stanowili zwykli ludzie. Jeszcze kilka dni wcześniej pewnie żaden z nich nie odważyłby się sprzeciwić ,,centrali”. Teraz poczuli, że stanowią siłę, która może w ich kraju wszystko lub prawie wszystko zmienić. Przyszli pod granicę z ukraińskimi flagami, z wyborczymi broszurkami, z portretami swojego kandydata na prezydenta, dla nich właściwie już prezydenta.
- Juszczenko, nasz prezydent! Juszczenko, nasz prezydent! - skandują głośno. - Kuczma, Janukowycz het! Kuczma, Janukowycz het!
- Lwowska Rada Obwodowa nie zbierała się przez 11 miesięcy. Wreszcie wczoraj odbyła się jej sesja. Ogłosiliśmy, że naszym prezydentem jest Wiktor Juszczenko. Podjęliśmy takie uchwały - mówi Iwan Pawełko, deputowany do Lwowskiej Rady Obwodowej. - Zmieniliśmy tych przedstawicieli władz, którzy występowali przeciwko naszemu wyborowi.
Podobne stanowisko zajęła także Starosamborska Rada Rejonowa. Radni starosamborscy również oficjalnie uznali, że Juszczenko wygrał, a ogłoszone przez CWK wstępne wyniki, mówiące o zwycięstwie Janukowycza, uznali za efekt wyborczych szwindli.
- Hańba CWK! Hańba CWK! Hańba! Hań..! - manifestanci krzykiem wyrażają swoją dezaprobatę dla Centralnej Wyborczej Komisji.
- Przychodzili do lokali wyborczych i robili, co chcieli. Jak ktoś próbował się przeciwstawić, to mu grozili bronią. Brali karty do głosowania i całymi pakietami wrzucali do urny - opowiada jedna z kobiet. - Jak ktoś za bardzo protestował, to go wyciągali z lokalu wyborczego i tłukli. To dzięki temu Janukowycz miał tyle głosów...
- Wg nas Juszczenko wygrał i jest dla nas prezydentem - stwierdza Oleh Paska, zastępca przewodniczącego Starosamborskiej Rady Rejonowej. - Liczymy na Sąd Najwyższy Ukrainy. On powinien unieważnić wyniki podane przez CWK. Potem powinna się jeszcze raz odbyć druga tura wyborów. Ale już uczciwie, bez kombinacji i fałszerstw.
Wśród manifestantów ktoś rozdaje skserowane ulotki. - My to dobrze wiemy - mówią kobiety. - Dajcie to tym na wschodzie. Niech zobaczą na kogo głosowali.
Na ulotce widać Wiktora Janukowycza w więziennym pasiaku. To list gończy: ,,Uwaga! Poszukiwany! Janukowycz Wiktor Fedorowicz. W 1968 r. z art. 142 ust. 1 kodeksu kryminalnego USRR (rozbój w zmowie z grupą osób) - otrzymał trzy lata więzienia. Wyszedł na wolność przedterminowo za współpracę z administracją zakładu karnego. W 1970 r. z art. 102 kodeksu karnego USRR (spowodowanie ciężkich uszkodzeń ciała) - skazany na dwa lata więzienia. Wyszedł na wolność przedterminowo za współpracę z administracją więzienną. Podejrzany o udział w gwałcie zbiorowym ze szczególnym okrucieństwem (art. 118 kodeksu karnego USRR). Poszkodowana wskutek gróźb pod jej adresem wycofała doniesienie. W miejscach odbywania kary pozbawienia wolności miał pseudonim ,,Cham”. Wchodzi w skład donieckiego ugrupowania przestępczego ,,Luks”. Wzrost 195 cm, waga - 115 kg. Niebezpieczny. Kandydat na Prezydenta Ukrainy”.
- Hańba tym, co głosowali za Janukowyczom! - wykrzykuje ktoś z tłumu. Pozostali podchwytują. Po chwili wszyscy krzyczą: - Nie oddamy Ukrainy bandytom! Nie oddamy Ukrainy bandytom! Bandyty w tiurmu! Bandyty w tiurmu!
- Tam na wschodzie dużo głosowało na Janukowycza, bo oni nie mają informacji. Oni chyba nie wiedzą, że to kawał łotra - dzieli się swoimi przypuszczeniami Iwan Pawełko. - Mamy świadomość, że jesteśmy jednym narodem i z nami Kijów, Czernichów i Lwów, z nami też Donieck. Nasz naród nie chce podziału Ukrainy. Nasz naród nie chce rozlewu krwi. Nasz naród chce żyć w normalnych warunkach. My na naszym terenie uważamy i będziemy uważać Juszczenkę za prawowitego prezydenta.
A potem, chyba dla uspokojenia emocji, intonują nastrojową pieśń z refrenem: ,,Kraju mój, ukochany kraju,/ Moja mateńko kochana”.
Tego dnia przed południem na Placu Wolności w Kijowie był Lech Wałęsa. Wszyscy widzieli to w telewizji. Wystąpienie przywódcy ,,Solidarności” bardzo im się podobało.
- Wałęsie sława! Wałęsie sława! - wyrażają chóralnymi okrzykami swoją wdzięczność dla b. prezydenta Polski. - Polszcza z namy! Polszcza z namy! - krzyczą po chwili. - Polacy to nasi sąsiedzi i muszą nam pomóc - mówią.
- W naszej wspólnej historii były różne okresy. Były dobre i były złe. Dobrych było więcej. Polska jest dla nas wzorem. My 13 lat temu odzyskaliśmy niepodległość i rozpadł się Związek Radziecki. Ale tak naprawdę to my dopiero dzisiaj wychodzimy ze Związku Radzieckiego - stwierdza Iwan Pawełko.
W manifestacji biorą też udział przybysze z drugiej strony granicy. Są tu m.in. działacz Platformy Obywatelskiej Adam Pęzioł, starościna bieszczadzka Ewa Sudoł, wicestarosta Marek Andruch, burmistrz ustrzycki Henryk Sułuja i jego zastępca Krzysztof Gąsior.
- Ukraińcy teraz powstają z kolan - mówi E. Sudoł. - Naród, który powstanie z klęczek, nie da się już później łatwo rzucić na kolana. Dlatego to, co się teraz dzieje na Ukrainie, jest niezwykle ważne.
- My mamy za sobą taki okres, kiedy poczuliśmy się naprawdę wolni, mamy tamten Sierpień - dodaje H. Sułuja. - Ukraińcy mają chyba swój Sierpień w tym roku w listopadzie.
- Cieszymy się, że nasi najbliżsi sąsiedzi z Polski są tutaj z nami. Mamy bardzo dobre kontakty z powiatem bieszczadzkim i z gminą Ustrzyki Dolne - stwierdza burmistrz Starego Sambora Iwan Hryz. - We wszystkich sprawach potrafimy się dogadać. Nasza współpraca jest coraz lepsza. Uważam, że relacje między nami mogą być wzorem dla całej Ukrainy i całej Polski.
* * *
Kiedy wracałem ze smolnickiej manifestacji, włączyłem w aucie radio. Właśnie podawano najświeższe wiadomości. ,,Sąd Najwyższy Ukrainy zakazał Centralnej Komisji Wyborczej oficjalnego ogłoszenia wyników wyborów” - to była pierwsza informacja, jaką usłyszałem. To była nie tylko pierwsza, ale i dobra informacja.
T. Szewczyk
Fot. - Juszczenko, nasz prezydent! Juszczenko, nasz prezydent! - skandują głośno manifestanci. - Kuczma, Janukowycz het! Kuczma, Janukowycz het!
Fot. T. Szewczyk
|
86 rocznica odzyskania niepodległości
Wszyscy i na co dzień
Choć to nie była okrągła rocznica odzyskania przez nasz kraj niepodległości, jej obchody miały podniosły charakter. W Ustrzykach Dolnych uczczono ją mszą za ojczyznę, wspólną sesją rady powiatu i rady miejskiej, przemarszem ulicami miasta ze składaniem wieńców w miejscach pamięci oraz koncertem orkiestry miejskiej.
W ustrzyckim Urzędzie Miejskim w uroczystej sesji wzięli udział radni Rady Miejskiej i Rady Powiatu Bieszczadzkiego, burmistrzowie i zarząd powiatu, a także przedstawiciele stowarzyszeń, organizacji kombatanckich, politycznych i społecznych, szkół, straży pożarnej, policji, straży granicznej oraz różnych instytucji i zakładów pracy. Wśród gości byli m.in. delegacja Starego Sambnora (Ukraina) z merem Iwanem Hryzem oraz wicewojewoda podkarpacki Franciszek Woś.
Wicewojewoda wręczył czworgu mieszkańcom ustrzyckiej gminy Krzyże Zesłańców Sybiru przyznane przez Prezydenta RP. Odznaczenia otrzymali: Bronisława Babraj z Ustrzyk Dolnych, Rozalia Mikuszewska z Jałowego, Mieczysław Dzieńkowski z Hoszowa i Władysław Łuc z Ropienki.
- Historia Polski jest burzliwa, bogata i dosyć kręta - mówił F. Woś. - 86 lat temu odzyskaliśmy Polskę nie dla chłopów, nie dla szlachty, nie dla inteligencji, nie dla robotników, ale dla wszystkich Polaków. Dzisiaj nie udaje się unikać błędów, lecz mimo to Polska się rozwija. Czy może rozwijać się szybciej i lepiej? Na pewno tak. Czy może być sprawiedliwsza? Na pewno tak. Ale o to, by tak się stało, musimy zabiegać wszyscy na co dzień.
Okolicznościowy referat wygłosił dr Andrzej Zapałowski. Skupił się on głównie na kształtowaniu się relacji polsko-ukraińskich w okresie wybijania się Polski na niepodległość. Z jego wystąpienia wynika, że wszyscy najwybitniejsi polscy politycy tamtego okresu opowiadali się za powstaniem państwa ukraińskiego, uznając jego utworzenie za sprawę bardzo istotną dla Polski.
W tym roku część artystyczną przygotowali uczniowie Bieszczadzkiego Zespołu Szkół Zawodowych w Ustrzykach Dolnych. W montażu słowno-muzycznym ,,Do kraju tego” wystąpili: Magda Wojtanowska, Barbara Smolińska, Agnieszka Krupa, Natalia Lech, Bartosz Pachla, Marcin Stec, Kamil Uzdejczyk i Patryk Kołodziej. Scenariusz, którego osnowę stanowiły wiersze Juliusza Słowackiego, Cypriana Kamila Norwida i Juliana Tuwima, opracowały Bogumiła Radwańska i Wioletta Wielgosz. O oprawę plastyczną zadbał Zbigniew Zamołojko. Oprawę muzyczną zaś stanowiły utwory Fryderyka Chopina.
W kościele pw. Matki Boskiej Królowej Polski odprawiona została w intencji ojczyzny msza święta koncelebrowana pod przewodnictwem ks. Józefa Bieńka - dziekana ustrzyckiego.
- Dzisiaj myślą i miłością obejmujemy całą Polskę i wszystko, co ją stanowi. Obejmujemy też myślą wszystkich Polaków, tych w kraju, tych za oceanem i tych za wschodnią granicą - mówił kaznodzieja. - Patrząc na losy naszego narodu i Kościoła w narodzie, dostrzegamy te zadania, które wykonaliśmy, ale i te, którym nie potrafiliśmy sprostać. Nie godzi się nam sprzeniewierzać polskiej, chrześcijańskiej tradycji naszego narodu i historii uświęconej krwią wielu ludzi, dzięki którym dzisiaj korzystamy z wolności. Nie godzi się nam wyprzedawać polskości i wiary za czcze obietnice fałszywych proroków.
Po mszy jej uczestnicy przeszli, poprzedzani orkiestrą miejską, głównymi ulicami miasta i złożyli kwiaty i wieńce w miejscach pamięci narodowej.
t. s.
Fot. Uczestnicy obchodów Święta Niepodległości przeszli głównymi ulicami Ustrzyk
Fot. T. Szewczyk
Fot. Część artystyczną przygotowali uczniowie BZSZ
Fot. T. Szewczyk
|
Część województw z głowy?
Podkarpackie, do widzenia?
Na posiedzeniu sejmowej komisji ds. Unii Europejskiej 29 października 2004 r. rząd przedłożył projekt rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady Europy w sprawie klasyfikacji jednostek terytorialnych państwa polskiego do celów statystycznych.
W myśl tego rozporządzenia Polska w miejsce dotychczasowego podziału kraju podzielona została na sześć regionów: centralny (mazowieckie i łódzkie), południowy (małopolskie, śląskie), wschodni (lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie i podlaskie), północno-zachodni (wielkopolskie, zachodniopomorskie i lubuskie), południowo-zachodni (dolnośląskie, opolskie) oraz północny (kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie i pomorskie).
Projekt rozporządzenia jest zgodny z wydanym 27 kwietnia 2004 r. rozporządzeniem Rady Ministrów w sprawie ,,wprowadzenia standardowych klasyfikacji i nomenklatur”. Jego podstawą prawną jest z kolei rozporządzenie Komisji Europejskiej nr 1059/2003.
Inicjatywa podziału sprzecznego z dotychczasowym podziałem administracyjnym Polski nie wyszła ze strony Komisji Europejskiej, ale ze strony rządu polskiego, który miał za zadanie przygotować ,,polską” część owego rozporządzenia Komisji Europejskiej.
Co to oznacza dla nas?
Ni mniej, ni więcej, a tylko to, że dotychczasowe starania o dotacje unijne ze strony władz województwa podkarpackiego nie do końca mogą być skuteczne. Zarówno przyznawanie środków ,,unijnych”, jak też ich wydatkowanie i późniejsze rozliczanie odbywać się będzie w ponadwojewódzkiej strukturze składającej się z trzech, a nie z jednego podkarpackiego województwa.
Potrzeby naszego województwa będą konfrontowane z potrzebami całego nowego regionu składającego się z trzech województw. A o ile znam Podlasie i przebojowe władze Białegostoku, który jeszcze przed wejściem Polski do UE potrafił zawalczyć o dotacje unijne na informatyzację województwa, czarno widzę naszą podkarpacką przyszłość.
Ponadto nasi wojewódzcy włodarze będą musieli się nauczyć ,,w biegu” trudnej sztuki takiego konstruowania wniosków o współfinansowanie lokalnych inwestycji ze środków unijnych, w których wyżej od interesu lokalnego podkarpackiego promowany będzie interes całego regionu. A z tym mogą być spore trudności, bo nie za bardzo potrafimy współdziałać w poziomych strukturach.
Do nowej sytuacji powinny się też przygotować bieszczadzkie samorządy. Niestety, dogania je dzisiaj to, o czy pisałem przed ponad dwoma laty, a czego nie zrobiono, bo i niby po co. Chodzi mianowicie o zupełnie inną od przyjętej obecnie formułę konstruowania planów rozwoju lokalnego. Gdyby przy tworzeniu planów rozwoju uwzględniono owe uwagi, dzisiaj dużo łatwiej przyszło by nam się ubiegać o współfinansowanie inwestycji lokalnych ze środków unijnych.
Jak rząd tłumaczy sens tych zmian?
Przede wszystkim słabością potencjału rozwojowego obecnych polskich województw i ich przyszłą niemożnością absorpcji środków unijnych. Skoro zaś rząd jest zbyt słaby, aby wprost dokonać nowego podziału administracyjnego kraju, podziału, w którym ostałoby się co najwyżej sześć (a tak naprawdę powinno być cztery) z obecnych szesnastu województw, usiłuje dokonać tego obok istniejącego prawa, licząc, iż opór będzie słaby lub żaden. Taki jest chyba sens tej cichcem przygotowywanej de facto zmiany podziału administracyjnego kraju.
Marek Wolski
|
Jak to z Hucułami było
Straż Graniczna wydała sześciorgu obywatelom Ukrainy (pięciu mężczyznom i jednej kobiecie) nakaz opuszczenia w ciągu tygodnia Polski i zakaz wjazdu do naszego kraju przez rok. Grupa ta pracowała przy wznoszeniu drewnianego budynku na gruntach prywatnych znajdujących się między Lipiem, Bystrem i Michniowcem w gminie Czarna. Takie są fakty.

Cała szóstka zatrzymanych przez SG to - wg informacji prezesa Stowarzyszenia Dziedzictwo Karpat dra Andrzeja Czecha - górale z Huculszczyzny, którzy przybyli w Bieszczady, by - na mocy porozumienia pomiędzy polskim Stowarzyszeniem Dziedzictwo Karpat a ukraińskim Stowarzyszeniem Spadszczyna - zbudować siedzibę Karpackiego Centrum Edukacyjno-Ekologicznego w Michniowcu. Z założenia siedziba centrum miała być tradycyjną chatą góralską, zbudowaną bez użycia gwoździ. Jednocześnie dzięki zastosowaniu nowoczesnych alternatywnych źródeł energii miała ona być samowystarczalna energetycznie, a w wyniku zastosowania nowatorskich rozwiązań gospodarki ściekami, miała być także nieszkodliwe dla środowiska.
Cieśle z Huculszczyzny, którymi kierował dziekan Wydziału Artystycznej Obróbki Drewna Instytutu Sztuki Użytkowej w Kosivie k. Kołomyi i jednocześnie prezes Spadszczyny prof. Josyp Prymak, przyjechali w Bieszczady na początku września. Za swoją pracę - co podkreśla A. Czech - nie otrzymywali wynagrodzenia. Na czas budowy zapewniono im tylko zakwaterowanie i wyżywienie. Po zakończeniu całego projektu, którego częścią była budowa tego budynku, mieli dostać honorarium od Fundacji im. Sendzimira.
- Pierwszą wizytę SG mieliśmy na początku października. Funkcjonariusze sprawdzili, czy ci ludzie mają wizy, czy są zameldowani. Sprawdzili zaświadczenia imienne o udziale w projekcie i źródła jego finansowania. Nawet wzięli to do skserowania. Wydawało się, że wszystko jest OK - relacjonuje A. Czech. - Po tygodniu, 13 października, SG znów przyjechała, zgarnęła tych ludzi do aut i zawiozła do strażnicy SG w Czarnej. Tam ich trzymano kilka godzin i przesłuchano. Potraktowano ich jak przemytników czy pracujących na czarno. W przesłuchaniach nie uczestniczył tłumacz. Wedle wyjaśnień obywateli ukraińskich nie rozumieli oni zadawanych pytań ani dokumentów, które podpisywali. Wrócili z pieczątkami w paszportach, że w ciągu 7 dni mają wrócić na Ukrainę i przez rok nie mają prawa wjazdu do Polski.
Huculscy cieśle wyjechali z Polski przed upływem wyznaczonego terminu. Prace przy budowie chaty stanęły...
- Jeśli oni szybko nie wrócą, to projekt leży - stwierdza A. Czech. - Cały materiał na dalszą budowę zostanie zniszczony. Poza tym grozi nam utrata zaufania sponsorów. Mamy zakupione różne instalacje, m.in. wiatrak, ogniwa fotowoltaiczne, kolektory słoneczne. Jeżeli te urządzenia nie zostaną zainstalowane, to po zimie będziemy je mogli wyrzucić na śmietnik.
Obecnie to wszystko jest przechowywane w namiotach. Ale w namiotach nie uda się tego bezpiecznie przetrzymać przez całą zimę.
Tak ,,wydarzenia michniowieckie" wyglądają w relacji jednej strony. Wydaje się jednak, że nie jest to obraz obiektywny. Prawdopodobnie nie zostały dopełnione wszystkie formalności związane z zalegalizowaniem pracy fachowców z Huculszczyzny. Poza tym nie do końca jest jasne, na jakiej zasadzie miało powstać owo Karpackie Centrum Edukacyjno-Ekologicznego w Michniowcu. O takim pomyśle nic nie wiadomo ani w Urzędzie Gminy w Czarnej, ani w Starostwie Powiatu Bieszczadzkiego.
- Nic nie wiedzieliśmy o tej sprawie. Kto pracuje na budowie ani co tam się tak naprawdę buduje, nikt w naszym urzędzie nie miał wiedzy - mówi wicewójcina gminy Czarna Małgorzata Bartnik. - Dopiero dowiedzieliśmy się o tym z artykułu w ,,Rzeczypospolitej". Stowarzyszenie Dziedzictwo Karpat nie ma żadnych gruntów na terenie naszej gminy. Znam to stowarzyszenie jedynie z działalności związanej z projektowaniem i wykonawstwem ogrodowych oczyszczalni ścieków. Grunty, na których ten obiekt powstaje, należą do osoby fizycznej.
- Jest wydane dla osoby fizycznej pozwolenie na budowę, które obejmuje drewniany budynek mieszkalny, budynek gospodarczy i budynek inwentarsko-gospodarczy - stwierdza kierownik Wydziału Budownictwa i Ochrony Środowiska Starostwa Powiatu Bieszczadzkiego Jan Czaja.
A zatem jeżeli w Michniowcu rzeczywiście budowano - jak twierdzi A. Czech - siedzibę Karpackiego Centrum Edukacyjno-Ekologicznego, robiono to ,,bez papierów". Pozwolenie na budowę wydane zostało bowiem dla osoby fizycznej, a nie dla stowarzyszenia. Owszem, można przeprowadzić coś, co się chyba nazywa przeniesieniem pozwolenia, lecz nikt tego - zdaje się - nie zrobił. A jeśli nikt tego nie zrobił, to całkiem śmiało można było uznać, że dzielni Huculi pracowali przy - jak to stoi w pozwoleniu - budowie drewnianego budynku mieszkalnego dla osoby fizycznej. W tej sytuacji nie można się więc oburzać, że potraktowano ich jak pracujących ,,na czarno" obywateli innego państwa.
SG twierdzi, że postąpiła zgodnie z obowiązującymi przepisami i procedurami. Jeśli doszło do ich naruszenia, to stronie uważającej się za pokrzywdzoną przysługuje prawo odwołania od tej decyzji do Wojewody Podkarpackiego.
T. Szewczyk
Fot. Budowa chaty została zaczęta. Czy uda się ją skończyć przed zimą?
Fot. T. Szewczyk
|
Żeby jak najmniej bolało
Sześcioro pracowników gospodarstwa pomocniczego przy Bieszczadzkim Parku Narodowym w Tarnawie Niżnej otrzymało wypowiedzenia z pracy. To dla nich prawdziwy dramat. Dyrektor BdPN potwierdza, że to rzeczywiście dramat. Jednak - w jego ocenie - taka decyzja była konieczna, by za parę miesięcy nie trzeba było likwidować całego gospodarstwa pomocniczego i zwalniać nie 6, lecz prawie 50 osób.

Kiedy przyjechałem do Tarnawy Niżnej, właśnie w jadalni należącego do BdPN hotelu toczyły się rozmowy dyr. BdPN Jana Komornickiego ze zwalnianymi pracownikami. Uczestniczyło w nich pięć z sześciu osób, które otrzymały wypowiedzenia. W rozmowach brał także udział wójt Lutowisk Włodzimierz Podyma.
Po zakończeniu tego spotkania dość długo rozmawiałem z dyr. J. Komornickiem. Żaden z zagrożonych utratą miejsca pracy pracowników nie wykazał natomiast chęci rozmowy ze mną. Z wypowiedzi jednego z nich wynikało, iż stracili zaufanie do dziennikarzy po materiale, jaki na ich temat ukazał się w jednej z gazet codziennych. Być może wpływ na ich postawę miały także wyjaśnienia i ustalenia, jakie przyniosło spotkanie z dyrektorem BdPN.
Wcześniejsze decyzje dyrekcji BdPN były dla nich bardzo dotkliwe. Sześcioro pracowników (podobno bez żadnego uprzedzenia) otrzymało wypowiedzenia pracy. Były datowane na 30 września. Ich termin zaczynał biec od października. Niektórzy mieli więc miesiąc, inni trzy miesiące na znalezienie nowych miejsc pracy. Części z nich groziła nie tylko utrata zatrudnienia, ale i dachu nad głową. Mieszkają w hotelu BdPN w Tarnawie Niżnej. Otrzymali nakaz opuszczenia zajmowanych pomieszczeń hotelowych do końca października. Ta decyzja była szczególnie dotkliwa dla dwu rodzin wielodzietnych.
Ale wszystkich, których te posunięcia dotyczą, kto wie, czy nie bardziej od ich treści, boli forma. Spadły one jak grom z jasnego nieba i to na dodatek za pośrednictwem poczty.
- Nie znam dokładnie sprawy. Nie wiem, jakie są racje dyrektora BdPN. Ale bez względu na to, jakie są to argumenty, tak się z ludźmi nie postępuje. Ci ludzie nie zasłużyli na to, żeby ich w ten sposób traktować - komentuje sytuację proboszcz parafii Ustrzyki Górne ks. Adam Boruta. Mieszkańcy Tarnawy Niżnej są także jego parafianami.
Zapewne J. Komornicki również uświadomił sobie, że ,,tak się z ludźmi nie postępuje”. Jego czwartkowe (7 października) spotkanie w hotelowej jadalni, rzeczowe rozmowy, złagodzenie stanowiska (przesunięcie terminu wypowiedzeń o miesiąc) oraz obietnica pomocy w szukaniu ,,najmniej bolesnych rozwiązań” za tym przemawiają.
- Jakoś będziemy musieli sobie poradzić - mówi jeden ze zwalnianych i usuwanych z hotelu pracowników. - Do końca stycznia pracuję tak, jak do tej pory. Potem zarejestruję działalność gospodarczą i będę świadczył usługi dla BdPN. Gorzej ze znalezieniem mieszkania, a zima już za pasem.
T. S.
Fot. Pomieszczenia w tarnawskim hotelu trzeba będzie opuścić do końca października
Fot. T. Szewczyk
To musiało być przerwane
Jan Komornicki - dyrektor BdPN: Komórka gospodarstwa pomocniczego przy BdPN, która funkcjonowała w Tarnawie Niżnej, od dłuższego czasu zamiast przynosić zyski, przynosiła coraz większe straty. Wynika to przede wszystkim z błędów organizacyjnych. Np. w hoteliku w Tarnawie, w którym może przenocować 30 osób, jest zatrudnionych na pełnych etatach 5 pracowników. Ponadto połowę tego hotelu - poza wiedzą dyrektora BdPN i ministra -przeznaczono na inne cele. A przecież jedynym dysponentem odpowiedzialnym za ten majątek jest dyrektor. Musiałem rozwiązać tę komórkę po to, by ją na nowo zorganizować. W związku z tym musiałem też rozwiązać formalnie umowę o pracę z pracownikami.
Jeśli się porówna ubiegłoroczne wydatki BdPN z przychodami, to mamy poważne straty. Są one wyższe niż cała dotacja.
Dostałem zgodę ministra na wydzierżawienie hotelu po przeprowadzeniu przetargu. Ludzie, którzy mieszkają w hotelu, będą musieli opuścić te mieszkania. Wskutek tego powstaje sytuacja, która stanowi dramat nie tylko tych ludzi, ale i mój.
Jest rzeczą niegodziwą mówienie i pisanie o tym, że BdPN, który do tej pory opiekował się tymi ludźmi i dał im zatrudnienie, teraz ich zostawia na pastwę losu. Będziemy starali się im pomóc i na pewno część z nich znajdzie związaną z BdPN pracę. Tu będą powstawały nowe obiekty turystyczne w ramach zagospodarowania doliny, będzie więcej koni, ktoś wygra przetarg na prowadzenie hotelu, będzie więcej turystów...
Zakończyliśmy prace nad strategią zrównoważonej turystyki. Założyliśmy w niej, że Tarnawa musi się rozbudowywać turystycznie. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby po przyjęciu tej strategii powrócić do inicjatywy Panparksu budowy tutaj obiektów turystycznych. Oczywiście, nie mogłoby być mowy o budowie wioski turystycznej dla kilkuset osób, ale godna rozważenia byłaby koncepcja sieci np. kilkunastu komfortowych domków z 2-3 apartamentami.
Narażanie parku na nieuzasadnione koszty i ewidentne straty finansowe musiało być radykalnie przerwane. Nie może być tak, że majątek skarbu państwa jest traktowany jak własność niczyja. Muszę położyć kres bezumownemu trzymaniu w naszych obiektach prywatnych zwierząt, rozbieraniu naszego siana, owsa itd.
Tak się złożyło, że zbiegły się w czasie dwie rzeczy. Jedna to likwidacja komórki gospodarstwa pomocniczego BdPN. Druga zaś to postępowanie kontrolno-wyjaśniające, dotyczące osób zatrudnionych na kierowniczych stanowiskach, które do tego stanu doprowadziły. Rozpoczęło się ono 1 października i trwa. Nie wiem, kiedy i jakim wynikiem się zakończy. Jednak doprowadzenie do ujemnego bilansu w gospodarstwie pomocniczym powodowałoby nieuchronnie decyzję ministra o likwidacji tego gospodarstwa. To z kolei oznaczałoby konieczność zwolnienia nie 6, ale prawie 50 pracowników. Zatem u podstaw tych wszystkich trudnych decyzji leży poczucie mojej odpowiedzialności za środki publiczne i własność skarbu państwa, a także zamiar utrzymania gospodarstwa pomocniczego BdPN w płynności finansowej.
Mam za sobą 36 lat pracy na różnych stanowiskach. Wiem dobrze, że decyzje dotyczące żywotnych spraw innych ludzi należą do najtrudniejszych. Ale w tej sytuacji musiałem je podjąć. Błędem z mojej strony było to, że wypowiedzenia zostały wysłane pocztą. Na dzisiejszym spotkaniu, w którym uczestniczyło 5 z 6 zainteresowanych, za to przeprosiłem. Termin rozpoczęcia biegu okresu wypowiedzeń przesunąłem na koniec października. W ten sposób zyskujemy miesiąc na szukanie najmniej bolesnego wyjścia z tej sytuacji, na znalezienie pracy m.in. w leśnictwie, ale na innych niż dotychczasowe zasadach. Niektórym umowa o pracę wygaśnie 31 listopada br., innym 31 stycznia przyszłego roku.
Jest poważny problem dwu rodzin wielodzietnych, które mieszkają w tym hotelu. Jedna z nich wróci do swojego poprzedniego mieszkania. Dla drugiej rodziny musimy znaleźć rozwiązanie związane i z zatrudnieniem, i z mieszkaniem.
Rej. T. S.
|
Zakarpacie pokazało Podkarpaciu
W sobotę, 18 września br., na granicy polsko-ukraińskiej Łubnia - Wołosate odbyły się III Dni Dobrosąsiedztwa. Tym razem ich gospodarzem była strona ukraińska. To, jak do spotkania przygotowało się Zakarpacie, jeszcze bardziej uwypukliło ubiegłoroczny blamaż Podkarpacia.

Strona ukraińska przygotowała bogaty program artystyczny z udziałem zespołów muzycznych i tanecznych z Użgorodu, Wielikogo Bierieznogo, Pierieczina i Seredniego. Zaprezentowały one ukraińskie pieśni i tańce ludowe, a także współczesną muzykę rozrywkową. Polski folklor z kolei przybliżył uczestnikom spotkania Zespół Pieśni i Tańca Uniwersytetu Rzeszowskiego ,,Resovia Saltans”. Zespół folklorystyczny ,,Połoniny” z Lutowisk wystąpił z repertuarem polskim i ukraińskim. Bardzo życzliwie zostały również przyjęte występy harcerzy z Lutowisk i zespołu artystycznego ze Szkoły Polskiej im. Ks. J. Tischnera z Użgorodu, prowadzonej przez Towarzystwo Kultury Polskiej, działające w tym mieście.
W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele władz Zakarpacia i Podkarpacia, a także rejonów i powiatów oraz gmin z obu stron granicy. Każdy powiat, każda gmina i przedstawiciele różnych instytucji i służb ze strony polskiej mieli wyznaczone namioty, w których czekali gospodarze. Przygotowano też specjalne namioty dla mieszkańców polskich wiosek przygranicznych. Gospodarze pomyśleli nawet o tym, aby uczniowie i studenci z obu krajów również mieli miejsce, w którym mogliby się razem spotkać. Wszędzie przyjmowano wszystkich ,,czym chata bogata, tym rada”.
Przedstawiciele powiatu bieszczadzkiego oraz gminy Ustrzyki Dolne byli gośćmi miasta i rejonu Beregovo, aż spod granicy ukraińsko-węgierskiej. Przez cały czas o to, by nikomu niczego nie brakowało troszczył się beregowski starosta Andras Bihari.
- Chcemy nawiązać ściślejsze kontakty ze stroną polską - mówi Andras Bihari. - Mamy już bardzo mocne związki z Węgrami, Słowakami i Rumunami. Chcemy, aby podobnie było z Polakami. Współpracę moglibyśmy zacząć od turystyki. Nasz rejon jest bardzo piękny. Mamy wody termalne i dzięki temu w basenie woda w lutym ma +38 stopni C. Nasz rejon słynie także z uprawy winorośli i z produkcji win oraz soków naturalnych. Rocznie produkujemy 18 mln butelek wina, które trafia głównie na rynek rosyjski.
Każdy, kto miał ochotę, mógł się przekonać, że Beregovo absolutnie nie musi się swoich win wstydzić. Uczestnicy spotkania mieli również sporo okazji, by spróbować regionalnych dań kuchni zakarpackiej. Mogli też podziwiać i kupować wyroby rękodzieła artystycznego z regionu zakarpackiego. Na miejscu były stoiska z ukraińskimi artykułami spożywczymi i monopolowymi. Z kolei Centrum Promocji i Certyfikacji Produktu Lokalnego z Lutowisk przygotowało dla naszych sąsiadów z Zakarpacia wystawę wytworów bieszczadzkich artystów i rękodzielników.
T. Szewczyk
Przewodniczący Zakarpackiej Obwodowej Administracji Państwowej Ivan Rizak: Cieszę się, że Dni Dobrosąsiedztwa weszły już na stałe do kalendarzy naszych regionów. Między naszymi krajami są duże możliwości współpracy gospodarczej, naukowo-technicznej i kulturalnej. Wstąpienie Polski do UE nie powinno ujemnie wpłynąć na ich rozwój, ale winno sprzyjać szukaniu ich nowych form i podnoszeniu jakości. UE daje nowe instrumenty do rozwijania współpracy regionów przygranicznych i będziemy z nich korzystać. W naszym obwodzie działa 14 firm polsko-ukraińskich. Wkrótce powinno ich być znacznie więcej.
Przewodniczący Rady Obwodu Zakarpackiego Mykola Andrus: Nasze podstawowe cele to podnieść współpracę na wyższy poziom, dać jej nowe impulsy i nadać nowy, europejski format. Te zadania stoją przed władzą przedstawicielską i wykonawczą obu stron i musimy im sprostać. Potrzebne są wspólne przedsięwzięcia w różnych dziedzinach, rozwijanie kontaktów na szczeblu województwa podkarpackiego i obwodu zakarpackiego, na szczeblu rejonów i powiatów, a także pomiędzy gminami. Niezwykle ważne jest umożliwienie kontaktów między ludźmi, czemu powinno służyć otwarcie przejścia na łączącym nas odcinku granicy.
Wojewoda podkarpacki Jan Kurp: Obwód zakarpacki jeszcze kilka lat temu w naszym województwie był prawie nieznany. Dziś to już wygląda inaczej i możemy mówić nie tylko o kontaktach, ale i o sukcesach. W dziedzinie współpracy gospodarczej możemy liczyć na dalsze ożywienie. Nie zarzuciliśmy także pomysłu otworzenia naszego odcinka granicy dla ruchu turystycznego. Obecnie trwają rozmowy na temat stworzenia nowych połączeń komunikacyjnych między Rzeszowem a Użgorodem. Pod uwagę bierze się też stałe połączenie lotnicze między obu miastami.
Marszałek województwa podkarpackiego Leszek Deptuła: Dzisiaj granica polsko-ukraińska jest inna niż jeszcze kilka lat temu: bardziej przyjazna, łatwiejsza do pokonania. Oprócz interesów gospodarczych, oprócz kontaktów oficjalnych nawiązały się już bardzo osobiste, przyjacielskie więzy między ludźmi po obu stronach granicy. Uważam, że nie powinna ona dzielić narodu polskiego i ukraińskiego. Chciałoby się, żeby powstało tu przejście, które na trwałe połączyłoby Podkarpacie i Zakarpacie.
Rej. T. S.
Fot. Na scenie w Łubni występowały zespoły polskie i ukraińskie
Fot. T. Szewczyk

Zakarpacie w pigułce
- Zakarpacie rozciąga się na pograniczu Karpat i Wielkiej Niziny Węgierskiej. Największa szerokość tego regionu z północy na południe wynosi 135 km, a ze wschodu na zachód - 205 km. Cały obszar regionu to ok. 12800 km2.
- Zakarpacie dzieli się na 13 rejonów. W całym obwodzie jest 10 miast, 28 miasteczek i 561 wsi. Miasta wojewódzkie to: Użgorod, Beregowo, Mukaczewo i Chust. Stolicami rejonów są: Swaława, Irszawa, Tiacziw, Winohradowo, Rachiw i Czop.
- Cała kraina dzieli się na dwie strefy geograficzne: górską (Karpaty) i nizinną (Nizina Zakarpacka). Większą część powierzchni regionu (ok. 80%) zajmują góry.
- Najwyższym szczytem jest Howerla (2061 m n.p.m.), która należy do masywu Czarnohory. Najniżej położone miejsce regionu (101 m n.p.m.) znajduje się w pobliżu wsi Ruskie Hejewci w rejonie użgorodzkim.
- Największą rzeką Zakarpacia jest Tisa, która ma swój początek w miejscu zlania się Białej i Czarnej Tisy. Jej długość w granicach Zakarpacia wynosi 223 km. Wszystkie rzeki Zakarpacia leżą w dorzeczu Tisy.
- Największym jeziorem Zakarpacia jest Synewyr. Leży ono na wysokości 989 m n.p.m. i ma 7 ha powierzchni przy największej głębokości 27 m.
- Szczególnie piękne są zakarpackie jeziora polodowcowe: Apszyniec, Mariczejka, Niesamowite, Brebeneskuł, Breskuł, Worozeska, Heraszaskie, Drahobrackie, Niżnie, Wierchnie i Mała Hropa.
- Ulubionym miejscem relaksu dla turystów są górskie wodospady: Wojwodynski (największy), Trofaniec (najwyższy), Szypot, Horodyliwski, Skakało, Lypowiecki, Lumszorski, Mokrianski czy Czortiw Młyn.
- Bogactwa naturalne Zakarpacia: węgiel brunatny, ropa naftowa, gaz ziemny, węgiel kamienny, rtęć, złoto, ałunity, dolomity, kaolin, baryty, bentonity, ceolity, dioryty, andezyty, marmur, wapń, sól kuchenna, wody mineralne i wody termalne (o temperaturze od +18 stopni aż do +80 stopni C).
- Zakarpacie słynie z rolnictwa. Uprawia się tu m.in. winogrona, ziemniaki, len, żyto, owies, kukurydzę, słonecznik, tytoń, warzywa i owoce. Hodowla to: owce, trzoda chlewna, bydło, drób i pszczoły.
- Najważniejsze gałęzie przemysłu to: maszynowy i metalowy, spożywczy, tekstylny, budowlany, drzewny, wydobywczy i energetyczny.
- Całkowita długość granicy Zakarpacia wynosi 460 km. Granica z Polską to 33,4 km w rejonie wielikobierezniańskim.
(opr. na podstawie strony internetowej Szkoły Polskiej w Użgorodzie)
Fot. Jedną z atrakcji turytycznych Zakarpacia jest Jezioro Niesamowite
Fot. A. Dumkiewicz
|
Najpierw podejrzenie padło na dziki
Kilkadziesiąt hektarów łąk i upraw zbóż w rejonie Lipia i Bystrego zostało zniszczonych. O ich zmasakrowanie podejrzewano dziki. Tymczasem okazało się, że jest to dzieło innych zwierząt. Rolnicy, myśliwi i leśnicy mówią, że z takim zjawiskiem jeszcze nigdy wcześniej się nie zetknęli.

- Mówiono, że tu w okolicy Lipia muszą być strasznie wielkie watahy dzików, bo łąki są okropnie zbuchtowane - opowiada podłowczy Koła Łowieckiego ,,Gawra” Jan Fiuk. - Ale - jak się okazało - tego nie zrobiły dziki...
- Nie ma ani jednego tropu dzika - stwierdza strażnik łowiecki KŁ ,,Gawra” Stanisław Gądek. - A poza tym jak dzik wywali ziemię, wygląda to całkiem inaczej. Rolnicy pisali podania o odszkodowania na dziki, bo myśleli, że to dziki porobiły.
Tymczasem okazuje się, że zniszczenie wierzchniej warstwy łąk to sprawka... kruków i gawronów. Codziennie wczesnym rankiem na łąkach pod Lipiem i pod Bystrem pojawiają się setki tych ptaków i dziobami robią dziury w ziemi. Potem przylatują jeszcze wieczorem, by operację powtórzyć. Całe połacie łąk wyglądają, jakby ktoś przejechał po nich parę razy glebogryzarką.
Trudno całą odpowiedzialność za szkody zwalić na kruki i gawrony. One nie masakrują łąk bez powodu. Przylatują tu całymi stadami, by się najeść. Wydziobują z ziemi będące ich przysmakiem larwy chrabąszcza majowego.
- Co kilka lat chrabąszcze występują masowo. W tym roku było ich strasznie dużo. W związku z tym jest również bardzo dużo larw - mówi J. Fiuk.
S. Gądek przeprowadza dowód wprost, że tak jest rzeczywiście. Bez najmniejszej trudności odrywa darń od gleby. Darń daje się zwijać niczym dywan. Po wierzchu pozbawionej darni gleby pełzną pędraki. Jest ich co najmniej kilkadziesiąt, a może nawet ponad sto na 1 m2.
- Normalnie gdyby chcieć odspoić darń od gleby, to nie da rady - stwierdza podłowczy ,,Gawry”. - Tutaj odchodzi bez niczego. Darń jest po prostu odcięta od gleby przez pędraki, które zjadły korzenie traw i porobiły pod darnią gęstą sieć korytarzyków. Myślę, że wydajność łąk opanowanych przez pędraki i kruki będzie trzy, cztery razy niższa niż zwykle. Ich właściciele będą mieć trudności z sianem na zimę.
Szkody występują nie tylko na łąkach, ale także w uprawach zbóż.
- Owies nam zbrązowiał, zanim ziarna dojrzały - mówi jedna z lipieckich rolniczek. - Na początku myśleliśmy, że to jakaś zaraza. Później okazało się, że pędraki pozjadały korzonki i owies usechł. Z tego owsa całkiem nic nie będzie.
Nie wiadomo, co w tej sytuacji mają robić poszkodowani rolnicy. Za szkody poczynione w uprawach przez zwierzynę łowną płacą koła łowieckie. A więc gdyby to była robota dzików, sprawa była jasna: za straty zapłaciliby myśliwi.
- Do tej pory tego typu szkody szły na konto dzików. Teraz kiedy wiemy, że to nie dziki, nie będziemy płacić - mówi J. Fiuk. - Ani kruki, ani tym bardziej pędraki nie są zwierzyną łowną.
Może zatem odszkodowania wypłaci skarb państwa? Za szkody, których sprawcami są zwierzęta chronione, płaci skarb państwa, a kruki są gatunkiem chronionym. Jednak tak naprawdę szkody na łąkach i w uprawach zostały wyrządzone głównie przez żarłoczne larwy chrabąszcza majowego.
- Czy ktoś nam za to zapłaci jakiekolwiek odszkodowanie? - pyta jeden z poszkodowanych rolników i sam sobie odpowiada: - Obawiam się, że nikt.
T. Szewczyk
Fot. Łąki wyglądają jakby jeździła po nich glebogryzarka
Fot. T. Szewczyk

Chrabąszcze majowe należą do podrodziny chrabąszczowatych, obejmującej ponad 7000 gatunków rozprzestrzenionych na całej kuli ziemskiej. Wiele z nich wyrządza ogromne szkody rolnictwu i leśnictwu.
Najpospolitszym w Polsce i w Europie gatunkiem jest właśnie chrabąszcz majowy. Osiąga on długość ok. 3 cm. Dorosłe chrabąszcze występują w maju i w czerwcu. Co 3 lub co 4 lata następuje masowy pojaw tego szkodnika. Powoduje on gołożer różnych drzew liściastych.
Larwy chrabąszcza, zwane pędrakami, obgryzają korzenie, niszcząc rośliny dzikie i uprawne. Żerują w liściach drzew. Larwy żerują na głębokości kilku centymetrów pod powierzchnią gleby. W okresie zimowym schodzą zaś pod ziemię poniżej granicy zamarzania, nawet do głębokości 1,2-1,5 m.
Dorosłe chrabąszcze w dzień siedzą ospale w ukryciu, a wieczorem zabierają się do wielkiego żarcia, szukając pokarmu głównie na dębach i drzewach owocowych.
|
Ranking ,,Wspólnoty”: Ile kosztuje administracja?
W Bieszczadach: powiaty - drogo, gminy - różnie
,,Wspólnota” zaprezentowała ranking gmin i powiatów wg wydatków na administrację samorządową. W zestawieniu tym oba powiaty z terenu Bieszczadów znalazły się wśród najdroższych. W rankingu gminnym Cisna zakwalifikowała się do czołówki najdroższych, a Ustrzyki Dolne znalazły się w gronie najtańszych.
Pismo Samorządu Terytorialnego ,,Wspólnota” (nr 9/2004) już po raz trzeci opublikowało ranking gmin oraz powiatów wg nakładów na administrację samorządową. Podstawowym kryterium przy jego opracowywaniu są wydatki bieżące na administrację w 2002 r. odniesione do liczby mieszkańców.
Z ekonomii znane jest prawo ,,korzyści skali”. W jakimś sensie obowiązuje ono także w wydatkach na administrację samorządową. Można je sprowadzić do zasady, że im mniej ludna jest dana gmina czy powiat, tym wydatki na administrację w przeliczeniu na jednego mieszkańca są wyższe. Dlatego też autorzy rankingu podzielili jednostki samorządowe w zależności od ich wielkości na kilka kategorii.
Wśród miast wojewódzkich stolica Podkarpacia uplasowała się na czwartej pozycji. Najniższe wydatki bieżące na 1 mieszkańca miał Białystok - 109,4 zł. Najwięcej - 312,2 zł - kosztowała administracja pojedynczego warszawianina.
W grupie miast na prawach powiatu na szesnastej pozycji wśród najtańszych znalazło się Krosno - 147,3 zł na 1 mieszkańca. Pierwsze miejsce pod tym względem zajął Radom - 102,3 zł. Najwyższe wydatki bieżące na 1 mieszkańca miał w tej kategorii ośrodków Sopot - 294,2 zł. Na czternastym miejscu wśród ,,rozrzutnych” znalazł się Tarnobrzeg - 173,1 zł.
Administracja Wielunia kosztuje najmniej spośród miast powiatowych powyżej 30 tys. mieszkańców - 88,6 zł na 1 mieszkańca. Trzecie miejsce przypadło Mielcowi - 95,4 zł na 1 mieszkańca, a dwunaste Dębicy - 107,4 zł. Wśród ośrodków z najdroższymi administracjami nie ma w tej kategorii ani jednego miasta z Podkarpacia.
Mieszkańcy Sokółki płacą najmniej - 103,3 zł - spośród obywateli miast powiatowych liczących od 20 do 30 tys. mieszkańców. Druga w tej kategorii jest Kolbuszowa - 103,4 zł, dziewiąte Nisko - 113,8 zł, a dwunasty Strzyżów - 116,6 zł. Wśród miast tej wielkości z najdroższą administracją nie ma przedstawicieli województwa podkarpackiego.
Ustrzyki Dolne z wydatkami 126,9 zł na 1 mieszkańca zostały sklasyfikowane na jedenastym miejscu wśród ,,najoszczędniejszych” miast powiatowych do 20 tys. mieszkańców. Pierwszą pozycję w tej grupie zajął Hrubieszów - 104,9 zł. Żadne miasto z Podkarpacia nie załapało się w tej kategorii do dziesiątki ,,najdroższych”.
Najniższe wydatki wśród powiatów powyżej 75 tys. mieszkańców ma powiat wołomiński - 34,7 zł na 1 mieszkańca. Z wydatkami na 1 mieszkańca 34,9 zł drugi jest powiat rzeszowski, siedemnasty - łańcucki - 41,2 zł, a dwudziesty - jasielski - 41,8 zł. W tej kategorii nie ma wśród ,,rozrzutnych” ani jednego powiatu z naszego województwa.
Trochę inaczej wygląda ów ranking w odniesieniu do powiatów liczących do 75 tys. mieszkańców. Tutaj ,,najtańszą” administrację w Polsce ma powiat strzyżowski - 36,5 zł na 1 mieszkańca. Trzecia pozycja przypadła powiatowi leżajskiemu - 41,5 zł, zaś siódma kolbuszowskiemu - 43,3 zł. W pierwszej dziesiątce powiatów tej samej kategorii o najwyższych wydatkach na administrację samorządową znalazły się dwa z województwa podkarpackiego. Na czwartym miejscu sklasyfikowano powiat leski z wydatkami bieżącymi na 1 mieszkańca w wysokości 85,8 zł. O dwa oczka niżej uplasował się powiat bieszczadzki - 82,5 zł na 1 mieszkańca.
Opr. T. S.

USTRZYKI DOLNE - 11 miejsce wśród miast powiatowych do 20 tys. mieszkańców o najniższych wydatkach na administrację (126,9 zł na 1 mieszkańca)
Henryk Sułuja - burmistrz Ustrzyk Dolnych: Ta sytuacja wynikała w dużej mierze z konieczności. Nasza gmina była w finansowym dołku, z którego musieliśmy się wygrzebać i należało m.in. nakłady na administrację mocno trzymać w ryzach. Rok 2003 już był lepszy, gdyż skończyliśmy go z nadwyżką. Ale jest wiele potrzeb i dlatego nadal każdą złotówkę staramy się wydawać jak najrozsądniej.
Z drugiej strony jednak odbija się to negatywnie na wynagrodzeniach pracowników naszego urzędu, którzy choć sumiennie wykonują swoją pracę, to nie są najsowiciej wynagradzani.

POWIAT LESKI - 4 miejsce wśród powiatów do 75 tys. mieszkańców o najwyższych wydatkach na administrację (85,8 zł na 1 mieszkańca)
Stanisław Szelążek - wicestarosta leski: Dla mnie ten ranking jest mało wymierny. Zadania dla wszystkich powiatów, dużych i małych, są takie same. W małych powiatach kadra jest mała, a i tak wskaźnik wychodzi wysoki, bo nakłady na administrację dzieli się przez liczbę mieszkańców, która u nas jest niewielka.
Ponad 60% pracowników (geodezja, ochrona środowiska, komunikacja, budownictwo, część księgowości) wykonuje zadania zlecone i oni de facto pracują na wojewodę. Na te zadania w 2003 r. dostaliśmy z budżetu wojewody 62 tys. zł. Wg naszych obliczeń ich wykonywanie kosztuje 980 tys. zł. Tę różnicę musimy pokrywać z naszego budżetu.
Na starostwo w tegorocznym budżecie mamy 2 mln 140 tys. zł, z czego 1 mln 529 tys. zł to pieniądze na wynagrodzenia i pochodne. Płace urzędników są na takim poziomie, jaki był w 1999 r. w powiecie bieszczadzkim. Trudno też mówić o przerostach kadrowych. U nas np. w Wydziale Oświaty, Kultury, Sportu, Dziedzictwa Narodowego i Turystyki pracuje troje ludzi, a w niektórych urzędach te same zadania wykonuje kilkanaście osób.
Administracja była i jest postrzegana jako ,,wróg ludu”. Przy kampaniach wyborczych szermuje się hasłami jej ograniczenia. A potem jak się przejmuje władzę, okazuje się, że tych przerostów nie ma. Prawie zawsze kontrole zewnętrzne wpisują nam do zaleceń pokontrolnych, żeby zwiększyć zatrudnienie.

POWIAT BIESZCZADZKI - 6 miejsce wśród powiatów do 75 tys. mieszkańców o najwyższych wydatkach na administrację (82,5 zł na 1 mieszkańca)
Ewa Sudoł - starościna bieszczadzka: Te rankingi są bardzo krzywdzące. Za ich podstawę przyjęto kwotę, która wychodzi po podzieleniu wydatków na starostwo przez liczbę stałych mieszkańców powiatu. Jak w powiecie mieszka na stałe mało ludzi, to ten wskaźnik wychodzi wysoki. Gdyby zaś np. przeliczono nakłady na administrację w stosunku do powierzchni powiatu, to bylibyśmy na pierwszym miejscu wśród najoszczędniejszych.
Dla mnie znacznie ciekawsze byłoby zestawienie, jak wyglądają nasze wydatki na administrację powiatową na tle innych powiatów.
W powiecie bieszczadzkim na pewno administracja nie jest rozdmuchana. Jeśli chodzi o liczbę urzędników, to należymy do najmniej rozbudowanych starostw w Polsce.

CISNA - 5 miejsce wśród gmin wiejskich do 5 tys. mieszkańców o najwyższych wydatkach na administrację (451,0 zł na 1 mieszkańca)
Renata Szczepańska - wójcina Cisnej: To jest magia liczb i statystyk. Mamy w gminie bardzo mało stałych mieszkańców - 1648 osób. Nietypowość naszej sytuacji polega także i na tym, że na 183 gospodarstwa rolne, właściciele 153 nie są mieszkańcami gminy Cisna. Staliśmy się swoistą kolonią dla aglomeracji miejskich. Z zewnątrz jest ponad 1000 osób, które mają u nas działki rekreacyjne. My musimy ich obsługiwać, do każdego wysłać nakaz, każdemu wydać decyzję. Mamy więc sporo ludzi, którzy przebywają tutaj czasowo, a nie są stałymi mieszkańcami gminy. Ich przy tego typu rankingach się nie uwzględnia, a przecież my na ich rzecz też wykonujemy różne zadania.
Pracowników w gminie jest 15, w tym jest opieka społeczna, kierowca i sprzątaczka. Chyba nie da się powiedzieć, że jest to rozrośnięta administracja. W budżecie na administrację przeznaczamy 760 tys. zł.
Wcale się nie przejmuję wynikami tego rankingu. Myślę, że trudno byłoby znaleźć w całej Polsce urząd gminy, który liczyłby tylu pracowników i mieścił się, jeśli chodzi o koszty, w podobnej kwocie.
|
Czarne chmury nad pomocą społeczną
W opiece społecznej w najbliższym czasie nie będzie różowo. Nigdy nie było tak, że na pomoc socjalną pieniędzy było dość. Jednak zanosi się na to, że braki będą jeszcze większe. Odczują to chyba wszyscy, korzystający z różnych form wsparcia.

- Nowa ustawa o pomocy społecznej nakłada na gminy obowiązek pokrycia kosztów pobytu ich mieszkańców w domach pomocy społecznej. To mogą być całkiem niemałe pieniądze. Tymczasem gminy nie mają w swoich budżetach środków na ten cel - stwierdza burmistrz Ustrzyk D. Henryk Sułuja.
To mogą być rzeczywiście ,,niemałe pieniądze”. Jeżeli ktoś, skierowany do DPS, ma dochody miesięczne w wysokości 750 zł, to za pobyt w DPS zapłaci 70% z tej kwoty, czyli 525 zł. Resztę w wielu przypadkach trzeba będzie dopłacić z budżetu gminy. Miesięczny koszt pobytu w DPS Moczary wynosi prawie 1700 zł. Zatem gmina będzie musiała niekiedy dołożyć do pensjonariusza nawet kilkanaście tysięcy zł w ciągu roku. Na razie ani jedna z gmin bieszczadzkich nie ma zarezerwowanych na to żadnych pieniędzy.
- Ustawodawca określił, że to zadanie spada na gminy w zamian za zwiększone udziały w PIT-ach i CIT-ach - mówi dyrektor Wydziału Polityki Społecznej Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego Mirosław Przewoźnik. - Gminy twierdzą, że mimo to nie mają pieniędzy na pokrywanie kosztów pobytu swoich mieszkańców w DPS-ach. Ministerstwo Opieki Społecznej uważa, że gminy muszą to robić.
Jeżeli ktoś z mieszkańców będzie miał prawo do umieszczenia w DPS, gmina - jak wynika z wypowiedzi M. Przewoźnika - będzie musiała go skierować. Jeśli nie wywiąże się z tej powinności, to potencjalny pensjonariusz założy jej sprawę w sądzie i wygra.
W najbliższej przyszłości wyklaruje się swego rodzaju rynek ofert DPS. Gminy będą lokować swoich mieszkańców tam, gdzie taniej. Mieszkańcy Bieszczadów niekoniecznie trafią do Moczar, ale mogą być kierowani do Zagórza, Brzozowa, Jarosławia czy jeszcze gdzie indziej. Taka ,,walka o ludzi” będzie oznaczać szukanie oszczędności w kosztach funkcjonowania DPS-ów, co może negatywnie odbić się na warunkach pobytu i jakości opieki.
- Niech sobie Ministerstwo Finansów te zwiększone udziały w podatkach zabierze razem z tymi zadaniami, które z nich mamy finansować - mówi wójcina Cisnej Renata Szczepańska. - W naszej gminie dochody z tytułu zwiększonych udziałów w podatkach wzrosną o 20 tys. zł. Za samo oświetlenie już zapłaciliśmy 45 tys. zł, czyli więcej, niż wynosi ten cały wzrost. A co z resztą zadań?
Będą również problemy z finansowaniem dożywiania uczniów w szkołach. Na terenie województwa podkarpackiego utworzono w szkołach prawie 300 punktów dożywiania. W dobrych latach na dożywianie przeznaczano w skali kraju 160 mln zł rocznie. Teraz jest 60 mln zł. Województwo podkarpackie miało kiedyś na ten cel 12 mln zł. Obecnie przewidziano kwotę trzy razy mniejszą - 3,9 mln zł. Pieniędzy na dożywianie uczniów jest więc stanowczo za mało.
Jednak kłopoty z DPS-ami i dożywianiem uczniów ,,to będzie pikuś” w stosunku do innych trudności, jakie czekają i wojewodę, i gminy przy zasiłkach okresowych i rodzinnych. Na zasiłki okresowe w skali województwa przydałoby się ok. 50 mln zł. Żeby sfinansować te, które są konieczne, potrzeba co najmniej 30 mln zł. Tymczasem jest 20 mln zł. Zatem brakuje minimum 10 mln zł.
Jeszcze gorzej wygląda zabezpieczenie zasiłków rodzinnych. W województwie podkarpackim na świadczenia rodzinne trzeba - jak się szacuje - ok. 200 mln zł. Wojewoda ma do dyspozycji 114 mln zł. A więc jest pokrycie na mniej więcej połowę potrzeb. Zasiłki rodzinne muszą być wypłacone. Tylko na razie nikt nie wie, skąd się weźmie na to pieniądze.
T. S.
Fot. - A co z resztą zadań? - pyta wójcina Cisnej, a martwi się wójt Czarnej.
Fot. T. Szewczyk
|
Jeszcze w czwartek po południu wydawało się, że padające przez kilka dni ulewne deszcze nie spowodują większych kłopotów, jednak...
Zrobiło się groźnie
- Krytyczny moment nastąpił w piątek między godz. 10.00 a 11.00. Wtedy telefon dyspozytora na naszym stanowisku kierowania się urywał - mówi st. kpt. Zygmunt Fuksa z ustrzyckiej KP PSP. - Trzeba było segregować zgłoszenia i załatwiać najpierw te najpilniejsze. W ciągu godziny zostało to opanowane i uporządkowane.

Jeszcze w czwartek (29 lipca) po południu jeszcze wydawało się, że padające przez kilka dni ulewne deszcze nie spowodują większych kłopotów, że skończy się na niewielkich podtopieniach łąk i pól. Stało się inaczej...
Ok. godz. 23.00 do ustrzyckiej KP PSP wpłynął meldunek o usuwisku na drodze pomiędzy Bereżkami a Ustrzykami Górnymi. Od razu pojechali tam strażacy z OSP Ustrzyki Górne i OSP Dwernik. Ściągnięto koparkę z BdPN i zaczęto odkopywać zasypaną ziemią drogę.
- Jak tam przyjechaliśmy, droga była już prowizorycznie udrożniona - dodaje Z. Fuksa. - Strażacy z naszej JRG oświetlili teren lampami, oznakowali i ogrodzili przejazd taśmami. Potem do 4.00 rano oczyszczali drogę.
W tym czasie strażaków z Ustrzyk Górnych już wezwano do Mucznego. Dojechali tam też ochotnicy z OSP Lutowiska i zawodowcy z ustrzyckiej PSP. Niesione przez wezbrany potok drzewa, gałęzie i kamienie pozatykały przepusty. Woda przelewała się przez drogę i zaczęła zalewać znajdujące się w pobliżu obiekty.
- Było niewesoło - stwierdza Z. Fuksa. - Skontaktowałem się z wójtem Lutowisk W. Podymą. Wójt podesłał gdzieś o 3.00 nad ranem ,,białoruśkę”, która częściowo udrożniła przepust. Potem dojechała duża koparka i dokończyła robotę.
Najpoważniejsze szkody na obszarze Bieszczadzkiego Parku Narodowego gwałtowne opady wyrządziły w Ustrzykach Górnych oraz w okolicach Tarnawy Niżnej. W Ustrzykach Górnych całkowitemu zniszczeniu uległo ujęcie wody. Sprawił to potok Terebowiec, który zmienił swój bieg. Bezpośrednio po burzy bez wody pozostawali mieszkańcy osiedla - pracownicy BdPN, Straż Graniczna, dom rekolekcyjny oraz kilkunastu gestorów bazy gastronomicznej. Awaryjne zasilanie w wodę, które zastosowano, pozwoli przetrwać najtrudniejszy okres .
Pomiędzy Tarnawą a Bukowcem woda rozmyła całkowicie ok. 30 m drogi. Jak się szacuje, na zasypanie wyrwy będzie potrzeba kilkudziesięciu samochodów kamienia. Aby umożliwić jakąkolwiek komunikację z Siankami, BdPN wybudował prowizoryczną kładkę, po której można przejść oraz przejechać małym samochodem osobowym. Nie ma oczywiście mowy o wywozie drewna przez Lasy Państwowe oraz przez BdPN. Turyści, chcący dotrzeć do Grobu Hrabiny, muszą zostawić samochody w Tarnawie.
Zniszczenia na szlakach turystycznych to kolejny efekt piątkowej burzy. Nie ma co prawda potrzeby zamykania szlaków, ale dyrekcja BdPN apeluje o rozsądek i uwagę w czasie wycieczek.
Przez kilka godzin odcięte od świata były Suche Rzeki k. Zatwarnicy. Na odcinek ok. 120 metrów runęły masy kamieni i lawina błota. Kilkugodzinna pracy ciężkiego sprzętu odblokowała drogę i przywróciła jej przejezdność.
W poniedziałek rano (2 sierpnia) w dyrekcji BdPN zebrał się sztab kryzysowy, który miał ustalić zakres szkód oraz sposoby ich usunięcia. Największym problemem będzie zapewne znalezienie środków na ten cel.
W piątek (30 lipca) przed południem godziny grozy przeżyli harcerze z obozu w Nasicznem. Rwące wody potoku zniszczyły mostek, co uniemożliwiało wydostanie się z obozowiska. Po kilku godzinach mostek odbudowano. Z kolei harcerze z obozu w podustrzyckim Stebniku, którym groziło zalanie przez płynący w pobliżu stanicy potok i ściekający ze zbocza Oratyku strumień, przenieśli się do budynku szkoły w Bandrowie.
Dla gmin Czarna i Ustrzyki Dolne szczególnie trudne były piątkowe ranek i przedpołudnie. W Czarnej zamknięto lokalne ujęcie wody. Wodę na potrzeby mieszkańców OSP Czarna dostarczała samochodem strażackim. Strażacy z OSP Rabe pracowali przy udrażnianiu przepustów i mostków w swoim rejonie. OSP Polana miała zajęcie w swojej wsi przy pompowaniu wody z piwnic.
W Łobozewie potok i wody spływające z pól zalewały budynek b. ośrodka zdrowia. Tam działały OSP Jasień i OSP Łobozew, które pilnowały sytuacji w Teleśnicy, Łobozewie i Ustianowej. W tym samym czasie zaczęły napływać zgłoszenia o podtopieniach gospodarstw na terenie Jałowego, Moczar, Bandrowa, Hoszowa i Jasienia.
Przed południem w piątek zaczął działać Powiatowy Zespół Zarządzania Kryzysowego, który tworzą przedstawiciele KP PSP, KPP, SG, ochrony środowiska, weterynarii i nadleśnictw. Tu docierały meldunki o sytuacji w powiecie i tu podejmowano decyzje o działaniach ratunkowych.
- Ok. godz. 9.00 zaczęły rozrabiać Strwiąż i Jasieńka. Już nie było żartów - mówi Z. Fuksa. - Sytuacja zrobiła się naprawdę groźna.
Sekcja OSP Łodyna uszczelniała wał i motopompą usuwała wodę z prywatnej posesji nad Jasieńką przy ul. 29 Listopada. Mieszkańcy położonego tam domostwa przez kilka godzin wiadrami wynosili wodę, która dostała się do wewnątrz.
Najgroźniej było na terenie bazy b. MZRB przy ul. Fabrycznej. Poziom Jasieńki szybko się podnosił. Groziło to zalaniem placu i znajdujących się na nim zabudowań (m.in. hurtowni). Strażacy z OSP Jasień i z PSP oraz pracownicy UG i Nadleśnictwa Brzegi Dolne napełniali worki piaskiem i układali z nich wały. Trwał wyścig ludzi z żywiołem...
- Gdybyśmy zaczęli działać kilkanaście minut później albo woda była większa jeszcze o kilka centymetrów i oparła się o most, to plac zalałoby na 2-3 m. Wtedy szkody byłyby duże - relacjonuje Z. Fuksa. - Fala kulminacyjna przeszła tu ok. godz. 14.00. Wtedy było 10 minut porządnego strachu.
Potem deszcz zelżał. Woda zaczęła powoli opadać. Zrobiło się spokojniej. W sobotę nie padało. Świeciło słońce. Wszyscy odetchnęli z ulgą.
T. S., A. L.
Fot. Woda w Strwiążu przelewała się nad kładką
Fot. T. Szewczyk
|
Wilki są ważniejsze od ludzi
Antoni Dydak z Rabego pod koniec czerwca w Boguchwale odebrał ogromny puchar i gratulacje od wojewody podkarpackiego z wyhodowanie championki: ,,maciorki rasy czarnogłówka nr 378-006-0656”. Ale - jak mówi - nie potrafi się tym sukcesem cieszyć. Wolałby, żeby wojewoda załatwił odstrzał tych wilków, co wyrzynają mu te nagradzane owce.

- Pierwsze owce kupiłem 25 lat temu: 10 sztuk - wspomina hodowca z Rabego. - Już pierwszego dnia wilk mi zagryzł jedną. Potem z 5 lat był spokój. Ale później się zaczęło. Nie wiem, ile razy u nas wilki w owcach buszowały. W ciągu tych 25 lat na pewno zeżarły mi ze 200 owiec. Odszkodowanie dostałem za połowę.
Antoni i Grażyna Dydakowie nie mogą się pogodzić, że wilki bezkarnie niszczą dorobek ich życia. Różne sposoby chronienia owiec, które stosowali, okazywały się nieskuteczne.
- Co zrobiliśmy jakieś zabezpieczenie, to zaraz się wychodziło, że ono nic nie daje. Wilki jakby wiedziały, że są pod ochroną i nic im nie możemy zrobić - stwierdza gospodarz. - To nie jest gospodarstwo zaniedbane. My z tego żyjemy, dbamy o to, robimy od rana do nocy.
- Przez cały czas inwestujemy. Ale nie w unowocześnianie gospodarstwa, w modernizację budynków, tylko... w różne sposoby ochrony przed wilkami - uzupełnia jego żona. - Na nic więcej nie wystarcza pieniędzy. Ostatnio kupa forsy poszła na ogrodzenie. Siatkę kupiliśmy, słupki kupiliśmy i nasza robota. Nie zapłaciliśmy podatków. Zabrakło na opłaty za światło, za telefon. Teraz podatki będziemy płacić z odsetkami za zwłokę. To nikogo nie obchodzi. Wilki są ważniejsze od ludzi.
Te nakłady i wyrzeczenia Dydaków zdały się psu na buty. Ich nowe ogrodzenie ,,za ponad 10 tys. zł” nie stanowi skutecznej zapory antywilczej... - Wszystko na nic. I tak skubaniec potrafił przeskoczyć - mówi A. Dydak.
,,Skubaniec” zaatakował w nocy z 14 na 15 lipca. O 3. nad ranem przesadził dwumetrową siatkę i wpadł między owce...
- Chwycił jedną - opowiada hodowca. - Chciał pojeść, ale mu psy nie dały. Skotłowały się z nim. Zaczęły ujadać. Wypadliśmy w gatkach z domu. Lampy, huk i uciekł. Owca nie przeżyła.
- To była trzyletnia owca - dodaje pani Grażyna. - Dostaniemy może 500 zł odszkodowania. Za jarkę trzeba będzie zapłacić 400 zł. Taki to interes.
Psy i gospodarze pogonili drapieżnika. Nie zdążył podjeść u Dydaków, to poszedł do ich sąsiadów, do Świerczków. Tam mu się też nie udało. Dotarł do Aleksandra Sobczaka w Zadwórzu i tam wreszcie pojadł.
- Tej nocy nie zamknąłem owcy. Chodziła na pastwisku przy domu razem z krowami. Syn rano wstał i mówi, że owca zagryziona. Ona była kotna. Pod koniec lipca byłyby młode - opowiada A. Sobczak.
Gospodarz z Zadwórza stara się trzymać fason. Ale widać, że przeżywa to, co się stało. Owca, którą mu wilk zagryzł, to nie była jedna z wielu, jakie w życiu wyhodował (bywało, że miał ich po 200-300). Wilk zabrał mu owcę z ubiegłorocznej czwórki młodych owieczek. Jej trzy ,,siostry” zginęły od wilczych kłów jeszcze w tamtym roku. Teraz poszła ostatnia. Ostatnia owca Sobczaka.
- I tak się zrobił koniec z moimi baranami - mówi z żalem w głosie pan Aleksander. - Jak ja teraz będę wyglądał? Co to za góral bez barana? Bo ja góral jestem. Spod Tymbarku.
,,Góral spod Tymbarku” - z jednej strony - nie wyobraża sobie gospodarstwa bez owiec i reszty inwentarza, ale - z drugiej - ma już wszystkiego serdecznie dość.
- To, co u mnie wilki zeżarły, jakbym dzisiaj miał, to by się na tym pastwisku nie zmieściło - powiada zadwórski gospodarz. - Dadzą mi za tę ostatnią owieczkę może ze 2 stówki, a ja bym jej nikomu za 5 nie sprzedał. Nie dadzą mi nawet tyle, żebym inną kupił. A po co mi zresztą owca? W pokoju ją będę przed wilkiem chował? Naukowcy się wilkami bawią, latają za nimi, łapią, ,,kulczykują”, puszczają i robią z tata wariata. A wilki robią swoje.
- Ekolodzy, co żyją z wilków, jeżdżą drogimi wozami terenowymi. Dostają na to grube pieniądze z zagranicy. Oni za szkody wilcze nie płacą, tylko budżet państwa. Za szkody powinny płacić te stowarzyszenia, które wilków bronią. Wtedy wiedzieliby, że to kosztuje - mówi A. Dydak. - Komisja, co szacuje szkody, jeździ starą ładą, która częściej jest zepsuta niż dobra, a ochroniarze - nowoczesnymi terenówkami. Coś nie gra.
- W Bieszczadach rolnik nie ma ze zbytem żadnego problemu - sarkastycznie podsumowuje A. Sobczak. - Kuna i lisy kaczki mi powyciągały, owce mi wilki wyżarły, niedźwiedź trzy lata temu źróbka ubił, a jastrząb gołębie bierze. Zbyt jest. Gorzej z zapłatą.
T. Szewczyk
Fot. - Ale owca nie przeżyła - mówi A. Dydak z Rabego
Fot. T. Szewczyk
|
Jeszcze przed formalnym wejściem Polski do UE ceny większości towarów zaczęły dość szybko rosnąć. Po naszym wejściu do UE nic się nie zmieniło. Ceny dalej rosną...
Czy wreszcie ceny przestaną iść w górę?
W sklepach, nie tylko bieszczadzkich zresztą, jest coraz drożej. Nasze portmonetki są coraz cieńsze. Coraz dokładniej przyglądamy się cenom kupowanych produktów. A i tak u nas, na wschodzie, nie mamy (jak na razie) powodów do narzekań. Przy zachodniej granicy Polski ceny podstawowych artykułów żywnościowych już wzrosły średnio o 20-25% i końca nie widać.


Gwałtownie zdrożały wołowina i cielęcina, cukier, mąka. Teraz kolej na mleko i jego przetwory. To pociągnie za sobą wzrost innych cen.
Dlaczego drożeje?
Przyczyna jest prosta. Sami w referendum unijnym zagłosowaliśmy nie tylko za członkostwem w UE, ale także za wszelkimi z tego członkostwa płynącymi konsekwencjami. A jest UE miejscem, gdzie żywność na świecie najdroższa jest. No prawie najdroższa, bo w Japonii jest jeszcze drożej. Na szczęście głosowanie za członkostwem we Wspólnej Strefie Azjatyckiego Dobrobytu nam jak na razie nie grozi.
Ponadto, jeśli graniczą ze sobą dwa obszary - jeden biedny, ze słabą tubylczą siłą nabywczą, z żywnością tanią i w miarę dobrą, drugi zaś bogaty, z siłą nabywczą wielokrotnie przewyższającą możliwości tego biednego, to naturalną takiego stanu rzeczy konsekwencją będzie gwałtowny wzrost cen żywności na terenach uboższych, a także ,,wypłukiwanie” biednego terytorium z produktów, na które popyt na terenach bogatych jest wysoki. A jeśli jeszcze pośrednicy mogą na tym dobrze zarobić....
Przewidzenie tego typu konsekwencji jest banalne, jeśli ktoś zdołał ukończyć choćby liceum ekonomiczne. Dlatego nie powinno nas dziwić, że w sklepach już jest drogo, a będzie jeszcze drożej. Stało się to poniekąd na nasze życzenie.
Nie ma sensu oskarżać rolników o pazerność czy też brak patriotyzmu. Jakby komuś z nas, konsumentów żywności, sąsiedni pracodawca zapłacił za tę samą pracę o 40% więcej, to raczej byśmy u starego długo nie popracowali.
Dlaczego nie rosną pensje?
Zależy komu. Lekarzom, pielęgniarkom, inżynierom mechanikom, kierowcom, operatorom ciężkiego sprzętu budowlanego, specjalistom od wykańczania mieszkań pensje rosną i to nawet sporo. Tylko nie w Polsce, a za granicą, gdzie czekają na nich miejsca pracy w Niemczech, Holandii, Skandynawii czy Wielkiej Brytanii. A dlaczego w Polsce nie rosną? Bo jest duże bezrobocie, wzrost gospodarczy ma charakter koniunkturalny, brak nowych inwestycji.
Dlaczego brak inwestycji? Też proste. Bo praca w Polsce jest piekielnie droga. Jeśli zarabiamy na rękę 1000 zł, to naszego pracodawcę kosztujemy 1700 zł, jeśli zarabiamy 3000 na rękę, to nasz pracodawca musi się liczyć z wydatkiem blisko 5500 zł miesięcznie. A ponadto dochodzą do tego rozmaite inne utrudnienia poczynione przez nami rządzących podobno w celu polepszenia warunków, w jakich pracujemy. To też kosztuje. Dużo taniej jest tak przeorganizować pracę już zatrudnionych, aby podnieśli swą wydajność o 20-30%. Na już (lub jeszcze) pracujących skutecznie działa bat wysokiego bezrobocia, tak że i o podwyżkach nawet co myśleć nie mają. I właśnie dlatego płace nie rosną. Proste.
Jak wygląda cenowy mechanizm?
Wzrost cen, zwłaszcza żywności, z jakim mamy obecnie do czynienia, trojakiego jest rodzaju. Po pierwsze, drożeje na nasze własne życzenie. Wprowadziliśmy jako podstawową stawkę podatku VAT 22%, choć nikt nas do tego nie zmuszał.
Dalej - po wstąpieniu do UE nastąpił naturalny wzrost cen artykułów żywnościowych spowodowany zwiększonym popytem na polską żywność ze strony nowego, dużego i bogatego odbiorcy, państw ,,starej Unii” oraz wprowadzeniem dopłat dla polskich rolników. Ten wzrost cen także zafundowaliśmy sobie sami, bo kijem nas nikt do członkostwa w UE nie zapędzał.
Powód trzeci jest mieszany, tak pół na pół. Na światowych rynkach ropa naftowa jest najdroższa od ponad 20 lat. A ropa to paliwa (w tym także gaz), nawozy sztuczne, chemikalia, leki i wiele, wiele innych podstawowych w naszym życiu produktów, bez których obejść się już nie sposób. A dlaczego napisałem, że pół na pół? Bo do bardzo wysokiej ceny ropy, jaką musimy płacić na rynkach surowcowych, dokładamy sami sobie lekką ręką VAT, akcyzę, opłatę paliwową, narzuty ekologiczne i coś tam jeszcze. W detalicznej cenie paliwa, jaką płacimy na stacji benzynowej, wszelkiego rodzaju narzuty i podatki stanowią 65% ceny detalicznej 1 litra ropy lub benzyny.
Co będzie dalej?
Niestety, jeszcze drożej. A co i dlaczego zdrożeje? Wiele pozornie nie związanych ze sobą artykułów. Skupmy się tylko na żywności, bo wzrost jej cen odczujemy najbardziej. Ma zresztą żywność elastyczność popytową najniższą wśród wszystkich rynkowych dóbr (elastyczność popytowa pokazuje, czego i ile kupujemy, gdy zmianie ulegają ceny poszczególnych towarów). Wymusi to na nas zmianę nawyków żywieniowych, czyli - mówiąc mniej uczenie - zmieni się nasz jadłospis.
Idźmy po kolei. Zdrożał cukier. Wysoka cena tego surowca wymusi wzrost cen dżemów, marmolad i wszelkiego rodzaju przetworów owocowo-warzywnych. Zdrożeje także miód. Wzrost cen tych produktów wpłynie na wzrost cen lodów, ciast i ciastek, w tym tak popularnych i chętnie przez nas jadanych drożdżówek. To z kolei pociągnie za sobą wzrost cen chleba. Dlaczego? Otóż piekarze nie żyją z tego, co zarobią na pieczeniu zwykłego chleba. Zysk zapewnia im pieczenie słodkich bułek, ciast i ciastek. A nie są to artykuły pierwszej potrzeby. Gdy ich ceny wzrosną, spadnie na nie popyt, bo przestaniemy je masowo kupować. A to spowoduje duży spadek zarobków piekarzy. Aby utrzymać się na powierzchni, będą zmuszeni mocno podnieść ceny najbardziej popularnych gatunków pieczywa, czyli właśnie chleba. I tak od drogiego cukru doszliśmy do czekających nas wysokich cen chleba.
Zdrożało mleko. Wzrost ceny tego surowca powoduje wzrost cen: mleka w proszku, serwatki w proszku, masła, śmietany, samego mleka w postaci, w jakiej kupujemy je w sklepie, wszelkich serów białych, żółtych, twarożków, wreszcie jogurtów, kefirów i całej galanterii mleczarskiej. Galanteria ta dodatkowo zdrożeje dlatego, że w skład większości mlecznych deserów wchodzi sporo cukru, który - jak już ustaliliśmy - mocno zdrożał.
Ponadto wzrost ceny mleka to dodatkowy wzrost cen wszelkich wypiekanych słodkości, bo tam też używa się sporo mleka w proszku, które - jak ustaliliśmy - także zdrożało.
Ale wzrost cen galanterii mleczarskiej nie powinien wcale cieszyć jej producentów. Popyt spadnie, bo spokojnie możemy się obejść zarówno bez słodkiej bułki, jak i bez mlecznego deseru czy jogurtu. Pamiętać musimy, że mleczarnie całkiem spore pieniądze zarabiają nie na produkcji masła, mleka spożywczego czy też serów, ale właśnie na sprzedaży rozmaitych mlecznych słodkości. Jak spadną wpływy z ich sprzedaży (a spaść muszą, bo będą drogie, a nam nikt więcej za naszą pracę - o ile ją mamy - nie zapłaci), to mleczarze podniosą ceny na artykuły podstawowe jeszcze bardziej niżby to wynikało z prostego przełożenia cenowego mleko - jego wyroby. Mocno zdrożeją zwykłe mleko, białe i żółte sery. A to z kolei pociągnie za sobą wzrost ceny za kupowaną przez nas pizzę (ser, wędlina). I znowu. Dlatego że zdrożało mleko i mięso, zdrożeje także pizza. Dziwnie to wszystko jest ze sobą połączone, prawda?
Mięso. Też zdrożeje i to nie tylko wołowina. Zdrożeje wieprzowina, choćby i z tego powodu, że zdrożało mleko, a małe prosiaki są karmione mieszankami na bazie serwatki i mleka w proszku. Z tego samego powodu pójdą w górę ceny wszelkich odmian drobiu. Wszystko to zdrożeje także dlatego, że długo jeszcze trwać będzie wykup tańszego polskiego mięsa przez zachodnich odbiorców.
Owoce. Mocno zdrożeją maliny, agrest, porzeczki (ale nie czarne). Zdrożeją także jabłka (koncentrat jabłkowy, który masowo będą wykupywać zachodni producenci), zdrożeją także śliwki węgierki.
Co stanieje?
Najprawdopodobniej mąka. Z obniżek to by było na tyle.
Kto na tym zyska?
Trochę producenci, czyli rolnicy. Piszę ,,trochę”, bo z powodu wzrostu cen ropy i wysokich na produkty z niej krajowych podatków wzrosną ceny eksploatacji maszyn rolniczych, które już zresztą zdrożały o 22% (VAT!), zdrożeją nawozy sztuczne i środki ochrony roślin, a także pasze i ich koncentraty.
Czy na tym zarobi budżet państwa? Też nie za wiele, bo w długim przedziale czasu zwiększy się sfera ubóstwa, a także z uwagi na liche jedzenie, na jakie stać będzie większość z nas, wzrośnie absencja chorobowa, więcej osób będzie przechodziło na renty, a wszystko to są koszty budżetowe.
Na pewno zarobią banki, bo wzrośnie inflacja i w związku z tym zdrożeje kredyt i wzrosną odsetki, ale się nie łudźmy, oprocentowanie naszych lokat znacząco nie wzrośnie, gdyż dziura budżetowa się nie zmniejszy, a przez to dalej będzie lepiej pożyczać pieniądze państwu niż jego obywatelom.
A jak wzrośnie sfera ubóstwa, to wzrośnie także przestępczość i trzeba będzie, chcąc nie chcąc, podnieść nakłady na policję i więziennictwo.
Miłe złego początki
To wszystko, o czym było powyżej, to właśnie ów osławiony ,,proces dostosowawczy”, jaki musimy wszyscy przejść w związku z powiedzeniem w unijnym referendum ,,tak”. Potrwa on ładnych parę lat i zapłacimy zań wielką cenę. Co do tego nie należy mieć żadnych złudzeń.
Ale na nas świat się nie kończy i trzeba myśleć mocno do przodu, a z tym tradycyjnie sporo w naszym narodzie kłopotu.
Większość naszych producentów żywności jest na razie oszołomiona wzrostem popytu na ich wyroby. Jak powiedział przedstawiciel handlowy jednej z mleczarń na wschodzie Polski, jak on może sprzedawać sery żółte po 2 euro za 1 kg Polakom, kiedy mu Holender płaci 8 euro za 1 kg. Prawda, że byłby głupcem, gdyby za towar brał cztery razy mniej niż może. Ale miłe złego początki...
Przekonali się o tym nasi producenci jaj i drobiu. Otóż kilka lat temu panował w Holandii i Belgii pomór drobiu. Wybito większość kur niosek i nasi producenci jajek zacierali ręce, jakiż to świetny interes zrobią na jajkach po wejściu Polski do UE. Wcześniej zacierali ręce sprzedawcy kur niosek, bo Holendrzy, Niemcy i Belgowie płacili jak głupi po 15 zł za 1 szt. Płacili, ale jak już do UE weszliśmy, to się okazało, że mogą od nas jajka kupić, a i owszem, ale po 11 gr, bo się im przez ten czas kury rozmnożyły z tych naszych świetnie sprzedawanych niosek.
Dzisiaj zachodni kupcy płacą polskiemu rolnikowi po 17 zł za 1 kg żywego cielaka. Krajowi płacą po góra 10 zł za 1 kg. Gdyby płacili po 18 zł, to w sklepie 1 kg zadniej cielęciny kosztowałby 40 zł, a za taką cenę to nikt tego w Polsce nie kupi.
Dla zachodnich kupców cena 18 zł jest atrakcyjna, bo w Kopenhadze nasi negocjatorzy mieli oczy z korka i nie znali należycie języków obcych. Oni mieli oczy z korka, my zaś płacimy i płacić będziemy jak z worka.
Na czym ten interes polega?
Otóż jak taki - dajmy na to - niemiecki rolnik kupi od polskiego 70 kg cielaka po 18 zł za 1 kg, to musi wydać 1260 zł. Podtuczy potem sobie takie zwierzątko u siebie przez 15 miesięcy, odda do rzeźni jako swoje i... dostaje wyższą niż u nas cenę za 1 kg żywca, dopłat z Brukseli weźmie za każdą sprzedaną do rzeźni sztukę 290 euro, a jak ma mniej niż 2 dorosłe sztuki na 1 ha upraw polowych, to mu jeszcze Bruksela dopłaci 40-100 euro (średnio 70) od każdej oddanej do skupu sztuki. Razem więc z samych dopłat ma 360 euro, to jest 4,5 x 360 = 1620 zł dopłat + cenę mięsa. A cały kłopot z odchowaniem cielaka spada na polskiego rolnika. Tak więc z samych dopłat do jednej sztuki ,,starounijny” rolnik jest 420 zł do przodu.
U nas - inaczej niż w ,,starej Unii” - rolnik otrzymuje dopłatę do 1 ha (także łąki czy pastwiska) i dlatego nie ,,czuje bluesa”. Postępuje niby racjonalnie, ale za tę racjonalność przyjdzie nam wszystkim w przyszłości drogo zapłacić. A jeśli jesteście ciekawi, dlaczego właśnie taki, a nie inny system ,,klepnęli” w Kopenhadze nasi negocjatorzy, to ich o to zapytajcie. Ja wiem, ale nie powiem. Polecałbym tylko naszym hodowcom bydła pamiętać o doświadczeniach producentów jaj.
Co może się stać?
Otóż w długiej perspektywie na miejsce naszej żywności, która sobie będzie wyjeżdżać do ,,starej UE”, pojawi się również z tej ,,starej UE” żywność dużo gorszej jakości, ale sporo tańsza. Zacznie wypierać z rynku nasze rodzime produkty, bo nasze jako konsumentów skromne dochody nie pozwolą nam na spożywanie żywności dobrej jakościowo, ale drogiej. To nic odkrywczego. Dzieje się tak już i teraz, bo kupując jedzenie, kierujemy się głównie ceną, a nie jakością produktu. A jak jeszcze dołożymy dobrą reklamę w telewizji. Najgorsze świństwo pójdzie jak woda.
Na rynku żywnościowym zadziała stare i dobrze znane prawo Kopernika-Grenshama, mówiące o tym, że pieniądz lub towar gorszy wypiera z rynku pieniądz lub towar lepszy. Można to przewidzieć już teraz, trzeba się tylko było do nauki w szkołach trochę przykładać.
Względy zdrowotne pomijam, ale dla polskich rolników i całego sektora przetwórstwa żywności zaczną się wielkie schody. Na polski rynek wejdzie żywność tania i jakościowo zła. W dużym stopniu ograniczy to możliwości sprzedaży lokalnym producentom i przetwórcom, co spowoduje spadek ich dochodów i pogorszenie się ich pozycji konkurencyjnej w stosunku do firm zewnętrznych Słaba koncentracja pionowa polskiego rynku żywnościowego ułatwi firmom zewnętrznym mocne usadowienie się na naszym rynku. Zaś za takimi firmami wejdą do naszego kraju duże koncerny agroprzemysłowe, z którymi rozproszony, słaby finansowo i technicznie polski rolnik konkurencji nie wytrzyma, bo wytrzymać nie może.
Nie są to jakieś nadzwyczajne sprawy. Wiele krajów słabo rozwiniętych, jak też słabo rozwiniętych regionów w krajach wysoko uprzemysłowionych doświadczyło tego w przeszłości. A że u nas nikt o tym nie pisze. A po co? Kto w tym interes mieć może?
Dobrze więc, że chociaż mieszkamy ,,na końcu unijnego świata”, możemy jako nieliczni zadumać się nad nadchodzącą przyszłością, od której po prawdzie ucieczki i tak nie było, ale ,,masz, czegoś chciał, Grzesiu Dyndało”, jakby za pisarzem rzec wypadało.
Marek Wolski
Wykresy opracował A. Leń
|
Ostatnia taka matura
Blisko 650 abiturientów bieszczadzkich szkół średnich zdawało w tym roku egzaminy maturalne. Zdecydowana większość z nich jeszcze nie zaczęła upragnionych wakacji. Teraz męczą się na egzaminach wstępnych na wyższe uczelnie.

Matury zaczęły się dla wszystkich egzaminem pisemnym z języka polskiego. W obu szkołach ustrzyckich i w większości leskich najwięcej wypracowań powstało na drugi temat - ,,Miłość, nienawiść, zazdrość, gniew... Zaprezentuj bohaterów literackich, którzy znaleźli się we władzy namiętności.” Jedynie w ZS Ekonomiczno-Rolniczych w Lesku zdecydowanie najwięcej maturzystów zdecydowało się na trzeci temat - ,,Albert Camus twierdził, że pisarz współczesny powinien przemawiać ,,w imieniu tych wszystkich, którzy cierpią”. Wykorzystując utwory literatury polskiej i obcej XX wieku, rozważ, w jaki sposób pisarze realizowali to przesłanie.” Pozostałe dwa tematy nie miały wielu amatorów. Wybierało je najczęściej po kilka osób.
Nie wszystkim prace polonistyczne wyszły. W ustrzyckim ZSLicealnych pięcioro maturzystów dostało ,,jedynki”, w leskim ZSE-R - także pięcioro, w ZSDrzewnych - dwanaścioro. W Bieszczadzkim Centrum Kształcenia Ustawicznego była jedna ,,jedynka”, zaś w leskim LO obyło się bez ,,jedynek”.
Potem maturzyści zdawali egzaminy pisemne z wybranych przedmiotów. W BCKU tradycyjnie najwięcej abiturientów zdecydowało się na historię. Pozostali wybrali matematykę (11 osób), język rosyjski (5), geografię (4), język angielski (3) i biologię (1). Spośród ustrzyckich licealistów 34 poddało się pisemnemu sprawdzianowi z matematyki, o 1 mniej - z historii. Egzamin z geografii pisało 20 uczniów, z biologii - 19, z języka angielskiego - 7, z języka niemieckiego i chemii - po 4.
W leskim ZSLeśnych największe wzięcie miała matematyka - 61 osób. Pozostali zdecydowali się na geografię (11 osób) i historię (6). Prawie połowa (57 osób) leskich licealistów poddała się egzaminowi pisemnemu z biologii. Historię wybrało 31 osób, matematykę - 22, a 9 - geografię. W ZSE-R maturzyści wyraźnie preferowali geografię. Zdawało ją pisemnie aż 93 abiturientów. Z historią zmierzyło się 29, a z matematyką - 3 .
W szkołach średnich ogólnokształcących po części pisemnej maturzyści zdawali jeszcze egzaminy ustne z języków obcych i z wybranego przedmiotu. Lescy licealiści w ogromnej większości odpowiadali z angielskiego - 86. Na rozmowę po niemiecku zdecydowało się 25, a po rosyjsku - 8. W liceum ustrzyckim ustnie język angielski zdawało 101 maturzystów, zaś niemiecki - 19.
W LO leskim najwięcej do roboty miała przy egzaminie ustnym z wybranego przedmiotu komisja biologiczna, przed którą odpowiadało 57 osób. Z historii zdawało 19 maturzystów, z matematyki - 17, z geografii - 14 i z wiedzy o społeczeństwie - 12. Ustrzyccy licealiści poczynili nieco odmienne wybory. Wiedzę o społeczeństwie zdawało 32 z nich, matematykę i biologię - po 16, geografię - 15, informatykę - 7, chemię - 4 i łacinę - 2.
W BCKU ustnie historię zdawało 49 uczniów, matematykę - 11, geografię - 8, język rosyjski - 5, język angielski - 3, język niemiecki - 2 i biologię - 1. W leskim ZSE-R 88 osób odpowiadało z geografii, 28 - z historii, 5 - z matematyki, 3 - z języka angielskiego i 1 - z wiedzy o społeczeństwie. Z kolei w ZSLeśnych 29 maturzystów zdecydowało się zdawać z wiedzy o społeczeństwie, 21 - z matematyki, 17 - z geografii, 6 - z języka angielskiego i 5 z historii.
Niektórym uczniom tegoroczna matura pozostanie na długo w pamięci jako jedna z większych w życiu porażek. W BCKU na maturze było 6 ,,jedynek”, a w ustrzyckim ZSLicealnych -12. W leskim LO oblały 2 osoby, w ZSDrzewnych - 12, w ZSE-R - 19, a w ZSLeśnych - 3.
Jednak dla ogromnej większości egzamin maturalny zakończył się pomyślnie. Szczególne powody do satysfakcji mają zaś ci, którzy kończąc szkoły średnie, otrzymują świadectwa dojrzałości z wyróżnieniem. Takie świadectwa otrzymało aż 28 absolwentów leskiego LO. Najlepszą absolwentką tej szkoły jest Agnieszka Benewiat. Natalia Hermanowicz, Małgorzata Jasińska, Karolina Koselska, Marta Lupa, Agnieszka Markowicz, Ewa Steciuk, Katarzyna Wojdanowska, Piotr Turkowski i Paulina Kusz uzyskali świadectwa dojrzałości z wyróżnieniem w ustrzyckim ZSLicealnych. W BCKU na ukończenie szkoły z wyróżnieniem zapracowały Dominika Maciuk, Edyta Sobiecka, Anna Piekarska i Bernadetta Harsche. Katarzyna Grela, Iwona Bochenek i Małgorzata Bochenek osiągnęły najwyższe wyniki w ZSE-E. Trójkę najlepszych absolwentów ZSLeśnych stanowią: Piotr Banaś, Dominika Kubit i Adrian Wiśniowski.
Tegoroczni maturzyści jako ostatni zdawali maturę w starym stylu. Za rok ich młodsi koledzy będą już poddani egzaminowi dojrzałości wg zupełnie innych zasad.
t. s.
Fot. Za chwilę świadectwa dojrzałości będą rozdane
Fot. T. Szewczyk
|
|
Aby ratować szpitale powiatowe w Podkarpackiem...
Starostowie połknęli gorzką pigułkę
Szpitale 30 czerwca br. wypowiedzą umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia. Taką decyzję jednogłośnie podjęli starostowie z województwa podkarpackiego obradujący 4 czerwca na konwencie w Ustrzykach Dolnych.
Przyjęcie takiego wspólnego stanowiska poprzedziła długa dyskusja starostów i ich pełnomocników oraz dyrektorów SP ZOZ-ów. Właściwie wszyscy zgadzali się, że sprzeciw wobec tego, co wyrabia NFZ, jest konieczny. Przedmiotem kontrowersji były jedynie jego formy i terminy.
- W naszym województwie nie ma nadmiaru łóżek szpitalnych. Jako jedyne województwo w kraju spełniamy pod tym względem normy opracowane przez Ministerstwo Zdrowia na 2005 r. Nie ma zatem podstaw do zamykania szpitali - mówi dyrektor łańcuckiego SP ZOZ Krzysztof Przyśliwski. - Nie oznacza to, że nie mamy kłopotów. Dwa lata temu zamknąłem rok niewielkim zyskiem. W tamtym roku zbilansowaliśmy się. W tym roku za pierwsze cztery miesiące mamy 700 tys. zł straty. Jak tak dalej pójdzie, za rok będziemy bankrutem.
Uczestnicy konwentu stwierdzili, że ci, którzy siedzą cicho, są przez NFZ ignorowani, a ci, którzy ,,krzyczą, tupią, strajkują, coś uzyskują".
- Ok. 400 mln zł ma kosztować realizacja umowy z ,,nieporozumieniem zielonogórskim". Na pewno pieniądze te ,,zaoszczędzi się" na publicznej służbie zdrowia - stwierdza starosta rzeszowski, wiceprezes Związku Powiatów Polskich Stanisław Ożóg. - NFZ utworzono w miejsce kas chorych w celu ujednolicenia kontraktowania usług medycznych. Nakłady na pacjentów miały być w całym kraju równe. Tymczasem dysproporcje wzrosły. W naszym województwie jest najniższy wskaźnik finansowania na 1 mieszkańca i wynosi 711 zł. W niektórych województwach przekracza 800 zł. Lubelskie i Świętokrzyskie już wypowiedziały kontrakty z NFZ. W tamtych województwach wszyscy bez względu na podziały polityczne, na różnice sytuacji mówili jednym głosem.
- W naszym szpitalu mamy 6 mln zł długu - mówi starosta sanocki Bogdan Struś. - My nie wytrzymamy do końca roku. Dlatego już poszliśmy do sądu. Nie może być tak, że traktuje się nas nierówno. Lekarze POZ wywieszali sobie karteczki, że nie przyjmują i nie przyjmowali. Nasze ZOZ-y nie mogły sobie takich karteczek powywieszać i musieliśmy przyjmować wszystkich. Teraz nie ma kto za to zapłacić.
- Mamy 760 tys. zł nadwykonania. Też nie ma kto za to zapłacić - potwierdza dyrektor łańcuckiego SP ZOZ. - Mówią mi, żeby nie przyjmować ludzi, żeby nie leczyć. Co ja mam w tej sytuacji robić? Przecież my jesteśmy po to, żeby leczyć.
- Wydaje się, że do decydentów nie dociera, że szpitale powiatowe są podstawową formą lecznictwa w Polsce. Na ponad 7700 hospitalizacji w naszym szpitalu tylko kilkudziesięciu pacjentów przekazaliśmy do placówek o wyższym poziomie referencyjnym - uzupełnia dyrektor SP ZOZ w Sanoku Henryk Przybycień. - Jednak przy obecnym poziomie finansowania, nie będziemy mogli wywiązywać się ze swoich powinności, a cała odpowiedzialność spadnie na nas.
- To jest kolejne nasze spotkanie w sprawie nieszczęsnej służbie zdrowia. Naprawdę nie ma już czasu i trzeba podjąć decyzję, co robimy dalej. Wydaje mi się, że jeżeli nie wypowiemy umów z NFZ, to nic się nie zmieni - stwierdza starościna Bieszczadzka Ewa Sudoł.
- Musimy być jako powiaty solidarni, bo mogą to tak rozegrać, że szpitale, które nie przystąpią do protestu, przejmą pacjentów tych placówek, które zaprotestują. Żeby nas nie wybierano pojedynczo, musimy przyjąć wspólne stanowisko jak największą liczbą głosów, najlepiej jednomyślnie - dodaje starosta łańcucki Adam Krzysztoń.
- Trzeba wypowiedzieć te umowy, żeby ktoś zaczął się z nami wreszcie liczyć - oświadcza wicestarosta przeworski Roman Ostafijczuk. - Do tej pory jeśli ktoś wypowiadał umowy, to otrzymywał większe środki. Nie ma się więc nad czym zastanawiać. Jeżeli niczego nie wywalczymy, to dyrektorzy ZOZ-ów szybko pójdą do odstrzału, a my niedługo po nich. Podejmijmy konkretną decyzję i będzie po ptakach.
I decyzja jest. Ale nie jest jeszcze całkiem po ptakach. Starostowie, uczestniczący w konwencie, jednogłośnie zdecydowali się na wypowiadanie umów z NFZ na drugie półrocze. Pozostali mają zająć stanowiska w tej sprawie do 11 czerwca.
- Wreszcie połknęliśmy tę gorzką pigułkę - mówi jeden z włodarzy powiatu. - Zobaczymy, czy to nam pomoże. Zaszkodzić już nie może.
T. Szewczyk
Fot. Decyzja nie przyszła łatwo
Fot. T. Szewczyk
|
Kto zabił Bjivę?
Na terenie Nadleśnictwa Baligród doszło do skłusowania żubra. Jego ofiarą padł szczególny żubr, na którym w znacznej mierze opierał się program wzbogacenia puli genowej bieszczadzkich żubrów. Uśmiercona została sprowadzona półtora roku temu z Danii żubrzyca Bjiva. - Stwierdzone to było z wtorku na środę, czyli z 4 na 5 maja. Zauważyliśmy, że żubr, który był stale monitorowany, się nie przemieszcza. To wzbudziło nasze zaniepokojenie. Po dojściu do żubra stwierdziliśmy, iż nie jest on w stanie stanąć na nogi. Podejrzewaliśmy jakieś ciężkie złamanie. Ale okazało się, że jest jeszcze gorzej. W tej sytuacji wystąpiliśmy do ministra środowiska o zgodę na eliminację tej sztuki - opowiada doc. dr hab. Kajetan Perzanowski, kierujący Stacją Badawczą Fauny Karpat Instytutu i Muzeum Zoologii PAN w Ustrzykach Dolnych.
Żubrzyca została dostrzelona 8 maja w obecności komisji złożonej z przedstawicieli Nadleśnictwa Baligród, Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej z Sanoka i Stacji Badawczej Fauny Karpat Instytutu i Muzeum Zoologii PAN w Ustrzykach Dolnych, która jest instytucją zajmującą się monitorowaniem tych zwierząt.
Sekcja wykazała, że zwierzę było w bardzo dobrym stanie zdrowia. Ale w prawej przedniej łopatce znajdowała się kula. Zniszczyła ona całkowicie bark i kość ramieniową, co spowodowało obfite wylewy wewnętrzne i zniszczenie tkanki mięśniowej. Z takimi obrażeniami żubrzyca nie miała szans przeżyć. - To jest ogromna strata. Żubrzyca była jednym ze zwierząt pochodzących z importu. Te osobniki przywiezione ze Skandynawii miały poprawić pulę genetyczną bieszczadzkich żubrów. Jak się okazało w czasie sekcji, żubrzyca była cielna. Tak więc to byłaby pierwsza okazja do poważnego zbliżenia się do głównego celu introdukcji skandynawskich żubrów na nasz teren. To byłby pierwszy cielak, który nosiłby cechy wspólne stada żyjącego w Bieszczadach i żubrów sprowadzonych z zagranicy - dodaje K. Perzanowski. - Bjiva przez dwa lata była monitorowana telemetrycznie. Gdyby miała cielaka, to mielibyśmy po raz pierwszy możliwość zaobserwowania zachowania się, przemieszczania, doboru siedliska krowy z cielęciem w warunkach górskich. Bjiva miała dopiero 3,5 roku. Była więc żubrzycą bardzo młodą. Po dwóch latach życia żubrzyca może mieć młode.
Okoliczności wskazują, że strzelanie do Bjivy to raczej nie było kłusownictwo ,,na mięso”. Można przypuszczać, że bardziej prawdopodobna jest wersja, że ktoś strzelił sobie do niej ,,dla sportu”.
Dochodzenie w sprawie skłusowania żubrzycy prowadzi Komenda Powiatowa Policji w Sanoku. Może w jego wyniku uda się ustalić, kto zabił Bjivę.
T. Szewczyk
Fot. Bjiva była żubrzycą bardzo sympatyczną i nie bała się ludzi
Fot. M. Januszczak
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|